Blog

 

08.05.2022

Pożegnanie z Szanghajem

Siostrą

smutku jest jednak

radość

[…]

Niczego szczególnego nie szukałem – po prostu chciałem poznać dodatkowe szczegóły i porównać niektóre różniące się ze sobą świadectwa na temat pewnych wydarzeń. Były to prawdziwe, dawne i po części zapomniane historie, które ktoś mógłby uznać za dziwne i nieprawdopodobne. Czyż jednak istnieje coś bardziej nieprawdopodobnego od Historii? Mam na myśli tę Historię pisaną dużą literą, będącą nauką o przeszłości – w odróżnieniu od historii przebranej, uproszczonej i wyglansowanej na błysk – Historię zagadkową, na której przebieg nie mamy żadnego wpływu, pełną sprzeczności i pytań bez odpowiedzi, nielogiczną, nierzadko absurdalną, zrodzoną z miliona milionów przypadków, jak samo życie i jak ciemne dno bytu, gdzie jedne stworzenia pożerają inne, a wysokie ideały giną zduszone mackami bezdusznych instynktów. Tymczasem na powierzchni wszystko wydaje się przewidywalne, uporządkowane i sensowne jak w licealnym zbiorze zadań z matematyki z rozwiązaniami.

[…]

I właśnie tam na rogu, gdzie była znana księgarnia Meersona i synów, jakiś dowcipniś [w „noc kryształową” w Niemczech – przyp. aut.] wpadł na pomysł, by zbudować z książek stos. Marks, Heine, Freud, Feuchtwanger, Stefan Zweig, Thomas i Heinrich Mannowie, Bertolt Brecht i Anna Seghers, Friedrich Wolf i Leonhard Frank, Baruch Spinoza i Marcel Proust, Franz Kafka i Henri Bergson – wszyscy oni stanowili jak na początek wcale niezłą podpałkę. Einstein ze swoją strukturą kwantową trysnął rojem iskier, po czym frunął nad ogniem, rozpościerając okładki jak skrzydła. Nie myśl sobie, Albercie, że ci rzeźnicy i zapijaczeni wykolejeńcy wiedzą, kim jesteś – my jednak wiemy. Być może tam, dokąd się w porę udałeś, jest ci smutno z powodu tego, co się dzieje w twojej byłej ojczyźnie, ale nam jest wesoło: sam przecież mówiłeś, że wszystko jest względne. Pracujemy, kierując się twoją żydowską formułą, Albercie, przykro nam i przepraszamy bardzo! Nasza energia zniszczenia was jest równa masom, jakie nas popierają, pomnożonym przez podniesioną do kwadratu całkowitą prędkość, z jaką opanujemy świat. Tak to wygląda, drogi Albercie, i żegnaj! Najwyższy czas uświadomić sobie, kto jest prawdziwym gospodarzem Niemiec – Żydzi czy my! E = mc2 wpadło w sam środek ognistej galaktyki, wzniecając rój wesołych iskier.

[…]

Do księżycowego nowego roku pozostawały dwa miesiące, a dopiero wtedy można się było spodziewać złagodzenia reżymu [w Szanghaju z czasów okupacji – przyp. aut.] przez władze japońskie, co umożliwi składanie rodzinnych wizyt. Według kalendarza juliańskiego był listopad. Paskudna pogoda. Można by ją też nazwać psią, gdyby w całym tym olbrzymim mieście, od położonych najbardziej na południe dzielnic Lunghwa i Nanhui aż do północnych granic, czyli do Chapei i Hongkew, bezpańskie psy nie zostały już dawno wyłapane i zjedzone. Powietrze było mroźne i wilgotne, przepojone lepkim zapachem smażeniny, kanałów i mułu. Wiatr od strony morza zamiast świeżości przynosił woń oparów znad niezmierzonych bagnisk przy ujściu Whangpoo, lewego dopływu wielkiej rzeki Jangcy, którym docierały tu statki transoceaniczne. Zapadał zmrok. Na setkach dżonek, kręcących się w pobliżu groźnie wzniesionych cielsk statków, paliły się już papierowe latarnie. Niezliczone rozkołysane światełka odbijały się w brudnej, tłustej wodzie, pokrytej plamami mazutu i całymi wyspami pływających śmieci. Przekupnie przekrzykiwali się z dżonek w języku, który był w ich przekonaniu angielskim, i proponowali do sprzedania wszystko, czym dysponowali – od jarzyn, owoców i ryb do talizmanów i figurek bogów z bawolego rogu i nefrytu.

[…]

Po 1933 roku wszystkie wytwórnie filmowe – od UFA i Bavaria Film po TOBIS i Terra – poddane zostały kontroli nazistowskiego ministerstwa propagandy, tego samego, na którego czele stał kuternoga Joseph Paul Goebbels, wyglądający raczej na zawodowego szulera niż na Reichsministra. Rozpędzone zostało na cztery wiatry stowarzyszenie Volksfilmverband, na czele którego stały w najlepszych latach takie znakomitości jak Heinrich Mann, Bertolt Brecht, Käthe Kollwitz i Bela Balazs. Już wcześniej przenieśli się do Hollywood Ernst Lubitsch, Georg Pabst i Emil Jannings, Lya de Putti i Pola Negri, Elisabeth Bergner i Greta Garbo, Peter Lorre i Billy Wilder. Sporo przedtem legendarny „błękitny anioł” – Marlena Dietrich – wraz ze swym reżyserem Sternbergiem obrała sobie za nowe miejsce zamieszkania Beverly Hills. Fritz Lang natychmiast po objęciu władzy przez faszystów ulotnił się, by wypłynąć we Francji, gdzie nakręcił swój słynny film Liliom. Niemiecki ekran zmarniał, bezpowrotnie minęła wspaniała epoka takich filmów jak Kuhle Wampe, Doktor Mabuse, Metropolis i Zatracona ulica. Klasyczne niemieckie kino było martwe. I wtedy wzeszła gwiazda Leni Riefenstahl.

[…]

Fotograf serdecznie się roześmiał. Jesteś diablicą! Ano jestem [mówi Hilda Braun, niemiecka żydówka – przyp. aut.]. Pachnę siarką? Nie wymyślaj sobie ról. Pachniesz perfumami „Mon boudoir”. Tymi, które ci dzisiaj podarowałem. A tak w ogóle to ja naprawdę jestem przywiązany do rodziny. Ale to mi nigdy nie przeszkadzało rozkoszować się okolicznym pejzażem. Gorszy cię to? Raczej nie. Przynajmniej jesteś uczciwy. Zwykle mężczyźni kłamią, zanim osiągną… wiesz, co. Skierował na nią długie spojrzenie, jakby chciał przed zadaniem pytania przeczytać w jej twarzy odpowiedź. A czy ja osiągnę… wiesz, co? Posłuchaj, mój kochamy Wernerze [Gauke - niemiecki fotograf studyjny – przyp. aut.]. I mój przyjacielu! To, co mamy na stole, nazywa się „kogut w winie”. W tym przypadku kogut to ty, a co do wina, to wypiliśmy go zbyt dużo, by gadać głupstwa. Chodźmy, jestem zmęczona.

[…]

Przepraszam, naprawdę starałam się ciebie oszczędzić. Mógłbyś mieć przeze mnie jeszcze większe kłopoty, ale cię pożałowałam. Bo musisz wiedzieć, że ja jestem Żydówką. W pierwszej chwili fotograf jakby nie zrozumiał jej słów, dopiero w sekundę później aż podskoczył: Co? Coś ty powiedziała? To, co usłyszałeś, Wernerze. Jestem Żydówką po ojcu i po matce. Jej słowa powoli torowały sobie drogę do jego mózgu i potem nagle Werner wybuchnął głośnym śmiechem. No nie! To jakiś kawał! Dokładnie tak, mój miły Wernerze. Żydowski kawał o niejakim Izydorze, który się przechrzci! i został Zygfrydem. I Hilda Braun też nie jest żadną Hildebrandą ani Brunhildą Braun. Naprawdę nazywam się Rachela Braunfeld. To ojciec tak postanowił, kiedy przeprowadziliśmy się do Stuttgartu. Za Austro-Węgier miał w Wiedniu firmę „Czapki i kapelusze Braunfeld. Dostawca Dworu”. Potem, po upadku cesarstwa, wszystko się zmieniło. Zakład zbankrutował i tak trafiliśmy do Stuttgartu. Tam nikt nie przepadał za żydowskimi czapkami i kapeluszami, a dostawcy dworu wyszli z mody. I chcąc ocaleć, przechrzciliśmy się. Z Braunfeldów staliśmy się Braunami. Jestem produktem pośrednim judaizmu i chrześcijaństwa, niemającym nic wspólnego z waszą wielką aryjską rasą.

[…]

Zarówno jednak na Zachodzie, jak i na Wschodzie pamiętano przysłowie o apetycie, który wzrasta w miarę jedzenia. Dlatego też wszystkie państwa europejskie chyłkiem koncentrowały wojska w przygranicznych rejonach, przyjmowały ustawy wyjątkowe, bez rozgłosu mobilizowały rezerwistów, twierdząc zarazem jednym głosem, że umowy międzynarodowe są przestrzegane, wszystko znajduje się pod kontrolą i nie ma mowy o żadnym napięciu międzynarodowym. Całkiem jak w piosence: Tout va très bien, madame la Marquise… [„Wszystko jest w porządku, pani markizo…” – końcowy fragment zwrotek popularnej wówczas piosenki, w której służący telefonicznie informują markizę o kolejnych katastrofach dotyczących jej dobytku (przyp. red.).]. Tymczasem ludzie wiedzieli swoje, dobrze znając historię rzeczonej markizy, uparcie uspokajanej podczas szalejącego w domu pożaru, że wszystko jest w porządku, i widząc gwałtowne gromadzenie zapasów podstawowych produktów spożywczych, paliw i osocza. I jeśli ktokolwiek się jeszcze łudził, że w Europie konflikt ograniczy się do dyplomatycznych kompromisów i nieznacznych ustępstw terytorialnych dla Rzeszy, to wystarczyło otworzyć gazetę i spojrzeć, co się dzieje na Dalekim Wschodzie. Japonia już dawno, od chwili aneksji Korei, na dobre rozlokowała się na kontynencie, a w początku lat trzydziestych sięgnęła po Mandżurię, tworząc tam nowe państwo Mandżukuo. Marionetkowy władca Pu Yi z chińskiej dynastii królewskiej przekazał Japończykom całkowite i niepodzielne władanie tym terytorium, graniczącym z sojusznikiem Sowietów – Mongolską Republiką Ludową.

[…]

Mając pełne usta Hilda, pokręciła tylko głową. Szwedka [pyta sowiecki agent bułgarskiego pochodzenia – przyp. aut.]? A, już wiem – Holenderka. Prawda, że Holenderka? A w ogóle mówi pani po francusku? Kiedy w Sanssouci mówiono po francusku, wy w Prowansji jeszcze ryczeliście razem ze swoimi krowami! Rozumiem, Niemka. Ale proszę mi pozostawić choć jedną szansę: nie aprobuje pani Hitlera, prawda? Nie cierpię go. Chwała Bogu! Röslein, Röslein, Röslein rot, Röslein auf den Heiden… – zaśpiewał nagle, a Hilda mało nie zakrztusiła się swoim podwieczorkiem. Nie jest pan Niemcem? Uchowaj Boże. Najzwyczajniejszym Czechem. I tak na marginesie powiem pani, że kiedy Kafka w Pradze pisał po niemiecku, to wy w Saksonii jeszcze ryczeliście razem ze swoimi krowami. Czy pani wie, że jest takie miasteczko – Praga? Co ja zresztą plotę. Przecież to wy niedawno je zajęliście! Ja nie. Właśnie wtedy byłam w kinie. Wspaniale! Zjemy razem kolację i opowie mi pani film. Nie jest pan trochę bezczelny? My, Polacy, już tacy jesteśmy. Roześmiała się: Podobno jest pan Czechem? Serio? Niech pani nie będzie drobiazgowa! A jak pan ma na przykład na imię? Ja? – Spojrzał w niebo i aż się rozpromienił, przypomniawszy sobie: – Władek! Teraz pan to wymyślił. Skąd pani wie? A pani imię, Fraulein? Hilda. Słowo honoru? Dlaczego? Czy tu się ukrywa własne imiona? Tu cudzoziemcy ukrywają wszystko. Imię, nazwisko, adres, narodowość, kochankę, poglądy polityczne. Wszystko! Skoro tutejsze władze chcą o tobie wszystko wiedzieć, to tym ważniejsze jest, żebyś wszystko ukrył, bo zawsze się możesz spodziewać jakiegoś świństwa z ich strony. W sumie w Paryżu jest jakiś milion nieszczęśników, którzy czekają. Czekają na amerykańską wizę, na przedłużenie zezwolenia na pobyt, na nowe dokumenty, na przepustkę, na pozwolenie na pracę, na naturalizację, na azyl polityczny. Największa poczekalnia Europy. I jeszcze jeden milion takich, którzy się załamali i już na nic nie czekają. Smutek i beznadzieja. Pani na przykład znalazła się w finansowych tarapatach i niecierpliwie wyczekuje przekazu.

[…]

Kulis przewożący bagaż przebierał bosymi nogami po asfalcie, rzucając zaciekawione spojrzenia na pasażera rikszy. „Co za czasy nastały, matko droga! Mężczyźni stali się kobietami i kręcą wachlarzami z sandałowego drzewa jak generalskie konkubiny. Za to kobiety zajmują się męskimi sprawami, przesiadują w karczmach i nawet idą na wojnę. Młode dziewczęta przestały bandażować sobie stopy i chodzić jak wróbelki. Chociaż prawdę mówiąc, to, że zaniechały tej tradycji, nie jest aż takie złe! Bo kiedy na starość ich stopy przekształcą się w bolesne kikuty, młodzi musieliby je nosić na plecach do pagody. Tak, tak, mój paniczyku! Ja mam nie wiedzieć, co to znaczy stara kobieta z nogami jak kikuty? Nie nosiłem to swojej matki, by spaliła trochę niebiańskich pieniędzy w pagodzie Lunghwa? Ale wtedy mężczyźni byli mężczyznami, a Chińczycy – Chińczykami. Wiedzieli, że białe ubrania nosi się na znak żałoby i że biel jest kolorem śmierci. Wiedzieli od pieluch! A ty, mój paniczyku, jesteś cały na biało, jakby matka ci umarła, i wesoło rozglądasz się naokoło, jakby matka ci nie umarła, tfu!” Taki wyimaginowany dialog prowadził z zarozumiałym panem w białym jedwabnym szantungu obdarty kulis i w podnieceniu bezgłośnie poruszał ustami, biegnąc wielkimi, równomiernymi krokami równolegle z drugą rikszą. A pasażer chłodził twarz wachlarzykiem i nawet nie podejrzewał, że jest partnerem w dramatycznej dyspucie na temat nowych czasów.

[…]

Obaj – przybysz i jasnowłosy olbrzym – weszli do mrocznego pomieszczenia [w Szanghaju – przyp. aut.] ze spuszczonymi trzcinowymi roletami. Przypominający śmigło samolotu wentylator pod sufitem usilnie pracował, ale jego ruch tylko mieszał wilgotne, ciepłe powietrze, nie przynosząc chłodu. Gospodarz z roztargnieniem wyjrzał na ulicę, po czym zamknął drzwi na klucz, sprawdziwszy, czy tabliczka z napisem „Zamknięte” jest odpowiednio zwrócona na zewnątrz. Dopiero potem w milczeniu otworzył objęcia i wielkimi jak łopaty rękami objął Chińczyka. Nie było im łatwo pocałować się w policzki – Europejczyk był zbyt wysoki i musiał się pochylić, a Chińczyk zbyt niski, co zmuszało go do stanięcia na palcach. Z pewnym wysiłkiem i przy odrobinie dobrej woli dopełnili jednak rytuału, po czym gospodarz protekcjonalnie poklepał Chińczyka po plecach jak dobre i posłuszne dziecko. Sprawdziłeś, czy nie masz ogona? – spytał. – Ci z Kempeitai kompletnie pofiksowali i chyba już tylko w kiblach nie mają szpiegów. „Kempeitai” było słowem budzącym niemal mistyczną grozę. Tak nazywała się tajna policja okupanta, japońskie gestapo siejące przerażenie wśród nielegalnych antyjapońskich ruchów studenckich oraz okrutnie prześladowanych nacjonalistycznych i komunistycznych organizacji konspiracyjnych działających na okupowanym chińskim terytorium. A jak myślisz? Może to przypadek, że wczoraj przegrałem sto dolarów w madżonga? Wstyd i hańba! I nie domyślisz się, kto je ode mnie wygrał. Sam Saneyoshi-san. Kapitan Masaaki Saneyoshi był szefem szanghajskiej dyrekcji Kempeitai, potworem łamiącym żywcem kości i wieszającym swoje ofiary za nogi, cynicznym łapówkarzem i nieuleczalnym hazardzistą.

[…]

Słuchaj, zawsze ceniłem twoją wyjątkową inteligencję! Anie ma na świecie mądrzejszego człowieka niż mądry Chińczyk. Gdy chodzi o reprezentacyjne idee, to ma ich mnóstwo. Poświęcił milion ludzi, by zbudować Wielki Mur Chiński, który zamiast uchronić Chińczyków przed najazdem mongolskim, uchronił Mongołów przed chińską ofensywą. A potem, kiedy nie wiedział, co z nim zrobić, ogłosił go atrakcją turystyczną. Gość spokojnie się bujał na fotelu, a nawet ziewnął, może z braku tlenu, nim rzekł: Tylko że jest ktoś jeszcze mądrzejszy, a mianowicie mądry Niemiec. Nie mówię o tobie, ty jesteś zaspanym Saksończykiem. Mądry Niemiec od czasu do czasu wpada na pomysł rozpoczęcia straszliwej wojny, choć w głębi duszy czuje, że ją przegra. Podobnie jak tę, która wybuchnie w ciągu miesiąca.

[…]

Dachau było małym miasteczkiem w Górnej Bawarii liczącym około dwudziestu tysięcy mieszkańców – drobnych kupców, producentów piwa, rolników i pracowników przemysłu papierniczego. Nie było w nim nic szczególnego i nikt na świecie nie wiedziałby o jego istnieniu, gdyby 22 marca 1933 roku, w niecałe dwa miesiące po tym, jak Hitler został kanclerzem Rzeszy, nie powstał w nim pierwszy nazistowski obóz koncentracyjny. Był prymitywny, miał niewypracowany wewnętrzny system funkcjonowania i nieukształtowany profil, bardzo odległy od przyszłych fabryk śmierci. W porównaniu z nienarodzonymi jeszcze w wizji narodowego socjalizmu obozami w Auschwitz, Majdanku i Treblince, z ich 7 milionami i 380 tysiącami ofiar, obóz w Dachau rozpoczął swoją skromną karierę cicho i niemal niepostrzeżenie. Gdy w ostatnim dniu jego istnienia w dwanaście lat później, 29 kwietnia 1945 roku, weszły tam amerykańskie czołgi, mógł odnotować na swoim koncie zaledwie 66 tysięcy ofiar. […] Wszystko to miało być sto razy przemyślane przez skrzypka Theodora Weissberga, ale nigdy nie zostało przez niego zrozumiane, zwłaszcza że, ściśle mówiąc, wcale nie czuł się on w pełnym słowa tego znaczeniu Żydem. Podobnie jak większość ówczesnych niemieckich intelektualistów pochodzenia żydowskiego odwiedzał synagogę tylko z okazji ślubu dzieci krewnych czy kolegów. I dokładnie z tych samych powodów uczestniczył również w ceremoniach ewangelickich czy katolickich. Jego ojczystym językiem był niemiecki, a on sam stanowił wzorcowy czy wręcz wzorowy produkt niemieckiej cywilizacji i rzadko uświadamiał sobie, że jest Żydem. Dopóki mu o tym nie przypomniano. Teraz był uprzywilejowany: zamiast ciężkiej, katorżniczej pracy przy budowie szosy jego obowiązkiem było granie dwa razy dziennie – o siódmej rano i o siódmej wieczorem – melodii o małej cukierni i o parze marzącej o szczęściu: raz do wtóru obowiązkowego marszowego kroku idących do pracy i drugi raz w dwanaście godzin później, gdy wracający więźniowie ze zmęczenia ledwie poruszali nogami. W pozostałym czasie roznosił w wojskowym baniaku wodę lub wykonywał inne prace – w zależności od rozkazów, jakie otrzymywał.

[…]

Hilda i jej towarzysz szli szybkimi krokami do wylotu ciemnej uliczki [w Paryżu – przyp. aut.]. Hilda dwukrotnie obejrzała się, by sprawdzić, czy nikt za nimi nie idzie. Nie oglądaj się, idź. Nie muszą widzieć, że się boisz. Ja nie jestem z tych, co się boją. Madziar [pianista – przyp. aut.] drwiąco się roześmiał. Bo nie wiesz, co ci groziło. Nie jesteś ani pierwsza, ani ostatnia. Byłabyś gwałcona, bita i faszerowana narkotykami dopóty, dopóki nie zmiękniesz. Potem, kiedy zapomnisz, jak się nazywasz, musiałabyś dla tych gnojów pracować. Ale nie przejmuj się, teraz ci już raczej dadzą spokój, bo już wiedzą, że jesteś jedną z dziewcząt Contiego. A on, kiedy się zdenerwuje, może im powyrywać kutasy jak polne margerytki. Wszystko to zostało wypowiedziane z tym samym niezrównanym węgierskim akcentem. Na znośniejszą francuszczyznę stać było chyba nawet Attylę, wodza Hunów i prawdopodobnego praprzodka węgierskiego pianisty.

[…]

Geje często są wielkoduszni. Hilda obudziła się w łóżku Madziara, podczas gdy on sam spał zwinięty we czworo na jakimś zdezelowanym fotelu przywleczonym najwyraźniej ze śmietnika. Obok stało otwarte metalowe pudełko, podobne do tych, w jakich dawniej stare babcie przechowywały tabakę. W środku nie było jednak tabaki, tylko jakiś biały proszek.

[…]

Japończyk odwrócił wzrok i zaczął cicho mówić, wpatrzony w czarkę sake – jakby odczytywał z jej dna: Twoja ręka mnie gładziła – jak biały wietrzyk… To był sen, który przeminął – jak biały wietrzyk… Samotnie płacze w gałęziach – biały wietrzyk… Jakie to piękne. Kto jest autorem? Hiroshi uśmiechnął się nieśmiało: Teraz to wymyśliłem. Słyszałam, że wielu lekarzy zostaje poetami. Smutnymi poetami. Ale często też poeci zostają lekarzami. Lekarzami chorych dusz. Czy pan nie jest zbyt skromny? Skromny i bojaźliwy jak wiejski nauczyciel. Proszę mi opowiedzieć o sobie. Doktor Okura uniósł ramiona. Wiejski nauczyciel? Tak, być może. Przywiało mnie z dalekich mórz. Moją ojczyzną jest Japonia, studiowałem w Ameryce, praktykuję w Paryżu. Coś w rodzaju bezpłodnego drzewka, przesadzonego na obcy grunt… Moi rodzice mieszkają na Okinawie. Ojciec także jest lekarzem i studiował tu, we Francji. Mam zamiar w przyszłości pracować w jego klinice… Nazywa się profesor Santoku Okura, jest wspaniałym człowiekiem. Chciał, żebym robił specjalizację we Francji, bo wierzy w Woltera i Auguste’a Renoira, a nie w wojskowe doktryny.

[…]

Choć pozbawiony zmysłu praktycznego i bez reszty oddany muzyce, Theodor Weissberg [utalentowany dyrygent berlińskiej filharmonii – przyp. aut.] był dość dobrze poinformowany o ogromnym, niemal nierozwiązywalnym problemie, jaki zwalił się na niemieckich Żydów w nowych granicach Trzeciej Rzeszy. Im bardziej świat się zbliżał do militarnego rozwiązania swoich problemów, tym trudniej było otrzymać wizę nawet na pobyt czasowy w którymkolwiek z sąsiednich krajów. Wielu, zwłaszcza przedstawicieli elit naukowych, artystycznych czy politycznych, którzy w porę przeczuli narastający dramat, zdołało opuścić Niemcy, nim zatrzasnęły się przed nimi drzwi zagranicznych konsulatów – i zachodnich, i radzieckiego. Nieporównywalnie liczniejsi byli jednak ci naiwni, którym dopiero pijany obłęd „nocy kryształowej” uzmysłowił, jak bardzo łudzili się, sądząc, że nazizm ze swoją niesłychaną brutalnością nie utrzyma się długo przy władzy. Jeszcze bardziej skomplikowana była sytuacja drobnych, zwykłych ludzi, stanowiących ogromną większość, pozbawionych i zagranicznych krewnych, którzy by im na początku pomogli, i środków, i determinacji, która by im pozwoliła wszystko porzucić i uczynić ten decydujący o zmianie losu krok. Małodusznie dali się nieść falom bezwładności z bojaźliwą nadzieją, że skoro sprawa dotyczy tak wielu ludzi, to na pewno się znajdzie jakieś rozwiązanie. Rozwiązanie rzeczywiście się później znalazło, ale bynajmniej nie takie, na jakie liczono. Znaleźli je naziści i nazwali „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej”. Nie było to jeszcze równoznaczne z Holokaustem, komorami gazowymi i krematoriami. Jeszcze nie – postanowienia z Wannsee na temat fizycznej zagłady Żydów w Europie na razie pozostawały w świetlanej przyszłości. W tej chwili gestapo wręcz popierało przesiedlenia– narzekały na to nawet międzynarodowe organizacje żydowskie, których fundusze przeznaczone na pomoc dla uchodźców błyskawicznie się wyczerpywały. Mówiono o nieoficjalnych próbach przekonania francuskiego rządu, by udostępnił wyspę Madagaskar jako miejsce osiedlenia niemieckich Żydów. I właśnie Zachód wystąpił przeciwko temu pomysłowi. Tam dobrze wiedziano o nieudanych wysiłkach Stalina stworzenia na Dalekim Wschodzie sztucznej żydowskiej republiki Birobidżan – te bagniste tereny nad Amurem musiałyby się wcześniej czy później przekształcić w największy na świecie obóz koncentracyjny dla Żydów.

[…]

Wówczas pojawił się najnowszy kawał: „Na pytanie dziennikarzy zagranicznych o najważniejszy cel jego polityki Hitler odpowiedział: jest nim wypędzenie z Niemiec wszystkich Żydów oraz włoskiego tenora występującego w operze. Dlaczego tenora? – spytał korespondent »Figaro«. Wiedziałem – wykrzyknął Hitler – że wypędzenie Żydów nie wzbudzi zainteresowania światowej opinii publicznej!” Niektórym synom Izraela przyszło poczuć to na własnej skórze.

[…]

Te rozpaczliwe próby znalezienia azylu były tematem niejednej rozmowy w domu państwa Weissbergów przy ulicy Dantego Alighieri 3/5 w Dreźnie – luksusowej jednopiętrowej willi w stylu empire położonej w prestiżowej arystokratycznej dzielnicy i otoczonej dużym ogrodem, w którym co wiosnę pod ręką ogrodnika rozkwitały różnobarwne klomby. Tak było trudno to wszystko zostawić i ruszyć w pełne obaw nieznane. A nazwa tego nieznanego brzmiała Szanghaj – miasto otwarte Szanghaj, z tyloma pytaniami na temat niejasnej przyszłości, za tyloma dalekimi i tak bardzo obcymi wodami! Szczęście, że Elisabeth Müller-Weissberg, w odróżnieniu od swojego niezdecydowanego i wrażliwego męża, miała mocne nerwy i prawdziwie kobiecy instynkt poszukiwania bezpieczeństwa i pokonywania kłopotów. Niektórzy spośród ich znajomych już mieli wiadomości z Szanghaju. Ci, którzy wcześniej zdecydowali się na ten krok, pisali z ulgą o tym, że wyrwali się z nazistowskiego piekła, ale uczciwie ostrzegali, że Szanghaj stanowi inne piekło, nieznane i bezlitosne; że bezrobocie, kryzys gospodarczy i epidemie ściskają miasto stalowymi kleszczami; że rozpaczliwa walka o przeżycie oczekuje tych, którzy nie dysponują żadnymi środkami lub nie mają bogatej rodziny za granicą, zwłaszcza w Stanach, która byłaby gotowa wesprzeć swoich biedujących krewniaków. Jednocześnie jednak prawie wszystkie listy biły na alarm, że każda zwłoka może się okazać fatalna: w Szanghaju słychać już było głosy, że miasto jest przepełnione uciekinierami i miejscowe władze, niezdolne do rozwiązania najbardziej elementarnych problemów komunalnych i pod naciskiem misji zagranicznych, troszczących się o swoje własne bezpieczeństwo i spokój, wkrótce zaostrzą przepisy dotyczące imigracji, a być może całkiem ją zablokują. Wtedy też ostatnie otwarte miasto na świecie zatrzaśnie drzwi przed poszukującymi ratunku.

[…]

Wyciągnął [doktor Okura – przyp. aut.] do niej rękę nad stołem. Dobrze. Podaj mi rękę, żeby było łatwiej… Ja wyjeżdżam, Hildo. Już dziś w nocy. To jest nasze pożegnanie. Dziś w nocy? O Boże! Na jak długo? Może na zawsze. W Japonii ogłoszono mobilizację. Dostałem wezwanie by stanąć… jak się mówi… pod sztandary. Hilda długo milczała, po czym spytała głuchym głosem: A musisz? Czy to konieczne? Muszę. Konieczne. Skoro tam jest mobilizacja… Ale ty jesteś w Paryżu. To „tam” jest daleko, możesz po prostu nie pojechać. Przecież mówiłeś, że twój ojciec nie wierzy w doktryny wojenne? Czym innym są doktryny wojenne, a czym innym ojczyzna. Nie wiem, czy mnie zrozumiesz… Istnieje coś takiego, nie wiem, czy to jest błogosławieństwo, czy przekleństwo, ale my jesteśmy jakoś inaczej, być może mistycznie związani ze swoim rodem, z wyspami… związani jak nikt inny i nigdzie indziej… To nie jest patriotyczna dyscyplina ani obowiązek ciążący na niewolniku, to jest coś głębszego… Jakieś fatalne uzależnienie, pępowina, karma, możesz to nazwać, jak chcesz… W każdym razie muszę wyjechać!

[…]

Alain Conti [francuski reżyser filmowy – przyp. aut.] nalał sobie pół szklanki koniaku i dopiero pochłonąwszy wielki haust, powiedział: Posłuchaj, dziewczyno. Wszyscy wykonujemy jakiś numer w czyimś programie. Ile miliardów ludzi mieszka na tej cholernej planecie? Nie wiem dokładnie, ale właśnie tyle miliardów wykonuje jakiś numer. I wiesz, na czym polega cała sztuka? Żeby być pasażerem w pociągu, a nie odprowadzającym na peronie. I to w marę możliwości pasażerem ekspresu, pierwszej klasy. Tu jest pies pogrzebany. Grunt to ruch! Ja ciebie zaraz wyczułem: jesteś urodzona do tego, żeby się znaleźć w tym pociągu, masz w nim zarezerwowane miejsce i ja cię na tym miejscu umieszczę… Możesz się zastanowić, a nuż wpadnie d do głowy coś lepszego. Ale pamiętaj, że dziewczyny, które przeszły przez nasze hale zajęciowe, pozostają naszymi dziewczynami. Zawsze możesz mnie znaleźć, jeśli coś pójdzie nie tak. Wiesz, gdzie pijam koniak.

[…]

Właśnie! I tak to wygląda, moja miła – powiedział Madziar. – Ameryka, jak każda demokracja, lubi udzielać rad i poklepywać po ramieniu, ale nie lubi, jak zwalają jej się na obiad nieproszeni goście. Chyba że jest to przynajmniej Einstein. Zgarnia tych, którzy są jej potrzebni, ale ma w nosie innych – tych, którym ona jest potrzebna.

[…]

Ujmująca była także spontanicznie powstała przyjaźń między wiekową przeoryszą, żarliwą katoliczką, a wesołym rabinem Leo Levinem, przy czym poza problemami dotyczącymi przyjmowania uciekinierów i opieki nad nimi wiązał ich jeszcze pewien sekret: Levin w tajemnicy przed zakonnicami uczył przeoryszę grać w pokera o ziarna czarnej fasoli, spełniające rolę żetonów o wartości jednego szanghajskiego centa. Warto dodać, że w grze z łatwowierną i coraz bardziej ulegającą hazardowi przeoryszą z reguły wygrywającym był rabin. Nie zniechęcało to jednak matki Antonii i uparcie wgłębiała się ona w tajniki sztuki blefowania, przyjmując jak mannę niebieską zasadę prawdziwych graczy, że ważna jest nie wygrana, tylko gra, nie przegrana, tylko dreszczyk. Nierzadko jednak, gdy dług przeoryszy osiągał wysokość całego szanghajskiego dolara, czyli stu ziaren fasoli, a ona sama nie potrafiła ukryć ani zwątpienia w wyższą sprawiedliwość, ani podejrzenia, że w tym przypadku żydowski Bóg pomaga swojemu rabinowi, podczas gdy Jego Syn odwrócił się od swej oddanej służebnicy, rabin wspaniałomyślnie umarzał dług, po czym tasował karty do nowego rozdania.

[…]

Nad wyraz błędne byłoby przypuszczenie, że na tym targu [ptasim w Szanghaju – przyp. aut.] sprzedawano wyłącznie zawieszone na dziwnie wydłużonych szyjach oskubane kurczaki, kaczki i bekasy błotne, czarne jajka gotowane w sojowym sosie i jaskółcze gniazda. Główną atrakcją, zwłaszcza dla cudzoziemców z Zachodu, były żywe, śpiewające i ćwierkające ptaki w ozdobnie uplecionych barwnych klatkach. Nie należały do rzadkości także świerszcze w Mateczkach ze słomy ryżowej – nieznany w Europie rodzaj zwierząt domowych. Jeśli mowa o zwierzętach, to psów tu nie było. Ku zgrozie i oburzeniu Europejczyków sprzedawano je na targu mięsnym w dolnym końcu Nantao – żywe, umieszczone w bambusowych Matkach, apatyczne i zrezygnowane, obok poćwiartowanych prosiąt, bawolich podrobów, świeżych, solonych i suszonych ryb, skłębionych węży, które już tu, na rynku, na oczach nabywcy obdzierano żywcem ze skóry, mięczaków, raków i gigantycznych małży abalone.

[…]

Od początku inwazji japońskiej w Szanghaju nikt się muzyką nie interesował, nie było komu za nią płacić. Podobno we Frenchtown dawniej funkcjonowała całkiem przyzwoita orkiestra kameralna, ale po mobilizacji powszechnej we Francji, kiedy wielu muzyków musiało wrócić do kraju, orkiestra się rozpadła. Tuż przed bombardowaniem i ostatecznym atakiem Japończyków występowała tu Filharmonia Pekińska, mimo średniego poziomu godnie reprezentująca tego typu instytucje. Od początku okupacji Szanghaj stał się jednak miastem niskiego ducha, gdzie płacono tylko za najpospolitszą rozrywkę. Orkiestry dansingowe w najdroższych hotelach były już dawno obsadzone i na każde miejsce czekało na ulicy kilkunastu kandydatów. Sytuację komplikował dodatkowo fakt, że bezrobotni muzycy pochodzili w większości z Azji i to ich najchętniej zatrudniano, ponieważ ich wynagrodzenie było znacznie niższe. Theodor bez wątpienia był uznanym wirtuozem, ale właścicieli lokalów, zwłaszcza Chińczyków, mało obchodziło, jaki ważny i znany był w Europie. A poza tym trudno było przypuszczać, że będzie umiał przystosować się do nowej sytuacji i grać rumbę pod akompaniament szczękania sztućców lub nawoływań kelnerów, słowem, radzić sobie w okolicznościach tak bardzo różnych od tych, w jakich niegdyś pracował i odnosił sukcesy.

[…]

Chiński służący w tradycyjnym stroju z czarnego jedwabiu nalał herbatę, ukłonił się i zniknął bezszelestnie jak cień. Rabbi Leo popijał zieloną aromatyczną herbatę i z nieskrywaną, niemal dziecinną ciekawością oglądał filiżankę z delikatnej kostnej porcelany, pokrytą na zewnątrz matowym czarnym szkliwem ozdobionym wypukłymi złocistymi smokami. Miał szczęście do smoków, a one podobno chronią od nieszczęść. Przesąd, który dotychczas się nie sprawdził, bo może te ziejące ogniem istoty miały wybiórczą zdolność chronienia tylko Chińczyków. Niewiadome i nieodgadnione jak skomplikowany chiński hieroglif są subtelności dalekowschodniej mistyki! Spojrzał przelotnie na sekretarkę [Hildę Braun, która w Szanghaju dostała posadę sekretarki w niemieckim konsulacie – przyp. aut.] i napotkał jej wzrok, pełen napiętej uwagi. Przeglądała jakieś papiery, ale od czasu do czasu obrzucała spojrzeniem przybyszy, jakby chciała poznać ich myśli. Co też budzi taką ciekawość tej Niemki, myślał rabbi Leo. Pewnie nie widziała rabina w tradycyjnym stroju. Możliwe; w Szanghaju rabini byli rzadsi nawet od białych amurskich tygrysów w ogrodzie zoologicznym. A może w ogóle nigdy nie widziała niemieckich Żydów. To też było możliwe – zwłaszcza jeśli rosła w rasowo „czystym”, według nazistowskiej antropologii, aryjskim środowisku.

[…]

[z podróży Hildy Braun do Szanghaju – przyp. aut.]

Dobiegający z maszynowni odległy i monotonny pomruk silników wprawiał w wibrację każdy atom statku. Hilda z roztargnieniem i bez najmniejszego zainteresowania wyglądała przez otwarty iluminator, gdyż widok sprzed godziny niczym nie różnił się ani od obecnego, ani od tego, jaki będzie za godzinę. Jedynie czerwone afrykańskie słońce coraz bardziej rosło do niespotykanych rozmiarów, staczając się na horyzont jak ogromna krwawa tarcza.

[…]

Weissbergowie długo się śmiali, a rabin szczegółowo objaśnił im zasady tej wzajemnie korzystnej transakcji: Gdybym mu zaraz zapłacił tego dolara, którego zażądał na początku, byłby przybity i poczułby się niemal ograbiony. Zapewniam was. Byłby poza tym głęboko przekonany, że trafił na niedorozwiniętego fajtłapę. To byłby dla niego stracony dzień, bo pozbawiłbym go tej przyjemności, jaką jest gra. Tu nawet dzieci wiedzą, że początkowa cena sprzedającego jest zawsze nadmiernie wysoka, a kupującego – nienormalnie niska. Tego wymagają dobre handlowe obyczaje. Handel bez rytualnego targowania się, wzajemnego przechytrzania, obrażania się, odejść i powrotów, które trwają nieraz godzinami, jest bowiem smutny, monotonny i nudny jak listopadowy, deszczowy dzień. I to niezależnie, kto na nim zyskuje, a kto traci. Jak w pokerze. Spytajcie matkę Antonię, która wreszcie nauczyła się grać, to wam potwierdzi, że gra jest ważniejsza od wygranej. Żydzi, którzy podobno cieszą się opinią wspaniałych kupców, mogliby najwyżej terminować u tego staruszka!

[…]

Także ojciec Laojiana [ogrodnika w domu Państwa Bassat w Szanghaju – przyp. aut.] poszedł w ślad za swoim panem, ojcem Jonatana, ale nie wcześniej niż po upływie 49 dni od jego śmierci, absolutnie nie wcześniej! Nawet najgłupsi ludzie wiedzą, że w każdym człowieku żyje siedem ziemskich duchów, które trzymają go jak kotwica i jego dusza nie może odlecieć do niebiańskiej siedziby, zanim się od nich nie uwolni. Do tego potrzebne są modlitwy, kadzidła z aromatycznych węgli i palenie niebiańskich pieniędzy, które mają je przebłagać, by cię wypuściły. Cudzoziemcy wierzą, że staje się to czterdziestego dnia, ale tak nie jest – każdy duch zatrzymuje się w ciele przez siedem dni, a siedem razy siedem jest czterdzieści dziewięć i ani jednego dnia mniej! Żydzi w to nie wierzą, ich sprawa, mogą wierzyć, w co chcą, ale ojciec Laojiana starannie zrobił wszystko, co było potrzebne, by uwolnić duszę swojego pana od ziemskich duchów, tak aby przeszła lekka i czysta do swojego życia na tamtym świecie. Dopiero wtedy i on, ojciec Laojiana, stary Wu, mógł się spokojnie przygotować do dalekiej drogi. Tak jest urządzony świat, że sługa idzie za swoim panem: dziadek za dziadkiem, ojciec za ojcem!

[…]

Wychodząc, obywatel szwajcarski Jean-Lou Vincent [występujący w takiej roli sowiecki agent bułgarski w Szanghaju – przyp. aut.] rzucił zaciekawione spojrzenie na baronową. Ona także się odwróciła, by zmierzyć wzrokiem typa w rozchełstanej żołnierskiej koszuli i butach wielkich jak łodzie. Dopiero gdy zamknął za sobą drzwi, spytała: Kto to był? W odpowiedzi sir Washburn [konsul angielski w Szanghaju – przyp. aut.] wymownie postukał się palcem w głowę. Przyszłam, milordzie, żeby porozmawiać z panem o bekasach. Wiedząc, jakim pan jest pierwszorzędnym strzelcem, nie wątpię, że w niedzielę będą one spadały z nieba jak deszcz. Ale moje oczy, droga pani, moje oczy nie są już te same. Gdyby mnie pani widziała, kiedy byłem młody, na polowaniach na pustyni Namib! Och, jestem pewna, że wtedy z nieba spadały ustrzelone lwy! Roześmiał się, wziął jej dłonie i ucałował.

[…]

Usta Madziara wypełniała sucha gorycz, język miał jak posypany opiłkami i każde przełknięcie śliny sprawiało mu ból. Tak to już jest, tak się dzieje z każdym, kto się budzi po „drugim paleniu”. Marzył teraz o dużym, bardzo dużym wiadrze ryżowego piwa – tego obrzydliwego żółtego napoju, w którym nie było ani chmielu, ani piany, ale który gasił pragnienie lepiej niż sprzedawana w dwulitrowych butelkach przegotowana woda zalatująca błotem. „Najtańszy ból głowy na świecie!” – tak określiłby Madziar miejsce tych żółtawych chińskich siuśków, zwanych umownie piwem, wśród innych napojów używanych przez Homo sapiens, to dwunogie stworzenie ukarane przez ewolucję największym mózgiem, przez co i ból głowy ma największy.

[…]

Mężowie stanu zazwyczaj nie dają wiary złym snom czy niepomyślnym wiadomościom; wolą pozostać przy swych słodkich złudzeniach wypełnionych miłością i zaufaniem, a przy tym wygodnych jak bambosze. Bezbłędnie wyczuwają to zgromadzeni wokół tronu lizusi, nie ustając w nuceniu ulubionych przez władcę piosnek i kołysanek. Podobno niegdyś, w dalekiej przeszłości, padyszach ścinał posłańca, który zakłócał mu obiad przyniesioną przez siebie niepomyślną wieścią.

[…]

A czy nikt z waszych ludzi nie protestuje przeciwko temu, że ta świątynia nie jest żydowska [tylko z wyglądu buddyjska – przyp. aut.]? Jakie to ma znaczenie? Niegdyś ludzie modlili się do drzew i skał. To znaczy, że zawsze mieli potrzebę modlenia się, wszystko jedno, gdzie. Ważniejsza od świątyni jest chyba modlitwa i nadzieja, że zostanie ona wysłuchana. Mówi pan: do drzew i skał… Ale ja ze szkoły, z lekcji religii zapamiętałam coś takiego: „Ja jestem twoim Bogiem. I nie ma innych bogów przede mną”. Prawda, że tak mniej więcej było napisane? To pisali ludzie. To znaczy, że wasz Bóg nie jest jedyny? Rabin zamyślił się i nie od razu odpowiedział z pewnym smutkiem: Szczerze mówiąc, sam już nie wiem. W czym Chińczycy mieliby być gorsi od nas? Albo powiedzmy Hindusi czy Polinezyjczycy? Dlaczego ich bogowie mieliby być nieprawdziwi, a tylko nasz autentyczny i jedyny? U was przynajmniej on nie jest taki samotny, ma syna… Ludzie odczuwają potrzebę wiary. Pozwólmy im wierzyć, jak chcą i w kogo chcą. I jeśli to im sprawia ulgę w cierpieniu, to czemu mamy ich pozbawiać ostatniego schronienia wiary? Wszystko jedno jakiej? Wszystko jedno, jak się ona nazywa i w jakiej świątyni jest wyznawana. I tak spadło na nich zbyt wiele ciężkich prób, byśmy mieli obciążać ich jeszcze jedną, być może najtrudniejszą do zniesienia: wątpliwością w prawdziwość ich bogów. To prawda, że czasami nawet bogowie są bezradni i nie mogą pomóc… albo wikłają nasze i tak już dostatecznie powikłane życie. Ale nie zapominajmy, że oni też mają swoje problemy związane z wiekiem, dlatego musimy się nauczyć ich rozumieć i wybaczać.

[…]

Uczciwie ją [„nowy Władek” bułgarskiego pochodzenia – przyp. aut.] ostrzegł, że sprawa, którą się zajmuje, nie jest ani zabawą, ani romantyczną przygodą, że wiąże się ona ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Hilda jednak bez wahania zgodziła się na współpracę. Nie chciała wiedzieć, kogo dokładnie i w jaki sposób interesują informacje, których dostarcza. Polityka jej nie interesowała – tak myślała, nie uświadamiając sobie, że już tkwi w niej po uszy. Gotowa była pracować dla Rosjan, Amerykanów, Anglików, dla samego diabła. Dla niej decydujące było tylko to, przeciwko komu skierowana jest ta działalność. „I jeśli przez to będę w stanie przyspieszyć o jedną sekundę, o jedną jedyną sekundę koniec Hitlera i jego bandy, to możesz na mnie liczyć!” Tak powiedziała, kiedy dał jej zapalniczkę, powiedziała to bardzo poważnie i kategorycznie. Była to najzwyklejsza benzynowa zapalniczka, dająca wielki, dymny płomień. Nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, że była odrobinę większa i ozdobiona z boku miniaturową, trudną do zauważenia szklaną perełką. Pod perełką mieścił się mikrofilm, na którym mogło się pomieścić sto fotografii. Całe sto! Dotychczas Hilda wsunęła do kieszeni Władka, gdy się spotykali w kawiarniach, kinach czy ot tak, na bulwarach, dziesięć maciupeńkich, mniejszych od ziarenka soi rolek filmowych zawiniętych w czarny papier. Dziesięć rolek równało się tysiącowi stron z supertajnego archiwum von Dammbacha [konsula niemieckiego w Szanghaju – przyp. aut.]. W zakładzie fotograficznym „Agfa” Alfred Kleinbauer, specjalista od kolorowania rodzinnych fotografii, wywoływał te filmiki, a Cheng Sujing natychmiast wysyłał je kurierem do Mukdenu. Tam już, po drugiej stronie granicy, byli inni, którzy zajmowali się ich dalszym transportem. Łatwe i proste, nieskomplikowane jak ziarenko soi!

[…]

Theodor nie rozmawiał o tej swojej decyzji z Elisabeth i nie wiedział, czy żona ją akceptuje. Odkąd zamieszkali we wnęce pod schodami w budynku administracji fabryki konstrukcji stalowych [w getcie szanghajskim – przyp. aut.], Elisabeth coraz mniej się interesowała otaczającą rzeczywistością, była nieobecna w realnym życiu, tak jak się bywa nieobecnym w szkole czy na porannej mszy. Po prostu jej nie było. Szła do „Błękitnej góry”, śpiewała swoje niemieckie przeboje i wracała, ale żyła jakby z przyzwyczajenia. Może dlatego, że nie wiedziała, jak nie żyć. Nie miała pragnień, nie miała nadziei i nawet nie wiedziała, że są one równoznaczne z ocaleniem.

[…]

Ten zmęczony, starzejący się dyplomata [von Dammbach – przyp. aut.] rzeczywiście był pogrążony w smutku, ale z całkiem innego powodu. Zdawał sobie sprawę, że należy do dawnej, pełnej znużenia epoki – minionej epoki, która uniosła na swych ciemnych gęstych wodach wspomnienie Verdun, narodowego upokorzenia w Compiegne, Republiki Weimarskiej… I mimo wszystko, cokolwiek by mówić o politycznych grzechach i błędnych posunięciach, tamte czasy były jakieś szlachetniejsze, bardziej ludzkie. Może to było samooszukiwanie się, może Niemcy były wciąż takie same, niezmienione i niezmienne? Może. Baron pragnął, by go pozostawiono w spokoju, wolał, by Niemcy żyły tamtymi swoimi starymi złudzeniami i wartościami. Hitler przecież nie mógł im w zamian zaproponować nic poza swoimi szaleńczymi i zgubnymi ideami panowania nad światem. W każdym razie tamte czasy były rozsądniejsze od tego, co teraz jak rak drąży trzewia Vaterlandu. Niemcy są zgubione, zgubione, zgubione! Nie ma najmniejszej wątpliwości. Wprawdzie hitlerowska Rzesza jeszcze nie utraciła ani skrawka swojego terytorium – nawet po Stalingradzie pozostaje ono rozległe i nienaruszone – ale utraciła coś o wiele ważniejszego: nadzieję. A to też jest terytorium, terytorium nadziei, które teraz się kurczy jak skóra od ognia, a ideały narodowe są na najlepszej drodze do tego, by się przekształcić w narodową klęskę – rozdeptane w bagnie niechcianej wojny, rozniesione wichrami. Dziś Niemcy same się zjadają jak uwięziony skorpion. Ale to nie będzie koniec Niemiec. To będzie nasz koniec.

[…]

Wieczór był chłodny, ale wietrzyk przynosił zapowiedź wiosny. Hilda ostrożnie się rozejrzała – po blondynie nie było śladu. Nic nie powiedziała Władkowi, żeby nie zaczął jej podejrzewać o manię prześladowczą. Rzeczywiście jest to dla nas trochę nudnawe… – powiedziała ze skruchą, jakby to ona osobiście wymyśliła teatr jingju [rodzaj tradycyjnej opery pekińskiej – przyp. aut.]. – Ale to jest stylizowany język sceniczny, którego my, Europejczycy, po prostu nie rozumiemy. A poza tym dobrze by było, gdyby w życiu wszystko się układało tak jak w operze chińskiej, wyraźnie i jednoznacznie: człowiek uczciwy ma zawsze czerwoną twarz, oszust białą, śmiałek żółtą, bogowie są złoci.

[…]

Zapamiętaj ode mnie [Władka – przyp. aut.] pierwsze przykazanie Boże: nie traktuj swojego przeciwnika jak idioty. Zawsze zakładaj, że jest on co najmniej tak samo przewidujący i inteligentny jak ty. Jeśli dostosujesz swoje zachowanie do tej hipotezy, to uzyskasz nad nim przewagę. To ważna lekcja dla początkujących panienek. […] Dowiadujemy się prawdy o innych nie z kronik filmowych czy z gazet. Nie obserwujemy z dalekiej odległości, zacierającej kontury, tylko jesteśmy na terytorium przeciwnika. A świat oglądany z takiej perspektywy wygląda inaczej. W jakim sensie? W takim, że kiedy się patrzy z zewnątrz, to o nazizmie wiadomo wszystko albo, powiedzmy, to, co najważniejsze: potworne barbarzyństwo, masowe egzekucje, obozy, Żydzi, Polacy… Jasne i jednoznaczne jak na plakacie propagandowym. A kiedy jesteś w środku, to widzisz armię nie tylko jako strzałki na mapie operacyjnej, zaczynasz w niej odróżniać pojedynczych ludzi i ich losy, nadętych lub zdesperowanych generałów, zrozpaczonych żołnierzy przekształconych w morderców. Albo morderców, którzy zastanawiają się, jak umknąć nieuchronnej kary. Zaczynasz odróżniać oszukujących od oszukiwanych… Dostrzegasz na przykład w jakimś dole pięciu niemieckich żołnierzy w cienkich mundurach, którzy przemarzniętymi palcami odcinają mięso z nogi swojego padłego artyleryjskiego konia, pieką je na ognisku i pochłaniają na wpół surowe. Albo zaczynasz współczuć siedemnastoletniemu szczeniakowi, który nie zdążył zaznać życia ani przeżyć miłości i skulony w ruinach Stalingradu pisze do swojej matki w Saksonii list, który nigdy do niej nie dojdzie. Tak wyglądają sprawy, kiedy jesteś w środku. To zmienia twoją wiedzę o przeciwniku i o tym, kto jaki jest… Nie potrzeba żadnych uprzedzeń czy zaklęć. Zaczynasz rozróżniać odcienie, dostrzegać cudze dramaty. A nasz? Wiesz, na czym polega nasz dramat? Na tym, że ludzie władzy wszędzie, ale to absolutnie wszędzie życzą sobie, aby informacje, które są im dostarczane kosztem tylu ofiar i takiego ryzyka, odpowiadały ich wyobrażeniom na temat przeciwnika, a te wyobrażenia są z góry określone jak w operze jingju. Dlatego też te służby, które delikatnie określa się jako „specjalne”, pozostają tak często w konflikcie z władzą, której służą. Pozostają w konflikcie, bo stawiają pod znakiem zapytania założone przez nią schematy, burzą zamki na lodzie, rozbijają złudzenia.

[…]

Starość łączy dni ze sobą i człowiek myli wczorajsze wydarzenia z tym, co było siedem księżyców temu i siedmiokroć po siedem. Taka jest starość: zapominasz wczorajsze i wspominasz zeszłoroczne, myśląc, że to wczorajsze!

[…]

Wina Hiroshiego Okury [nie potrafił uratować Hildy Braun przed nieuchronną śmiercią z rąk Kempentai za działalność szpiegowską – przyp. aut.] była mała, zupełnie malutka, podobnie jak wina każdego z jego rodaków – zwyczajnych, przyzwoitych, porządnych Japończyków. Miliony małych win, składających się z przemilczeń, obojętności, posłuszeństwa, mitów na temat żołnierskiego honoru… Teraz każdy powinien wziąć swój niewielki udział w pokucie po to, by odkupić wielką historyczną winę ojczyzny. Wschodzące słońce należy obmyć i oczyścić z grzechów, by mogło ono dalej wschodzić… Bosonogi wędkarz, siedzący na końcu mola, usłyszał wśród krzyku kormoranów coś jak daleki suchy trzask łamanej deski. Rozejrzał się, ale nie zobaczył nic szczególnego – tamten japoński oficer bez naramienników wciąż tak samo siedział na ławce przy brzegu rzeki. Z tej odległości nie było widać rany na jego skroni. W Szanghaju był to ostatni wystrzał drugiej wojny światowej.

Angel Wagenstein, Pożegnanie z Szanghajem

Powieść historyczno-obyczajowa Angela Wagensteina bułgarskiego pisarza pochodzenia żydowskiego przenosi nas w odległe miejscem krańce chińskiego państwa do Szanghaju, w odległe również czasem wydarzenia drugiej wojny światowej, jednym tchem w środowisko „przymusowych” emigrantów żydowskich. Po raz kolejny zawsze pojedyncze losy ludzkie wplątane w nierozerwalne więzi nieludzkiej historii prowadzą zatrważającą walkę o przetrwanie w którym niczym w lustrze tak jakby przegląda się o wiele za wielkie wciąż krwawe słońce…



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin