Blog

 

09.04.2022

Tajny dziennik

„Moje życie bez wagi czeka

na wiatr śmierci,

jak ptasie piórko

na wierzchu mej dłoni”

Thomas Stearns Eliot

[…]

Przy każdych narodzinach świat powstaje od nowa - mawiał mój ojciec. Zapominał dodać, że kończy się przy każdej śmierci. A może nie czuł takiej potrzeby, ponieważ przez dużą część życia pracował na cmentarzu.

[…]

Jestem całkiem sama, poza tym miejscem nie ma na świecie nikogo, kto by mnie znał, moi bliscy, i tak niegdyś nieliczni, przede wszystkim moja matka, ten mały strzyżyk, wszyscy już odeszli. I moi prześladowcy też chyba w większości pomarli, a to dlatego, że jestem starą bardzo starą kobietą mogę mieć ze sto lat, chociaż nie wiem tego na pewno, nikt nie wie. Jestem niedobitkiem, matuzalemem, nawet nie wyglądam już jak człowiek, wyglądam jak worek kości w brzydkiej spódnicy i bluzce, w płóciennym żakiecie, i siedzę tu, na swoim miejscu, jak pozbawiony głosu rudzik - nie, raczej jak mysz, która zdechła pod kominkiem, gdzie było jej ciepło, i spoczywa tam jak mumie w piramidach. Nikt nawet nie wie, że mam swoją historię.

[…]

Mój ojciec [Joe Clear – przyp. aut.] był śpiewakiem,  którego  nie można było uciszyć,  śpiewał  arie ze wszystkich ówczesnych operetek. I uwielbiał czytać kazania dawno zmarłych pastorów, ponieważ wyobrażał sobie, jak brzmiały którejś minionej niedzieli w ich ustach, tak mówił. Sam był synem pastora, gorliwym, mogłabym wręcz powiedzieć - zapatrzonym w niebo prezbiterianinem, co nie zjednywało mu w Sligo szczególnej popularności. Wychwalał zwłaszcza Kazania Johna Donne’a, ale jego prawdziwą ewangelią było Religio Medici sir Thomasa Browne’a, książka, którą zachowałam wśród resztek mojego doczesnego mienia - mały sfatygowany tomik. Mam go przed sobą na łóżku, z jego imieniem i nazwiskiem wypisanym w środku czarnym atramentem, Joe Clear, oraz miejscem i datą, Southampton 1888, bo we wczesnej młodości ojciec był marynarzem i jeszcze przed siedemnastym rokiem życia zwiedził wszystkie porty chrześcijańskiego świata.

[…]

Któregoś razu gdy przybył do Southampton, nie było już wolnych miejsc w jego ulubionym pensjonacie, więc powędrował smaganą wiatrem ulicą wzdłuż niekończącego się szeregu kwater, aż znalazł wreszcie samotny dom z szyldem informującym o wolnych pokojach, żeby zwabić klientów. Wszedł do środka i został przyjęty przez kobietę o szarej twarzy, ponad trzydziestoletnią, która wynajęła mu łóżko w suterenie. Obudził się w środku nocy, bo wydawało mu się, że słyszy w pokoju czyjś oddech. Przestraszony, z niezwykłą przytomnością, która towarzyszy przerażeniu, usłyszał jęk, jakby ktoś w ciemnościach leżał obok niego na łóżku. Za pomocą hubki i krzesiwa zapalił świecę. Nie zobaczył nikogo. Zauważył jednak na pościeli i materacu wgniecenie, jakby leżał tam ktoś ciężki. Zerwał się z łóżka i zawołał, ale nikt mu nie odpowiedział. Podbiegł do drzwi, ale ku swojemu zaskoczeniu przekonał się, że są zamknięte na klucz. Wtedy naprawdę wpadł we wściekłość. „Wypuśćcie mnie, wypuśćcie mnie!” - krzyczał, przerażony i oburzony. Jak ta jędza mogła go tu zamknąć!  Walił w drzwi i walił,  aż w końcu przyszła gospodyni i go odemknęła.  Przeprosiła i wyjaśniła, że musiała niechcący przekręcić klucz w zamku z obawy przed złodziejami. Opowiedział jej o dziwnych odgłosach, ale ona tylko się uśmiechnęła i nic nie odrzekła, a potem wróciła do swojego pokoju. Ojciec pomyślał, że poczuł od niej dziwny zapach liści, ziemi i poszycia, jakby przedzierała się przez las. Potem zrobiło się cicho, zgasił więc świecę i próbował zasnąć. To samo powtórzyło się jakiś czas później. Ojciec nagle się przebudził, zapalił świecę i podszedł do drzwi. Znowu były zamknięte na klucz! I znów poczuł, że głód ściska mu żołądek. Z niewiadomego powodu, może dlatego, że było to takie dziwne, wolał nie wzywać już gospodyni. Spocony, w niewygodnej pozycji, spędził całą noc na krześle. Z nastaniem świtu ojciec się obudził i ubrał, a kiedy podszedł do drzwi, okazało się, że nie są zamknięte na klucz. Wziął swoje bagaże i ruszył po schodach na piętro. Dopiero wtedy zauważył, że dom jest w ruinie, co nie było tak widoczne w łaskawszym mroku nocy. Nie mógł dobić się do gospodyni, a że statek wkrótce wypływał z portu, musiał odejść, nie zobaczywszy się z nią, tylko na odchodnym zostawił kilka szylingów przy wieszaku. Już na ulicy, kiedy się obejrzał, ze zdumieniem zobaczył, że szyby w wielu oknach są wybite, dach się zapada i są w nim dziury. Zaszedł do sklepu na rogu, żeby z kimś pogadać i się uspokoić, i zapytał o ten dom. Jest zamknięty od kilku lat i niezamieszkany, wyjaśnił sklepikarz. Najlepiej by było, żeby go zburzono, tylko że stoi w ciągu szeregowców. Ojciec nie mógł spędzić w nim nocy, oświadczył stanowczo sklepikarz. Nikt tam nie mieszka i nikt by go nie kupił, ponieważ kiedyś pewna kobieta zabiła w nim męża: zamknęła go w suterenie i zagłodziła na śmierć. Została potem osądzona i powieszona za morderstwo.

[…]

Krótka historia, historia marynarza, która jakimś sposobem łączyła się z urodą matki, wielkim powabem, jaki miała ona dla niego nie tylko wtedy, ale i zawsze. Jeśli o to chodzi, była to uroda w typie hiszpańskim, z ciemnymi włosami i śniadą cerą z zielonymi jak szmaragdy oczami, wobec której mężczyzna nie miał się jak bronić. Ojciec ożenił się więc z matką, przywiózł ją do Sligo i odtąd tam wiodła życie; nieprzyzwyczajona do takiego mrocznego miejsca i zrozpaczona, błyszczała jak zgubiony szyling na klepisku. W Sligo piękniejszej dziewczyny nie widziano, skórę miała miękką jak pierze, piersi pełne i ciepłe jak świeżo upieczony chleb, sam miód. Największą przyjemność w młodych latach sprawiały mi spacery z matką o zmierzchu po ulicach Sligo, bo lubiła wychodzić ojcu naprzeciw, gdy wracał do domu z pracy na cmentarzu. Dopiero później, po wielu latach, kiedy już trochę podrosłam, uświadomiłam sobie, patrząc wstecz, że w tym wychodzeniu naprzeciw był pewien niepokój, jakby matka nie wierzyła, że on we właściwym czasie, po pracy, zwyczajnie wróci do domu. Bo sądzę, że dziwnie cierpiała pod aureolą tej swojej urody.

[…]

Poczucie szczęścia mojego ojca. Już samo w sobie było wspaniałym darem, tak jak być może niepokój matki był stale tą łyżką dziegciu. Bo matka nigdy nie tworzyła miniaturowych legend ze swojego życia i wyjątkowo nie miała do opowiedzenia żadnych historii, choć jestem przekonana, że przydarzały jej się rzeczy równie ciekawe jak ojcu. To zabawne, ale dochodzę do wniosku, że ktoś, kto nie ma w zanadrzu anegdot, które by powtarzał do śmierci i które by go przeżyły,  jest  w większym stopniu skazany na całkowite zapomnienie nie tylko przez historię, ale i przez następujących po nim członków rodziny. Oczywiście taki jest los większości nieszczęśników, ich życie, choćby nie wiadomo jak barwne i cudowne, zostaje zredukowane do smutnych, czarnych nazwisk na starych drzewach genealogicznych, z niepełnymi datami zakończonymi znakiem zapytania. Poczucie szczęścia nie tylko ratowało mojego ojca, ale skłaniało go do opowiadania historii, dzięki czemu wciąż żyje on we mnie, jak druga, bardziej cierpliwa i wdzięczniejsza dusza w mojej własnej, nieszczęsnej.

[…]

Niebawem mogłam mu akompaniować,  gdy  stał pośrodku pokoju,  z  jedną ręką wspartą od niechcenia na siodełku motocykla, a drugą wsuniętą za kurtkę na piersi, jak jakiś irlandzki Napoleon, i śpiewał, wręcz bezbłędnie, przynajmniej tak mi się wydawało, Marble Halls czy inne perły ze swojego repertuaru - także pieśni nazywane neapolitańskimi, nie na cześć Napoleona, wbrew temu, co sądziłam, ale od miasta, na którego ulicach powstały - pieśni zapomniane już w Sligo! Jego głos był dla mnie jak miód, donośnie rozbrzmiewał w mojej głowie, dzwonił, zagłuszając wszelkie dziecięce lęki. Gdy się wznosił, wznosiło się też wszystko w ojcu, ramiona, wąsy, jedna jego stopa kiwała się lekko nad starym dywanem ze wzorem w pieski, a oczy błyszczały mu dziwną wesołością. Nawet Napoleon musiałby uznać go za człowieka o wybitnych zdolnościach. W takich chwilach, przy cichszych pasażach pieśni, demonstrował tak piękny tembr głosu, że do dziś nie słyszałam piękniejszego. Kiedy byłam młodą kobietą, do Sligo przyjeżdżało wielu dobrych śpiewaków, występowali na estradzie pod gołym niebem i kilku najpopularniejszym nawet akompaniowałam na pianinie, bębniąc w klawisze, tak że bardziej im chyba przeszkadzałam, niż pomagałam. Żaden z nich jednak nie dorównywał mojemu ojcu pod względem dziwnej, kameralnej tonacji głosu.

[…]

[Z notatek doktora Grene’a]

Ta sytuacja zmusza mnie do podjęcia zadania, krego długo unikałem, mianowicie ustalenia, w jakich okolicznościach znaleźli się tu niekrzy pacjenci i czy, jak to niestety bywało w pewnych tragicznych przypadkach, nie zostali umieszczeni w szpitalu z powodów raczej społecznych niż medycznych. Nie jestem bowiem aż takim głupcem, aby myśl, że wszyscy tutejsi obłąkanisą naprawdę szaleńcami, że byli nimi kiedykolwiek czy zanim tu wylądowali i potem w pewien sposób zarazili się od innych. Wszechwiedzące społeczeństwo czy t, powiedzmy, opinia publiczna, jak to się pisze w gazetach, uwają, że c i ludzie zasługują na  wolność”,  oswobodzenie.  Może tak być,  ale  dla istot równie długo trzymanych w zamknięciu wolność stwarza nowe problemy, tak jak się stało w przypadku tych wszystkich krajów Europy Wschodniej po obaleniu komunizmu.  

[…]

Będę musiał zająć się zwłaszcza moją starą przyjaciółką, panią McNulty, najstarszą osobą nie tylko w tym miejscu, ale i w samym Roscommon, a może nawet w całej Irlandii. Była już w podeszłym wieku, gdy nastałem tu trzydzieści lat temu, chociaż wtedy miała jeszcze energię - jak by to określić? - wynikającą z sił natury. Pani McNulty jest niezwykła i mimo że bywają długie okresy, kiedy jej nie widuję albo widuję tylko przelotnie, zawsze mam świadomość jej obecności i staram się o nią pytać. Obawiam się, że jest dla mnie probierzem. Stanowi punkt odniesienia i reprezentuje nie tylko instytucję, ale także, dziwnym sposobem,  moje  własne dzieje,  moje  własne życie.  „Gwiazda zbłąkanych łodzi”  -  jak powiedział Szekspir. Moje problemy małżeńskie z biedną Bet, podupadanie na duchu, a właściwie całkowity upadek ducha, dość wczesne poczucie, że nie nadążam, że to, że tamto - ta cała moja poczciwa głupota. Gdy wszystko zmienia się w sposób nieunikniony, ona pozostaje taka sama, nawet jeśli z biegiem lat słabnie i się kurczy. Ma już setkę? Kiedyś grywała na pianinie w sali wypoczynkowej, naprawdę bardzo trudne utwory, standardy jazzowe z lat dwudziestych i trzydziestych. Nie wiem, gdzie się ich nauczyła. Siadywała tam, ze swoimi siwymi włosami opadającymi na plecy, w jednej z tych okropnych szpitalnych koszul, ale i tak wyglądała jak królowa i chociaż dobiegała wtedy siedemdziesiątki, widać było ślady jej dawnej urody. Wciąż jest piękna, a Bóg wie, jak musiała wyglądać za młodu. Nadzwyczajne, to dowód czegoś niezwykłego i może nieznanego w tym prowincjonalnym światku.

[…]

[z pamiętnika Roseanne McNulty z panieńskiego Clear]

Kiedy miałam z dziesięć lat, ojciec w edukacyjnym zapale zabrał mnie na szczyt wysokiej smukłej wieży na cmentarzu. Była to jedna z tych pięknych, strzelistych budowli wznoszonych przez mnichów w czasach zagrożenia i destrukcji. Stała w rogu cmentarza, wśród pokrzyw, i właściwie nigdy się o niej nie mówiło. Znajdowała się w Sligo od zawsze, dokąd pamięć sięga. Lecz niewątpliwie był to cud nad cudy, wzniesiony przy minimalnej ilości zaprawy między kamieniami,  z  których każdy pamiętał łuk wieży i każdy został idealnie dopasowany do pozostałych przez dawnych budowniczych. Oczywiście cmentarz był katolicki. Ojciec nie dostał tej pracy z powodu swojego wyznania, ale ponieważ był powszechnie lubiany w miasteczku i katolikom nie przeszkadzało, że groby będzie kopał im prezbiterianin,  o  ile jest to dobry człowiek.  W tamtych czasach pomiędzy różnymi Kościołami chrześcijańskimi panowała większa zgoda, niżbyśmy przypuszczali, zapomina się też,  że  na mocy surowego prawa karnego,  które  obowiązywało w minionych czasach, walczące z sobą odłamy wyznaniowe były piętnowane, na co lubił zwracać uwagę mój ojciec. W każdym razie tam, gdzie panuje przyjaźń, rzadko pojawiają się konflikty religijne. A jego wyznanie zaczęło mieć znaczenie dopiero później. Wiem jedno: że ogromnie lubił go ksiądz proboszcz, żwawy, drobny człowieczek, ojciec Gaunt, który wyrośnie na wielką postać w mojej opowieści, jeśli można powiedzieć, że mały człowiek wyrasta na wielką postać.

[…]

Wieża wydawała się stamtąd ogromna, sięgała nieładnych, szarych tego dnia chmur. Ani jeden listek nie drgnął pod wpływem wiatru. Zaniedbane groby tej części cmentarza, groby mężczyzn i kobiet z minionych wieków, kiedy ludzie mogli sobie pozwolić tylko na surowy kamień,  bez  żadnego wyrytego na nim nazwiska, wydały mi się inne, gdy znalazłam się obok nich sama, jakby nieszczęsne szkielety miały wstać i ruszyć na mnie, pożreć mnie, żeby zaspokoić swój odwieczny głód. Stałam na ziemi, ale byłam jak dziecko nad przepaścią, to było takie uczucie, jak w scenie ze starego Króla Lira, kiedy jego przyjaciel wyobraża sobie, że spada z wysokiego urwiska, choć żadnego urwiska nie ma, i gdy to czytasz, myślisz, że to urwisko istnieje i spadasz razem z przyjacielem króla. Ale spojrzałam w górę ufnie, całkowicie ufnie, z miłością, tak, z miłością.

[…]

Drogi Czytelniku! Drogi Czytelniku, jeśli jesteś szlachetnym, dobrym człowiekiem, chciałabym wziąć Cię za rękę. Chcę wszystkiego, co niemożliwe. Nie mam Ciebie, ale mam co innego. Są takie chwile, gdy przeszywa mnie niewytłumaczalna radość, jakbym nie mając nic, miała cały świat. Jakbym dotarłszy do tego pokoju, znalazła się w przedsionku raju, który się przede mną otworzy i ruszę przed siebie jak kobieta nagrodzona za swoje trudy, ku tym zielonym polom, gospodarstwom na wzgórzach, gdzie trawa płonie zielenią!

[…]

Doktor Grene’a opowiadał: Doszliśmy do żyraf. Williamowi bardzo się podobały... były to dwie duże żyrafy o długich szyjach, delikatnych, długich nogach, piękne, majestatyczne zwierzęta. Chyba nigdy nie widziałem wspanialszego zwierzęcia. Wtedy, w tym lśniącym pokoju, odniosłam wrażenie, że zauważyłam coś dziwnego, łzę, która napłynęła mu do kącika oka, wylała się na policzek i stoczyła po nim szybko, jakby zapłakał ze smutkiem, skrycie. Takie piękne, takie piękne – powtórzył Jego słowa skłoniły mnie do milczenia, nie wiem dlaczego. Ale to przecież nie było zaproszenie do rozmowy, swobodna, wesoła uwaga w stylu mojego ojca. Miałam ochotę go słuchać, ale nie chciałam mu odpowiadać. Jaka dziwna jest ta odpowiedzialność, którą odczuwamy wobec innych, gdy mówią, żeby potem powiedzieć im coś na pocieszenie. Biedni ludzie! Zresztą nie zadał żadnego pytania. Unosił się tylko w pokoju, niematerialny, żywy człowiek z krwi i kości, który umierał niezauważalnie, stojąc, jak my wszyscy.

[…]

Ojciec grzebał każdego, kogo miał pogrzebać. W czasach pokoju byli to przeważnie ludzie chorzy i starzy, ale w czasach wojny często przywożono mu ciała chłopców albo prawie chłopców. To sprawiało mu ból, jakiego nie okazywał nigdy wobec posuniętych w latach i niedołężnych. Uważał, że śmierć tych ostatnich jest czymś zwyczajnym, naturalnym, i gdy rodziny czy inni żałobnicy płakali albo stali w milczeniu nad grobem, wiedział, że tak ma być. Zdawał sobie sprawę, że starego człowieka trzeba pochować, a potem dzielił się z jego bliskimi swoimi wspomnieniami i anegdotami,  jeśli  uznał,  że  może im sprawić tym przyjemność i okazać współczucie. Był dyplomatą w sferze cierpienia. Inaczej wszakże było w przypadku ciał poległych podczas wojny [tak światowej jak i po niej tej narodowowyzwoleńczej Irlandczyków – przyp. aut.], nad nimi bolał ogromnie.  Można by pomyśleć,  że  jako prezbiterianin nie powinien identyfikować się z historią Irlandczyków.

[…]

[Z notatek doktora Grene’a]

Nie mogę przezwyciężyć wrażenia, że usiłuję się pozbyć powierzonych mojej opiece istot, które nie będą w stanie funkcjonować z dala ode mnie. To pewnie zrozumiałe, ale jednocześnie żywię wobec siebie pewne podejrzenia. Mam ten nierozsądny zwyczaj, że odnoszę się do pacjentów jak ojciec, a nawet jak matka. Po tych wszystkich latach, które, wiem to ponad wszelką wątpliwość, zabijają wszystkie dobre impulsy czy instynkty u innych dusz pracujących w tym sektorze, ja wciąż jeszcze jestem zazdrosny o poczucie bezpieczeństwa, szczęście moich pacjentów, nawet jeżeli sam czasami w nie wątpię. Ale, jak powiedziałem, mam pewnie podejrzenia. Zastanawiam się, czy, zawiódłszy własną żonę, nie traktuję tego miejsca jak czegoś w rodzaju małżeństwa, w którym trwa się bez grzechu, w którym nie podlega się osądowi, a jeśli nawet tak, to codziennie uzyskuje się przebaczenie, drugą szansę, możliwość „przeróbki” (okropne słowo). Kiedyś materiał z drugiej ręki określano jako nadający się do przeróbki albo nienadający się do przeróbki.  Dawniej wszystkie garnitury,  w  przypadku mężczyzn,  i sukienki,  w  przypadku kobiet,  szyło  się w takich miejscach jak to z podarowanych materiałów. Sądzę, że nawet te „nienadające się do przeróbki” uważano za całkiem odpowiednie dla rezydujących tu nieszczęśników. Jednakże z upływem czasu, gdy tak jak wszyscy sam powoli się wycieram, dostrzegając w materiale, jaki stanowię, tu dziurę, tam rozdarcie, czuję, że coraz bardziej potrzebuję tego miejsca. Zaufanie ludzi będących w potrzebie zawiera w sobie element przebaczenia. Może powinienem odczuwać większą frustrację z powodu bezradności psychiatrii, która w gruncie rzeczy jest jak ślepa uliczka, z powodu straszliwego pogarszania się stanu tych, którzy tu tkwią, niemożliwości naprawienia tego wszystkiego. Ale, Boże dopomóż, nie czuję jej. Za kilka lat osiągnę wiek emerytalny i co wtedy? Będę jak wróbel bez ogrodu. […] Nie chciałem tu o tym pisać. Miał to być zawodowy, a przynajmniej półzawodowy opis stanu rzeczy, może ostatnich dni tego nieważnego, już straconego, a tak niezbędnego miejsca. Miejsca, w którym spędziłem całe swoje zawodowe życie. Dziwnej świątyni moich aspiracji. Wiem, lękam się, że nie zrobiłem nic dla tutejszych pensjonariuszy, że idealizuję ich i dlatego zawodzę,  lękam  się tak jak tego, że zmarnowałem życie Bet [żona doktora Grene’a – przyp. aut.].  To  „życie”,  tę niespisaną opowieść o sobie, tę... sam nie wiem co. Ale nie miałem takiego zamiaru. Całkiem szczerze chełpiłem się, że jestem jej wierny, że ją szanuję, niemal wielbię. Może ją także idealizowałem. Zgubny, chroniczny sentymentalizm. Cholera jasna, szczycąc się nią, szczyciłem się sobą i to było dobre. Dopóki mnie ceniła, ja ceniłem siebie. Żyłem tym, codziennie dawało mi to napęd. Jakie to było wspaniałe, jakie olśniewające i jakie śmieszne. Ale był to stan, za który oddałbym teraz wszystko. Wiem, że to niemożliwe. A jednak. Kiedy tutejszy światek zostanie unicestwiony, razem z nim przepadnie tyle małych historii. To jest właśnie straszne, może nawet przerażające.

[…]

W późniejszych latach słyszałam wersje opowieści o tej nocy [ kiedy wolni antytraktatowi „odszczepieńcy” irlandzcy przynieśli do kaplicy cmentarnej zwłoki swego młodego kompana – przyp. aut.], które różniły się od tego, co sama zapamiętałam, ale występował w nich wszystkich jeden stały element: że zatrzymałam się w drodze po ojca Gaunta i powiedziałam żołnierzom Wolnego Państwa, co miałam do powiedzenia, wbrew zakazowi ojca i własnemu instynktowi. Tego, że w ogóle nie spotkałam żołnierzy, nie rozmawiałam z nikim, nawet nie przyszłoby mi to do głowy - bo czy narażałabym ojca na jeszcze większe niebezpieczeństwo? - w ogóle nie bierze się pod uwagę w nieoficjalnej historii Sligo. Bo, jak widzę, historia nie jest sekwencją tego, co się zdarzyło, kolejno   i   zgodnie   z   rzeczywistością,   tylko   fantastyczną   konstrukcją   przypuszczeń   i domysłów, wznoszoną jak sztandar wobec ataku miażdżącej prawdy. Historia musi wykazywać się wielką inwencją wobec ludzkiego życia, bo samo życie stanowi argument przeciwko panowaniu człowieka na ziemi. Moja własna historia, jak zresztą każdego, za każdym razem świadczy przeciwko mnie, nawet jeśli sama ją piszę, bo nie mam nic heroicznego do opowiedzenia. Nie występują w niej żadne trudności, chyba że takie, które sama stworzyłam. Serce i dusza, tak ukochane przez Boga, brukają się podczas pobytu tutaj i nie da się tego uniknąć. Nie są to wcale moje refleksje, pewnie zaczerpnęłam je w przeszłości z lektur sir Thomasa Browne’a [angielski pisarz, lekarz i uczony, zwolennik tolerancji religijnej – przyp. aut.]. Ale mam wrażenie, jakby były moje. Rozbrzmiewają mi w głowie jak własne myśli.

[…]

Prawda była taka, że ojciec Joe Clear kochał swój kraj, kochał to, co w głębi duszy uważał za Irlandię. Może gdyby urodził się na Jamajce, kochałby ją równie mocno. Ale tak się nie stało. Jego przodkowie sprawowali małe synekury w irlandzkich miasteczkach,  w  których mieszkali, na przykład inspektorów budowlanych, a jego ojciec nawet doszedł do godności pastora. Urodził się więc na małej plebanii w Collooney, jako dziecko pokochał to miejsce, a potem, gdy serce mu urosło, objął swoją miłością także całą wyspę. Ponieważ jego ojciec był jednym z tych radykalnych myślicieli, którzy pisali broszury, a już na pewno głosili kazania poświęcone historii protestantyzmu w Irlandii - bo broszury żyją krótko, choć jeśli dobrze pamiętam, ojciec wspominał o jednej czy dwóch - sam nie zawsze miał o tej religii dobre zdanie. To znaczy uważał protestantyzm za delikatne jak piórko narzędzie, przekształcone przez stary system w młot i użyte, aby tłuc nim po głowie ludzi, którym ciężko się żyło w Irlandii, z natury rzeczy przeważnie katolików. Jego ojciec kochał tę religię i sam też darzył ją uczuciem,   ale   było   mu   straszliwie   przykro,   nie,   straszliwie   go   gniewało,   że   jest

 

wykorzystywana w Irlandii do takich celów, tak samo zresztą jak anglikanizm, baptyzm et cetera. Skąd to wiem? Bo co wieczór, gdy byłam dzieckiem, co wieczór, na koniec dnia kładł się na moim wąskim łóżku, rozpychając się swoimi szerokimi biodrami, tak że prawie na nim leżałam, z głową przy jego zarośniętej twarzy, i mówił, mówił, mówił, podczas gdy matka szła spać w sąsiednim pokoju. Kiedy słyszał, że zaczynała cicho pochrapywać, opuszczał mnie i kładł się przy niej, ale przez te pół godziny, w ciemnościach, gdy pozwalał jej zasnąć, a księżyc, początkowo usadowiony na tylnej ścianie, wznosił się, raz jasny, raz ciemny, jak to księżyc, na niebie pełnym nieosiągalnych gwiazd - jak dobrze o tym wiem - opowiadał mi o wszystkich swoich przeczuciach, obawach i troskach z głębi serca, nie przejmując się, że nie zrozumiem, tylko traktując to jak muzykę równie urzekającą dla swoich, a więc i moich uszu, jak dzieła Balfe’a i Sullivana [irlandzcy śpiewacy i kompozytorzy – przyp. aut.], jego zdaniem dwóch najznamienitszych Irlandczyków, jacy żyli. I pracując na cmentarzu, pod kuratelą ojca Gaunta, miał pod pewnym względem poczucie, że jego życie jest spełnione, dobre. Pod innym, że stanowi modlitwę do jego ojca. Tak nauczył się żyć w Irlandii, przypadkowym miejscu, które pokochał.

[…]

Doktor Grene to jeden z tych ludzi, którzy lubią dotykać nieistniejących fularów albo innych części garderoby z minionych czasów. Mógłby gładzić się po brodzie, ale nie robi tego. Czyżby nosił w młodości na szyi jakiś fantazyjny szalik albo coś w tym rodzaju? Myślę, że to możliwe. W każdym razie głaskał teraz coś wyimaginowanego, przebierając palcami prawej ręki milimetr nad swoim prawdziwym, purpurowym krawatem, o mięsistym jak młoda róża węźle. Och! - wykrzyknął dziwnie. Można by to wziąć za wyraz ogromnego zmęczenia, ale nie wydaje mi się, żeby doktor Grene był zmęczony. Było to charakterystyczne dla poranka westchnienie, które wydał w moim pokoju, jakby był u siebie. Może zresztą i był, w oczach zewnętrznego świata. Chciałaby pani zastanowić się nad odejściem stąd? Mam to wziąć pod uwagę? Nie umiałam jednak na to pytanie odpowiedzieć. Czy pragnę jakiejkolwiek wolności? Czy jeszcze wiem, co to takiego? Czy ten dziwny pokój to mój dom? Niezależnie od tego, jak jest naprawdę, znowu ogarnął mnie strach, jak szron na roślinach w lecie, od którego w tak przykry sposób czernieją liście.

[…]

Cały czas myślę tylko o ojcu i nie napisałam ani słowa o zakonnicach ze szkoły. I muszę teraz zostawić je w mrokach historii, nawet ich nie wymieniając, choć były z nich takie interesujące kobiety. Do biedniejszych dziewcząt odnosiły się strasznie, ale pozwalałyśmy im na to. Krzyczałyśmy i płakałyśmy, gdy nas biły, a jednocześnie z wielką zazdrością   patrzyłyśmy,   jakie   względy   i   troskę   okazują   bogatszym   dziewczętom   z miasteczka. Każde bite dziecko w pewnej chwili traci nadzieję - odpycha ją od siebie jak łódź bez wioślarza, żeby płynęła z nurtem, i godzi się na cały ból. To brutalna prawda, ale dziecko inaczej nie umie. Dziecko nie ma wpływu na swój los. Myślę, że to wszystkim wiadomo. Ale choć okrutne, gdy tak podnosiły kije z całą swoją energią, żeby wypędzić z naszych ciał demony żądzy i wykorzenić tkwiące w naszych umysłach pokłady ignorancji, były naprawdę dość interesujące.

[…]

Doktor Grene był bardzo powściągliwy, bardzo wyciszony i miał bardzo błyszczącą twarz. Może posmarował ją jakąś maścią, gdy się ogolił, żeby nie zaszkodziło jej świeże powietrze. Podszedł do stołu - siedziałam już na łóżku, wśród widoczków na kapie, to chyba francuskie scenki rodzajowe, jest między nimi człowiek niosący osła na plecach - wziął należące do mojego ojca stare wydanie Religio Medici i spojrzał na nie bezmyślnie. Byłam zaskoczona, kiedy po śmierci taty zobaczyłam, że książka została wydana w 1869 roku, choć przecież wiedziałam, że miał ją od wielu lat. Oczywiście na wyklejce widniało jego nazwisko, wraz z datą i miejscem, Southampton 1888, ale miałam nadzieję, że może jednak dostał tę książkę od własnego ojca, mojego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Gdy więc trzymałam ją w dłoniach, miałam wrażenie, że wiele par rąk dzierżyło ten mały tom, rąk należących do mojej rodziny. Bo osoba samotna podczas bezsennych nocy szuka pocieszenia u bliskich ludzi, nawet jeśli są to tylko wspomnienia o nich. Ponieważ tak dobrze znałam tę książeczkę, wiedziałam, na co patrzy doktor Grene. Było to zdjęcie sir Thomasa Browne’a z brodą.  Może spojrzał na jego brodę, bardzo wyrazistą, wręcz wydatną na okrągłej grawiurze, i pożałował, że sam swoją stracił. Książkę wydali Sampson Low, Syn, i Marston. To „syn” brzmi pięknie. Syn Sampsona Lowa. Kim był, kim był naprawdę? Czy pracował ciężko pod okiem surowego ojca, czy też cieszył się jego sympatią i szacunkiem? Przypisy opracował J.W. Willis Bund. Nazwiska, nazwiska ludzi, którzy odeszli, zapomniane, ot, ptasi śpiew w gęstwinie rzeczy. Jeśli J.W. Willis Bund mógł odejść i zostać zapomniany,  o  ileż łatwiejsze to będzie w moim przypadku? Przynajmniej to nas łączy.

[…]

Podszedł do mnie, nie wiem w jakim celu. Ale gdy zrobił pierwszy ruch, pomyślałam, że obudziło się w nim coś pierwotnego i niepowstrzymanego. Cicha świątyńka na cichym cmentarzu, grudniowe ciemności i ja z tym czymś, czego ode mnie chciał. Gdy się zbliżał, odniosłam wrażenie, że zmienił zamiar, z jego twarzy uleciało wszelkie człowieczeństwo, w oczach zabłysło coś głęboko skrywanego i mroczniejszego od człowieczeństwa,  coś, co tkwiło w nas, zanim obdarzono nas naszymi kłopotliwymi duszami. Z perspektywy czasu myślę, że chciał mnie zabić, ale dlaczego, nie wiem. Najwyraźniej nadepnęłam temu Joeyowi Brady’emu na odcisk, chociaż jakiż to wielki spisek knuł z ojcem Gauntem [który chciał po śmierci ojca Rose-anne wyswatać Joego Brady, katolika (???) z sierotą – przyp. aut.], nie mam pojęcia. Szukając ojca, znalazłam własnego mordercę. Krzyknęłam, odzyskując nagle głos. Zawyłam! Za nim pojawił się inny mężczyzna. Jakież miałam szczęście, że w tym odosobnionym miejscu znalazł się jeszcze ktoś. Joe Brady tymczasem dopadł mnie i jakby niczego bardziej nie pragnął na świecie, chwycił obiema rękami moją chudą szyję i przyciągnął do siebie. Wtedy jakoś, na wpół świadomie, zorientowałam się, że gmera przy rozporku, żeby wyjąć, co tam miał, a, Boże drogi, skończyłam dopiero szesnaście lat i choć wiedziałam co nieco o ptaszkach i pszczółkach, o niczym innym nie miałam pojęcia oprócz tego, że niektórzy chłopcy, gdy obok nich przechodziłam, budzili we mnie coś, ale dlaczego, tego nie bardzo rozumiałam. W tym punkcie mojego życia byłam chyba najbardziej niewinną dziewczyną w Sligo [Clear – przyp. aut.], i naprawdę pamiętam, gdy tak tu siedzę i piszę, że w pierwszej chwili pomyślałam, iż wyciąga ze spodni pistolet albo nóż, bo przecież właśnie w tym miejscu widziałam dobywaną broń i słyszałam jej strzały.

[…]

Hm – powiedział John Lavalle [domniemany „kochanek” Pani Roseanne’a McNulty – przyp. aut.] - współczuję ci z powodu śmierci twego ojca. Oczywiście, że tak. Nie wiesz, że rozstrzelali moich towarzyszy? Wyprowadzili ich i rozstrzelali bez litości, Irlandczycy Irlandczyków. Ta nagła zmiana, która w nim nastąpiła, była jak przeziębienie i zaraziłam się nią od niego. Przykro mi z tego powodu - odparłam.  Dlaczego nagle poczułam się głupio i niezręcznie? - Przykro mi z powodu wszystkiego. To nie ja sprowadziłam żołnierzy [do kaplicy cmentarnej „pamiętnego” dnia – przyp. aut.]. Naprawdę. Ale nie obchodzi mnie, czy mi wierzysz. Nie obchodziłoby mnie nawet, gdybyś mnie zastrzelił. Kochałam ojca. A teraz i twoi towarzysze nie żyją, i mój ojciec. Nie powiedziałam słowa nikomu oprócz księdza, a on nie rozmawiał z nikim po drodze. Nie rozumiesz, że was śledzili? Myślisz, że nikt poza nami was nie widział? To miasteczko nie śpi. Nie bój się, już tam znają nasze sekrety. Popatrzył   na   mnie   tymi   swoimi   oczami   o   dziwnym   odcieniu   wodorostów. Wodorostów z jego wyspy. Może pływały w łonach tamtejszych kobiet, z ludu, który częściowo wrócił do morza, jak te pierwsze małe stworzenia ze struną na grzbiecie zamiast kręgosłupa, jeśli wierzyć temu, co czytałam. Och, jego oczy stały się przejrzyste, gdy tak na mnie patrzył, i po raz pierwszy dostrzegłam, co jeszcze kryje się w Johnie Lavelle’u, mianowicie rodzaj dobroci.

[…]

John Kane [posługacz, sprzątający w domu „dla obłąkanych” w Roscommon, tak naprawdę syn Johna Lavalle’a – przyp. aut.] przyszedł dziś z niezwykłym oświadczeniem. Powiedział, że pojawiły się pierwsze w tym roku przebiśniegi. Kto by pomyślał, że ktoś taki jak on zwraca uwagę na przebiśniegi. Dodał, że w górnym ogrodzie, do którego mogą wchodzić tylko robotnicy z zakładu, zauważył kwitnącego krokusa. Mówił to wszystko w bardzo miły sposób, stojąc z mopem pośrodku pokoju. Właściwie przyszedł umyć podłogę, ale opowiedział mi o tych cudach i poszedł, zapominając o myciu. Zbity z tropu, jak sądzę, własnym, zaskakującym przypływem romantyzmu. To dowodzi jedynie, że ludzie nie są niezmienni, że wciąż robią coś sprzecznego ze swoim charakterem. Jednocześnie jednak nadal nie przepada za myciem i jak zwykle miał rozpięty rozporek. Któregoś dnia jakieś zwierzątko ten rozporek zauważy i zagnieździ się w nim, jak jeż w kuszącej, wilgotnej, jesionowej dziupli.

[…]

[Z notatek doktora Grene’a]

Nie przypadłem do gustu jej [Bet – przyp. aut.] ojcu, podwykonawcy zatrudnionemu przy wielkim projekcie hydroelektrycznym w Shannon, i z tego względu postaci historycznej, wręcz epickiej, bo dostarczał żwir z kamieniołomu w Connaght. Ale dopięła swego i wzięliśmy ślub, Boże miej ją w swojej opiece; jej liczna rodzina zebrała się po jednej stronie kościoła, a po drugiej stał tylko mój przybrany ojciec, który musiał znosić nieprzyjazne spojrzenia z naprzeciwka. Moi rodzice byli katolikami, co mogło przemawiać na ich korzyść, tyle że należeli do Kościoła anglikańskiego, więc w oczach moich teściów byli w większym stopniu protestantami niż sami protestanci, a w każdym razie ludźmi bardzo, bardzo tajemniczymi, jak istoty z innej epoki, z czasów, kiedy Henryk VIII szukał żony. Pewnie uważali, że Bet wychodzi za jakieś dziwadło. Jej największym życzeniem, jak sądzę, było, żebym pozostał taki, jaki jestem, i jakże żałuję, że stało się inaczej. Tylko od róż oczekiwała zmiany, tej dziwnej chwili kwiatowego oczarowania, kiedy jakiś ich gatunek ulega modyfikacji i wydaje „mutanta”, nową, zaskakującą odmianę. Dokonuje „skoku” pod względem urody. „Idę do ogrodu, zobaczę, co nowego” - mawiała często, bo hodowała róże, które kwitły przez cały rok. Czekała, żeby jakiś bóg, tajemniczy czarodziej, odpowiedzialny za róże, zrobił swoje. Obawiam się, że wykazywałem tym wszystkim niewielkie zainteresowanie. Mea culpa. Próbowałem, ale nie potrafiłem odnaleźć w sobie pasji. Powinienem był jej towarzyszyć, gdy wychodziła z domu w rękawicach i z sekatorem, jak ktoś wyprawiający się na małą bitwę. […] Roseanne. Stara dama. Starucha z ludowych opowieści. Taka wiekowa, a jednak to jedna z tych subtelnych twarzy, które tak bardzo nie zmieniają się od młodości, zdradzają, jak wyglądały kiedyś. Och, jest pomarszczona, bo musi być, z tej kobiety zostały już tylko skóra i kości, wszystko, co było w niej piękne, jędrne, zwiędło i wyschło. Czy mogę powiedzieć, że Bet zostało to oszczędzone? Nie warto zastanawiać się nad tym, czego oszczędziła nam śmierć. Ona na pewno śmieje się, gdy to słyszy. Co jak co, ale śmierć zna wartość życia.

[…]

Ten ciągły deszcz lejący na Sligo, lejący na duże i małe ulice, tak że domy trzęsą się i tulą do siebie, jak ludzie podczas meczu futbolowego. Lejący niesamowicie, tonami wody, setkami rzek. A sama rzeka, Garravoge, występuje z brzegów, piękne łabędzie, wzięte z zaskoczenia, płyną z nurtem, wpadają pod most i wypływają po drugiej jego stronie jak samobójcy, którym nie udało się zabić, tajemnicze oczy mają czarne, pełne przerażenia, ale tajemniczej gracji nie tracą. Jak dzikie są łabędzie nawet przy tej swojej słynnej urodzie. Deszcz lejący też na chodnik przed Café Cairo, gdy ciągnęłam kotły i różne urządzenia i z płomiennym wzrokiem wyglądałam przez zaparowane okna. Tak to teraz widzę. Kim byłam wtedy? Kimś obcym, kto jednak nadal tkwi we mnie, w moim ciele. Tkwi w tej pomarszczonej powłoce. Dziewczyna, którą byłam.

[…]

Zdaje się, że stara jabłoń przetrwa wszystkich. To drzewo uczyniłoby filozofem kosa. Kwiecie jabłoni jest skromniejsze niż wiśni, ale mimo to jego widok wręcz porusza, aż robi się cieplej na sercu. Kiedyś wiosną doprowadzało mnie do łez.  W końcu zawsze zakwitało,  mróz  czy nie mróz.  Chętnie znowu bym to zobaczyła. Mróz może jedynie zatrzymać stare drzewo, ale go nie pokona.

[…]

[z pamiętnika Roseanne McNulty z panieńskiego Clear]

W kawiarni obsługiwano wszystkich ze Sligo bez wyjątku. Należała ona do rodziny kwakrów i dostaliśmy polecenie, żeby nikogo nie odprawiać spod drzwi. Można więc było tam zobaczyć biednego, samotnego emeryta, który pił herbatę i myśląc, że nikt nie widzi, wyjmował zza pazuchy kilka przyniesionych z sobą kawałków sera. Pamiętam tego człowieka bardzo dobrze i to, że wydał mi się strasznie stary w tym swoim znoszonym brązowym garniturku. Prawdopodobnie miał nie więcej niż siedemdziesiąt lat! Obecność tych niedomytych osobników nie zniechęcała jednak wcale dam ze Sligo, które też chętnie przychodziły do nas na pogaduszki. Były to prawdziwe kwoki: jak siedziały rozparte przy stolikach, jak paplały między sobą i wymieniały plotki, robiąc szum jak pszczoły w ulu! Niektóre z nich były wspaniałymi, pełnymi życia kobietami, które my, to znaczy zastęp kelnerek, uwielbiałyśmy, uwielbiałyśmy patrzeć na nie codziennie, i które chętnie obsługiwałyśmy. Inne były jędzami, jak można się spodziewać. Ale przychodziły tam rozmaite typy ludzi, to naprawdę był mój uniwersytet, tak wiele się tam nauczyłam, podając herbatę i prawiąc uprzejmości,  to  mógł być dla mnie początek całkiem udanego życia, jak sądzę.

[…]

[Z notatek doktora Grene’a]

I wtedy zdarzyło się coś strasznego. O Jezu, tak. Usłyszałem to wyraźnie, nad głową, cichy,  stłumiony głos, bo musiał przeniknąć przez deski podłogowe i stary sufit, jednak usłyszałem wyraźnie słowo „Halo?”. Był to głos Bet. Tak się przestraszyłem, że prawie puścił mi pęcherz. Już zobaczyłem potwora, który oplata się wokół mnie jak anakonda i powoli zaciska. Anakonda zabija, napierając z taką siłą na narządy wewnętrzne,  że  pęka serce.  Ten potwór prawie do tego mnie doprowadził. Strasznie tęskniłem za Bet, lecz szczerze mówiąc, nie chciałem słyszeć jej głosu, nie w takich okolicznościach. Żywa, oddychająca kobieta, owszem, ale nie-pojedyncze słowo, które dochodzi do mnie, przebija się do mnie. Jednak potem pomyślałem, że zdarzyła się jakaś okropna pomyłka, może wyobraziłem sobie, że umarła, albo pogrzebałem ją żywcem i.… ale nie miałem czasu na dalsze tego rodzaju głupoty, bo padło następne słowo, tym razem było to moje imię, wyraźne jak bicie dzwonu: „William!”. O Jezu, pomyślałem, to do mnie. Już samo to było szaloną myślą. Bo na miłość boską, nikt nie mógł odebrać tego telefonu, więc jak miałby być do mnie? Ktoś jednak wypowiedział moje imię. Głos brzmiał tak samo jak zwykle, ten sam ton, z tą samą nutą zniecierpliwienia, irytacji, że dałem komuś jej numer i ten ktoś teraz korzysta z jej linii. […] Byłem kupką nieszczęścia. Jeśli strachowi towarzyszy jakaś substancja chemiczna - adrenalina i jej pokrewne - to w tej chwili zalała mi mózg. Dosłownie ugięły się pode mną kolana i poczułem, że zawartość moich jelit zamienia się w wodę. Zebrało mi się na wymioty. Przed wieloma laty jako chłopak widziałem w rzeźni w Padstow krowy stojące w kolejce do uboju - ze strachu sikały i robiły pod siebie. Poczułem się tak samo. Gdzieś w głębi duszy pragnąłem, żeby Bet była w środku, ale jednocześnie znacznie bardziej bałem się tego, bałem się tak, jak żywi muszą bać się zmarłych. To podstawowe prawo życia. Grzebiemy albo palimy zmarłych, bo chcemy oddzielić ich cielesność od naszej miłości i wspomnień. Nie chcemy, żeby przebywali po śmierci w swoich pokojach, chcemy zachować w pamięci obraz ich żywych, w pełni życia.

[…]

[z pamiętnika Roseanne McNulty z panieńskiego Clear]

Przed filmem zawsze wyświetlano kronikę i jeśli na przykład wspominano w niej o hiszpańskiej wojnie domowej, rozlegały się głośne komentarze na temat Błękitnych Koszul [irlandzka partia faszystowska – przyp. aut.] i tak dalej. Pan Clancy i jego bracia mieli wtedy pełne ręce roboty, bo próbowali wyłapać politycznych prześmiewców. Kanalie - komentował Tom [McNulty, mąż Roseanne – przyp. aut.]. Zwykłe wory gnoju - dodawał Jack, jeśli nie był akurat w Afryce. Jednak nie zamierzał przyłączyć się do Błękitnych Koszul. - Obawiam się, że twój kumpel O’Duffy [przywódca Błękitnych Koszul – przyp. aut.] to też zwykły wór gnoju - mawiał do Toma. Ale Tom zawsze wybuchał śmiechem, lubił Jacka, nie przejmował się jego słowami. Na tym polegał wielki urok Toma jako przyjaciela i brata. Był z gruntu poczciwym człowiekiem. Poza tym uważał Jacka za geniusza, bo skończył dwa kierunki w Galway, inżynierię i geologię, podczas gdy Tom wytrzymał zaledwie kilka miesięcy na studiach prawniczych. Od dzieciństwa powtarzał też opinie Jacka. Nie wiem, jakie w tym wszystkim miejsce zajmował trzeci brat, Eneas. Oczywiście, o Eneasie mówili niewiele [a to przyszły ojciec doktora Grene’a – przyp. aut.].

[…]

Fred Astaire. Niezbyt przystojny mężczyzna. Sam mówił, że nie umie śpiewać. Łysiał przez całe życie. Tańczył tak lekko, jak biega gepard, z wdziękiem pierwszych istot, jakie zostały stworzone. Tego pierwszego tygodnia. W jeden z tych dni Bóg musiał też stworzyć Freda Astaire’a. Może w sobotę, bo to dzień, w który chodziło się do kina. Na jego widok od razu   robiło   się   człowiekowi   lepiej.   Był   jak   lekarstwo.   Butelkowany   w   filmach   i rozprowadzany po całym świecie, od Castlebar po Kair, uzdrawiał kulawych i ślepych. To prawda ewangeliczna. Święty Fred. Fred Odkupiciel.

[…]

Na pierwszy rzut oka na górze [w Sligo – przyp. aut.] nie było nikogo, z wyjątkiem może starożytnych kości królowej Maeve pod milionem kamyków. Jej kopiec był wyraźnie widoczny z pól na dole, z plaży w Strandhill, ale stamtąd wydawał się mały. Dopiero gdy podeszłam do niego na moich zmęczonych nogach, zdałam sobie sprawę, jaki jest wielki - dzieło setki ludzi, dawno temu zbierających ze stoków góry dziwny plon kamieni wielkich jak pięść i rzucających je na stos, poczynając być może od samej królowej pod kilkoma starannie ułożonymi płytami, tak że powoli, jak pojedyncze kawałki torfu dodawane do całej sterty, jak pojedyncze zdarzenia składające się na epopeję, powstał wielki kurhan, pod którym mogła spać. Mówię „spać”, ale mam na myśli „rozkładać się” „rozpadać” - niknąć, zlewać się z wilgotną ziemią, stanowiąc pożywkę dla lśniących jak diamenciki wrzosów i mchów. Przez chwilę miałam wrażenie, że słyszę muzykę, narastające dźwięki starego amerykańskiego jazzu, ale był to tylko zmęczony wiatr, potykający się o wierzchołek góry.

[…]

Muszę przyznać, że tłuką mi się w głowie wspomnienia, które są dziwne nawet dla mnie. Nie chciałabym mówić tego doktorowi Grene’owi. Pamięć, jeśli się ją zaniedbuje, staje się chyba jak rupieciarnia albo strych w starym domu, gdzie robi się bałagan, nie tylko na skutek niedbalstwa, ale i zbyt chaotycznych poszukiwań, które się wśród nich prowadzi, a także dokładania niepotrzebnych już rzeczy, właściwie do wyrzucenia. Podejrzewam, że... cóż, nie wiem, co podejrzewam. Trochę kręci mi się w głowie na myśl, że to wszystko, co pamiętam, może nie być... może nie być prawdziwe. Tyle się wtedy działo... że co? Że szukałam ucieczki w innych niewiarygodnych historiach, marzeniach, fantazjach? Nie wiem. Jeśli zawierzę pewnym wspomnieniom, może staną się jak most i będę mogła przebyć rwący potok „minionych czasów”, nie wpadając do niego.

[…]

Jestem na tyle stara, aby wiedzieć, że upływ czasu to tylko sztuczka, pozór. Wszystko zawsze tkwi w tym samym miejscu, właśnie się rozgrywa, właśnie się dzieje. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, wiecznie w głowie, jak szczotki, grzebienie i wstążki w torebce.

[…]

Niezgłębione. Głębia. Zastanawiam się, czy na tym polega trudność, że moje wspomnienia i wytwory wyobraźni spoczywają głęboko w tym samym miejscu. Albo jedne na drugich, jak warstwy muszli i piasku w kawałku wapienia, tak że łączą się z sobą i nie można ich już odróżnić, chyba że patrzy się z bliska, z bardzo bliska. Dlatego tak się boję rozmawiać z doktorem Grene’em, boję się, że będę w stanie zaoferować mu tylko wytwory mojej wyobraźni. Wytwory wyobraźni. Ładne określenie katastrofy i złudzeń.

[…]

Myślę, że w ciężkich przypadkach dusze są anulowane,  skreślane  w jakimś biurze w pałacach nieba.  Że przybywasz do bram nieba już pod zły adres, zanim święty Piotr zdąży powiedzieć choć słowo. Ale to wszystko jest takie mroczne, takie trudne. Boję się, bo nie wiem, co robić. Roseanne, musisz przeskoczyć kilka rowów. Musisz znaleźć siły w swoim starym ciele, żeby wykonać skok [jak u Kanta w akcie wiary – przyp. aut.].

[…]

Dziwnie jest czytać takie rzeczy o Roseanne z tamtych czasów, kiedy posiadaczka tego imienia jest stuletnią staruszką i moją pacjentką. Nie wiem,  czy  to naprawdę są informacje objęte tajemnicą zawodową. Czasami wydają się bardzo voyeurystyczne, moralnie podejrzane. Częściowo dlatego, że moralność samego ojca Gaunta jest staroświecka. Każdym słowem,  które  pisze,  zdradza  wielką nienawiść,  jeśli  nie do kobiet,  to  do kobiecej seksualności czy też seksualności w ogóle. Dla niego to narzędzie szatana, podczas gdy dla mnie jeden z ogromnych uroków życia. Nie jestem przeciwnikiem Zygmunta Freuda. Jest także jasne jak słońce, że traktuje jej protestantyzm jako zasadnicze, pierwotne zło samo w sobie. Przepełnia go ogromny gniew, że nie chciała przejść na katolicyzm, sięgający jeszcze czasów, zanim wyszła za katolika, a i wtedy nie zmieniła wiary. Już choćby to jest dla ojca Gaunta perwersją.

[…]

John Kane staje się coraz bardziej tajemniczy. Teraz już zupełnie nic nie mówi, ale dziś rano chyba uśmiechnął się do mnie. To z jego strony dziwny, nie całkiem uwieńczony powodzeniem wysiłek. Lewa strona twarzy jakby mu trochę opada. Kiedy wychodził, znowu stanął na obluzowanej klepce. Zastanawiam się, czy nie daje mi do zrozumienia, że wie, iż coś pod nią jest. Ale na pewno nie sądzi, że to coś wartościowego, a zaglądanie pod klepki raczej nie leży w jego naturze. Gdy stałam przy oknie i patrzyłam na niego, usiłowałam sobie przypomnieć, jak długo go znam. Mam wrażenie, że nasza znajomość sięga zamierzchłych czasów, niemal dzieciństwa, ale to niemożliwe. W każdym razie jest długa. Nosi tę samą dżinsową kurtkę od jakichś trzydziestu lat. Tak jak ja własną zdartą garderobę. Wstyd mi z powodu mojego szlafroka, bo gdy podeszłam do okna, zobaczyłam, jaki jest brudny i poplamiony z przodu. Instynktownie chciałam odsunąć się od światła, ale odeszłam już tak daleko od łóżka, że szkoda mi było wracać. Chciałam zapytać go o postępy wiosny na dworze, skoro ujawnił już zainteresowania botaniczne, albo o coś takiego. Biały, żółty, niebieski, taka jest kolejność. Przebiśniegi, żonkile i dzwonki, gdy zakwitają żonkile, więdną przebiśniegi. Ciekawe, dlaczego tak jest. Ciekawe, dlaczego wszystko jest, jak jest.

[…]

[Z notatek doktora Grene’a]

Katastrofa.  Lekarz,  doktor  Wynn,  który  na moją prośbę odwiedził Roseanne, niechcący puścił farbę o likwidacji szpitala. To znaczy myślał, że o tym wiedziała, że ktoś ją poinformował. Jeśli tak było, zapomniała o tym. Powinienem był to przewidzieć i ją przygotować. Chociaż nie wiem, jak miałbym to zrobić, żeby nie wywołać podobnego efektu. Chyba najbardziej się martwi, że zostały zabrane starsze panie, te przykute do łóżek. Mam wrażenie, że w ogóle wszystkich nas przeniesiono szybciej, niżbyśmy chcieli, ale nowy budynek w Roscommon zostanie oddany do użytku lada dzień, a w gazecie już pisano, że będzie stał pusty. Na tej ostatniej prostej daliśmy więc z siebie wszystko ko. W szpitalu pozostali jeszcze tylko pensjonariusze z oddziału Roseanne i mężczyźni w skrzydle zachodnim. To przeważnie starzy dziwacy w czarnych szpitalnych piżamach. Oni też są bardzo przygnębieni perspektywą przeprowadzki, a wstrzymuje ją tylko to, że nie ma dokąd ich przenieść. Nie można ich wypędzić na drogę i powiedzieć: dobra, panowie, idźcie sobie. Otaczają mnie jak gawrony, gdy rozmawiam z nimi na dziedzińcu, gdzie spacerują sobie trochę i palą. Są wśród nich ci, którzy okazali się tacy pomocni tamtej nocy, gdy w szpitalu wybuchł pożar, wielu z nich wynosiło starsze panie na plecach, po tych długich schodach, zdumiewające, a potem jeszcze żartowali, że dawno nie wychodzili z dziewczyną, że miło było znowu zatańczyć fokstrota, i tak dalej w tym samym stylu. Z pewnością nie są chorzy umysłowo, przynajmniej większość z nich,  to  po prostu  „niedobitki”  systemu, kiedyś słyszałem,  że  tak o nich mówiono. Wiem, że jeden z nich walczył w Kongu w armii irlandzkiej. Zresztą sporo z nich to wojskowi.

[…]

Byłam jedynie obserwatorką tego, co się działo. Ciekawa jestem, jaką wtedy miałam opinię, kobieta z chaty krytej blachą falistą, kobieta upadła, wiedźma, ktoś, kto „przekroczył granicę”. Jakby na granicy ich świata był wodospad, w który kobieta mogła spaść, niewidzialna Niagara codziennego życia. Wielka ściana kipiącej wody z unoszącą się nad nią mgłą.

[…]

Mój wzrok padł na jej kolekcję książek o różach, wziąłem jedną z nich i zacząłem czytać. Muszę powiedzieć, że była bardzo ciekawa, nawet pełna poezji. Potem wstałem, ująłem wszystkie książki z obu stron i uniosłem razem, a następnie obróciłem, żeby znieść je na dół, jak łup, jak coś skradzionego. Położyłem się do własnego łóżka i czytałem dalej, długo w noc. Czułem się, jakbym czytał list od niej albo miał możliwość zagłębienia się w temat, który prawdopodobnie wyściełał jej głowę jak tapeta. Pierwsza była Rosa Gallica, zwykła mała róża, jak te, które widuje się wykute na średniowiecznych budowlach, o nazwie Rosa Mundi. Ostatnie to wielkie róże herbaciane, które wyglądają w ogrodach jak pupy tancerek w majtkach z falbankami. Kim jesteśmy, że przez wieki doprowadziliśmy do czegoś takiego zwykły kwiat, tak jak zamieniliśmy te nędzne, żywiące się padliną i resztkami zwierzęta, które kręciły się przed wiekami wokół naszych ognisk obozowych, w charty rosyjskie i pudle. Nigdy nam nie wystarcza rzecz sama w sobie, ta pierwotna, musimy ją ulepszać, doskonalić, poetyzować. Chyba po to, by zrekompensować krótkość naszego życia, jak pisał Thomas Browne w tej książce, którą Roseanne przekazała mi dla syna. W pewnym sensie rozbiłem namiot między Religio Medici i Różami Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego. I to, że Bet chciała i czuła potrzebę, żeby wiedzieć to wszystko o różach, przepełniło mnie nagle szczęściem i dumą. I o dziwo, to uczucie nie ustąpiło żalowi ani poczuciu winy. Nie, otwierało pokój po pokoju, różę po róży, do dalszego szczęścia. Był to nie tylko najlepszy dla mnie dzień od jej śmierci, ale też jeden z najlepszych dni w całym moim życiu. Miałem wrażenie, że wyciągnęła do mnie rękę i zesłała mi z nieba kawałek siebie samej. Byłem jej cholernie wdzięczny.

[…]

Eneas i ja, on uchylił wielkie drzwi budynku i przeszliśmy pod starymi wieżami, na drugą stronę żwirowej alejki, jakoś zupełnie nie zważałam na ostre kamienie, i wtedy wyjął dziecko z wózka, w którym na nas czekało, ślicznego chłopca, wziął ten tłumoczek na ręce, przeprowadził mnie, z krwawiącymi stopami, przez trawnik, i stanęliśmy nad małą rzeczką u stóp wzgórza. Przeszedł na drugą stronę i ruszył w górę piękną zieloną łąką o bujnej trawie. Blask księżyca rzucał cienie na rzekę, pohukiwała znajoma sowa i gdy weszłam do wody, moja sukienka się rozpłynęła i obmyła mnie woda. Wyszłam po drugiej stronie z sitowia i Eneas spojrzał na mnie, wiedziałam, że znowu jestem piękna, i podał mi dziecko, a wtedy poczułam, że mleko napływa mi do piersi. Eneas, ja i dziecko staliśmy tam na łące, w świetle księżyca, a przed nami rozciągał się rząd wielkich zielonych drzew, których konary poruszały się delikatnie w ciepłym, letnim wietrze. I Eneas zdjął niepotrzebny już mundur, tak było ciepło, i staliśmy tam, tak szczęśliwi, jak kiedyś szczęśliwi byli ludzie, my, pierwsi i ostatni ludzie na świecie.

[…]

Po chwili zorientowałem się, że to historia życia Roseanne, spisana przez nią samą [notatki skrywane pod klepką podłogi w starym domu „dla obłąkanych” – przyp. aut.]. Zdumiało mnie to wielce. Od razu poczułem dość dziwne zadowolenie, że nie naciskałem jej tego dnia, kiedy powiedziała mi, że miała dziecko. Bo przypuszczałem, że w tych zapiskach znajdę wszystko, co mnie interesuje, bez poczucia, że stosując zawodowe sztuczki, zmusiłem ją do zdrady samej siebie. Miałem świadomość, że nie będę mógł przeczytać tego ze skupieniem, dopóki nie wrócę wieczorem do domu (wczoraj), ale wiedziałem już, że znajdę tu te informacje, których nie mogłem uzyskać podczas rozmowy z nią. Ale skąd się wzięły te notatki? I kto złożył je na moim biurku, bo przecież nie zrobiła tego sama? Moje podejrzenia padły przede wszystkim na Johna Kane’a, bo najczęściej przebywał w jej pokoju. […] Przeczytałem zapiski Roseanne niemal jak badacz jej życia, konfrontując z sobą fakty i zdarzenia. Przede wszystkim podczas lektury towarzyszyło mi poczucie uprzywilejowania. Dziwnie pomyśleć, że pisała to w tajemnicy, jak mnich w skryptorium, gdy ja usiłowałem zbadać jej przypadek i nie mogłem dojść do niczego. Wręcz obezwładniła mnie świadomość, że być może w swoich zapiskach zwracała się do mnie. Jej wersja różni się od relacji ojca Gaunta w wielu punktach, nie mówiąc już o długim fragmencie poświęconym ojcu i jego eksperymencie na wieży. Jak na kobietę, która niemal dosłownie nikogo nie zna i ostatnie sześćdziesiąt lat z górą spędziła w takim miejscu jak szpital, robi wrażenie osoby zadziwiająco dobrze znającej życie i ludzi. Wiele tajemnic nie zostało wyjaśnionych. Sean Keane, który figurował w aktach Percy’ego Quinna, to najwyraźniej syn Johna Lavelle’a. Co więcej, zdaje się, że jest do pewnego stopnia upośledzony. Mogę o to zapytać tylko jedną osobę, bo podejrzewam, że on i nasz John Kane to ten sam człowiek. Byłby to przypadek dziwnej lojalności i oddania. Ojciec prosił go, żeby czuwał nad Roseanne, i ten obowiązek przyświeca całemu jego życiu.

[…]

W każdym razie pod wpływem jej opowieści [z tajnego dziennika – przyp. aut.] postanowiłem jednak pojechać do Anglii. Odnoszę wrażenie, że Roseanne adresowała swoją relację do mnie, przynajmniej w pewnych fragmentach, być może jako do przyjaciela, i czuję, że nie tylko powinienem, ale także pragnę zbadać tę sprawę do końca. Nie wiem, czy wiele przez to osiągnę, bo doktor Wynn nie spodziewa się, żeby Roseanne odzyskała przytomność, „bardzo smutne wieści”, jak powiedział,  pytając  jednocześnie,  czy ma ona jakąś rodzinę, z którą trzeba by się skontaktować w razie jej śmierci. Oczywiście mogłem tylko odpowiedzieć, że nie. Że nie sądzę, aby tak było. Bo chyba nie ma nikogo takiego, z wyjątkiem tego tajemniczego dziecka. To kolejny powód, żebym pojechał do Anglii, bo może jest znikoma szansa, że żyje ktoś, kogo należałoby zawiadomić o śmierci osoby, która pewnym ludziom może wydawać się nikim, ale dla mnie stała się przyjaciółką, potwierdzając sens mojej pracy tutaj i w ogóle wyboru tego zawodu.

[…]

Wracałem pospiesznie,  wracałem  pospiesznie do domu,  można  by powiedzieć. Podczas podróży niewiele przejaśniło mi się w głowie.  Byłem już jednak w drodze, spieszyłem się, nagle przejęty strachem, że ona [jego rodzona matka – przyp. aut.] umrze, zanim tam dotrę. Nie umiałbym opisać nikomu tego uczucia. Uczucia pozbawionego czegokolwiek innego. Uczucia bez żadnych myśli. Pragnienia, żeby już wrócić, jechać i wrócić. Gnałem przez Irlandię, prowadząc wóz z wariacką szybkością. Zaparkowałem niezgrabnie przed szpitalem i nie witając się z personelem, pobiegłem na oddział, gdzie miałem nadzieję zastać ją jeszcze. Jej łóżko było zasłonięte kotarą, choć poza nią w sali nie leżał nikt inny. Pomyślałem, no tak, oczywiście, to koniec, już nie żyje. Zajrzałem za zasłonkę i zobaczyłem ją - żywą i przytomną. Lekko zwróciła twarz w moją stronę, patrząc na mnie z pewnym zdziwieniem. Doktor Grene – powiedziała Roseanne. - Gdzie pan był? Zdaje się, że wracam ze świata umarłych.

[…]

Próbowałem jej powiedzieć, od razu. Ale nie mogłem znaleźć słów. Będę musiał zaczekać, aż je znajdę, pomyślałem. Ona jakby coś wyczuła, gdy tak stałem, zaglądając za zasłonkę. Ludzie intuicyjnie wiedzą więcej, niż podpowiada im umysł (może to z medycznego punktu widzenia wątpliwa prawda, ale tak jest). Więc, panie doktorze - zaczęła. - Zbadał pan już mój przypadek? Słucham? Czy zbadał pan mój przypadek? O tak. Tak sądzę. I jaki jest werdykt? Jest pani niewinna. Niewinna? Wątpię, żeby to było dane jakiemukolwiek śmiertelnikowi. Zupełnie niewinna. Bezpodstawnie umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Przepraszam. Przepraszam w imieniu przedstawicieli mojego zawodu. Przepraszam w swoim imieniu, bo wcześniej nie zadałem sobie trudu i nie sprawdziłem wszystkich dokumentów. Trzeba było rozbiórki szpitala, żebym to wreszcie zrobił. I wiem, że moje przeprosiny są bezużyteczne, może nawet dla pani niesmaczne.

[…]

Drogi Doktorze Grene!

Żaden ze mnie anioł, ale wziąłem to dziecko z wyspy. Poszedłem z nim do lekarza. Chętnie bym z Panem porozmawiał, ale pora na mnie. Pewnie Pan spyta, dlaczego robiłem to wszystko dla Roseanne, a odpowiedź jest taka: bo kochałem ojca. Ojciec zginął z ręki Peerpointa. Poprosiłem doktora Singha, żeby napisał do Pana, i stał się cud, napisał i Pan przyjechał. Cieszę się z tego. Miałem powiedzieć Panu prawdę któregoś dnia i teraz przyszedł ten dzień. Na pewno już pan ją zna i tylko proszę, niech Pan nie odrzuca matki. Nikt z nas nie jest ideałem, ale nie o to chodzi. Jeśli stawimy się pod bramy nieba, nie znając miłości, święty Piotr nie wpuści nas za nie. A teraz żegnam się, Doktorze, proszę mi wybaczyć i niech Bóg też mi wybaczy.

Oddany

Seanin Keane Lavelle (John Kane)

Nikt z personelu szpitalnego nie wiedział,  gdzie John Kane się podział.

[…]

Mamy jesień i Roseanne jest w nowej kwaterze [w nowym, nowoczesnym szpitalu – przyp. aut.]. Specjalnie przystosowany, wręcz dzieło sztuki, to naprawdę azyl godny swojej dawnej nazwy, w pierwotnym jej znaczeniu. Niewątpliwie, przy jej wieku, to tylko kwestia czasu, ale nawet jeśli tak, to co? Wielu pordnych ludzi odeszło w znacznie młodszym wieku niż ja. Przewnie jest milcząca i trudna, nie chce jeść i pyta mnie szorstko, po co przyszedłem. Czasami mówi, że nie muszę przychodzić. Podobnie jak John Kane, czekam na właściwy moment. Rozumiem teraz, jak było mu trudno. Pewnego dnia, gdy wchodziłem wstała i podeszła kilka kroków, krucha jak pergamin, objęła mnie i podziękowała. Nawet jej kości straciły na wadze. Tak mnie to wzruszyło, że niemal jej powiedziałem. Ale wciąż nie mogę się na to zdobyć.

[…]

Miesiąc po moim powrocie z Anglii szpital został zburzony. Postanowiono go wysadzić w powietrze, tak żeby wskutek wybuchu na parterze zawaliły się cztery górne piętra. Tego ranka miałem wrenie, jakbym szedł oglądać likwidację własnego życia, za pomocą dynamitu, kabli, precyzyjnych wyliczeń. Staliśmy wszyscy na małym wzgórzu jakieś pięćset metrów od budynku. O wyznaczonej porze inżynier przycisnął guzik detonatora i po trwającej wieczność sekundzie usłyszeliśmy potężny huk, a następnie zobaczyliśmy, że dolna część szpitala niknie w gęstym obłoku zaprawy i starego kamienia. Wielki gmach runął natychmiast, zostawiając za sotylko wspomnienie swojej dawnej sylwetki na tle nieba. Za nim stał anioł, potężny, ognisty mężczyzna wzrostu budynku, z rozłożonymi na wschód i zachód skrzydłami. Bto na pewno John Kane. Spojrzałem na moich towarzyszy i zapytałem, czy widzieli to samo co ja. Popatrzyli na mnie, jakbym zwariował, i rzeczywiście, straciwszy szpital i będąc tylko nadzorcą wielkiej pustki, krą wypełnswoją obecnoścrzekomy anioł, chyba musiałem zwariow.

[…]

Chciałem mu [doktorowi Percyemu Quinnowi ze Sligo – przyp. aut.] powiedzieć, że według mnie to nie takie ważne, czy napisała albo powiedziała prawdę o sobie ani czy wierzę, że to, co napisała i powiedziała, jest prawdą. Ważne wydaje mi się co innego:  że osoba,  która to napisała i powiedziała,  była godną podziwu, żyjącą istotą w pełnym tych słów znaczeniu. Chciałem mu powiedzieć, w pewnym sensie nawet wyznać,  że  z psychiatrycznego punktu widzenia zupełnie nie zdołałem jej „pomóc”, nie otworzyłem zamkniętych powiek przeszłości. Ale moim pierwotnym zamiarem nie było jej pomóc, tylko ocenić jej przypadek. Przez ten cały czas, przez te wszystkie lata, gdy była pod moją opieką, mogłem jej pomóc, lecz w gruncie rzeczy zostawiłem ją samą sobie. Chciałem mu powiedzieć, że w końcu pomogła sobie sama, rozmawiając z sobą, słuchając siebie. To prawdziwe zwycięstwo. I że w kwestii jej ojca w końcu wolę nieprawdę Roseanne od prawdy ojca Gaunta, bo ta pierwsza jest zdrowsza. Co więcej, uważam, że gdyby nie wezwał mnie tu wspaniały Amurdat Singh,  pewnie  nie praktykowałbym psychiatrii, i nie sadzę, żebym kiedykolwiek był dobrym psychiatrą, a dobrym człowiekiem już w ogóle.  To od Roseanne nauczyłem się czegoś o tajemnicy ludzkiego milczenia i skuteczności wstrzymywania się od pytań. Ale nie umiałem tego wszystkiego powiedzieć.

[…]

Przeszedłem przez pozostałości furtki i stanąłem na zaniedbanej trawie. Nie było tam już nic do obejrzenia, ale w wyobraźni widziałem wszystko, bo opowieść Roseanne była jak stary film. Nic oprócz zdziczałego krzaka róży wśród jeżyn, z kilkoma ostatnimi kwiatami. Mimo że przeczytałem książki Bet, nie potrafiłem określić jej odmiany. Ale czy Roseanne nie wymieniła jej nazwy? Coś, coś jak... Za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Ruszyłem jednak przed siebie wśród ciernistych krzaków i pnączy, myśląc, że zerwę kilka róż i zabiorę je na pamiątkę do Roscommon. Wszystkie wyglądały tak samo, miały ściśle zwinięte płatki, poza jedną gałązką której kwiaty były jaskrawe, w pełni rozkwitłe. Czułem, że ciernie ranią mi nogi, szarpią za kurtkę jak żebracy, ale nagle odniosłem wrażenie, że wiem, co robię. Delikatnie oderwałem gałązkę, jak zalecają w książkach, w rozdziałach o rozmnażaniu, i wsunąłem ją do kieszeni niemal z poczuciem winy, jakbym kradł coś, co nie należy do mnie.

Sebastian Barry, Tajny dziennik

Powieść obyczajowo-psychologiczna irlandzkiego pisarza Sebastiana Barry’ego przenosi w nie tak odległe nam czasy pierwszej dekady naszego wieku a retrospektywnie prawie sto lat wcześniej w cieniste, ale i cierniste zakątki północnej oraz środkowej Republiki Irlandzkiej. Historia Roseanne Clear i doktora Grene’a żyjąca w „niezależnych” od siebie nawzajem relacjach pamiętnikarskich obu postaci przywodzi na myśl jak niewiele jest cierni w naszym różanym życiu zdolnych na trwale skaleczyć nas do żywego dopóki dopóty jest się tym kimś obcym we własnym ciele.



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin