Blog

 

16.04.2022

Złota Pagoda

„Piękno… piękne rzeczy

 są już moimi

śmiertelnymi wrogami.”

[…]

Prawdziwą Złotą Pagodę widywałem oczywiście na różnych zdjęciach i w podręcznikach, ale w moim sercu niepodzielnie panował obraz Pagody z opowiadań ojca. Ojciec nigdy nie wspomniał, że Złota Pagoda rzeczywiście była pokryta złotem, mówił tylko, że na świecie nie istnieje nic piękniejszego. Znaki, jakimi pisane były słowa „Złota Pagoda", a nawet samo ich brzmienie, wyryły się w moim sercu. Nic nie mogło się równać ze Złotą Pagodą. Gdy tak przyglądałem się polom lśniącym złotem na zboczach dalekich wzgórz,  byłem  przekonany, że  to  niewidzialna Złota  Pagoda opromienia je swym blaskiem. Przełęcz Kichizaka, która oddziela prefekturę Fukui od Kioto, leży dokładnie na wschód – to właśnie nad nią wschodziło słońce. I choć Kioto znajduje się po przeciwnej stronie, ja wierzyłem, że to Złota Pagoda unosi się w promieniach słońca znad wzgórz w poranne niebo. W ten sposób Złota Pagoda wszędzie mi się ukazywała, mimo że naprawdę nigdy  nie  było  jej  widać.  W  tym  przypominała  mi  tutejsze  morze.  Zatoka Maizuru była oddalona od Shiraku zaledwie o jakieś pięć kilometrów, lecz przesłaniały ją góry. Jednak w tej okolicy jakoś zawsze czuło się obecność morza. Czasem wiatr przynosił jego zapach, a kiedy było wzburzone, uciekające mewy obsiadały okoliczne pola.

[…]

To jąkanie oczywiście stanowiło pewną barierę między mną a światem. Nigdy nie mogłem wykrztusić pierwszej litery. Była jak zamek w drzwiach, oddzielających mój świat wewnętrzny od świata zewnętrznego. I ten zamek nigdy nie chciał się łatwo otworzyć. Ludzie zazwyczaj swobodnie posługują się słowami i w ten sposób bez trudu otwierają drzwi między tymi dwoma światami, mogą nawet otworzyć je na oścież, ale mnie się to nigdy nie udawało. Mój zamek był kompletnie zardzewiały. Gdy jąkała usiłuje wykrztusić ten pierwszy dźwięk, męcząc się i denerwując, przypomina trzepoczącego się ptaka, który stara wyrwać się z pułapki w owym wewnętrznym świecie. Kiedy w końcu mu się uda, jest już za późno. To prawda, że czasem rzeczywistość zewnętrznego świata przystaje na chwilę i czeka, aż uda  mi  się  uwolnić  z  pułapki.  Ale  ta  czekająca  rzeczywistość  trąd  swoją świeżość. Kiedy wreszcie z trudem docieram do świata zewnętrznego, już coś w nim zmieniło kolor, jest  nieostre, niewyraźne… i  rozpościera się  tam tylko jedyna rzeczywistość odpowiednia dla kogoś takiego jak ja; już nie tak świeża, tylko lekko nadgniła. Łatwo sobie wyobrazić, że z tego powodu rozwinąłem w sobie dwa przeciwstawne rodzaje żądzy władzy. Bardzo lubiłem czytać życiorysy wielkich tyranów. Gdybym ja – jąkający się i małomówny – był tyranem, moi poddani żyliby w ciągłym strachu, starając się z mego wyrazu twarzy odgadnąć, w jakim jestem humorze. Nie byłoby potrzeby uzasadniać mego okrucieństwa potoczystą, jasną mową. Moje milczenie usprawiedliwiłoby wszystkie okrucieństwa. Cieszyłem się na myśl o tym, jak karałbym, jednego po drugim, wszystkich pogardzających  mną  nauczycieli  i  kolegów,  ale  jednocześnie  sprawiało  mi radość wyobrażanie sobie, że jestem artystą obdarzonym spokojną, czystą wizją, królem wewnętrznego świata. I choć cielesną powłokę miałem mizerną, moje życie wewnętrzne było znacznie bogatsze niż innych ludzi. Czyż nie jest naturalne, że chłopiec z trudną do ukrycia wadą uważa siebie za człowieka wybranego? Wydawało mi się, że świat szykuje dla mnie w przyszłości jakąś misję.

[…]

Wpatrywałem się w twarz Uiko [równieśniczki szkolnej – przyp. aut.]  tak intensywnie, że nawet przestałem mrugać. Wyglądała jak ktoś szalony, ktoś, kto uciekł i został schwytany [przez policję, gdyż ukrywała dezertera w lesie – przyp. aut.]. W świetle księżyca jej twarz była zupełnie nieruchoma. Nigdy przedtem nie widziałem twarzy równie pełnej negacji. Uważam swoją twarz  za  odrzuconą  przez  świat,  jednak  twarz  Uiko  sama  odrzucała  świat. Światło księżyca bezlitośnie spływało po jej czole, oczach, nosie, policzkach, ale nieruchoma twarz Uiko jedynie obmywała się w nim. Gdyby tylko poruszyła oczami lub ustami, ten świat, który próbowała odrzucić, uznałby to za sygnał i spadł na nią jak lawina.

[...]

Złota Pagoda jest dwupiętrową konstrukcją w kształcie wieży, wznoszącą się nad  stawem Ky?kochi (Zwierciadlanym). Uważa się,  że pozostała około 1398 roku. Pierwsza i druga kondygnacja zbudowane są w stylu shinden- zukuri [styl pawilonowy – przyp. aut.] z zasuwanymi okiennicami, ale trzecia, o powierzchni kwadratu o boku około pięciu metrów, reprezentuje czysty styl zen. Pośrodku każdej ściany znajduje się okiennica w stylu chińskim, a po obu jej stronach dwa łukowate  okna.  Dach  w  stylu  h?gy?-zukuri [rodzaj dachu – przyp. aut.],  pokryty  gontem  z  kory cyprysu, wieńczy figura złoconego feniksa z brązu. W kierunku stawu odchodzi ganek ze spadzistym dachem, zwany Tsuridono lub S?sei. Jego kształt przerywa monotonię całości. Linie dachu Złotej Pagody opadają łagodnie, tworząc na rogach rynny. Niezwykle starannie wykonana, lekka i elegancka, Złota Pagoda jest wspaniałym osiągnięciem architektury ogrodowej, harmonijnym połączeniem elementów budynku mieszkalnego i architektury sakralnej. Tchnie atmosferą tamtych czasów i jest doskonałym wyrazem gustu sioguna Yoshimitsu, który przyswoił sobie estetykę kultury dworskiej.

[…]

W tej ciemności piękne, wysmukłe kolumienki stały w ciszy, jaśniejąc nikłym blaskiem. I choćby ludzie zwracali się do niej w różnych językach, urzekająca Złota Pagoda musi milczeć, dumna ze swej delikatnej struktury, i przeciwstawiać się ciemności. Pomyślałem o  pozłacanej  brązowej  figurze  feniksa,  który  zdobił  szczyt dachu. Przez tyle długich lat opierał się wiatrom i deszczom. Ten tajemniczy ptak nigdy nie piał o świcie, nigdy nie poruszył nawet skrzydłami, na pewno sam już zapomniał, że jest ptakiem. Nie można jednak powiedzieć, że wygląda jakby nie mógł latać. Inne ptaki szybują w podniebnej przestrzeni, a ten złoty ptak uniósł błyszczące skrzydła i płynie w morzu czasu. W jego skrzydła uderza czas. Uderza i płynie dalej. Aby lecieć, feniks musiał tylko zastygnąć w bezruchu, z gniewnym wzrokiem unieść skrzydła, machnąć ogonem i dzielnie wyprostować majestatyczne złote nogi.

[…]

Złota Pagoda nie była jednak dla mnie tylko samym pojęciem. Zasłaniały ją góry, ale wiedziałem, że jest za nimi, i jeśli zechcę, to mogę tam pojechać i ją zobaczyć. Także piękno było czymś, co można dotknąć i co wyraźnie odbija się w oczach. Wiedziałem i wierzyłem, że wśród wszystkich zmian Złota Pagoda istnieje i pozostaje niezmienna. Czasem wyobrażałem ją sobie jako delikatny, wymyślny ornament, który zmieściłby się w mojej dłoni, a czasem jako olbrzymiej, monstrualną świątynię, wznoszącą się prosto do nieba. Kiedy byłem chłopcem, nie potrafiłem myśleć o pięknie jako o czymś w sam raz, ani małym, ani dużym. Widząc niewielkie letnie kwiaty, wilgotne od porannej rosy, wyglądające tak jakby wydzielały lekki blask, myślałem, że są piękne jak Złota Pagoda. Kiedy patrzyłem na chmury rozciągające się nad ośnieżonymi szczytami, chmury nabrzmiałe piorunami, ciemne chmury o złotych obrzeżach, ich wspaniałość przywodziła na myśl Złotą Pagodę. W końcu nawet gdy zobaczyłem piękną twarz, w duchu myślałem: ta twarz jest piękna jak Złota Pagoda.

[…]

Wydawało mi się, że znajduję się między dwoma światami. Choć byłem jeszcze taki młody, czułem, że w mojej brzydkiej, upartej głowie istnieją dwa światy. Świat umarłych, którym rządził mój ojciec, i świat żywych i młodych łączą się ze sobą przez wojnę. Ja będę tym, co je połączy. I choć w tej chwili stoję na rozstajach, jeśli zginę na wojnie, stanie się jasne, że od początku było wszystko jedno, którą drogę obiorę. Moje lata chłopięce były zabarwione mętnym, bladym kolorem. Bałem się świata czarnych cieni, ale życie w ostrym świetle południa też do mnie nie pasowało.

[…]

Oparłem się o wąską balustradę i nieobecnym wzrokiem patrzyłem na staw w dole. Oświetlona zachodzącym słońcem woda przypominała antyczne zwierciadło z brązu, pokryte patyną. W tym zwierciadle wyraźnie odbijała się Złota  Pagoda.  W  dole,  głęboko  poniżej  wodorostów  i  rzęsy,  widać  było wieczorne niebo. To niebo różniło się od prawdziwego, które rozciągało się ponad nami. Było przezroczyste i pełne spokojnego światła. Pochłonęło cały świat od dołu i od wewnątrz, a Złota Pagoda zatonęła w nim jak poczerniała wielka kotwica ze szczerego złota…

[…]

Od strony ciemnej wyspy Ashiwara [nieopodal Złotej Pagody – przyp. aut.] dobiegł krzyk nocnych ptaków, wznoszących się do lotu. Czułem na ramieniu ciężar wątłej, wychudłej dłoni ojca. Kiedy spojrzałem na ramię, zobaczyłem, że w świetle księżyca dłoń ojca zmieniła się w biały szkielet.

[…]

Zgodnie  z  życzeniem  ojca [po jego rychłej śmierci na suchoty – przyp. aut.]  pojechałem  do  Kioto  i  zostałem  akolitą  w świątyni Złotej Pagody. Pod kierunkiem opata zostałem mnichem buddyjskim. Opat płacił za moją naukę, a ja w zamian sprzątałem i posługiwałem mu. Na świeckie stosunki byłem tak jakby jego uczniem.

[…]

Zastanowiłem się, dlaczego lubię wzbudzać w ludziach wątpliwości, choć ja sam  wcale  nie  mam  wątpliwości.  Sprawa  jest  jasna.  W  uczuciach  też  się jąkałem. Moje uczucia nigdy nie nadążają. W rezultacie wydawało mi się, że śmierć ojca i moje uczucie smutku były zupełnie oddzielnymi sprawami, które nie miały ze sobą nic wspólnego i nie wpływały jedna na drugą. Drobne przesunięcia w czasie, drobne opóźnienia zawsze doprowadzają wszystkie uczucia i wydarzenia w moim życiu do stanu rozproszenia, który z  mojego punktu widzenia jest stanem dla nich właściwym. A jeśli nawet doznaję uczucia smutku, to atakuje mnie ono raczej nagle, bez powodu i bez powiązania z jakąkolwiek przyczyną czy wypadkiem…

[…]

Skończyłem. A kiedy już wypowiedziałem ostatnie słowo, ogarnął mnie gniew. Od kiedy się poznaliśmy, Tsurukawa [kolega z ławy szkolnej w szkole świątynnej – przyp. aut.] nigdy, ani razu nie wyśmiewał się z mojego jąkania. – Dlaczego? – zażądałem wyjaśnień. Jak już wiele razy mówiłem, wolę kpiny i pogardę od współczucia. Na twarzy Tsurukawy pojawił się nieopisanie łagodny uśmiech. Potem odezwał się: – Ja już mam taki charakter, że coś takiego w ogóle mi nie przeszkadza. Byłem zaskoczony. Wychowany w prostych, wiejskich warunkach, nie znałem takiej łagodności. Łagodność Tsurukawy pokazała mi, że nawet gdyby odebrać mi moje jąkanie, nadal jeszcze mógłbym być tym samym człowiekiem. Odczuwałem wielką przyjemność, czując się rozebrany do naga. Otoczone długimi rzęsami oczy Tsurukawy oddzieliły ode mnie jąkanie i zaakceptowały mnie samego. Do tej pory, o dziwo, wierzyłem, że jeśli ktoś ignoruje moje jąkanie, to jednocześnie unicestwia całą moją istotę.

[…]

Moja głowa, świeżo ogolona z okazji wstąpienia do zakonu, miała niebieskawy kolor. Uczucie, że powietrze dokładnie przylega do mojej głowy, że moje myśli stykają się ze światem zewnętrznym poprzez cienką, wrażliwą, łatwą do zranienia warstewkę skóry – to uczucie wydawało mi się dziwnie niebezpieczne.

[…]

Odwagi dodawał mi fakt, że i mnie, i Złotej Pagodzie groziły na tym świecie te same niebezpieczeństwa. Znalazłem sposób, by powiązać siebie i piękno. Czułem, że został przerzucony most pomiędzy mną a czymś, co mnie odrzucało, co nie pozwalało mi się do siebie zbliżyć. Myśl, że ten sam ogień, który strawi mnie, prawdopodobnie strawi także Złotą Pagodę, prawie mnie upajała. Dzięki temu samemu przeznaczeniu, temu, że miała nas dotknąć ta sama klęska, ten sam niepomyślny ogień, światy, które zamieszkiwaliśmy, nabrały tego samego wymiaru. Moja powłoka cielesna była brzydka i słaba, a ciałem Złotej Pagody był twardy, lecz łatwo palny pierwiastek – węgiel. Gdy tak o tym rozmyślałem, z czasem zaczęło mi się wydawać, że mógłbym uciec, ukrywszy w swoim wnętrzu Złotą Pagodę, i unieść ją, jak złodziej, który podczas ucieczki połyka cenny klejnot.

[…]

Czasami Tsurukawa przypominał mi alchemika, który potrafi zmienić ołów w złoto. Ja byłem negatywem zdjęcia, a on pozytywem. Ileż to razy zaskoczony przyglądałem się, jak moje mętne, ciemne uczucia przefiltrowane przez jego serce, stawały się wszystkie bez wyjątku przejrzyste i pełne blasku! Podczas gdy ja jąkam się i waham, Tsurukawa przekształca moje uczucia, jakby odwracał je na właściwą stronę, i przekazuje je na zewnątrz. To zaskakujące działanie nauczyło mnie, że tak długo, jak poprzestaniemy tylko na uczuciach, nie ma wielkiej różnicy między najlepszym i najgorszym uczuciem na świecie i że w rezultacie są takie same. Że chęć zabicia kogoś i miłosierdzie z pozoru niczym się nie różnią. Nawet gdybym wytłumaczył to wszystko Tsurukawie, on i tak prawdopodobnie nie uwierzyłby, ale dla mnie było to przerażające odkrycie. Przestałem się obawiać, że Tsurukawa uzna mnie za hipokrytę, ale to dlatego, że uważałem hipokryzję za stosunkowo niewielki grzech.

[…]

Dla mnie ta przegrana wojna była takim właśnie doświadczeniem wypełnionym rozpaczą. Jeszcze teraz mam przed oczami ten przypominający płomień letni blask piętnastego sierpnia. Ludzie mówili, że wszelkie wartości zostały wtedy zniszczone, ale we mnie, wręcz przeciwnie – odżyła wieczność, przyszła do siebie i domagała się swoich praw. Ta wieczność, która mówiła, że Złota Pagoda będzie w niej istniała na wieki. Wieczność, która spada z nieba, oblepia nasze policzki, dłonie, brzuchy i grzebie nas w sobie. Cóż to za przekleństwo! Taak. Nawet w głosach cykad dochodzących z gór w ten dzień klęski słychać było wieczność jak przekleństwo. Wieczność, która pokryła mnie skorupą złotego gipsu.

[…]

Kiedyś po wykładzie w czasie południowej przerwy postanowiłem zadać kilka pytań studentowi, którego wcześniej sobie upatrzyłem. Zwykł zawsze samotnie jeść drugie śniadanie, siedząc przy rabatce z kwiatami w ogrodzie na tyłach uniwersytetu. Ten jego zwyczaj był jakby pewnego rodzaju rytuałem. Jadł tak, jakby mu zupełnie nie smakowało. Wydawał się przez to odludkiem i inni studenci nie zbliżali się do niego. On też nie miał żadnych kolegów i wyglądało na to, że unika nawiązywania znajomości. Wiedziałem, że nazywa się Kashiwagi. Jego rzucającą się w oczy charakterystyczną cechą było to, że miał bardzo koślawe stopy. Chodził w sposób niezwykle wymyślny. Wyglądało to tak, jakby brnął przez błoto. Kiedy wreszcie wyciągnął z błota jedną nogę, druga jeszcze mocno tam tkwiła. Całe jego ciało wprawiane było przy tym w ruch i przypominało to jakiś rodzaj pompatycznego tańca, nie mającego nic wspólnego z normalnym chodem. Nie przypadkiem zainteresowałem się Kashiwagim od razu po wstąpieniu na uniwersytet. Poczułem ulgę na widok jego kalectwa. Jego koślawe stopy korespondowały z warunkami, w jakich ja żyłem.

[…]

Być może trudno ci zrozumieć mój sposób myślenia. Czy muszę dalej wyjaśniać? Ale chyba rozumiesz, że od tamtego czasu już spokojnie mogłem wierzyć, że „miłość jest niemożliwa". Nie ma niepewności. Nie ma też miłości. Świat pozostaje w wiecznym bezruchu, a jednocześnie osiąga miejsce swego przeznaczenia. Czy muszę dla większej jasności określać tai świat jako „nasz świat"? W ten sposób potrafię zdefiniować iluzje związane z „miłością" na świecie przy pomocy jednego zdania: miłość to iluzja, w której próbujemy połączyć pozór z rzeczywistością. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że moje przekonanie o tym, że nikt mnie nigdy nie pokocha, jest podstawowym aspektem ludzkiej egzystencji. I tak właśnie straciłem dziewictwo.

[…]

A to, co powinno być publiczne, wcale nie odbywa się publicznie. Publicznie powinny się odbywać… egzekucje. Dlaczego egzekucje nie są publiczne? – mówił dalej, jakby we śnie. – Nie sądzisz, że w czasie wojny możliwe było utrzymanie porządku dzięki publicznemu pokazaniu gwałtownej śmierci? Podobno zaprzestano publicznych egzekucji, ponieważ bano się, że ludzie staną się żądni krwi. To głupota. Ludzie, którzy uprzątali trupy po nalotach, wyglądali na łagodnych i wesołych. Widok agonii, krwi i jęków w godzinie śmierci czyni nas pokornymi, a nasze serca wrażliwymi, wesołymi i pogodnymi. To nie w takich chwilach stajemy się okrutni i żądni krwi. Nie sądzisz, że stajemy się okrutni na przykład w takie wspaniałe, wiosenne popołudnia, bezmyślnie wpatrując się w słońce, które żartobliwie przemyka między drzewami nad dobrze przystrzyżonym trawnikiem; właśnie w takich momentach?

[…]

W życiu, które Kashiwagi mi wskazywał i które odegrał przede mną, ruina i życie oznaczały to samo. Nie było w nim naturalności ani piękna takiego jak piękno Złotej Pagody, przypominało ono tylko pewien rodzaj bolesnych konwulsji. Pociągało mnie to i muszę przyznać, że właśnie w nim znalazłem swoją własną drogę, ale przerażało mnie to, że najpierw będę musiał pokaleczyć sobie ręce odłamkiem życia najeżonym kolcami. Kashiwagi pogardzał tak samo instynktem jak i wiedzą. Samo jego istnienie przypominało piłkę o dziwnym kształcie, która toczy się, by zburzyć mur rzeczywistości. Nie było to nawet żadne działanie. Zycie, które sugerował, przypominało niebezpieczną burleskę, usiłującą zniszczyć rzeczywistość, zwodząc nas swoim nieznanym przebraniem i pragnieniem uładzenia świata, tak by nie zawierał w sobie nic nieznanego. Dowiedziałem się o tym później, gdy kiedyś zobaczyłem plakat w pokoju wynajmowanym przez Kashiwagiego. Była tam piękna litografia wydana przez biuro podróży, przedstawiająca Alpy Japońskie. Na tle błękitnego nieba wznosiły się białe szczyty, a poziomy napis dużymi literami głosił: „Zapraszamy cię w nieznany świat!". Kashiwagi przekreślił ten napis i szczyty gór grubymi, czerwonymi krechami układającymi się na krzyż i dopisał obok swoim charakterystycznym rozchwianym pismem, przypominającym jego koślawy chód: „Nie mogę znieść nieznanego życia!".

[…]

Czyli styl jest tylko tworem wyobraźni? – żywo podjąłem temat. – Sam często mówisz o rzeczywistości. Czym jest więc rzeczywistość stylu? Tym!  Kashiwagi poklepał dłonią porośnięty mchem nagrobek. Kamień albo kości. Nieorganiczne szczątki, które pozostają po śmierci. To takie piekielnie buddyjskie. Buddyzm czy inna cholera, to wszystko nieważne. Styl, kultura, wartości estetyczne, w rzeczywistości wszystko jest jałowe i martwe. Tak jak ogród świątyni Ry?anji, to tylko kupa kamieni. Filozofia – tylko kamienie, sztuka – też kamienie. A ludzkie żywotne zainteresowania to tylko polityka. Czyż to nie żałosne? Ludzie są istotami całkowicie samoprofanującymi. A gdzie się mieści pożądanie? Pożądanie, mówisz? No cóż, chyba gdzieś pośrodku. W kółko to samo, zabawa w berka ludzi i kamieni.

[…]

Jednak Kashiwagi był przyjacielem, który pokazywał mi ciemną dróżkę zachodzącą życie od tyłu. Na pierwszy rzut oka mogło się wydać, że droga ta prowadzi do ruiny, ale była ona pełna nieoczekiwanych forteli, zmieniała podłość w odwagę, przekształcała to, co zwykle nazywamy występkiem, w czystą energię, co można nawet chyba było nazwać pewnym rodzajem alchemii. A mimo to była prawdziwa, a mimo to prowadziła do prawdziwego życia. Życia, które szło naprzód, zdobywało, zmieniało się i które mogło tracić. Nawet jeśli nie można tego było nazwać typowym życiem, to wyposażone było we wszystkie jego funkcje. Gdyby gdzieś w jakimś niewidzialnym dla nas miejscu założono, że wszelkie życie jest bezcelowe, to owo życie Kashiwagiego stopniowo nabrałoby takiej samej wartości, jak zwykłe rodzaje życia.

[…]

Mogę z przekonaniem stwierdzić, że choć świat Tsurukawy przepełniony był jasnymi uczuciami i dobrem, to jednak nie zamieszkał w nim z powodu nieporozumienia albo zbyt łagodnych sądów. Jego jasne serce, nie mające sobie na tym świecie równych, było jak podszewką podbite siłą, pewną sprężystą elastycznością, i to właśnie ona kierowała jego działaniem. W tym, jak potrafił przetłumaczyć wszystkie moje ciemne uczucia na jasne, było coś wyjątkowo słusznego. Jego jasność tak całkowicie odpowiadała mojej ciemności i tak dokładnie z nią kontrastowała, że miałem wątpliwości, czy też czasami Tsurukawa nie poznał prawdy o moim sercu. Ale nie! Jasność jego świata była czysta, ale i jednostronna, miała swój własny, szczegółowy system, którego dokładność zbliżała się być może do precyzji zła. Gdyby nie podtrzymywała go bez przerwy niewzruszona siła ciała tego chłopaka, być może ów jasny, przejrzysty świat natychmiast by się rozpadł. Tsurukawa biegł tak szybko, jak tylko mógł. I jego ciało zostało przejechane przez ciężarówkę.

[…]

Teraz, gdy utracona została ta czysta twarz, to swobodne ciało, które były źródłem zadowolenia ludzi, wiele razy zatapiałem się w tajemniczych refleksjach dotyczących widzialnych części istoty ludzkiej. Myślałem o tym, jak zadziwiające jest to, że rzeczy, które możemy ogarnąć wzrokiem, które istnieją wokół nas, mają w sobie aż tyle jasnej siły. I o tym, że aby mieć takie proste poczucie istnienia, duch musi się wiele nauczyć od ciała. Mówi się, że filozofia zen przyjęła za swoją podstawę brak szczegółowych cech i że prawdziwe zrozumienie polega na uświadomieniu sobie, że własne serce nie ma ani formy, ani cechy. Ale aby posiąść tę umiejętność widzenia braku szczegółowych cech, trzeba prawdopodobnie być w niezwykłym stopniu wyczulonym, by nie poddawać się urokowi formy. Jak osoba, która nie może z niesłychanym, bezosobowym wyczuciem dostrzec formy i cechy, miałaby tak wyraźnie ujrzeć brak formy i cechy? I dlatego myślałem, że ktoś taki jak Tsurukawa, kto przez samo swoje istnienie wydzielał światło, ktoś, kogo można było zobaczyć i dotknąć, ktoś, kogo można było nazwać życiem dla samego życia i kto został teraz utracony – że jego przejrzysta forma była najwyraźniejszą metaforą nieprzejrzystego braku formy, i jego świadomość istnienia była najbardziej realistycznym modelem pozbawionej formy nicości, może więc ktoś taki jak on sam był jedynie jakąś metaforą. Na przykład odpowiedniość i stosowność Tsurukawy i majowych kwiatów w wyniku tej nagłej majowej śmierci była odpowiedniością i stosownością między nim i tymi majowymi kwiatami, które rzucono na jego trumnę.

[…]

Patrzyłem, jak niezliczone chmury przepływając przesłaniają księżyc. Wyłaniały się spoza gór jedne po drugich jak korpusy wojska i kierowały się z południa na północ. Niektóre były masywne, inne wiotkie. Były wśród nich chmury olbrzymy i były takie składające się z kilku kawałków. Wszystkie pojawiały się z południa, przepływały przed księżycem, przesłaniały dach Złotej Pagody i odlatywały szybko na północ, jakby gdzieś śpieszyły w ważnej sprawie. Zdawało mi się, że słyszę z dachu krzyk feniksa. Wiatr nagle słabł, to znów się wzmagał. Las czujnie nadstawiał uszu i też to cichł, to znowu szumiał. Odbicie księżyca w stawie raz po raz ciemniało i rozjaśniało się, czasami zbierało swoje rozproszone światło i szybko przebiegało po stawie jak miotła. Zwały chmur, które zebrały się za górami, rozpościerały się po niebie jak jakaś wielka dłoń. Przerażające było, gdy tak zbliżały się, wijąc i kotłując. Połowa nieba, którą jasno było widać pomiędzy chmurami, szybko znów się nimi zasnuwała. Jednak co pewien czas przez cienką warstwę chmur można było dojrzeć przebłyskujący księżyc otoczony mglistą aureolą. I tak przez całą noc trwał ruch na niebie. Nie było jednak innych oznak, że wiatr się wzmaga. Spałem przy balustradzie. Następnego ranka była pogoda i wcześnie rano przyszedł mnie obudzić stary służący świątynny. Powiedział, że na szczęście tajfun ominął Kioto.

[…]

Jak już wcześniej wspomniałem, to że ludzie mnie nie rozumieli, było moim jedynym powodem do dumy, i nie czułem potrzeby wyrażania się tak, by mnie rozumieli. Próbowałem wyjaśniać swoje motywy, nie mając żadnych względów dla słuchaczy, ale nie jestem wcale pewien, czy brało się to z potrzeby zrozumienia siebie. Taka potrzeba zgodnie z naturą ludzką tworzy most pomiędzy jednostką a innymi. Zamroczenie, które wywoływało we mnie piękno Złotej Pagody, uczyniło mnie częściowo nieprzezroczystym, i właśnie to zamroczenie uniemożliwiało mi wszelkie inne zamroczenia. Aby mu się przeciwstawić, musiałem przy pomocy woli znaleźć i zatrzymać w sobie jakąś inną, jasną część. W ten sposób, choć inni o tym nie wiedzieli, ta jasność była właśnie moim ja, a nie odwrotnie, to znaczy, że nie byłem prawdziwym posiadaczem własnego ja.

[…]

Później, gdy poznałem Kashiwagiego bliżej, zrozumiałem, że nie lubił długotrwałego piękna. Muzyka, która natychmiast znika, kompozycje kwiatowe, które więdną po kilku dniach – to mu się podobało, nienawidził natomiast architektury, literatury i temu podobnych rzeczy. Przyszedł wtedy do Złotej Pagody na pewno tylko dlatego, że chciał ją zobaczyć, gdy była spowita blaskiem księżyca. Jakie zadziwiające jest jednak piękno muzyki! Krótkotrwałe piękno, które stwarza grający, zmienia daną chwilę w czyste trwanie i tworząc niepowtarzalny byt, nietrwały jak efemeryda, staje się całkowitym symbolem życia jako takiego i jego kreacją. Nie ma nic równie bliskiego życiu jak muzyka i choć Złota Pagoda była pięknem, nie było piękna równie dalekiego od życia i życiem pogardzającego. Gdy tylko Kashiwagi skończył grać, muzyka, to eteryczne życie, zgasła, a jego brzydkie dało i ponura świadomość pozostały nietknięte i niezmienne.

[…]

Było ją już trochę widać. Otoczona szumem drzew, stała tak pośród nocy bez ruchu, ale na pewno nie spała. Jak strażnik nocy… Tak, nigdy nie widziałem, by Złota Pagoda usnęła, tak jak zasypiała świątynia. Ten niezamieszkany budynek potrafił zapomnieć o śnie. A mieszkająca w nim ciemność wcale nie rządziła się ludzkimi prawami. Po raz pierwszy w życiu zwróciwszy się do Złotej Pagody, jakby przeklinając ją gwałtownie, zawołałem: Kiedyś na pewno zapanuję nad tobą! Podporządkujesz mi się i więcej mi już nie przeszkodzisz! W nocnej ciszy mój głos odbił się pustym echem w stawie Ky?kochi.

[…]

Wydawało się, że ogółem doświadczeń w moim życiu rządzi jakiś szyfr. Miałem uczucie, że tak jak w korytarzu wypełnionym lustrami, odbite obrazy ciągną się w nieskończoność, w nowo napotkanych rzeczach odbijały się rzeczy już dawniej widziane i tak wiedziony tymi podobieństwami, sam o tym nie wiedząc, szedłem coraz dalej nieznanym korytarzem, w głąb nieznanej, bezdennej komnaty. Nasze spotkania z losem nie są nieoczekiwane. Prawdopodobnie człowiek, który zostanie kiedyś skazany na śmierć, gdy przechodzi co dzień tą samą drogą obok słupa telegraficznego albo przejazdu kolejowego, zawsze wyobraża sobie szubienicę i przyzwyczaja się do tej wizji. Dlatego też w moich doświadczeniach życiowych nie było mowy o gromadzeniu się. Nie było w nich masywności, która pozwoliłaby gromadzić jedną warstwę na drugiej, by powstało coś w kształcie piramidy. Nie czując bliskości w stosunku do niczego z wyjątkiem Złotej Pagody, nie czułem też specjalnej bliskości w stosunku do własnych doświadczeń. Zrozumiałem też, że z tych doświadczeń poprzez łączenie małych fragmentów, fragmentów nie pochłoniętych przez ciemny ocean czasu, fragmentów, które nie zatonęły przez ciągłe powtarzanie, tak że aż straciły znaczenie – zrozumiałem, że z tych fragmentów powstaje pewien ohydny i złowrogi obraz.

[…]

I tak właśnie powinno być, ponieważ ta nienaganna forma chryzantemy została stworzona po to, by mogła stać się obiektem pożądania pszczoły, i samo jej piękno rozwinęło swe płatki, pełne oczekiwania. Teraz, właśnie teraz nadszedł moment, gdy znaczenie formy zalśni wewnątrz życia. Forma była odlewem płynącego życia, pozbawionego kształtu, a jednocześnie lot pozbawionego kształtu życia był odlewem wszystkich form życia. I tak pszczoła wlatywała głęboko, w środek kwiatu, nurzała się w pyłku i tonęła w zamroczeniu. Patrzyłem na kwiat letniej chryzantemy, która ją przyjmowała, sama wyglądała jak pszczoła przybrana w żółtą, przepyszną zbroję i drżała gwałtownie, jakby za chwilę miała oddzielić się od łodyżki i odlecieć. Światło i odbywające się w tym świetle działania nieomal przyprawiły mnie o zawrót głowy. Nagle porzuciłem patrzenie z punktu widzenia pszczoły i spojrzałem znów własnymi oczami. Pomyślałem, że moje przyglądające się oczy znajdują się dokładnie w tym samym miejscu co oczy Złotej Pagody. To właśnie tak było. Tak jak zrezygnowałem z patrzenia oczami pszczoły i wróciłem do mojego własnego punktu widzenia, kiedy tylko życie mnie dogania, porzucam swoje oczy i zaczynam patrzeć oczami Złotej Pagody. I właśnie w takich chwilach pomiędzy mną a życiem pojawia się Złota Pagoda.

[…]

Stojąc przy oknie znowu zacząłem gonić poprzednie myśli. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego, zanim pomyślałem o spaleniu Złotej Pagody, nie wpadłem najpierw na pomysł zabicia opata. Ta myśl przemknęła mi przez głowę, lecz natychmiast zdałem sobie sprawę, jak bezcelowe byłoby to posunięcie. A to dlatego, że wiedziałem, że nawet jeśli go zabiję, to ta ogolona głowa i bezsilne zło będą bez końca pojawiać się nad ciemnym horyzontem. Ogólnie mówiąc, żadne stworzenie obdarzone życiem nie posiadało tej dokładnej jednorazowości, którą miała Złota Pagoda. Ludziom dana jedynie była część wszelkich rzeczy należących do natury. Ludzie tylko rozprzestrzeniali ją niezrównanymi sposobami i pomnażali. Jeśli celem morderstwa było zniszczenie czyjejś jednorazowości, to morderstwo jest wieczną pomyłką w obliczeniach. Myślałem o tym, że coraz wyraźniejszy jest kontrast pomiędzy istnieniem Złotej Pagody i człowieka. Z jednej strony łatwo zniszczalny człowiek przerodził się w wizję wiecznego życia, a z drugiej niezniszczalna piękność Złotej Pagody objawiła możliwość zniszczenia. Niemożliwe jest wytępienie śmiertelnej ludzkości, jednak można zniszczyć coś niezniszczalnego, coś takiego jak Złota Pagoda. Dlaczego ludzie tego nie zauważają? Nie można było wątpić w moją oryginalność. Jeśli spalę Złotą Pagodę, którą pod koniec dziewiętnastego wieku uznano za skarb kultury narodowej, będzie to czyste zniszczenie, nieodwracalna ruina, będzie to niewątpliwe zmniejszenie ilości piękna, jakie ludzie stworzyli. Kiedy tak myślałem, ogarnęła mnie nawet wesołość. Mówiłem sobie: – Jeśli spalę Złotą Pagodę, będzie to miało ogromne znaczenie. Ludzie nauczą się, że niezniszczalność przez analogię nie ma żadnego znaczenia. Zrozumieją, że fakt, iż Złota Pagoda, która tylko po prostu przetrwała, od pięciuset pięćdziesięciu lat stojąc nad brzegiem stawu Ky?kochi, nie stanowi żadnej gwarancji. Poznają niepokój, że nasze istnienie, oczywista przesłanka opierająca się na przetrwaniu Złotej Pagody, może choćby jutro zostać zniszczone.

[…]

Zrozumiałem psychologię rewolucjonistów. Ten prowincjonalny policjant i kolejarze, rozmawiający wesoło siedząc wokół piecyka, w którym buzował jasny ogień, nie mieli pojęcia, że w ich świecie nastąpi niebawem zmiana, że już wkrótce zniszczony zostanie porządek ich życia. „Jeśli spłonie Złota Pagoda… jeśli spłonie Złota Pagoda, ich świat się przekształci, wszystkie zasady rządzące ich życiem staną na głowie, w rozkładzie jazdy pociągów powstanie zamieszanie, ich prawa stracą moc…". Bawili mnie, bo tak zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że obok nich, z niewinną miną, wyciągając ręce w stronę piecyka, znajduje się przyszły przestępca. Młody wesoły kolejarz głośno opowiadał wszystkim o filmie, który chce obejrzeć, kiedy będzie miał wolny dzień. Był to ponoć wspaniały, wzruszający film, w którym nie brakowało też scen walki. W następny wolny dzień pójdzie do kina! Ten młodzieńczy, żywy chłopak, o wiele bardziej dziarski ode mnie, w następny wolny dzień pójdzie do kina, prześpi się z kobietą i potem pójdzie spać. Bez przerwy żartował z zawiadowcy, mitygowany przez kolegów opowiadał dowcipy, a jednocześnie cały czas pracowicie dokładał do ognia i pisał jakieś liczby na tablicy. Znowu czar życia, czy też zazdrość o życie innych, próbowały wziąć mnie w posiadanie. Mogłem też, nie paląc Złotej Pagody, opuścić świątynię, powrócić do świeckiego świata i tak zakopać się w normalnym życiu. Jednak ciemne siły od razu odżyły i zabrały mnie ze sobą. Muszę spalić Złotą Pagodę. I wtedy prawdopodobnie zacznie się moje nowe życie, o jakim nikt dotychczas nie słyszał, życie przygotowane specjalnie dla mnie.

[…]

Chciałem, żebyś wiedział. To poznanie przeobraża ten świat. Rozumiesz? Nic innego nie może go przeobrazić. Tylko poznanie przeobraża świat, jednocześnie pozostawiając go nie zmienionym, w tym samym stanie. Patrząc z punktu widzenia poznania, świat jest wiecznie niezmienny i wiecznie się przeobraża. Ty pewnie zapytasz, po co to jest potrzebne. Powiedzmy, że człowiek jest wyposażony w broń w postaci poznania, aby mógł znieść życie. Zwierzęta tego nie potrzebują. To dlatego, że nie mają świadomości znoszenia życia. Poznanie jest więc tym trudnym do zniesienia życiem, które stało się bronią człowieka, jednak życie nie staje się przez to łatwiejsze do zniesienia. I to wszystko. Nie uważasz, że są inne sposoby znoszenia życia? Nie ma. Poza tym jest tylko szaleństwo albo śmierć. To na pewno nie; poznanie przeobraża świat – odpowiedziałem niewiele myśląc, będąc niebezpiecznie blisko wyznania wszystkiego. To działanie przeobraża świat. Tylko i wyłącznie. Tak jak się spodziewałem, Kashiwagi powstrzymał mnie zimnym, jakby przyklejonym uśmieszkiem.

[…]

Piękno, twoje ulubione piękno, to tylko złudzenie nadwyżki, nadwyżki pozostałej po tym, co zostało powierzone poznaniu we wnętrzu ludzkiej duszy. Złudzenie tego „innego sposobu znoszenia życia", o którym wspominałeś. Można powiedzieć, że piękna nie ma, a także nigdy nie było. Można tak powiedzieć, ale to poznanie wypełnia złudzenie siłą i nadaje mu tyle realności, ile tylko może. Dla poznania piękno nie jest wcale pocieszeniem. Jest kobietą, może nawet żoną, ale na pewno nie jest pocieszeniem. Jednak z tego małżeństwa piękna, które wcale nie jest pocieszeniem, i poznania coś się rodzi. Coś przelotnego, podobnego do piany i beznadziejnego, ale jednak coś się rodzi. To jest właśnie to, co świat nazywa sztuką.

[…]

Mariko jest ode mnie rok lub dwa starsza. Tak, na pewno była ode mnie starsza. Jej piersi znajdowały się przed moim nosem. Pokryte potem. Były zwykłym darem, które na pewno nie przeobrazi się w Złotą Pagodę. Niepewnie dotknąłem ich czubkiem palca. Wydają ci się dziwne? – zapytała Mariko i uniósłszy się na łokciu, przyjrzała się dokładnie swoim piersiom i lekko nimi potrząsnęła, jakby bawiąc się z małymi zwierzątkami. To drżenie przywiodło mi na myśl zachód słońca w Maizuru. Myślę, że przemijalność zachodzącego słońca i przemijalność ciała zlały się w moim sercu w jedno. Doznałem ulgi, wyobrażając sobie, że to ciało przede mną jak zachodzące słońce wkrótce pokryje się wieloma warstwami wieczornych chmur i legnie w głębokiej mogile nocy.

[…]

[z rozmowy z opatem Zenkaiem z sąsiedniej świątyni zen, przyjacielem ojca]

Czy wystarczy żyć tak, jak ludzie nas widzą? To nie jest możliwe. Ale jeśli zrobi się coś dziwnego, ludzie zaczną patrzeć na nas w nowy sposób i to nowe uznają za normalne. Ludzie łatwo zapominają. Które z moich ja przetrwa? Czy moje ja, tak jak widzą mnie ludzie, czy też moje ja, tak jak ja o sobie myślę? Oba szybko dobiegną końca. Nawet jeżeli się uprzesz i będziesz próbował zmusić je do przetrwania, i tak kiedyś znów dobiegną końca. W czasie jazdy pociągu pasażerowie się nie poruszają. Ale gdy pociąg staje, pasażerowie muszą zacząć iść. I jazda dobiega końca, i odpoczynek dobiega końca. Śmierć jest pewnie ostatnim odpoczynkiem, lecz i tak nie wiemy, jak długo on potrwa.

[…]

Znajdowałem się o krok od czynu. Ukończyłem wszystkie przygotowania, stałem już po drugiej stronie i pozostało tylko rzucić się do działania. Powinno mi się udać łatwo przejść do czynu, trzeba tylko uczynić maleńki wysiłek. Nie wyobrażałem sobie nawet, że między skończonymi przygotowaniami a moim czynem rozciągała się przepaść tak wielka, że otworzywszy usta, mogłaby pochłonąć całe moje życie. Patrzyłem wtedy na Złotą Pagodę, chcąc się z nią pożegnać po raz ostatni. Złota Pagoda majaczyła w ciemnościach deszczowej nocy, jej kontur był niewyraźny. Stała czarna, zupełnie jakby noc się w niej skrystalizowała. Kiedy wytężałem wzrok, mogłem dostrzec trzecią kondygnację Kuky?ch?, gdy budowla nagle się zwężała, oraz las wąskich kolumieniek na poziomach H?suiin i Ch?ond?. Jednak te szczegóły, które niegdyś tak mnie wzruszały, teraz roztopiły się w jednobarwnej ciemności.

[…]

Jednak to jeszcze nie zadowoliło architekta. Po zachodniej stronie H?suiin dodał maleńki S?sei, ganeczek na wodzie podobny do altanki wędkarza. Wydawało się, że na to zachwianie symetrii postawił całą siłę piękna, w konstrukcji zaś wyraził metafizyczny opór. Mimo że S?sei wcale nie sięgał daleko w głąb stawu, wyglądał jakby uciekał w nieskończoność od centrum Pagody. Jak ptak, który odleciał od głównego budynku, S?sei z rozłożonymi skrzydłami uciekał w głąb stawu ku wszystkim rzeczom doczesnym. Był prawdopodobnie mostem przerzuconym od ustalonego porządku świata ku rzeczom niepewnym, ku światu zmysłów. Tak, dusza Złotej Pagody rozpoczynała się od S?sei, przypominającego przerwany w połowie most, kryła się w trzech kondygnacjach i znów uciekała przez ten most. A to dlatego, że drżąca na powierzchni stawu wielka siła zmysłów była źródłem ukrytej siły, która zbudowała Złotą Pagodę, i że ta siła, po tym jak nadano jej porządek i stworzyła piękną, trzypiętrową konstrukcję, nie mogła już dłużej tam mieszkać i nie pozostawało jej nic innego poza ucieczką po ganku S?sei ku powierzchni stawu, ku drżeniu nieograniczonej zmysłowości, ku rodzinnej ziemi. Patrząc na poranną i wieczorną mgłę błądzącą po stawie Ky?kochi, zawsze myślałem, że to właśnie tu musi mieszkać ta ogromna zmysłowa siła, która zbudowała Złotą Pagodę.

[…]

To na pewno na tej górze, osłaniającej Złotą Pagodę dokładnie od północy, leżałem pośród trawy w cieniu sosen, dysząc i próbując uspokoić oszalałe bicie serca. Gdy usłyszałem krzyk spłoszonego ptaka, wróciła mi jasność umysłu. Ptak wzleciał mi przed samym nosem, bijąc wielkimi skrzydłami. Leżałem na plecach i patrzyłem w nocne niebo. Niezliczone ptaki z krzykiem przelatywały ponad wierzchołkami sosen. Tu i ówdzie iskry tańczyły już nade mną. Usiadłem i spojrzałem na dolinę, w której stała Złota Pagoda. Dobiegł stamtąd jakiś osobliwy dźwięk. Jakby odgłos fajerwerków. Jakby jednocześnie trzasnęło w stawach niezliczonych ludzi. Z miejsca, gdzie się zatrzymałem, nie było widać Złotej Pagody. Jedynie wirujący słup dymu i wznoszący się ku niebu ogień. Iskry z ogromnego ognia wzlatywały pomiędzy drzewami i niebo nad Złotą Pagodą wyglądało, jakby ktoś zasiał tam złoty piasek.

Yukio Mishima, Złota Pagoda

Filozoficzno-obyczajowa powieść japońskiego mistrza pióra i niedoszłego noblisty Yukio Mishimy przenosi nas do środkowej Japonii w wydarzenia poetycznie dziejące się w wyobraźni autora, a w zasadzie do prefektury Kyoto pod sam koniec drugiej wojny światowej po wczesne lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Jąkający się z piętnem “odtrąconego” pośród zdrowych Mizoguchi odkrywa nękające go i samotne jak on piękno w budowli-świątyni buddyjskiej, w którym to pięknie niczym mitologiczny Narcyz przegląda się uporczywie, że nie zdaje sobie w końcu sprawy, iż wolność krzyżująca szpady z ideologiami prowadzi wprost do zagłady: swego dotychczasowego “ja”.   



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin