Blog

 

04.06.2022

Opowieści starego Kairu

Odwiedźcie mnie raz do roku,

  Nie wolno odejść tak od razu…

[...]

[Amina – przyp. aut.] Budziła się tak koło północy od wczesnych lat młodości, a zwyczaj ten przyswoiła sobie wraz z innymi obyczajami życia małżeńskiego. Budziła się i czekała na męża, który o tej porze wracał zwykle z nocnych libacji, i pozostawała na jego usługach, dopóki nie położył się spać. I teraz usiadła bez wahania na łóżku, żeby przezwyciężyć pokusę ciepłego snu, pomodliła się i wyśliznęła spod kołdry. Szukała po omacku drogi kierując się kolumnami łóżka i okiennicami, aż znalazła drzwi i otworzyła je. Do pokoju wkradło się słabe światło lampy stojącej na konsolce w salonie, a na suficie pojawiło się drżące kółko, odbicie okrągłego otworu lampy, w otoczce cienia. Zabrała lampę i postawiła ją na stoliku naprzeciwko kanapy. Światło oświetliło duży, kwadratowy, wysoki pokój z belkowanym sufitem. Ukazały się ciemne meble, dywan z Szirazu, duże łóżko z czterema miedzianymi kolumnami, ogromna szafa i długa kanapa pokryta małym kilimem w różnokolorowe wzory. Podeszła do lustra i zobaczyła, że jej kasztanowe włosy wysunęły się spod zawiązanej dokoła głowy brązowej chustki i rozsypały nad czołem. Rozwiązała chustkę, przygładziła włosy i starannie ją znowu zawiązała. Przetarła twarz dłońmi, jakby chcąc zetrzeć z niej resztki snu. Miała czterdzieści lat; raczej niewysoka, wyglądała na szczupłą, ale ciało miała pełne, świeże, harmonijnej budowy. W owalnej twarzy o delikatnych rysach i szerokim czole zwracały uwagę małe piękne oczy o spojrzeniu słodkim i łagodnym, mały, kształtny nos rozszerzający się nieco przy nozdrzach, usta drobne, pod nimi zaostrzony podbródek. Cerę miała jasną, świeżą, na policzku pieprzyk o czystej, głębokiej czerni.

[...]

Wchodziła wreszcie do sypialni, zamykała drzwi i szybko wślizgiwała się do łóżka, nie przestając mamrotać wersetów Koranu, dopóki nie zmorzył jej sen. Jakże się bała początkowo przebywania w tym domu nocami. Nie opuszczała jej myśl – znała przecież świat dżinnów znacznie lepiej niż świat ludzi – że nie mieszka w tym domu sama, że złe duchy muszą przecież błądzić po tych starych, ogromnych, pustych pokojach. Być może schroniły się tu, zanim jeszcze ona się wprowadziła, może nawet zanim ujrzała światło dzienne. Ileż to razy dochodziły do jej uszu ich szepty, ileż razy budził ją żar ich oddechów. Odmawiała wtedy szybko Al-Fatihę albo As-Samadijję [modlitwy muzułmańskie – przyp. aut.], albo wybiegała na maszrabijję [ozdobna, drewniana krata zakrywająca balkony lub okna – przyp. aut.] i poprzez jej szpary błądziła wzrokiem po światłach wózków i kawiarni i łowiła uchem śmiechy lub kaszel, które ją uspokajały. Potem przyszły na świat dzieci, jedno po drugim, ale drobne, bezbronne ciałka nie odsunęły od niej lęków ani nie przyniosły spokoju. Przeciwnie, strach jej podwoił się jeszcze, a duszę wypełniła litość dla nich i obawa, żeby nie spotkało ich co złego. Tuliła je w ramionach i pieściła, w dzień i w nocy, otaczała pancerzem z sur, czarów i talizmanów. Prawdziwego spokoju zaznawała dopiero wtedy, kiedy nieobecny mąż wracał z nocnej hulanki.

[…]

Z biegiem czasu stałe obcowanie z duchami sprawiło, że przestała się ich bać do tego stopnia, że nawet przekomarzała się z nimi nie obawiając się, że przyniesie to coś złego, a kiedy poczuła koło siebie dżinna, mówiła tonem nie pozbawionym kokieterii: „Cóż to, nie masz szacunku dla sług Miłosiernego? Bóg stoi między nami, więc, szanowny panie, zostaw nas w spokoju.” Prawdziwy spokój odzyskiwała jednak tylko wtedy, kiedy wracał mąż. Sama jego obecność w domu, nawet kiedy spał, dawała poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od tego, czy drzwi były zamknięte, czy nie, lampa zgaszona czy zapalona.

[…]

[As-Sajjid Ahmad, mąż Aminy, główny bohater powieści – przyp. aut.] Modlił się z twarzą pokorną, inną niż ta uśmiechnięta, rozjaśniona, jaką znali jego przyjaciele, i inną niż ta twarda i surowa, którą pokazywał rodzinie w domu. Była to teraz twarz skromna, przykładna, na której malował się wyraz uniżoności, a pobożność, miłość i nadzieja malowały się w jej złagodzonych rysach. Pokornie błagał o przebaczenie grzechów. Modlitwa jego to nie było machinalne wykonywanie rytualnych ruchów, recytowanie, wstawanie, klękanie, była to modlitwa uczuć, wzruszeń, odmawiana z takim samym entuzjazmem, przejęciem i gorliwością, jakie przejawiał w różnych i jakże innych okolicznościach życiowych. Bo kiedy pracował, to pracował zapamiętale, jeżeli przyjaźnił się, to był cały przepełniony przyjaźnią, kiedy kochał, to roztapiał się w miłości, kiedy pił, to pogrążał się całkowicie w piciu. Był oddany i szczery w każdej sytuacji. W ten sposób obowiązek modlitwy był dla niego duchową pielgrzymką, w której odbywał tawaf [rytualne okrążenie świętego kamienia islamu w Mekce – przyp. aut.] po boskich przestrzeniach. Nawet kiedy skończył modlitwę, siedział ze skrzyżowanymi nogami, rozkładał ręce i modlił się do Boga, alby miał pieczę nad nim, żeby mu przebaczył grzechy i pobłogosławił jego dzieciom i jego interesom.

[…]

Nie miał zwyczaju zastanawiać się nad samym sobą, grzebać w swoim wnętrzu, zagłębiać się w sobie. Jego myśli koncentrowały się tylko na sprawach zewnętrznych, na jakimś mężczyźnie, jakiejś kobiecie, jakichś interesach. Wtedy całkowicie poddawał się prądowi życia, z samego siebie widząc jedynie obraz odbity na jego powierzchni. Miał czterdzieści pięć lat i żywotność młodzieńca; energią wypełniony był po brzegi. Dlatego jego życie obfitowało w sprzeczności, od pobożności do rozpusty, a nad wszystkim górowała chęć i radość z tych sprzeczności, nie opierająca się na żadnej własnej filozofii, na żadnych przemyśleniach ani zasadach, które często prowadzą do dwulicowości i nieszczerości. As-Sajjid kierował się w życiu własną naturą. Obdarzony dobrym sercem i czystą duszą, był szczery we wszystkim, co robił, jego serca nie dotknęły rozterki ani burze zwątpień, pozostawał zawsze radosny i pogodny. Miał głęboką wiarę, co prawda była to wiara odziedziczona i As-Sajjid nigdy nie dostąpił wyższego stopnia wtajemniczenia, ale delikatność i subtelność jego uczuć, a przede wszystkim szczerość pogłębiały ją i czyniły wznioślejszą. Nie było to ślepe naśladownictwo czy też tylko obrzęd, w którym uczestniczył ze strachu. Jego wiara była miłością, czystą i płodną miłością, z (którą wypełniał wszystkie religijne obowiązki, począwszy od modlitwy, a skończywszy na poście i jałmużnie, obejmował nią wszystkich ludzi. Ta miłość połączona ze szczodrością i innymi cnotami uczyniła z niego pożądanego i kochanego przyjaciela, do którego ludzie garnęli się, aby czerpać z tego słodkiego źródła. Jego gorąca natura otwarta była na rozkosze i uciechy życia. Uśmiechał się do wspaniałego jedzenia i cieszył z doborowych trunków, kochał piękne twarze, korzystał z wszelkich rozkoszy życia z radością i uniesieniem, nie obciążając sumienia poczuciem winy, a serca niepokojem. Po prostu uprawiał swój prawdziwy zawód, czyli życie, jak gdyby nie było sprzeczności między prawdą życia w jego sercu i prawdą Boga w jego sumieniu. Nie było chwili w jego życiu, w (której czułby się daleko od Boga albo narażał na Jego karę, cieszył się zawsze spokojem ducha. Może były w nim dwie osoby. A może powodowała nim wiara w wielkoduszność Boga, który przecież nie mógł naprawdę zabronić tych wszystkich uciech, a jeśli nawet zabronił, to ci, którzy grzeszyli w ten sposób, zasługiwali na przebaczenie, bo przecież nikogo nie krzywdzili. Brał więc życie po prostu sercem i uczuciem, nie zastanawiając się i nie rozmyślając nad nim. Rządziły nim silne instynkty, z których jeden podporządkował służbie Bogu, inne oddawał rozkoszy.

[…]

[Jasin, najstarszy syn As-Sajjid z pierwszego małżeństwa – przyp. aut.] Ogromna energia i siły witalne rozpierały go, nie pozwalając odetchnąć. Buchały z niego, ciągle czuł języki ich ognia, które parzyły jego zmysły, jakby siedział w nim ifrit [zły duch, demon w wierzeniach muzułmańskich uważany za szczególnie złośliwego i niebezpiecznego, najpotężniejszy pośród dżinnów – przyp. aut.]. i robił z nim, co chciał. Ale ten ifrit nie przeszkadzał mu i Jasin wcale nie pragnął uwolnić się od niego, co więcej, ani trochę by się nie przejął, gdyby go jeszcze bardziej palił. Ifrit ten natomiast chował się i zmieniał w słodkiego aniołka, kiedy młodzieniec zbliżał się do sklepu ojca. Tutaj Jasin prostował się, spuszczał wzrok, stawał się grzeczny, dobrze wychowany, skromny, jakby nieco zawstydzony, przyspieszał kroku, nie oglądając się za siebie. Kiedy mijał sklep, zaglądał do wnętrza z reguły zapełnionego tłumem, ale mimo to zawsze spotykał wzrok ojca siedzącego za biurkiem. Pochylał się wtedy z szacunkiem i podnosił grzecznie rękę do góry, a mężczyzna oddawał mu ukłon z uśmiechem. Zadowolony szedł dalej, rozkoszując się tym uśmiechem jak rzadką przyjemnością. Znał dobrze gniew ojca i drżał przed nim ciągle, mimo że zauważył zmianę w jego stosunku do siebie, od kiedy wstąpił do korpusu urzędników państwowych. Dawny strach wypełniający serce ucznia nie opuszczał także urzędnika; mimo pokaźnego wzrostu i tuszy czuł się w obecności ojca mały i słaby, a pod jego spojrzeniem drżał jak ptak pod gradem kamieni. Zaledwie jednak znalazł się poza zasięgiem wzroku As-Sajjida, wracała mu pewność siebie, a kiedy oddalił się już na bezpieczną odległość od sklepu, zaczynał znowu strzelać na boki oczami, nie robiąc różnicy między damami a handlarkami owoców dum czy pomarańczami, bo ifrit, który w nim siedział, pałał namiętnością do wszystkich kobiet, godząc poziom wysoko i nisko urodzonych. Przecież handlarki orzeszkami czy pomarańczami, nawet jeżeli są tak brudne, że kolorem przypominają ziemię, posiadają wiele pięknych cech, na przykład pełne piersi, umalowane kuhlem [mineralnym, czyli antymonem - bardzo drobnym proszkiem mineralnym – przyp. aut.] oczy, a czego można więcej chcieć?

[…]

Jasin kontynuował wędrówkę po ciemnościach przeszłości, ale już mniej wzburzony. Ta historia nie miała długiego dalszego ciągu i to, co zostało, było już względnie jasne w porównaniu z mrokami wcześniejszych lat. Niewiele przed jego przenosinami do ojca matka znalazła odwagę, żeby mu zakomunikować, że ten „owocarz” przychodzi do niej, bo chce się z nią ożenić. Ona waha się, czy przyjąć jego oświadczyny, ale najpewniej odmówi z szacunku dla niego, Jasina! Ciekawe, czy prawdą jest to, co mu mówiła? Jak tu można dowierzać szczegółom wspomnień. Bez wątpienia starał się bardzo wszystko pojąć i zrozumieć, męczyły go wątpliwości, które bez udziału rozumu odzywały się w sercu, trawił niepokój, który wygnał z jego głowy gołębicę pokoju. Ziarno agresji znajdowało w nim coraz podatniejszą glebę.

[...]

[Reakcja Jasina na kolejne zamążpójście rodzonej matki – przyp. aut.] Miał ochotę rzucić jej w twarz wszystko, co wiedział o jej życiu, o czym ona myślała, że nie wie, o tym czarnym przypadku Z handlarzem owoców, żeby zemścić się na niej w jak najgorszy sposób, żeby jak kamieniem rozbić tym jej głowę. Zmarszczył brwi, oczy ciskały błyskawice i groźby. Otworzył usta, żeby wyrzucić ten pocisk, ale język nie poruszył się, przykleił się do podniebienia, jakby przyciągany przez mózg, i Jasin nic nie mógł na to poradzić. Mijały straszne chwile, jak podczas trzęsienia ziemi, kiedy człowiek czuje przez moment oddech śmierci na twarzy, a potem wszystko wraca do poprzedniego stanu. Jęknął powstrzymując gniew, wycofał się, a po czole spływał mu zimny pot. Kiedy później przypominał sobie tę sytuację, podczas tego dziwnego spotkania, odczuwał ulgę. Był zadowolony, a nawet pełen podziwu dla siebie, że się powstrzymał, że się wycofał, a co najważniejsze obronił swoją godność. Nie chodziło mu o jej godność, która i tak była podeptana. Wyładował swój gniew na pięściach, uderzając jedną o drugą.

[...]

[Aisza, córka As-Sajjid o swej pierwszej miłości – przyp. aut.] Ocknęła się z upojenia szczęściem i wpadła w mroczną otchłań rozpaczy. Jakże gęsta mgła przyszła po jasnym świetle. Jak straszny ból sprawia odchodzące światło. Dlaczego odchodzi, dlaczego gaśnie słońce, czy to możliwe, żeby przestało świecić? Ta nowa strata dołączyła do strat, które utkał wokół niej smutek, zabierając wspomnienia przeszłości, teraźniejszości i marzenia o przyszłości. Rozmyślała o tym wszystkim bez przerwy i jakby nie dowierzając, jakby gorzka prawda jeszcze na dobre nie wtargnęła do jej uczuć, ciągle na nowo zadawała sobie pytanie: czy naprawdę zgasło światło? Czy rzeczywiście zostały zerwane wszystkie związki między nią a chłopcem, który wypełnił jej serce i marzenia? Ciągle na nowo powtarza te pytania i ciągle na nowo czuje uderzenie, którego ból przeszywa ją aż do kości. To dlatego, że jeszcze walczy w niej rozpacz z resztkami nadziei, której promienie ulatują, potem wracają, gasną i znów wracają, aby znaleźć schronienie na dnie serca, skąd już nigdy nie wyjdą. Wszystko się skończyło, jakby się nic nie stało. Dla nich to drobna sprawa, rozpatrują ją tak, jak się omawia sprawy codzienne, „co będziemy jutro jedli” albo „miałam wczoraj w nocy dziwny sen”, albo „na całym dachu pachnie jaśmin”. Tu słowo, tam słowo, jakaś propozycja, jakiś pogląd na coś, zadziwiający spokój, marzenia, pocieszający uśmiech, dodawanie otuchy, jakiś żart, zmiany tematu. Wszystko się skończyło, przechodzi do historii, która jest zapomnieniem. A gdzie jest jej serce? W tym wszystkim nie ma serca, nikt nie domyśla się jego istnienia, nie istnieje. Jakże jest samotna i zagubiona, odrzucona, bez żadnych więzi z kimkolwiek. Jak tu zapomnieć, że jedno słowo, nie więcej, nic ponad słowo „tak”, a zdarzyłby się cud. Nie byłby to dla ojca żaden wysiłek, dziesiąta część tego, czego wymagała długa dyskusja, która skończyła się odmową, ale musiałby chcieć. A nie chciał. Zgodziła się na tę torturę bez słowa i ani przez chwilę niczego złego nie pomyślała o ojcu, jak dzikie zwierzę, które kocha swojego tresera, bojąc się go jednocześnie. Pozostała mu wierna w miłości, jakby to był Bóg, któremu należy się tylko cześć, miłość i wierność.

[...]

[mówi matka do Aminy, po jej wygnaniu z domu męża, za samodzielne udanie się do świątyni – przyp. aut.]Masz dobre serce. Jeden Bóg, który wszystko wic, wynagrodzi ci krzywdę. Ale twój mąż… Przecież to człowiek rozumny, około pięćdziesiątki. Nie mógł wymyślić innego sposobu okazania gniewu tylko wypędzając towarzyszkę swojego życia z domu, rozłączając ją z dziećmi? Bądź pochwalony, Boże. Ludzie się starzeją i mądrzeją, a my się starzejemy i jesteśmy coraz głupsi. Czy to herezja, grzech, że uczciwa kobieta odwiedza grobowiec naszego Pana Al-Husajna? A czyż jego przyjaciele, wcale nie ustępujący mu męskością i także zazdrośni, nic pozwalają swoim żonom wychodzić z domu w różnych celach? Sam twój ojciec, który był przecież pobożnym szajchem [tytuł honorowy wyższej rangi duchownego muzułmańskiego – przyp. aut.], pozwalał mi chodzić do domów sąsiadów oglądać mahmal [święty, szpiczasty namiot tekstylny reprezentujący grób proroka Mahometa – przyp. aut.].

[...]

Gdy się patrzyło na nie, kiedy tak siedziały obok siebie, przychodziły na myśl prawa dziedziczenia i surowe prawa przemijania. Zdawało się, że to jedna osoba i jej odbicie w lustrze przyszłości lub ta sama osoba z własnym odbiciem w lustrze przeszłości. Zarówno w oryginale, jak i jego odbiciu coś wskazywało na straszliwą walkę z jednej strony między prawami dziedziczenia, które działają na rzecz podobieństwa i przetrwania, a z drugiej z prawem przemijania prowadzącym do zmian i końca. Walka ta zwykle daje w rezultacie łańcuch klęsk, za które odpowiedzialne jest prawo przemijania. Prawo dziedziczenia nie ma w tej walce nic do powiedzenia. W związku z tym wszystkim matka przekształciła się w staruszkę o chudym ciele, zwiędłej twarzy i oczach, które nie dostrzegają zmian wewnętrznych ani zewnętrznych. Z radości życia zostało jej już tylko to, co się nazywa pięknem starości, czyli szlachetny, budzący szacunek wygląd, powaga i ozdobiona siwizną głowa. Należała do pokolenia żywotnego, znającego twardą walkę z życiem. W wieku siedemdziesięciu pięciu lat wstawała rano jak zwykle od pół wieku i bez pomocy służącej znajdowała drogę do łazienki, gdzie dokonywała ablucji, po czym wracała do pokoju, żeby się pomodlić. Resztę dnia spędzała na siedzeniu z różańcem w ręku, wychwalaniu Boga i samotnym, milczącym rozmyślaniu, gdy służąca była zajęta pracą domową, lub na rozmowie z nią, gdy była wolna.

[...]

As-Sajjid po prostu nie patrzył na kobiety zamężne, a w okolicy swojego domu przez całe życie celowo nigdy nie spojrzał na żadną kobietę. Pamięta, że raz odrzucił ofertę miłości ze względu na jednego ze znajomych. Pewnego dnia przyszedł do niego posłaniec, zapraszając na spotkanie z siostrą tego człowieka – wdową – tego i tego wieczora. As-Sajjid wysłuchał zaproszenia bez słowa, odprawił posłańca życzliwie, jak to miał w zwyczaju, ale od tego czasu przez całe lata omijał ulicę, na której stał jej dom. Chyba Umm Mariam była pierwszym doświadczeniem, które przyniosło mu rozterkę. I mimo że mu się podobała, nie dał się skusić pożądaniu, zwyciężył głos rozsądku i powagi, chroniąc jego dobre imię. Dobra sława była mu droższa niż wykorzystanie nadarzającej się okazji. Pocieszał się od czasu do czasu przygodami bezpiecznymi, bez następstw. Uczciwość i szczerość w stosunku do przyjaciół zachowywał nawet w miejscach rozrywek. Nigdy mu nie zarzucono niestosownego kroku wobec nałożnicy towarzysza zabaw, nigdy pożądliwego wzroku wobec kochanki przyjaciela. Przedkładał przyjaźń nad namiętności, zwykł mówić: „przyjaciel to miłość stała, kochanka to przemijająca namiętność”. Wybierając kochankę zawsze upewniał się, czy nie jest zajęta, albo czekał, aż zerwie stosunki z innym. Czasami prosił o pozwolenie dawnego kochanka, zanim zaczął romans, chcąc mieć radość nie zmąconą żalem ani smutkiem. Innymi słowy, w całkowitej harmonii żyło w nim „zwierzę” pożerające rozkosze i człowiek stosujący się do wyższych zasad. Każde z nich żyło własnym, niezależnym życiem w zgodzie i swobodzie, tak jak godził pobożność i grzech, właściwie nie mając nigdy poczucia grzechu. Jednak jego wierność i szczerość to nie była wyłącznie moralność, raczej silne pragnienie, żeby odnosić sukcesy w miłości i cieszyć się jednocześnie dobrą sławą. Poza tym jego sukcesy w miłości sprawiały, że bez trudu mógł odrzucać flirty naznaczone zdradą i podłością. Tak naprawdę, to nie znał prawdziwej miłości, dla której warto byłoby popełnić nawet jakąś podłość. Nie potrafił oddać się całkowicie uczuciu bez zwracania uwagi na zasady.

[...]

„Czarne” uczucia gościły w sercach tej rodziny tak jak w sercach większości ludzi, ale nie osiadały w żadnym z jej członków warstwami, nie zamieszkiwały w nich na stałe. Byli skorzy do gniewu, zapalali się jak alkohol od ognia, ale równie łatwo gniew z nich opadał, serca stawały się czyste i przebaczające. Tak jak to bywa w zimowe dni w Kairze: niebo zaciemniają chmury, potem popada deszczyk godzinę lub parę godzin i chmury rozchodzą się, odsłaniając czysty błękit i roześmiane słońce.

[...]

Jasin wyszedł za nią na korytarz i stanął w ciemnym kącie, podczas gdy lutnistka pobiegła do kuchni. Po chwili wróciła z tacą winogron, podeszła do drzwi, skąd dochodził śpiew, i zapukała. Odczekała chwilę, po czym weszła nie zamykając za sobą drzwi. Pośrodku pokoju siedziała Zubajda [kochanka As-Sajjida – przyp. aut.] z lutnią, grając i śpiewając O, muzułmanie, o, ludu Allaha, – a tuż obok niej nikt inny tylko ojciec, bez dżubby [płaszcz z szerokim rękawami – przyp. aut.], z podwiniętymi rękawami, potrząsający bębenkiem i patrzący na śpiewaczkę wzrokiem radosnym i rozbawionym. W ciągu tej minuty czy dwóch Jasin zobaczył coś niesamowitego, tajemne życie, długą historię życia, która nim wstrząsnęła i obudziła go, jak kogoś z głębokiego, długiego snu wyrywa silne trzęsienie ziemi. Zobaczył w tej jednej chwili całe życie jak w krótkim śnie, który zbiera wydarzenia z wielu lat w jeden obraz. Zobaczył naprawdę swojego ojca, nikogo innego, ale nie takiego, do jakiego przywykł; takiego jak ten nigdy przedtem nie widział: bez dżubby i kuftana [okrycie wierzchnie – przyp. aut.], rozpartego wygodnie, naturalnie. Nigdy nie widział jego czarnych jak węgiel włosów trochę rozczochranych ani gołej nogi na skraju dywanu wystającej spod rzuconego kuftana, ani, nie do wiary, bębenka, na którym wystukiwał taneczny rytm, ani, i to chyba najbardziej go zdziwiło, tej roześmianej, błyszczącej, przepełnionej miłością i radością twarzy, której wyraz tak zaskoczył kiedyś Kamala [brata Jasina – przyp. aut.] przed sklepem.

[...]

Dżalila [tancerka na przyjęciu weselnym Aiszy – przyp. aut.] kręciła głową w prawo i w lewo mrużąc oczy, jakby wzruszona wspomnieniami, choć możliwe, że ruch ten po prostu przynosił ulgę jej pijanej głowie. Ojciec był okropnie zazdrosny – ciągnęła – a ja jestem z natury kokietką, jakby w kolebce karmiono mnie kokieterią. Śmiałam się głośno w domu, a mój śmiech podniecał mężczyzn na ulicy. Ojciec bił mnie i zarzucał najgorsze cechy, chciał mnie wychować. Ale co daje wychowanie komuś, komu przeznaczona jest sztuka miłości, śpiewu, uwodzenia? Wychowanie poszło na marne, mężczyzna przeniósł się do raju, a ja, z tych najgorszych cech, które mi zarzucał, uczyniłam dewizę swojego życia. Taki jest świat… Oby Bóg dał wam z tego świata wszystko, co najlepsze, i zabrał, co złe, i nie pozbawił was mężczyzn zarówno w związkach legalnych, jak i nielegalnych. Tu i ówdzie odezwał się śmiech, który zagłuszył zdumione westchnienia. Największe wrażenie robił chyba ten niesamowity kontrast między ostatnią bezwstydną modlitwą a poprzednimi stwierdzeniami wskazującymi przynajmniej z pozoru na powagę i smutek, czy też między powagą, która była maską, a jawnymi żartami. Nawet Amina pomimo zmieszania nie mogła powstrzymać uśmiechu i spuściła głowę. Inne kobiety przy podobnych okazjach z przyjemnością odpowiadały na żarty i przekomarzania śpiewaczek, nawet jeśli obrażały ich moralność. W takich momentach znajdowały odprężenie.

[...]

[Jasin – przyp. aut.] A kiedy pomyślał o narzeczonej, zwierzęce drżenie wstrząsnęło jego dałem i natychmiast przypomniał sobie ostatnią noc spędzoną u Zannuby [lunistki i kochanki Jasina – przyp. aut.]. Było to miesiąc temu. Na pożegnanie zawiadomił ją, że się wkrótce żeni, a ona krzyknęła z udanym gniewem: „Ty sukinsynu, ukrywałeś to przede mną, dopóki nie osiągnąłeś celu. Łódź, która odpływa, jest gorsza od tej, która przypływa.”

[...]

Od powrotu z uczelni wygląda jak niebo, które ostrzega o deszczu. Będzie z nim dyskutował? Skąd! Nie ma potrzeby. Już wpatruje się w niego natchniony i pyta z ogromnym przejęciem: Znasz nowiny? „Pyta go o nowiny! Znam i to ile. Małżeństwo to największe oszustwo. Zona zmienia się po kilku miesiącach w rycynę. Nie masz co żałować tego, co cię ominęło z Mariam, ty dumny polityku. Chcesz jeszcze więcej nowin? Mam ich pełno, ale na pewno cię nie zainteresują, zresztą nie mam odwagi, by dzielić się nimi przy żonie.” Ni stąd, ni zowąd przypomniał mu się wiersz z poematu Szarifa ar-Radiego: „Wiele moich listów wyraża tęsknotę i gdyby nie cenzor, przekazałbym je twoim ustom.” A głośno spytał: O jakie nowiny chodzi? Zadziwiające wieści krążą wśród studentów – odparł Fahmi podniecony – tylko o tym się mówi. Podobno delegacja egipska w składzie: Sa’d Zaghlul Pasza, Abd al-Aziz Fahmi Bek i Ali Sza’rawi Pasza, była wczoraj w Urzędzie Protektoratu i spotkała się z wicekrólem. Żądali zniesienia protektoratu i ogłoszenia niepodległości Egiptu.

[...]

W tym samym czasie kiedy ojczyzna zajęta była żądaniami wolności, Jasin uporczywie zabiegał o własną wolność. Powrót do nocnych hulanek po kilku pierwszych tygodniach małżeństwa, kiedy to nie pozwoliła mu na nie chwilowa przyzwoitość, nie przyszedł bez walki. Upojony marzeniem o małżeństwie nie wyobrażał sobie, że po ożenku kiedykolwiek w życiu wróci do kawiarni i winiarni Kustakiego. Był szczerze przekonany, że tamte sprawy pożegnał na zawsze i miał najlepsze intencje prowadzić przykładne życie małżeńskie. Ale rozczarował się do małżeństwa w sposób nieuleczalny, jego nerwy nie mogły wytrzymać pustki i nudy, jaką z sobą niosło. I tak usprawiedliwiał się sam przed sobą. Z całą energią zmysłowej, zepsutej duszy rzucił się więc w rozrywki i zabawy przynoszące zapomnienie, wrócił do kawiarni i winiarni. I nie były to już tymczasowe uciechy, za jakie uważał je dawniej, kiedy małżeństwo było dla niego nadzieją. Teraz była to cała przyjemność, jaka mu pozostała, jak komuś, kto pod wpływem marzeń i wielkich nadziei opuścił kiedyś ojczyznę, a teraz wraca jak syn marnotrawny.

[...]

Jasin roześmiał się gorzko. Tak, właśnie skarżę się na to, co jest na zewnątrz, na te pozory. Prawdę mówiąc, na samo piękno. To ono, ono mnie znudziło, aż czuję się chory. Tak jak to jest z nowym słowem, gdy słyszysz je po raz pierwszy, brzmi pięknie, donośnie, a potem powtarzasz je, ciągle używasz, aż schodzi do poziomu słów zwykłych, banalnych, jak pies, robak itp. Traci swoją nowość i swoją słodycz. Z czasem nawet zapominasz jego znaczenie, zostaje tylko dziwny dźwięk, który nie wiadomo, co znaczy, i nie wiadomo, jak się go używa. Inni, gdyby się na nie natknęli w wypracowaniu, może wpadliby w zachwyt nad twoją sztuką, podczas gdy ty weźmiesz ich podziw za głupotę. Nie pytaj, na czym polega tragedia znudzenia się pięknem, tego się nie da wytłumaczyć ani usprawiedliwić, a poza tym sprawa jest zamknięta i pozostaje tylko bezdenna rozpacz. Nie podoba ci się to, co mówię. Usprawiedliwiam cię, bo ty patrzysz z dystansu i tak trzeba, bo piękno, jak fatamorganę, widać tylko z daleka.

[...]

[Jasin – przyp. aut.] Planował, że będzie robił „skoki” i wracał do domu nad ranem, zastając dom spokojny i pokorną żonę. W ten sposób życie małżeńskie byłoby nie tylko do zniesienia, ale miałoby niezaprzeczalne zalety. „O czym może marzyć kobieta, jakie może mieć ambicje poza małżeństwem i zaspokojeniem seksualnym? Żadnych! To są oswojone zwierzęta i takiego wymagają traktowania. Tak… zwierzęta domowe nie powinny pasożytować na naszym życiu prywatnym, mają czekać w domu, aż będziemy mieli czas, żeby się z nimi pobawić. Być wiernym mężem to śmierć. Ciągle ten sam widok, ten sam głos, smak, bez końca to samo… Aż ruch stanie się tym samym co bezruch, a głos bliźniakiem milczenia.

[...]

Fahmi [syn As-Sajjida – przyp. aut.] zabrał się do odrabiania zaległości minionych kilku dni, Jasin wziął dywan Al-Hamasa i Damę z Kerbeli i wyszedł do salonu. Chciał trochę poczytać, żeby zabić czas, którego nazbierało się pełno w murach domowego więzienia, jak zbiera się woda za tamą. Ostatnio zaczytywał się w powieściach, zwłaszcza kryminalnych, ale poezję też kochał, choć nie zadawał sobie trudu, żeby ją zrozumieć. Chwytał to, co było łatwe do zrozumienia, a w tym, co trudne, zadowalał się muzyką wiersza, rzadko posługując się komentarzami na marginesach wypełnionych objaśnieniami. Zapamiętywał wiersz, deklamował go, ale z jego znaczenia pojmował niewiele, czasami tłumaczył sobie jego sens na opak, czasami zupełnie go nie rozumiał. Ale mimo to w głowie nawarstwiały mu się obrazy i słowa, które stanowiły jego bogactwo i dumę. Chętnie wykorzystywał je z byle okazji albo bez okazji. Kiedy któregoś dnia zdarzyło się, że musiał napisać list, przygotował go jak prawdziwy pisarz. Wybrał słowa dźwięczne, zapamiętane z poezji, i zwroty poetyckie, tak że wśród znajomych zaczęto o nim mówić „znawca retoryki”. Oczywiście tak naprawdę nim nie był, ale oni umieli jeszcze mniej, nie potrafili go naśladować, a poza tym czuli jakiś nabożny lęk przed jego „znajomością” poezji.

[...]

[Jasin – przyp. aut.] Zaraz zobaczy sklep z owocami, spuści wzrok i prześliźnie się jak złodziej. Kiedy tylko pomyślał, że już nigdy tu nie wróci, jakieś nieszczęście pchało go tam znowu. Jaka siła mogła go tu przyprowadzić? Tylko śmierć! „Ciekawe, czy to naprawdę koniec? Serce mi bije. Z bólu? Ze smutku? Nie wiem. Wiem tylko, że się boję. Nigdy już nie wrócę do tego miejsca! Zapomnienie pokryje dawne wspomnienia. Wrócą do mnie resztki mojej własności. Mimo to boję się i zły jestem na te obrzydliwe myśli. Boże, ratuj! Żebym nie wiem jak wygodne wiódł życie i miał nie wiem jak spokojny umysł, serce nie uratuje się przed bólem. Jeżeli to śmierć, pożegnam matkę z sercem godnym syna. Matka i syn, czyż nie tak? Nie jestem zwierzęciem ani kamieniem. Cierpię, po prostu cierpię. Ale śmierć to nowy gość, z którym nigdy dotąd nie miałem do czynienia. Szkoda, że pisany jest nam taki koniec. Wszyscy kiedyś umrzemy. Nie powinienem poddawać się lękom, tym bardziej teraz, kiedy wiadomości o śmierci dochodzą do nas dniem i nocą. Na ulicy Ad-Dawawin, w szkołach, na Al-Azharze i tam, w Asjut, codziennie padają ofiary. A wczoraj ten biedny mleczarz Al-Fuli stracił syna. Co mają robić rodziny poległych bohaterów? Płakać całe życie? Popłaczą i zapomną. Taka jest śmierć. Uff. Coś mi się wydaje, że nie jest to ucieczka od aktualnych kłopotów, choć zostawiłem w domu Fahmiego z jego zawziętym uporem. A przede mną matka. Jakże nienawidzę życia. A jeżeli to jest podstęp i znajdę ją zdrową? Zapłaci mi za to. Drogo mi za to zapłacą! Nie jestem zabawką, nie dam z siebie robić wariata. Syna odnajdzie tylko na łożu śmierci. Ciekawe, ile mi zostanie z jej majątku? A co będzie, gdy wejdę do domu i zastanę tego mężczyznę? Jak mam się zachować? Będzie to straszna chwila, kiedy spotkają się nasze oczy. Biada mu. Mam go zignorować czy przepędzić? Mogę mu zrobić coś takiego, że się nie pozbiera. Na pewno spotkamy się na pogrzebie… Śmieszne. Wyobraził sobie, jak w kondukcie żałobnym idzie pierwszy mąż i ostatni, a między nimi zalany łzami syn. W takiej chwili na pewno będę płakał, prawda? Nie zabronię mu iść w kondukcie żałobnym i skandal będzie się za mną wlókł aż do ostatniej chwili. Potem zostanie pochowana. Tak, pochowana i wszystko się skończy.

[…]

[ostatnia rozmowa matki z Jasinem – przyp. aut.] Jesteś mi droższy nad wszystko, nad cały świat. To prawda, że miłosierdzie boskie jest niezmierzone. Tak długo nie miałam szczęścia. Nie przeczę, że popełniłam błędy i zdarzały mi się upadki. Tylko Bóg jest bez grzechu. Ucieszyło go to, co usłyszał. Zabrzmiało to jak przyznanie się do winy i serce mu się ścisnęło. Wzdrygnął się nie mogąc słuchać o tych sprawach, nawet jeśli mówiła tonem żalu i usprawiedliwienia. Siedział napięty, bał się, że coś się zmieni.

[...]

Rozejrzał się po pokoju. Naprzeciwko łóżka stała szafa z lustrem odbijającym jego obraz. Zobaczył dolną część ciała matki pod kocem i siebie zasłaniającego jego górną połowę poza ręką, którą wyciągnęła na powitanie. Patrzył z czułością na tę rękę, włożył ją pod kołdrę, a potem przykrył matkę troskliwie aż po szyję. Znów spojrzał w lustro i nagle pomyślał, że kto wie, czy jutro lustro nie odbije pustego, gołego łóżka. Dlaczego nie? Jej życie, życie każdego człowieka nie jest niczym więcej niż złudzeniem, obrazem w lustrze. Jeszcze większy lęk go opanował i szeptał do siebie: „Muszę skończyć z tym, wystarczy tego bólu, dosyć się nacierpiałem, muszę iść.” Ale wzrok jego wędrował po pokoju i wreszcie padł na mały stolik, na którym stały nargile z rurą owiniętą jak wąż dokoła ich szklanej szyjki. Zatrzymał na nich wzrok niemile zdziwiony i natychmiast ogarnął go gniew i wstręt. Ten mężczyzna! To na pewno on jest właścicielem tych nargili. Wyobraził go sobie siedzącego po turecku na kanapie stojącej między łóżkiem a stolikiem i zaciągającego się z rozkoszą, podczas gdy matka podsyca żar…

[...]

Jasin rzucił jej [Chadidży, jego siostrze – przyp. Aut.] pełne złości spojrzenie. Dzięki Bogu spełniłem wszystkie obowiązki wobec niej. Urządziłem stypę, która trwała trzy noce, a w każdy piątek chodzę na cmentarz i zanoszę bazylię i owoce. Chcesz, żebym bił się po twarzy, jęczał i sypał sobie ziemię na głowę? Mężczyźni przeżywają smutek inaczej niż kobiety. Pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć: „Dałeś mi lekcję, niech ci się Bóg odwdzięczy”, po czym dodała wzdychając: Ach, ten męski smutek! Ale powiedz mi, jeśli moje życie dla ciebie coś znaczy, czy sklep, ćwierć Al-Ghurijji i dom nie przynoszą ulgi w tej męce? Prawdziwe jest powiedzenie: szpetny język w szpetnej twarzy.

[...]

Nawet w tym sklepie z bólem szepcze się o krwawych wypadkach. Klientom już nie wystarcza targować się i kupować, powtarzają wiadomości, rozpaczają nad sytuacją. Wśród worków z kawą i ryżem słuchał As-Sajjid o walce w Bulaku, rzezi w Asjucie i o dziesiątkach pogrzebów. Słuchał też o młodym człowieku, który zabrał wrogom karabin maszynowy i chciał go wciągnąć na Al-Azhar, ale śmierć była szybsza i w ciele chłopca utkwiły dziesiątki pocisków. Te i inne krwawe wiadomości ciągle wpadały mu w ucho tam, gdzie szukał zapomnienia. Co to za życie w cieniu śmierci! Oby tylko rewolucja pośpieszyła się z realizacją swoich celów, zanim zada ból jemu lub komuś z jego bliskich. Nie skąpi pieniędzy ani uczuć, ale poświęcenie życia to inna sprawa. Ileż cierpień Bóg zgotował swoim sługom! Życie ludzkie stało się nic nie warte, popłynęła krew! Rewolucja nie jest już budzącą wzniosłe uczucia zabawą, zagraża jego bezpieczeństwu ze wszystkich stron. Grozi też „buntownikowi” Fahmiemu. As-Sajjida opuścił entuzjazm. Marzy o niepodległości i powrocie Sa’da [przywódca egipskiego „powstania” przeciw Anglikom – przyp. aut.], ale bez rewolucji i rozlewu krwi. Krzyczy z tymi, którzy krzyczą, i entuzjazmuje się z tymi, którzy wpadają w entuzjazm, ale jego umysł opiera się temu prądowa, trzyma się życia. Będzie się trzymał życia jak pień drzewa, któremu burza powyrywała gałęzie. Nic go nie pokona, jeśli zachowa umiłowanie życia. Niech ono pozostanie z nim do końca. Niech Fahmi ma swoje przekonania, ale niech będzie bezpieczny. Ten nieposłuszny Fahmi rzucił się w nurt rewolucji bez pasa bezpieczeństwa.

[...]

[Fahmi – przyp. aut.] Gdzie mu się równać z niosącym sztandar w czasie demonstracji czy raczej rzezi w Bulaku, jak ją teraz nazywają. Niosący sztandar szedł na przedzie, krzyczał na całe gardło i padł zaciskając ręce na drzewcu. Gdzie mu się równać z innymi, podobnymi do tamtego męczennikami, którzy pośpieszyli do sztandaru, aby go podnieść i zaraz nań upadli, a piersi ozdobiły im ordery z kuk Gdzie mu się równać z tym bohaterem, który wyrwał karabin maszynowy z rąk żołnierzy na Al-Azharze, i z wszystkimi innymi, o których bohaterstwie i męczeństwie wiadomości ciągle napływają. Bohaterskie czyny, piękne i porywające, były tym, o czym marzył. Całą duszą, całym sercem pragnął wzorować się na bohaterach. Jednakże w decydującym momencie zawodziły go i nerwy i kiedy walka przycichła, znajdował się na tyłach, jeśli nie w panicznej ucieczce albo w ukryciu. I znowu obiecywał sobie i postanawiał, że się nie ugnie, że się nie cofnie, zbolały, umęczony w swoim beznadziejnym dążeniu do doskonałości. Niekiedy pocieszał się mówiąc: „W końcu jestem tylko nie uzbrojonym bojownikiem i chociaż nie dokonałem bohaterskich czynów, to przecież ani razu nie zawahałem się rzucić w ogień walki.”

[...]

No bo jak można entuzjazmować się i cieszyć zwycięstwem, skoro serce jest martwe? Martwe serce? Przed chwilą wcale nie było martwe. Nie poddawaj się smutkowi, nie pozwól, aby serce oddaliło się od demonstracji [ostatniej pokojowej tuż po uwolnieniu Sa’da i wycofywaniu się Anglików – przyp. aut.]. Przecież powiedziałeś sobie, że zapomnisz. I naprawdę zapomniałeś. Mariam… Kto to jest? To stare dzieje. Żyjemy dla przyszłości, a nie przeszłości.

[...]

Rozpadła się staranna konstrukcja demonstracji. Usłyszano następną serię wystrzałów, a po niej krzyki gniewu i jęki bólu. Fale wzburzonego ludzkiego morza parły na wszystkie strony szukając ujścia. Uciekaj! Musisz uciekać! Jeśli nie, zabije cię kula, zostaniesz stratowany. Myślał o tym, żeby uciekać albo wycofać się, albo przynajmniej ruszyć z tego miejsca, ale nie zrobił nic. Dlaczego stoisz, skoro wszyscy się rozproszyli! Jesteś sam, dokoła pusto. Uciekaj! Wykonał powolny, niemrawy ruch ramionami i nogami. Co to za straszny hałas? Kto tak krzyczy? Pamiętasz? Jakże szybko uciekają wspomnienia. Czego chcesz? Chcesz wznosić okrzyki? Ale jakie? Może chcesz wołać? Ale kogo? Co? To krzyczy twój głos wewnętrzny. Słyszysz? Widzisz coś? Gdzie? Nic nie ma, nic, sam mrok, ciemność. Przyjemne, regularne kołysanie, jak wahadło zegara. Coś szemrze. Brama parku. Porusza się falistym płynnym ruchem. Wysokie drzewa tańczą z gracją. Niebo… Niebo? Rozpościera się wysoko. Spokojne, uśmiechnięte niebo.

Nadżib Mahfuz, Opowieści starego Kairu

Powieść obyczajowa Nadźiba Mahfuza, ubiegłowiecznego egipskiego noblisty przenosi nas do „historycznego” już Kairu, choć wciąż w nie tak odległe czasy pierwszo-wojennych zmagań na frontach kolejnej europejskiej paranoi. W okupowanym Kairze i tak wrze niczym w kotle typowe życie patriarchalnej rodziny egipskiej z dala od zgiełku czy szczęku pokrętnych bitew, wrze jakże „normalne” życie codzienne, w którym przeplata się i to, co rasowo prawdziwe z tym, co w nim jak podróbka wydaje się jedynie tragikomicznym rekwizytem „teatralnym”. A, tamta krewka natura ludzka wcale nie różni się od natury bardziej uświadomionego człowieka, który dziś określa siebie dumnym mianem nowoczesnego...



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin