Blog

 

21.05.2022

Instytut Regulacji Zegarów

„…wszystkie bajki

zaczynają się

od nazw i imion…”

[…]

Podstawą naszych wpływów z kar było naliczanie pięciu groszy od każdej pomyłki każdego zegara w mieście, o ile wskazywany czas nie zgadzał się z czasem oficjalnym. Ale jeśli zegar ten podawał czas różny od jeszcze innego zegara, mandat podwajano. W ten sposób, jeśli spieszyły się dwa zegary jednego właściciela, wysokość kary rosła w postępie geometrycznym. Ponieważ niemożliwa jest synchronizacja wszystkich zegarów - jest to kwestia indywidualnej niezależności każdego z nich, lecz teraz nie mogę zająć się dogłębnie tym zagadnieniem - każda kontrola w zatłoczonym miejscu mogła przynieść znaczące sumki. Poza tym do tego dosyć skomplikowanego systemu dodaliśmy jeszcze różne opłaty za zegary, które się spieszą i spóźniają. Wszyscy wiedzą, że każdy zegarek albo się spieszy, albo spóźnia. Trzeciego wyjścia nie ma. To taka ogólna zasada o niemożliwości synchronizacji, no chyba że czas by się zatrzymał. Ale tu chodzi o coś więcej. Moja teoria jest taka: ponieważ człowiek został stworzony, by panować nad światem, przedmioty muszą się do niego dopasować. Podam taki przykład. Moje dzieciństwo przypadło na okres panowania Abdulhamida; nie było w nas radości. Na początku surowe oblicze władcy oddziaływało na coraz szersze kręgi, w końcu zaś nieszczęście wżarło się także w przedmioty. Te hałaśliwe, ostre i ponure gwizdy promów wryły się tak głęboko w mózgi wszystkich moich rówieśników. Posłuchajcie tylko dzisiejszych gwizdków na promie i tramwajowych dzwonków- ileż w nich radości i śmiechu. Tak samo jest z zegarami.

[…]

Przy obowiązujących sankcjach nikt nie odważyłby się wstać i głośno powiedzieć: „A oto moje zdanie”. No może gdzieś, gdzie nikt by go nie usłyszał. I oto, dla tych skrywanych głęboko, odmiennych przekonań, najlepszym miejscem, aby wyjść na świat, okazał się nasz zegarek. Najbardziej zaufany przyjaciel swojego pana, doskonale znający puls swego właściciela, jeśli akurat jest zegarkiem na rękę. Dzielący wszystkie radości i troski, ogrzewany jego ciepłem, jednoczący się z całym organizmem, jeśli jest „cebulą” noszoną na piersi, i oczywiście zegary stojące na biurkach, spędzające z nami ten czas, który nazywamy dniem - one również, czy chcą tego czy nie, dopasowują się do swojego właściciela, zaczynają żyć i myśleć tak jak on. Nie wdając się w szczegóły, powiedzmy sobie tylko, że zjawisko utożsamiania się z ludźmi występuje wśród wszystkich przedmiotów, chociaż zegarki są najbardziej wrażliwe. Czy nasze czapki, buty i całe ubranie nie stają się częścią nas samych? Czy to nie dlatego tak często chcemy je zmieniać? Człowiek, który zakłada ubranie po raz pierwszy, wygląda trochę tak, jakby nie był sobą: jakby czuł potrzebę, żeby popatrzeć na siebie z oddali, tak by mógł radośnie oświadczyć: „Już jestem kimś innym!”.

[…]

Chciałbym opowiedzieć teraz o jednej, być może najważniejszej publikacji naszego Instytutu, autorstwa doktora Ramiza, Psychoanaliza Zegarów. Nie powinienem jednak tego robić; boję się, że moje doświadczenia i odmienna natura sprawią, że opis będzie nieadekwatny. Zresztą książka jest dostępna. Każdy może do niej zajrzeć. Różnica pomiędzy mną i doktorem Ramizem - przytaczam tylko jego własną opinię - polegała na tym, że ja posługiwałem się uznanymi metodami z dziedziny psychologii i socjologii, on zajmował się seksualnością, libido i wstrzemięźliwością. Nie miałem pojęcia, czym różni się psychologia społeczna od innych gałęzi psychologii, nie mówiąc już o socjologii, ale podobało mi się, że ktoś tak postawił sprawę. Doktor Ramiz na końcu swojego wywodu stwierdził, że jestem wielkim idealistą. Moja żona, z którą także omawiałem tę kwestię, stwierdziła wprost, że to nie idealizm, a abnegacja, że zaniedbuję pewne istotne aspekty życia, które są tak nierozerwalnie związane z człowiekiem, jak czas i zegar; uważała, że powodem mojej odmienności i oziębłości muszą być przyczyny natury psychicznej. Niezależnie od tego, jak i skąd się patrzy, widać, gdy zegar się spóźnia o ile się spieszy. Podniesienie naszych kar o dwa grosze dla opóźniających się zegarów spotkało się ze zrozumieniem. Nawet z entuzjazmem. Stosowaliśmy znaczące kary za opóźnienia, nie zapominając o tych czasomierzach, które się spieszyły, jednakże w ich przypadku stawka była inna. Ludzie unikają symetrii. Szukają możliwości skorzystania z odstępstw. Śmiało mogę przytoczyć starą prawdę, że prawdziwe dobro może zaistnieć jedynie w konfrontacji ze złem, zwłaszcza złem ukaranym i napiętnowanym. Mój stary nauczyciel, świętej pamięci Nuri Efendi, którego imię jeszcze nieraz pojawi się w dalszej części książki, często rozprawiał o mistycyzmie i przy tej okazji zwykł był mawiać, że „wszystko jest możliwe i staje się znane dzięki grze przeciwieństw”. Właśnie dlatego Halit Regulator [prezes Instytutu – przyp. aut.] uznał mój postulat podniesienia kar za istotny.

[…]

Urodziłem się w zubożałej rodzinie [mówi Hayri Irdal – narrator i główny bohater powieści – przyp. aut.]. Mimo to dzieciństwo miałem szczęśliwe. Bieda nie była aż tak uciążliwa, jak można by się spodziewać, o ile udawało się jakoś zachować pewien dystans wobec otaczającej rzeczywistości. Miało to swoje dobre strony. Najlepszą, z punktu widzenia dziecka, była wolność. W dzisiejszych czasach słowo to ma konotacje wyłącznie polityczne. Jaka szkoda! Obawiam się, że ci, którzy słowo to potrafią odnieść wyłącznie do sytuacji całych społeczeństw, nie wiedzą, co naprawdę znaczy. W polityce termin „wolność” jest narzędziem służącym do zniewalania ludzi, drzwiami do wszelkich manipulacji otwartymi na oścież. Załóżmy, że na świecie jest tylko garstka jedzenia, zawsze znajdzie się ktoś, kto wszystko zagarnie dla siebie, innych skazując na głodówkę. Nigdy nie widziałem rzeczy równie sprzecznej i gubiącej się we własnych sprzecznościach. Podczas mojego krótkiego życia to szczęście zwane wolnością miało nasz kraj nawiedzić siedem czy osiem razy. Chociaż nikt nigdy nie powiedział, że już sobie poszła, przychodziła siedem czy osiem razy, a wówczas ze szczęścia i radości wybiegaliśmy na ulice urządzać huczne zabawy. Skąd przychodzi? Jak odchodzi? Czy darczyńca nam ją odbiera? Czy też, gdy nagle się nią znudzimy, ofiarowujemy ją innym, mówiąc: „Proszę bardzo, mój panie, ja już się nią nacieszyłem. Teraz jest pańska, może panu się na coś przyda?”. A może jest jak w bajkach, w których piękne i błyszczące leży sobie pod ścianą i czeka, żeby go dotknąć, lecz zmienia się w węgiel i garstkę ziemi, gdy tylko wyciągamy doń rękę? Nie mam pojęcia. W końcu doszedłem do wniosku, że nikt jej nie potrzebuje. Pragnienie wolności — żeby użyć jednej z ulubionych fraz Halita Regulatora, przecież już mnie z tego nie rozliczy i nie będzie ze mnie żartować za to, że używam jego języka! - to nic innego, tylko kolejny rodzaj snobizmu. Jeśli naprawdę tak bardzo byśmy jej potrzebowali, naprawdę tak ją miłowali, to raz ją zdobywszy, nigdy nie pozwolilibyśmy, by zniknęła nam z oczu i pierzchła spod nóg. A tymczasem co? Pojawia się i następnego dnia już jej nie ma. I co dawniejsze, bardzo szybko przywykamy do jej nieobecności.

[…]

O nie, wolność z mego dzieciństwa nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Zacznijmy od najważniejszego, nikt mi tej wolności nie dał. Nagle sam znalazłem w sobie jej zarzewie. Niczym śpiew ptaków w zaroślach i kryształ wody. Odkąd ją znalazłem, całe moje mizerne życie, ubogie domostwo, ludzie wokół mnie, wszystko się zmieniło. A później... później ją straciłem. Lecz to, co mi ofiarowała, to największy skarb mojego życia. Ani ubóstwo dnia wczorajszego, ani dostatek dzisiejszego nie mogą odebrać mi lat doświadczania cudu jej istnienia. Nauczyła mnie, jak żyć, niczego nie posiadając i do niczego nie przywiązując wagi.

[…]

Zegar był najlepszym sposobem na znalezienie Boga, a ludzie w dawnych czasach żyli zgodnie z Jego nakazami. Co krok, to zegarmistrz. Nawet najbardziej zabiegani ludzie zatrzymywali się przy oknach wystawowych; z nabożeństwem wyciągali z kieszeni, zależnie od stopnia zamożności, wieku czy nawet budowy ciała, złote, srebrne, ozdobne, z paskiem, bez paska, niektóre nadęte jak poduszeczka na igły lub skorupka żółwika, niektóre płaściutkie i całkiem małe... wyciągali z kieszeni zegarki, które kiedyś, w lepszych czasach, kupili dla siebie lub swojej rodziny i odmawiając modlitwę, nastawiali je, nakręcali, potem przykładali do ucha, zupełnie jakby mieli nadzieję usłyszeć jakieś miłe wieści, które kiedyś lub całkiem niedawno sami do siebie wysłali. Dla nich odgłosy zegara brzmiały jak dźwięk wody w przedmeczetowej fontannie, jak wewnętrzny głos wielkiej i odwiecznej wiary. Ten odgłos jest inny dla każdego z nas i słychać go w obydwu wymiarach naszego życia. Z jednej strony reguluje codzienne zajęcia i obowiązki, a z drugiej otwiera przed nami bezpieczne drogi bez skazy, drogi do wiecznej szczęśliwości, za którą bez wytchnienia gonimy.

[…]

A zegar był naprawdę piękny. Poruszał się jakby w zamyśleniu, nikomu nie przeszkadzał i żył własnym życiem, jak luzak, który urwał się z zaprzęgu. Według jakiego chodził kalendarza, za którym to rokiem podążał, na cóż to czekał, gdy nagle zatrzymywał się na całe dnie, jakież to tajne i ważne wydarzenia obwieszczał swym ciężkim, donośnym głosem, wypełniającym całą przestrzeń? Tego nie wiedział nikt z nas. Zegar w swej niezależności nie znosił żadnych regulacji, nastawiania czy napraw. Stosował podział czasu zupełnie inny niż ludzie, służący tylko jemu i jego ukrytym celom. Czasem wybijał godziny bez ustanku. Potem całymi miesiącami nie wykazywał oznak życia, poza przesuwającym się leniwie wahadłem. Moja mama uważała, że te jego autokratyczne zapędy nie wróżą niczego dobrego. Mawiała, że ten zegar jest albo świętym, albo coś mu się przytrafiło w złą godzinę. Zwłaszcza tej nocy, gdy umarł pan Ibrahim, a może nawet w tym właśnie momencie, przeraził nas okropnie, gdy po wielu tygodniach zastoju nagle uderzył w najgłębsze tony. Matka od tego dnia nazywała go „Świętym”. Pomimo całej swojej religijności mój ojciec patrzył na świat bardziej przyziemnie i postawił na przydomek Przeklęty. Błogosławiony czy Przeklęty, ten zegar zabrał mi kawał dzieciństwa.

[…]

Od rana do wieczora siedziałem w pracowni Nuri Efendiego [nauczyciel Hayriego, zegarmistrz wszechczasów – przyp. aut.], gdzie nie byłem narażony ani na kiwające się z politowaniem głowy, ani na znaczące uśmiechy. Były tam tylko zegary. Naprzeciw każdego okna po dwa mniejsze, wzajemnie się sobie przyglądające, wzdłuż ścian wielkie, stojące jak strażnicy czasu, a po prawej stronie nad sofą Nuri Efendiego - inny - wiszący. Poza tym w każdym kącie pokoju, na oknach, na podłodze, na fotelach, na półkach i półeczkach, leżały te przyniesione do naprawy, niektóre rozebrane w połowie, niektóre w częściach, niektóre bez obudowy, niektóre ze zdjętym tylko wieczkiem - to był jeden wielki zegarowy pagórek. Nuri Efendi zajmował się tymi zegarami całymi godzinami, a kiedy zmęczyły mu się oczy, mówił „Zróbcie kawę!” i wyciągał się na sofie. Odpoczywał pośród dźwięku zegarów zebranych w pokoju, myśląc o wszystkich zegarach świata, których nigdy nie widział na oczy i pewnie nigdy nie ujrzy, nie dotknie i nie usłyszy ich głosu.

[…]

Mogę otwarcie przyznać, że większość zegarów, którymi się zajmował, nadawała się tylko na złom. Kiedy brał je do ręki, twarz mu łagodniała: „Serduszko nie pracuje. Z główką też nie najlepiej”, a potem jeszcze mówił, zupełnie jak o człowieku: Jak, na wszystkie świętości, ma chodzić biedactwo, skoro z dwóch nóg żadna mu się nie ostała”. Miał zwyczaj kupować u przygodnie napotkanych handlarzy obwoźnych różne zepsute zegary, wymieniał w nich zużyte części, naprawa! i rozdawał swym biednym znajomym, mówiąc: „Weź i zostań panem czasu... Resztą zajmie się Allach!”. Człowiek, który dzięki Nuri Efendiemu znowu stawał się panem swojego czasu, jakby łatwiej godził się ze swą nadąsaną żoną i radził sobie z dziećmi, cieszył się, jakby tego dnia pozbył się swych długów. Nuri Efendi z pewnością wierzył, że tak postępując, spełnia dwa dobre uczynki. Po pierwsze, przywracał do życia na wpół nieżywe zegary, po drugie, obdarowywał innych świadomością istnienia czasu.

[…]

Halit Regulator był pierwszym, który zrozumiał i przyznał rację mnie i Nuri Efendiemu, zresztą za moim skromnym pośrednictwem, że rola czasu i zegarków w naszym życiu jest naprawdę bardzo znacząca. Posiadał zdolność odkrywania ukrytych walorów i wydobywania ich na światło dzienne. Nuri Efendi i Halit Regulator... To były dwa bieguny, między którymi toczyło się całe moje życie. Pierwszego z nich poznałem, kiedy byłem bardzo młody, ufny i dopiero uczyłem się ludzi i świata. Drugiego wtedy, gdy pozbawiony wszelkiej nadziei sądziłem, że to koniec księgi mojego żywota. Ale ludzie ci, o tak różnych zaletach i światopoglądach, wypełnili moje istnienie niemal całkowicie. Byłem niejako produktem ich działalności.

[…]

Każdego roku Nuri Efendi wydawał kalendarz. Pod koniec listopada zaczynał zapisywać pierwsze strony, żeby w połowie lutego wysłać mnie do drukarni Nuruosmaniye. Ja miałem okazję przyglądać się temu wszystkiemu i nie mogłem wyjść z podziwu. Miesiące kalendarza gregoriańskiego i arabskiego, ich rozkład w roku, przeróżne zapomniane już sposoby podziału czasu, zaćmienia Słońca i Księżyca, określane z wielką dokładnością pory modlitw, tych przed i po zachodzie Słońca, w południe, wieczorem i o świcie, opady duże i małe, znaczące wiatry, pory dnia, okresy okrutnego zimna i upałów. Wszystko to spisywał swoim staromodnym rylcem leżącym na mosiężnej podstawce. Powstawały wówczas rządki literek wyglądających jak pracowicie poukładane ziarenka ryżu, które pojawiały się nagle, jakby wypadały z dziwacznego snu, i sprawiały wrażenie, że czekają tylko na właściwą chwilę, by przejąć władzę nad światem. Ich twórca, trzymając na prawym kolanie rulon papieru, siedział na małej kanapie w kącie pokoiku, do którego nie zaglądali ani ludzie, ani światło dnia, ale w którym najlepiej słychać było tykanie zegarów. W te dni, gdy on pracował nad swoim kalendarzem, czułem się, jakbym zatracał się w narkotykowym odurzeniu, jakbym był świadkiem cudu. Ponieważ wiedziałem, że zeszłoroczny kalendarz w ten sam sposób opisywał wszystkie elementy naszego życia, byłem niemal pewny, że żyję w świecie urządzonym przez Nuri Efendiego i że ogrzewa mnie światło, które ma źródło wyłącznie w jego woli, a moje przywiązanie do mistrza było mieszaniną lęku i zachwytu.

[…]

Zdradziłem przeszłość i złamałem słowo dane w dzieciństwie samemu sobie. Wierzyłem wtedy w świętość człowieka, który spoczywał pod wielkim kamieniem, leżącym tuż za tą balustradką, a to pewnie dlatego, że wyrosło tam olbrzymie drzewo morwy. Co wieczór tam chodziłem, modliłem się i paliłem świece w intencji ozdrowienia matki. Cztery lata temu, przechadzając się po składach antykwariuszy - tym razem nie by coś sprzedać, lecz kupić, by należycie przystroić Willę Zegarową - natknąwszy się na balustradkę, czyż mogłem jej nie poznać? Gdybym nie wiedział, jak bardzo zdrożała, wziąłbym ją w objęcia i tulił jak starego przyjaciela. Ale podstępny Żyd, mimo mych wysiłków, domyślił się wszystkiego. Z pewnością zauważył lekkie drżenie rąk, choć starałem się to ukryć. Dlatego też całą swą uwagę skupiłem na indyjskim stoliczku i po zakończonym targu, jakby od niechcenia, spytałem o tę balustradkę, „Dziewięćset lir… .To piękna rzecz. Z Konyi przywieziona. Muzealne cacko” - odrzekł. Trzydzieści lir, a dziewięćset. Dokładnie trzydzieści razy więcej. Jak w tabliczce mnożenia mojego syna. Już miałem rzec: „Dobrze, przyślijcie do mojego domu... ale w porę się pozbierałem, zaproponowałem sto pięćdziesiąt. Antykwariusz poczuł się urażony. Podniosłem na sto sześćdziesiąt. Stwierdził, że ja chyba żartuję. I tak zaczęliśmy się wspinać i schodzić niczym po wąskich stopniach wiodących na szczyt minaretu: ja kilka kroków w górę, on zaś powoli w dół, by spotkać się gdzieś pośrodku. W końcu Mandalin Efendi zszedł do poziomu czterysta siedemdziesiąt pięć lir i tak zostało. Chyba po trosze po to, by zemścić się za przegraną, zapłaciwszy, pochyliłem się i ucałowałem metal pokryty stearyną świec palonych przeze mnie w dzieciństwie. Nie musiałem dłużej ukrywać wzruszenia, jakim napełniło mnie spotkanie z przeszłością. […] Nowoczesne życie nakazuje trzymać się z dala od myśli o rzeczach takich jak śmierć. Bo czyż mamy oczekiwać przyjścia umarłych? Wracając do balustradki, to byłem chyba pierwszym człowiekiem na ziemi, który odkrył w niej dzieło sztuki i którego tak zachwyciła. To ja doceniłem jej piękno. To ja wyśledziłem ją w antykwariacie. Uchroniłem ją przed ignorantami, którzy nie doceniliby jej wartości. Właściwie to ją ocaliłem. Czyż może być coś szlachetniejszego, niż zabezpieczyć takie dobro, chroniąc je we własnym domu? Poza tym któż bardziej niż ja doceni piękno tego dzieła sztuki? I któż wśród ludzkiego tłumu byłby w stanie dojrzeć pośród delikatnych zdobień całą jej historię i skupić na niej swój wzrok? Pisząc to, raz po raz podnoszę głowę i patrzę na moją balustradkę.

[…]

Tego dnia, gdy zmartwychwstała moja ciotka {podczas pogrzebu obudziła się z letargu – przyp. aut.], większe wrażenie wywarły na mnie sceny, które zarejestrowały moje oczy, niż straty, jakie ponieśliśmy. Gdyby nie to, że ojciec był w strasznym stanie, do tego stopnia, że wynajął taryfę na powrót do domu, byłbym całkiem zadowolony i ubawiony całą sytuacją. Majestatyczność ciotki siedzącej w trumnie, mina ojca, lamentujący pan Ibrahim, który w spazmach opowiadał ojcu całe zajście - to było coś, co mogło wywołać śmiech. Jedyną rzeczą, jaka przypadła mojej rodzinie po latach oczekiwania na śmierć ciotki, po tym, jak na chwilkę weszliśmy w posiadanie jej kamienicy, schedy po Siipurgeciler Kahyasi, jedyną rzeczą było wahadło starego zegara z jadalni. Niech ojciec mówi, co chce, ale ja swoje po ciotce dostałem. […] Niewielu ludziom przytrafia się coś takiego, toteż nic dziwnego, że ojciec już nigdy nie doszedł do siebie. Nie przeszła mu ani sztywność języka, ani drżenie rąk. Zabrakło mu też sił, by dalej zmagać się z losem. W życiu każdego człowieka zdarza się coś takiego, co z całą mocą uświadamia mu istnienie losu, przeznaczenia. My wszyscy dowiedzieliśmy się, czym jest los, w najokrutniejszy i najbardziej bezlitosny sposób. Mój ojciec wiedział o tym najlepiej, tak że nie musiał nawet myśleć o udziale własnej niecierpliwości i braku rozwagi w całym tym zajściu. Opanowało go dziwne milczenie. Stał się człowiekiem bez słowa przesiadującym w kącie. Tylko czasami wpatrywał się uporczywie w wahadło, które z nieznanych mi powodów zawiesił nad sofą i któremu nigdy nie pozwalał ruszyć, po czym wybuchał dziwnym i żałosnym śmiechem i podrywał się z miejsca.

[…]

Całe życie zwracałem uwagę na to, że ludziom przytrafia się zawsze to, czego się boją najbardziej. Aristidi Efendi w dniu, gdy wybuchły alembiki w pracowni [alchemicznej – przyp. aut.] i spłonął w niej żywcem, był zupełnie sam. Poszedłem tam następnego dnia. Każdy opowiadał coś innego. Zapamiętałem szczególnie opowieść, jakoby najbardziej bał się tego typu śmierci, i jakiż to dziwny przypadek, że tak właśnie umarł. Usłyszawszy to, do tej pory milczący Nuri Efendi nagle odłożył zegarek i rzekł: Moim zdaniem nie ma w tym nic dziwnego. Zapewne tak właśnie miało być. Nie ma okoliczności, jest przeszłość i przyszłość pozostająca pod jej rozkazami. My sami, nie wiedząc o tym, tworzymy swoją przyszłość. Aristidi Efendi sam zgotował sobie swój los. Sam przez lata przygotowywał moment śmierci. Czemuż się tedy dziwicie?

[…]

Ależ ja miałem wtedy głos. Nie do poznania: i głos, i wstrząsane szlochem całe ciało. W ciągu całego życia tylko kilka razy budziłem się ze zniekształconym od łez głosem, strachem w sobie i strachem samym w sobie. Strach... Strach i człowiek, strach i ludzkie przeznaczenie, człowiek czyhający na człowieka, bezsensowna wrogość. Ale co ja mogłem przeinaczyć, komu mogłem opowiedzieć? Co w ogóle może opowiedzieć człowiek? Jakie troski człowiek może opowiedzieć innym ludziom? To gwiazdy mogą ze sobą rozmawiać, nie ludzie.

[…]

Nie każda praca to praca. Praca to przede wszystkim stan umysłu, mentalność i pojęcie czasu. Dziwię się, że wierzy pan, że w naszym kraju istniało pojęcie czasu pracy przed powstaniem naszego Instytutu. I to pan, taki doświadczony, pan, który włożył tyle wysiłku w tworzenie tego Instytutu, jak może pan mówić, że aktywność kawiarnianego ludu jest pracą? Faktycznie trudno stwierdzić, czy istniało w naszym życiu coś takiego jak życie zawodowe, zanim powstał Instytut. W tej kwestii nie mogę wypowiadać się zdecydowanie. Wiele rzeczy uświadomiłem sobie i wiele zmian zaszło we mnie, odkąd zacząłem pisać te wspomnienia. Teraz, gdy Instytut jest w fazie likwidacji, już nie patrzę na samą ideę jego powstania tak jak na początku, gdy był zakładany. Wydaje mi się teraz, że nasza instytucja, poza ustanowieniem w kraju systemu pracy, pomogła kilku bezrobotnym w znalezieniu zatrudnienia. Mówiąc to, nie zaprzeczam, jak wiele korzyści wniósł on do życia zawodowego naszego społeczeństwa. Mam jedynie na myśli fakt, że na nasze dokonania można z perspektywy czasu spojrzeć z nieco innej perspektywy. Być może nie bez znaczenia jest fakt, że nie jestem już od Instytutu zależny finansowo. Gdy w grę nie wchodzą osobiste korzyści, zaczynamy postrzegać zdarzenia inaczej, realniej, pojmujemy je i oceniamy w odniesieniu do rzeczywistej ich formy.

[…]

Jedyną osobą, która nic sobie nie robiła z autorytetu pana Cemala, była niejaka mademoiselle Afrodyta, członkini naszego Klubu [Spirytystycznego – przyp. aut.]. Kobieta o napiętej twarzy, która za każdym razem gdy tylko otwierała usta, by wyrzec słowo, iskrzyła porażającą bielą trzydziestu dwóch zębów, rzucała głębokie spojrzenia spod długich rzęs, przemawiała twardym, przywodzącym na myśl ostrą musztardę, a odziedziczonym po swym ojcu Włochu, ale jednak słodkim głosem, który powodował ścisk gardła u słuchaczy. Jej ruchy były dość sztywne, a dłonie oplatały człowieka niczym sieć pajęcza, a przy tym wszystkim była przyjazna i nad wyraz atrakcyjna, była uosobieniem gotowej do ataku kobiecości. Wszystko w jej ciele, ruchach, sposobie bycia było mieszaniną rozkazu i natchnienia; było też prezentem, którego nie mogąc ofiarować, uschłaby z żalu. Gdy pojawiał się pan Cemal, przeciągała dłonią po jego policzku i udając, że się sparzyła, uciekała, krzycząc wniebogłosy, zamykała się w moim gabinecie. Zza zamkniętych drzwi dochodził nas jej dźwięczny, musztardowy śmiech. Nikt nie dał się nabrać na ten niewyszukany żart. Wszyscy doskonale wiedzieliśmy, co próbowała ukryć i że na widok tego mężczyzny wzdragała się, z trudem znosząc jego przykrą obecność. Będąc między nami, wcale tego nie kryła.

[…]

Człowiek to zaiste dziwna istota. W pierwszym momencie pomyślałem, że ten Halit Regulator to kolejny pech na mojej drodze. Przede wszystkim przeszkodził mi w pożyczeniu od Ramiza dwóch lir. Skąd mogłem wiedzieć, że tego dnia do kawiarni doktor Ramiz przyprowadził mój szczęśliwy los. Spokój moich dzieci i dostatek dla żony i szwagierek. „A jaki zuchwały. Wpatruje się w ludzi, jakby miał ich kupić” — pomyślałem sobie, lustrując przybysza. Z każdą chwilą rosła moja złość na tego człowieka, a prawdę powiedziawszy, nie było w jego spojrzeniu nic obraźliwego czy poniżającego. Patrzył na mnie, jak się patrzy na cokolwiek, kogokolwiek, tylko po to, by zobaczyć i zrozumieć, z kim się ma do czynienia.

[…]

Ja tymczasem modliłem się jednocześnie o to, by przyjaciele mocno się spóźnili albo wcale nie przychodzili, albo przyszli natychmiast, ratując mnie tym samym z opresji. Tego wieczoru zauważyłem w niej [Selmie, przyjaciółce Hayriego – przyp. aut.] nie tylko urzekający uśmiech, uprzejmość, słodką delikatność i dobrze dobrane stroje, ale także piękne, zgrabne ciało. Niewiarygodnie piękną kobietę. Poczułem, że tym statkiem mógłbym się udać w najupojniejszą podróż mojego życia. Jej zgrabne plecy przyćmiewały urodą lustra najświetniejszych pałaców, a ręce były jak dwie rzeki skąpane w blasku księżyca.

[…]

Dawne zegary wszystkie były wykonywane ręcznie. Zegarmistrzowie znali się więc także na stopach metali i przede wszystkim byli jubilerami. Dlatego ich dzieła bardzo często były inkrustowane cennym kruszcem i kamieniami, grawerowane i zdobione wymyślnie. Najpiękniejsze zdobienia znajdowały się w środku, tak że oglądać je mogli tylko koledzy po fachu, gdy otworzyli obudowę, chcąc dostać się do mechanizmu. Dlatego Nuri Efendi mówił o nich, że to są listy mistrza do mistrza. W pana zegarku jest to samo: kobieta w hełmie i potwór kładący łapsko na jej ramieniu... Drugą połowę, żonę pańskiego zegarka, widziałem kiedyś u mojego mistrza... Mówi pan o Atenie i Herkulesie...

[…]

Widzi pan [mówi Halit do Hayriego – przyp. aut.], ja już podjąłem decyzję. Będziemy razem pracować. Dlatego musimy się dobrze rozumieć. Być realistą to niekoniecznie znaczy widzieć rzeczy dokładnie takimi, jakimi są. Powiedziałbym raczej, że jest to umiejętność przedstawienia sytuacji w najbardziej korzystnym dla nas świetle. Co pan z tego ma, że dojrzał nagą prawdę? Co z tego, że stworzy pan jakieś prawdy, skoro same w sobie nie mają znaczenia ani realnej wartości? Co panu po niekończącej się liście braków i niespełnionych pragnień? Będzie się pan czuł mniejszy, nieszczęśliwszy. Widzieć czystą prawdę często znaczy cierpieć i stwarzać problemy. Właściwie stąd biorą się sztuczne problemy. Pan jesteś człowiek starej epoki. Czym innym jest realizm człowieka nowoczesnego. Trzeba sobie zadać pytania w stylu: co mogę w tej sytuacji uzyskać dla siebie, co mogę w tej sytuacji zrobić. To są pytania właściwe. Na przykładzie pana szwagierki: oceniając ją, wyszedł pan od pojęcia idei muzyki, muzyki jako takiej w pojęciu idealistycznym. A gdyby pan sobie to darował i spojrzał z prostego punktu widzenia kobiety, to o ile prostsze byłoby całe to zagadnienie. Gdyby Newton spadające mu na głowę jabłko oceniał jako owoc, to być może wyrzuciłby precz jako robaczywe. Ale on uczynił inaczej. Pomyślał, co mu daje fakt, że jabłko spada. W jaki sposób z tego faktu może skorzystać. Niech pan postępuje tak samo.

[…]

Regulacja czasu jest zmienna w stosunku do poszczególnych zawodów. Niech pan spojrzy na przykład tutaj: zawody niskokwalifikowane, robotnicy, urzędnicy najniższego szczebla wymagają niezwykle precyzyjnej regulacji. To samo z nauczycielami, wykładowcami. Natomiast przedsiębiorcy, gospodynie domowe, służba wszelkiego rodzaju, jak również bezrobotni i nieimający się innych zajęć poza pracą zasadniczą... Nie zrozumiałem, co znaczy określenie „nieimający się innych zajęć poza pracą zasadniczą”. Chodzi o ludzi, którzy nie robią nic poza tym, co się im precyzyjnie zleca. Którzy poświęcają swój czas tylko temu i niczemu więcej. Na przykład kobieta, która chce poświęcić się uprawianiu muzyki, wszystkie prace domowe, które jest zobowiązana wykonać, musi zrobić szybko i sprawnie, by mieć czas na inne aktywności. Dla niej czas posiada wielką wartość. To samo dotyczy gospodyń, które pracują gdzieś na etacie. Podobnie rzecz się ma z dzienną służbą. Stosunek do czasu pozostałych grup społecznych radykalnie się zmienia, a czas sam w sobie traci na wartości. […] To, co pochodzi z przeczucia, zawsze jest prawidłowe. Teraz ja muszę przypisać funkcje do tych kolumn. Męczę się nad tym już od pół godziny. Niech pan mi powie łaskawie, wedle jakiego wzoru miałbym wypisywać nazwy zawodów tak, by tutaj pasowały? Arytmetyka nas oszukuje, drogi panie. Prowadzi do śmiesznych i wybrakowanych wniosków. Zresztą nie wszystko da się policzyć. Jeżeli istnieje pojedynczy, wyodrębniony stan, który można określić mianem człowieczeństwa, to ja uwierzę w statystykę. Człowiek jest istotą skomplikowaną i podlega ciągłym zmianom. Dlaczego więc miałby się przesadnie skupiać na rzeczach, które go męczą w danym momencie? Ja podjąłem decyzję, że ta wąska żółta kolumna będzie zarezerwowana dla mniejszości znajdującej się w ciężkim stanie, dla jej koncepcji czasu. Tuż obok istnieje pojedyncza czarna linia, która jest przeznaczona dla zmarłych, oni już czasu nie liczą.

[…]

Przyjacielu. Takie zagadnienia pojawiły się na świecie po nastaniu człowieka. To człowiek je odkrył i stworzył. My odkryliśmy to. Czy sądzisz, że skoro wcześniej ktoś już o tym pomyślał, to mniejsza wartość odkrycia? My tutaj wykonujemy pracę. I to bardzo ważną. Pracować znaczy stać się panem czasu, to trzeba wiedzieć. I my tę wiedzę wyciągamy na światło dzienne. Damy światu świadomość czasu. Przydamy otaczającej nas rzeczywistości masę nowych słów i pojęć. Człowiek to przede wszystkim istota pracująca. Praca to czas. Takie właśnie przesłanie będziemy głosić. To nie jest według pana wielkie dokonanie?

[…]

Gdyby nawet pan [Hayri – przyp. aut.] nie wspomniał, że pracuje razem z Halitem Regulatorem, to i tak bym się zorientowała. Mówi pan o rzeczach, o których tylko on mógł pomyśleć. Wie pan przecież, że dla niego praca musi wiązać się z podróżą. Wyprawa na biegun, przemyt, takie rzeczy go interesują. Mierzi go pospolitość. To, czym się aktualnie zajmuje, musi być dziwne, niemożliwe, wprawiające wszystkich w osłupienie i przejmujące dreszczykiem. To dlatego nie pełnił funkcji publicznych zbyt długo. Ale wszyscy wielcy tego kraju są jego serdecznymi przyjaciółmi. Był przecież jednym z nich. Tyle że nie znalazł wśród nich przygody. Ale przede wszystkim musi głęboko wierzyć w to, co robi. Uważam, że pan nie traktuje tego wszystkiego bardzo poważnie. Natomiast Halit Regulator musiał w to wierzyć od samego początku. To dotyczy także całego Instytutu Regulacji Zegarów. Działa dla dobra wspólnego, robi wiele dobrego dla społeczeństwa, ale to za mało. Nie wystarczy, że Instytut jest wielki, że jest potrzebny. Tak jak mówiłam: powinien zadziwiać, złościć, robić wokół siebie zamieszanie. Może dlatego w pana słowach od razu rozpoznałam pasję Halita. Reasumując, mój drogi przyjacielu, wchodzę w to. Zobaczysz, jakie jeszcze będzie zamieszanie...

[…]

Cała uwaga skupiła się teraz na mnie. Odwołując się do terminologii prawniczej, było to jak przyłapanie na gorącym uczynku. Ach, Boże, gdybym tak mógł teraz uciec... Tylko dlaczego właściwie miałbym się teraz wycofać? Nigdy wcześniej w całym moim życiu nie okazano mi tak wielkiego zainteresowania. Jaki tytuł ma pańska książka, szanowny panie Hayri? To pytanie sprawiło, że poczułem się, jakbym spadał w czarną przepaść i szukał czegokolwiek, czego mógłbym się chwycić; wówczas Halit Regulator udzielił odpowiedzi za mnie: Badania Ahmeda Zamaniego Efendiego. Ahmet Zamani i jego dzieła. Ahmeda Zamaniego Efendiego? Nigdy nie słyszałem... Żył i tworzył w siedemnastym wieku. Człowiek okresu Mehmeta IV. Okres klasyczny. A czego dokonał ten uczony? Był najwybitniejszym zegarmistrzem swych czasów. Ponoć opracował system podziału sekund jeszcze przed Georgeem Grahamem. Pan Hayri pobierał nauki od człowieka, który kończył szkołę Ahmeda Efendiego, szacownego Nuri Efendiego...

[…]

Od samego początku istnienia Instytutu ciągle się coś pojawiało w gazetach. Gdy rozpoczęła się dyskusja na temat uposażenia pracowników Instytutu, artykułów było coraz więcej. Nagle staliśmy się tematem numer jeden. Codziennie na łamach wielu pism opisywano, krytykowano pracę i cel powołania takiej instytucji. Wyszukiwano informacje z życia prywatnego dyrektorów i ich zastępców. Niektóre gazety opisywały Halita Regulatora jako osobnika bardzo uprzejmego i sympatycznego, w innych zaś zastanawiano się, dlaczego taki ważny, popularny człowiek angażuje się w tak podejrzane przedsięwzięcie. Wielu pytało, czym się będzie zajmować nowa instytucja. Halit czytał wszystko i nie tracił humoru.

[…]

Według Ramiza byłem przykładem człowieka, który umniejsza własne sukcesy i potencjał, nie dostrzega potrzeb otoczenia i z powodu swoich wewnętrznych zahamowań nie wywiązuje się należycie z nałożonych nań powinności. Inni cię widzą w określony sposób, ale ty tego nie dostrzegasz. Dałeś się usidlić lękom i zahamowaniom. To nie do pomyślenia. Dla niego podawanie w wątpliwość istnienia Ahmeda Zamaniego Efendiego i opieranie się przed grą na bandżo i jazdą konną to ten sam mechanizm. Twoja żona opisuje cię jako najbardziej nowoczesnego człowieka naszych czasów. A ty nadal wątpisz i wszystkiemu zaprzeczasz! Moja żona to wariatka! Uważa mnie za aktora z filmu, który oglądała poprzedniego dnia! Rano wstała z łóżka i zaczęła szukać wyszywanych perłami kapci, które noszono w filmie „Złodziej z Bagdadu”! I ty to doskonale wiesz! Ramiz sprawiał przez moment wrażenie zaskoczonego. Halit Regulator wcale się tym nie przejął. Oczywiście twoja żona jest obłąkana, a ja jestem kłamcą i oszustem, tak? To kim w takim razie jest twoja córka, panna Zehra? Sama się oszukuje... Wczoraj wieczorem podeszła do mnie i mówi: „Tato, taka jestem teraz szczęśliwa... jakbym grała w jakiejś operetce czy wodewilu. Zaczęłam teraz korzystać ze wszystkich dobrodziejstw, jakie daje życie...”.

[…]

Halit zagryzł wargi, by się nie roześmiać w głos. Najtrudniej na świecie jest współpracować z człowiekiem, który nie wierzy w to, co robi. Byłem załamany. Robię wszystko, czego ode mnie oczekujecie. Jakie ma znaczenie to, czy w to wierzę? Niech pan więc nic nie robi, tylko nam wierzy. Nic więcej... Bo mnie przede wszystkim wiary potrzeba! Wiary w to, co robimy! Jest pan z gruntu zepsuty... człowiek starego typu... Nie da się pracować z kimś, kto nie wierzy w życie. Nawet zaprzecza pan istnieniu Ahmeda Zamaniego Efendiego! - Halit był naprawdę wściekły. Dobra, ale tego człowieka nie było! Nie istniał w historii żaden Zamani Efendi! Niech mi pan wskaże jeden, jedyny dowód na jego istnienie, jeden! Typowe gadanie w starym stylu - odezwał się Ramiz. Historia jest na łasce teraźniejszości i ma jej służyć. Podam ci setki przykładów kłamstw historycznych i co ci z tego? Gdyby nie istniał, nie znałbyś jego imienia, nie byłoby o nim rozmowy. A cały problem polega na tym, że stawiasz siebie ponad czasem. Typowe zadufanie intelektualisty. Wydaje ci się, że wiesz wszystko! O nie, mój drogi, tak dobrze to nie ma! Człowiek nie może wiedzieć wszystkiego, po prostu nie może!

[…]

Mówiliby, że dziad, co ma łapcie dziurawe, żąda okutej trumny. Ale tak nikt nie powie, zważywszy na waszą pozycję i aparycję. Jest coś jeszcze: pańska ciotka radykalnie zmieniła stosunek do pana, a nawet do pana ojca. Niech pan wspomni, jak wczoraj wieczorem ciepło się o nim wypowiadała. Kłamała? Nie. Przeniosła dzisiejsze uczucie do przeszłości, ot co. Bardzo dobrze, że umieściła Ahmeda w wyprawie na Wiedeń. Tak ważnej osobistości nie mogło zabraknąć w istotnym dla historii momencie. Bardzo mi się podoba to pańskie odkrycie. Czym Goethe dla rewolucji francuskiej, tym jest nasz bohater dla wielkiej bitwy w dziejach Imperium. Wielcy ludzie niezmiennie wiązani są z wielkimi wydarzeniami. Fakt, że szacowny Ahmet nie dokonał niczego wielkiego podczas działań wojennych, podnosi tylko wiarygodność opowieści. Nikt nie jest aż tak wszechstronny, by być i wybitnym naukowcem, i sławnym wojownikiem. Zostawmy wielkie czyny bitewne innym. Gdyby nasz bohater zdobył jakąś twierdzę, z pewnością fakt ten nie uszedłby uwagi historyków. Dobrze, że przejrzał pan jego Traktat o istocie związków małżeńskich, to istne błogosławieństwo losu. Gdyby nie pan, wiedza na temat poglądów Ahmeda w tej materii zostałaby zupełnie zapomniana. A jak teraz wszyscy będą żałować, że zaginęły także jego wiekopomne dzieła na temat zegarmistrzostwa i rozważania na temat czasu. Dobrze, że wspomniał pan o zaginionych księgozbiorach biblioteki Nuruosmaniye. Wielkie wrażenie wywarł na czytelnikach fakt, że, czyta pan płynnie po osmańsku. Mój drogi, reasumując: stworzył pan wielkie dzieło!

[…]

Zaśmiał się w głos. Sensu, sensu... - pokiwał głową na boki. - Pan sensu szuka! No aż takim idiotą pan nie jest. Jeśli pan sądzi, że sens i logia to narzędzia, które działają same z siebie, to co innego. Nie, pan, szanowny przyjacielu, szuka czegoś innego. Ja szukam prawdy. Choćby odrobinki... Prawda jest albo cała, albo jej nie ma. Te trwałe wartości, o których pan wspomina, to wikt i opierunek dla tych, co godzą się na życie. Nie dla kogoś jak pan, kto chce osiągnąć, dostać wszystko tu i teraz. Osobowość ludzka przede wszystkim powinna zyskać samowystarczalność. Jeden kopniak uwolnił mnie od świata wewnętrznego. Aż tyle raczej nikt by nie oczekiwał - rzekłem niepewnie. Tu się nie ma co targować, jest albo, albo. Przy tym stole jeden wygrywa, a drugi siedzi, bez końca przegrywając, ale grać będą obaj. Wygrana może być kwestią przypadku. Przegrana jest za to pewna i bolesna. Wchodząc do gry, tracisz. I nie możesz się targować. Już nasi przodkowie zauważyli niepowtarzalność ludzkiej natury, powtarzając: „Jak wiadomym jest powszechnie, natura człowiecza...” i tak dalej.

[…]

Kilka miesięcy po koktajlu u mojej ciotki agencje prasowe informowały, że w sześciu miastach Ameryki Północnej powstały Towarzystwa Miłośników Zegarów. Wkrótce nawiązały one kontakt ze swoimi odpowiednikami ze Stambułu, prosiły o pomoc i instrukcje. Podobnie działo się na Bliskim i Dalekim Wschodzie oraz w niektórych krajach europejskich. I dalej, w ciągu dwu i pół roku za granicą powstało ponad trzydzieści Towarzystw oraz trzy Instytuty. Ciekawe było to, jak w krajach, które nie zgodziły się na założenie Instytutu, szeroko decyzję tę uzasadniano. Wszyscy mówili, że stopień zinstytucjonalizowania państwa jest wystarczający, toteż nie potrzeba kolejnego podmiotu. W ten sposób zarówno ci, którzy nam sprzyjali, i ci, którzy byli nam przeciwni, zjednoczyli się w dyskusji nad naszym rozwojem. Po każdym telegramie z kolejnej agencji prasowej Halit Regulator nie omieszkał zorganizować konferencji, by raz jeszcze podkreślić rangę Instytutu. Czasami był jednak zajęty i wtedy ta część jego działalności spadała na mnie. Moja ciotka natomiast całkowicie odcięła się od tego typu poczynań. Brała udział we wszystkich Międzynarodowych Kongresach Miłośników Zegarów. Kiedy nadchodził czas, jej walizki pojawiały się najpierw w sypialni, by później przewędrować do holu i stanąć tam w pogotowiu. W jej wojażach zwykła towarzyszyć jej moja córka lub jej mąż. Jej twarz znali wszyscy stambulscy celnicy. Mieli roczne paszporty, które nieustannie przedłużali. Tuż obok klejnotów rodowych pozostawianych jej przez rodzinę Supiirgeciler Kahyasy pojawiło się siedem czy osiem orderów państwowych. My też nie próżnowaliśmy. Za pieniądze ze zwiększonych opłat karnych postawiliśmy na Hurriyet Tepesi nowy obiekt, zaś przy wsparciu Banku Chronologicznego i międzynarodowego Zegarowego Funduszu Powierniczego powstało osiedle dla naszych pracowników. Nazwaliśmy je Osiedlem Zegarowym.

[…]

Jak już wcześniej starałem się to wytłumaczyć, po opracowaniu systemu kar największym moim wkładem w dzieło Instytutu i czymś, co zaprzątało mnie najbardziej, był sam budynek. Były to jednocześnie dwa elementy naszej działalności, które wywierały największy wpływ na opinię publiczną, ale sam gmach był najistotniejszy. Niebawem miałem się stać honorowym członkiem Międzynarodowego Stowarzyszenia Architektów. Zaczęliśmy od zorganizowania konkursu, tak jak to się zazwyczaj robi. Wśród specyfikacji, które sam osobiście pisałem, zawarliśmy sugestię Halita Regulatora: „w oryginalnym stylu i kształcie, który odpowiadać będzie nowoczesnemu charakterowi i nazwie instytucji”. Dokładnie rzecz biorąc, nie widząc żadnej konieczności umieszczania tego zapisu, przy którym upierał się Halit Regulator, trochę ze złości na niego i trochę dla żartu, zmieniłem końcowe zdanie, dodając jeszcze coś od siebie „w kształcie, który odpowiadać będzie nazwie instytucji od środka i z zewnątrz...”. Tymczasem ten mój dodatek „od środka i z zewnątrz” spowodował, że praca nad projektem pochłonęła mnie na długie miesiące. Specyfikacja została opublikowana w prasie i została odebrana jako zupełnie oczywista. Wszyscy czytamy pobieżnie, ale wiele zapamiętujemy i takie słowa, jak „nowoczesny charakter”, „odpowiedniość” czy wreszcie „od środka i z zewnątrz”, przez ich częste używanie uległy uprzedmiotowieniu, jak inne rzeczy powycierane i zniszczone. Dlatego projekty, które do nas dotarły, nie były niczym więcej ponad zwykłe szkice z jakimiś banalnymi nowinkami technicznymi. Nikt nie przypuszczał, że Halit Regulator do końca będzie upierał się przy swoich słowach i nie pozwoli nikomu zinterpretować ich na własny sposób. W końcu odrzucił wszystkie projekty co do jednego - ale oparł się na moim „od środka i z zewnątrz”, czyli na pomyśle, który powstał w mojej głowie tylko w wyniku uporu i nieudanego żartu.

[…]

Łatwo było stworzyć zegar na bazie sześcianu. Poza dwunastoma nacięciami na czterech wspornikach właściwie nie trzeba było nic robić. Hol, który zaprojektowałem na początku, stracił cały swój rozmach i rozmiar. Tarcza zegara ze wskazówkami na godzinie dwunastej miała teraz znajdować się na pierwszym okrągłym budynku. Po każdej jego stronie cztery małe bloki, które prowadziły na tylną ścianę, na wysokość godziny szóstej. Budynek miał być trzypiętrowy. Umieszczenie podwieszanych schodów pomiędzy blokami nie było trudnym zadaniem. Pośrodku aula ze szklanym sufitem. Na każdym bloku widniały takie same jak na zegarach cyfry rzymskie, od jeden do dwanaście, każda wewnątrz wielkiego okręgu. Tylko na miejscu dwunastki, która wypadała na froncie, nie umieściłem żadnego znaku i uczyniłem ten fragment szerszym. Skojarzenie z zegarem miało być oczywiste, dlatego na drzwiach również umieściłem cyferblat. Umieszczenie tarczy zegara na drzwiach na wysokości sześciu metrów było naprawdę męczące. Nie udało mi się dobrze rozplanować cyfr na sześciennej bryle. Musiałem poszukać lepszego rozwiązania. Pojechałem aż do Bursy. Schodziłem wszystkie meczety w Stambule. Obejrzałem setkę bez mała drzwi i frontonów. Inspiracji nie znalazłem. Wszystko było ładne, starannie wykonane prostokątne i w ogóle wspaniałe, ale nie było tym, czego szukałem. Pewnego dnia mój wzrok spoczął na zasłonie u wejścia do jednego z małych stambulskich meczetów: składała się z dwóch połówek odciągniętych na boki i spiętych u dołu, by ułatwić swobodne wejście. Wyobraziłem sobie, że odsłonięta przestrzeń tworzy obszar pomiędzy wielką i małą wskazówką zegara. Teraz pozostawało tylko pytanie, które cyfry umieścić i jaką ustawić godzinę. Po ustaleniu, że drzwi zastąpię rozsuniętą na dwie strony kotarą, reszta była prosta.

[…]

To, co nazywa się pracą, jest prawdziwą cnotą. Bo praca człowieka oczyszcza i czyni go piękniejszym. Dzięki niej można być sobą i umiejętnie komunikować się z otoczeniem. Równocześnie praca potrafi przejąć nad człowiekiem władzę. Nieważne nawet, czy jest sensowna i czy ma jakiekolwiek znaczenie; człowiek, który bierze odpowiedzialność za pracę, staje się jej częścią, praca mieszka w domu człowieka i nigdy z niego nie wychodzi, człowiek staje się jej zakładnikiem. Tu właśnie leży wielka tajemnica ludzkiego przeznaczenia i całej historii człowieka.

[…]

Prawdę mówiąc, wcale bym się nie upierał, by samemu projektować Osiedle Zegarowe. Zawsze najbardziej interesowały mnie zawiłości ludzkiej duszy. Wszyscy są tacy jak ja czy może trochę inni? Robiłem wszystko, by tę zagadkę rozwikłać. Ludzie lekką ręką trwoniący publiczne pieniądze, chwalący pod niebiosa moje dzieła, gdy mieli położyć na szali własne korzyści i środki, stanowczo zaprotestowali. Nie słuchali już nawet Halita Regulatora. Aż tak to nie można bawić się ludźmi, mój drogi - powtarzali w kółko. Nagle wszyscy wokół stali się sobą i każdy z osobna w tej przemianie był identyczny. Halita niezwykle martwił ten stan rzeczy i odbierał mu radość życia. Coraz częściej przychodził do mnie się wyżalać. Jak to możliwe, żeby ludzie pracujący w najbardziej nowoczesnym na świecie przedsiębiorstwie nie mogli zrozumieć podstawowych rzeczy. Ludzie, którzy na co dzień obcują z nowością, innowacją i nowoczesnością. A skoro tak, to czego szukają w Instytucie? Po co oklaskiwali nową siedzibę? Dlaczego nam tak gorąco gratulowali? To znaczy tylko jedno, a mianowicie, że kłamali... Próbowałem się wczuć w jego stan ducha i nieco go uspokoić. Myślę, że wcale nie kłamali — mówiłem. — W obydwu sprawach byli szczerzy. Podoba im się nowoczesność, póki nie dotyczy ich bezpośrednio. Pod tym warunkiem nadal ją kochają i będą oklaskiwać. Ale w życiu prywatnym bardziej cenią pewność i bezpieczeństwo. Coś podobnego! To niedorzeczność! Jakże człowiek może postrzegać jedną rzecz w dwojaki sposób? Dwie logiki nie zmieszczą się w jednym umyśle! Halit Regulator był naprawdę załamany. Ależ oczywiście, że tak. Jeśli zmienia się kierunek korzyści i zysków, zmienia się też i logika. Nie pojmuję tego. Cała moja idea legła w gruzach. To całe przedsięwzięcie już nie należy do mnie...

[…]

Skorygowałem decyzję. Dokładniej rzecz ujmując, doprowadziłem do jej zawieszenia. Niemniej powołano na stałe komisję likwidacyjną. Znajomi w niej zasiadają. Powiedziawszy te słowa [Halit – przyp. aut.], ucałował dłoń mojej żony i bezceremonialnie wszedł do jadalni. Tłum wokół nas zafalował. Powróciła przyjaźń, nawet większa niż dotychczas. Będąca w separacji para, która dzisiaj zajmowała dwa odległe kąty salonu, teraz godziła się pośród łez i pocałunków. Przywracano zerwane zaręczyny. Skłócone towarzystwa znowu siadały razem przy jednym stole. Siedliśmy wszyscy do stołu w nastrojach iście świątecznych. Jestem pewien, że zebrani wokół ludzie byli równie zapamiętali w złości, jak szczerzy w przyjaźni.

Ahmet Hamdi Tanpinar, Instytut Regulacji Zegarów

Powieść obyczajowa Ahmeda Tanpinara, tureckiego pisarza i eseisty przenosi nas na stambulskie przedmieścia pierwszej i drugiej połowy dwudziestego wieku do staro- i młodotureckiego państwa osmańskiego. Historia Hayri Irdala i Halita Regulatora przywodzi na myśl sen o ulotnej potędze ludzkiego marzenia zawsze silniejszego niż strach przed jutrem. Bowiem tak jak życie trwa ono-marzenie wśród wszystkich po równo przez chwilę a może właśnie sekundę…   



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin