Blog

 

18.06.2022

Fioletowy hibiscus

„przeskakiwaliśmy poprzeczkę

nie dlatego, że

wierzyliśmy w nasze siły,

tylko dlatego, że

baliśmy się jej nie przeskoczyć.”

[…]

Tata Eugene zawsze siedział na samym końcu pierwszego rzędu, tuż obok głównego przejścia, a obok niego siedziała Mama, a potem Jaja [imię brata Kambili – głównej bohaterki powieści – przyp. aut.] i ja. I zawsze pierwszy przystępował do komunii. Przyjmując komunię, większość ludzi nie klękała przed marmurowym ołtarzem z naturalnych rozmiarów figurą jasnowłosej Maryi Dziewicy, ale on klękał. Klękał i zamykał oczy tak mocno, że wykrzywiała mu się cała twarz, a potem wystawiał język najdalej, jak tylko mógł. Po komunii wracał na miejsce i patrzył, jak do ołtarza podchodzą wierni z palmowymi liśćmi, mocno ściśniętymi i ułożonymi w kształt skośnie trzymanego wachlarza – nauczył ich tego ksiądz Benedykt.

[…]

Był początek pory deszczowej i rosnące przy murze artretycznie powyginane uroczyny wypełniały podwórze słodko-mdławym zapachem kwiatów. Od podjazdu oddzielał je rząd bugenwilli, gładko przyciętych i prostych jak bufetowy stół. Bliżej domu rosły krzewy jaskrawych, karmazynowych hibiskusów, które strzelając w górę, dotykały się wzajemnie, jakby chciały wymienić płatki. Zaczynały już wypuszczać pączki, leniwie i nieco sennie, ale większość kwiatów była jeszcze czerwona. Kwitły bardzo szybko, zważywszy, że Mama często ścinała je na kościelny ołtarz i że nasi goście często zrywali je w drodze do samochodu.

[…]

…kiedy Tata rzucił w brata mszałem, nie tylko one roztrzaskały się na podłodze, że wraz z nimi runęło dosłownie wszystko. Dopiero teraz zaczynałam zdawać sobie z tego sprawę, dopiero teraz dopuściłam do siebie tę myśl. Po wyjściu Mamy leżałam, wspominając przeszłość, lata, kiedy Jaja, Mama i ja rozmawialiśmy częściej duszą niż językiem. Było tak aż do Nsukka [miejscowość w Nigerii, gdzie mieszkała ciocia Kambili – przyp. aut.]. Tam się wszystko zaczęło; przydomowy ogródek cioci Ifeomy przerwał nasze milczenie. Bunt Jaja był teraz jak eksperymentalny hibiskus cioci: wyjątkowy i pachnący nutką wolności innej niż ta, której domagał się tłum ludzi wymachujących zielonymi liśćmi na placu Rządowym po zamachu stanu. Wolności czynu i bycia sobą. Ale moje wspomnienia sięgały dalej niż do Nsukka. Sięgały do czasów, gdy wszystkie hibiskusy na naszym podwórzu były jaskrawoczerwone.

[…]

Rozmawialiśmy o trzech mężczyznach, których publicznie stracono przed dwoma dniami za przemyt narkotyków. Jaja słyszał, jak jego koledzy rozmawiali o tym w szkole. Pokazywali to w telewizji. Mężczyzn przywiązano do słupów, a ich ciała drgały nawet po tym, gdy żołnierze przestali strzelać. Powiedziałam mu to, co powiedziała mi koleżanka z klasy: że jej mama wyłączyła wtedy telewizor i spytała, dlaczego każą nam oglądać śmierć człowieka, co opętało tych wszystkich ludzi, którzy przyszli oglądać egzekucję.

[…]

Słowa w książkach zamieniały się w krew, ilekroć je czytałam. Nawet już przed egzaminami po pierwszym semestrze, nawet kiedy zaczęliśmy powtarzać materiał, wciąż nie mogły nabrać żadnego sensu. Kilka dni przed pierwszym egzaminem uczyłam się w swoim pokoju, próbując skupić się na jednym słowie naraz, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. Przyszła Yewande Coker, żona naczelnego redaktora [gazety „Standard” – przyp. aut.] Ade u Taty. Płakała. Słyszałam, bo mój pokój jest dokładnie nad salonem, poza tym nigdy dotąd nikt tak głośno u nas nie płakał. Zabrali go! Zabrali! – lamentowała, gardłowo szlochając.

[…]

Jak myślisz, dlaczego tak ciężko pracuję, żeby dać wam wszystko co najlepsze [mowa Taty do Kambili – przyp. aut.]? Macie dużo przywilejów i musicie się za to odwdzięczyć. Ponieważ Bóg dał wam dużo, dużo od was oczekuje. Oczekuje doskonałości. Ja nie miałem ojca, który wysyłałby mnie do najlepszych szkół. Mój ojciec marnował czas, czcząc drewniane i kamienne bożki. Gdyby nie księża i siostry zakonne, byłbym dzisiaj nikim. Przez dwa lata harowałem jako posługacz na plebanii. Tak, jako zwykły posługacz. Nikt nie podwoził mnie do szkoły. Do końca podstawówki codziennie chodziłem do Nimo piechotą, a to prawie trzynaście kilometrów. Gdy zdałem do Świętego Grzegorza, pracowałem jako ogrodnik u księdza. Słyszałam to już wiele razy, jak ciężko musiał pracować, jak uczyły go misjonarki i księża, jak niczego nie nauczył go ojciec, nasz Papa-Nnukwu. Mimo to kiwałam głową i udawałam, że pilnie słucham.

[…]

Większość koleżanek z klasy uważała mnie za ogródkową snobkę aż do końca semestru. Ale nie przejmowałam się tym za bardzo, bo musiałam dźwigać znacznie większy ciężar: martwiłam się, że i w drugim semestrze nie zdobędę pierwszej lokaty. Codziennie czułam się w szkole tak, jakbym miała na głowie worek z piaskiem i jakby nie wolno mi było przytrzymać go rękami. Litery w podręcznikach wciąż się ze sobą zlewały i miały kolor krwi, wciąż widziałam duszyczkę mojego nienarodzonego brata związaną cienkimi, krwawymi sznurami. Próbowałam zapamiętać, co nauczycielki mówiły na lekcjach, bo wiedziałam, że z książek niczego się nie nauczę. Po każdej klasówce wyrastała mi w gardle wielka gula, jak kawałek źle ugotowanego fufu, i tkwiła tam, dopóki nie oddano nam poprawionych zeszytów.

[…]

Otworzyły się drzwi i wszedł Tata. Nie słyszałam, jak szedł po schodach, poza tym nie przypuszczałam, że wejdzie na górę podczas narady. Dzień dobry, Tato – powiedzieliśmy razem. Kevin mówi, że byliście u dziadka Papa-Nnukwu dwadzieścia pięć minut. Czy tak wam kazałem? To moja wina – odparł Jaja. – Za długo zwlekałem. Co tam robiliście? Jedliście jedzenie dla bożków? Zbezcześciliście swój chrześcijański język. Zamarłam. Nie wiedziałam, że języki też mogą być chrześcijańskie. Nie – odrzekł Jaja. Tata podszedł do niego. Mówił teraz w igbo, bez słowa po angielsku. Myślałam, że wytarga brata za uszy, że mówiąc, będzie ciągnął za nie i szarpał, że go spoliczkuje, że zabrzmi to jak trzask ciężkiej książki spadającej z półki w szkolnej bibliotece. Że potem wyciągnie rękę i spoliczkuje mnie, tak od niechcenia, jakby sięgał po pieprzniczkę.

[…]

Nwunye m! – zawołała ciocia i Mama się odwróciła. Gdy przed dwoma laty pierwszy raz usłyszałam, że ją tak nazywa, dosłownie osłupiałam, bo nwunye m znaczy „moja żona”. Spytałam o to Tatę, a on wyjaśnił mi, że jest to pozostałość po bezbożnej tradycji, wedle której mężczyzna poślubiał nie tylko żonę, ale i jej rodzinę, a potem, chociaż ciocia Ifeoma już wyszła i zostałyśmy same, Mama szepnęła mi do ucha: „Jestem jej żoną, ponieważ jestem żoną twego ojca”.

[…]

Rodzina zawsze mówi rzeczy, które bolą – powiedziała Mama. Czy członkowie naszej ummuna [wspólnoty – przyp. aut.] nie namawiali Eugene’a, żeby wziął sobie inną żonę, bo mężczyzna z jego statusem nie może mieć tylko dwojga dzieci? Gdyby nie wspierali mnie wtedy ludzie tacy jak ty… Przestań, skończ z tą wdzięcznością – mówi ciotka Ifeoma. Gdyby Eugene to zrobił, to on byłby stratny, nie ty. Tylko tak mówisz. Dzieciata kobieta bez męża: kto to jest? Ja. Mama pokręciła głową. Znowu zaczynasz. Dobrze wiesz, o czym mówię. Jak kobieta może tak żyć? – Jej oczy zrobiły się okrągłe i zajmowały teraz więcej miejsca na twarzy. Nwunye m, czasami jest tak, że życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy kończy się małżeństwo. Ty i ta twoja uniwersytecka gadka. Studentkom też tak mówisz? – spytała Mama z uśmiechem. Żebyś wiedziała. Ale one wychodzą za mąż coraz wcześniej i wcześniej. Po co nam dyplom, mówią, skoro i tak nie ma pracy? Przynajmniej ktoś się nimi zajmie, kiedy wyjdą za mąż. Nie jestem pewna, kto zajmuje się kim. Na pierwszorocznym seminarium mam sześć mężatek. Ich mężowie przyjeżdżają co weekend mercedesami i lexusami, kupują im stereo, podręczniki i lodówki, a kiedy dziewczyny kończą studia, przechodzą na ich własność, one i ich dyplomy. Czy ty tego nie widzisz? Mama pokręciła głową. Znowu mówisz jak na wykładzie. Mąż jest ukoronowaniem życia kobiety, Ifeomo. Męża: tego właśnie chcą.

[…]

Naszym najwyższym bogiem jest Chukwu [nadrzędne bóstwo w panteonie afrykańskich wierzeń animistycznych – przyp. aut.] – powiedział dziadek – i moi ziomkowie mówią do niego tak: Daj mi i bogactwo, i dziecko, ale jeśli już muszę wybierać, daj mi dziecko, bo wraz z nim będzie rosło moje bogactwo. – Popatrzył przez ramię na nasz dom. Nekenem, spójrzcie tylko na mnie. Mój syn ma dom, w którym zmieściliby się wszyscy mieszkańcy naszej wsi, mimo to często nie mam co położyć na talerzu. Nie powinienem był pozwolić mu zadawać się z tymi misjonarzami. Nna anyi – odparła ciocia Ifeoma. – To nie misjonarze są winni. Przecież ja też chodziłam do ich szkoły, prawda? Ale ty jesteś kobietą, ty się nie liczysz. Tak? Ja się nie liczę? A czy Eugene spytał cię choć raz o twoją bolącą nogę? Jeśli się nie liczę, przestanę cię pytać, jak ci się spało i wstawało. Papa-Nnukwu zachichotał. Gdy dołączę do przodków, będzie cię straszył mój duch. Najpierw postraszy Eugene’a.

[…]

Co ty robisz, Kambili? Z trudem przełknęłam ślinę. Ja… ja… Jesz na dziesięć minut przed mszą? Na dziesięć minut przed mszą?! Dostała okresu, ma bóle… – zaczęła Mama. Kazałem jej zjeść płatki, żeby mogła wziąć panadol – przerwał jej Jaja. Sam jej zrobiłem. Diabeł was opętał? Wypowiedziane w igbo słowa buchały mu z ust jak lawa. Diabeł koczuje w moim domu? Spojrzał na Mamę. – A ty spokojnie siedzisz i patrzysz, jak twoja córka bezcześci święty post, maka nnidi? Powoli rozpiął pas, taki gruby, z kilku warstw brązowej skóry, z gładką skórzaną klamrą. Najpierw uderzył Jaja w bark. Gdy uderzył ponownie, Mama podniosła ręce i trafił ją w ramię osłonięte bufiastym, obszytym cekinami rękawem bluzki. Ja dostałam w plecy i odstawiłam miseczkę. Czasami widywałam nomadów Fulani w białych dżellabach, które trzepotały na wietrze i owijały im się wokół nóg, gdy głośno cmokając językiem, pędzili krowy przez Egnu. Poganiali je szybkimi, precyzyjnymi uderzeniami rózeg. Bijąc nas pasem, mamrocząc, że diabeł go nie pokona, Tata, choć niższy i tęższy od nich, był dokładnie taki sam jak oni, jak ci nomadzi. Skórzany pas ze świstem przecinał powietrze, ale my nie odsunęliśmy się dalej niż na dwa kroki. Wreszcie pas znieruchomiał i Tata spuścił głowę. Skurczyła mu się twarz, opadły powieki.

[…]

W drodze do samochodu ciocia Ifeoma przystanęła, żeby zerwać kilka zbrązowiałych liści z jakiegoś krzewu w ogródku. Mruczała przy tym, że przez ten harmatan [silny północno-zachodni wiatr – przyp. aut.] wszystko jej uschnie. Amaka i Obiorą [dzieci cioci Ifeomo – przyp. aut.] głośno jęknęli. Mamo, tylko nie ogródek, nie teraz. To hibiskus, prawda? – spytał Jaja, patrząc na kwiat rosnący tuż przy kolczastym drucie. – Nie wiedziałem, że mogą być fioletowe. Ciocia Ifeoma roześmiała się i dotknęła ciemnoczerwonego kwiatu. Czerwień była tak głęboka, tak intensywna, że wpadała niemal w fiolet.

[…]

Tak naprawdę mam na imię Chukwuka. Jaja to przezwisko z dzieciństwa. Brat klęczał w ogródku. Był tylko w dżinsowych szortach i falowały mu mięśnie na plecach, gładkie i długie jak brzeg grządki, którą pielił. Kiedy był malutki, mówił tylko „ja-ja”, więc zaczęliśmy go tak nazywać – wtrąciła ciocia Ifeoma. Spojrzała na niego i dodała: – Powiedziałam twojej mamie, że to dobre imię, że pójdziesz w ślady Jaja z Opobo. Jaja z Opobo? Upartego króla? – spytał Obiorą. Zbuntowanego – poprawiła go ciocia. – Zbuntowanego króla. Mamo, co znaczy „zbuntowanego”? Co ten król zbuntował? – spytał Chima. On też był w ogródku i robił coś na kolanach, chociaż ciocia często powtarzała: „Kwusia, przestań” albo „Jeśli zrobisz to jeszcze raz, dam ci klapsa”. Był królem ludu Opobo – odrzekła – i kiedy przyszli Anglicy, nie pozwolił im przejąć handlu. Nie zaprzedał duszy za garść prochu, tak jak inni królowie, więc Anglicy wygnali go do Indii Zachodnich. Już nigdy tu nie wrócił. – Ciocia polewała konewką rząd maleńkich, zbitych w kiście kwiatków koloru banana. Gdy ją przechylała, z dyszy tryskały strumyczki wody. Zużyła już największy baniak, który napełniliśmy z rana. To smutne – powiedział Chima. – Może nie powinien był się buntować. – Przysunął się bliżej i przykucnął obok Jaja. Zastanawiałam się, czy wie, co znaczy „przejąć handel” i „zaprzedać duszę za garść prochu”. Ciocia powiedziała to tak, jakby wiedział. Czasem dobrze jest się zbuntować – odparła. – Bunt jest jak marihuana, w odpowiednich dawkach bywa pożyteczny. Bardziej niż te świętokradcze słowa uderzył mnie ton jej głosu. Podniosłam głowę. Rozmawiała z Chimą i Obiorą, ale patrzyła na mojego brata. Obiorą uśmiechnął się i poprawił okulary. Tak czy inaczej, Jaja z Opobo nie był święty. Sprzedał swój lud w niewolę, poza tym Anglicy i tak w końcu zwyciężyli. Bunt, bunt i po buncie.

[…]

Opowiedz o żółwiu – zapiszczał Chima. – O tym, dlaczego ma pękniętą skorupę. Papa-Nnukwu odchrząknął. Dawno, dawno temu,  żółw wracał na swoje spalone słońcem gospodarstwo, żeby zobaczyć, czy nie zostało tam jakichś warzyw do zebrania. Przystanął w krzakach, żeby się załatwić, ale ponieważ krzaki uschły, prawie wcale go nie zasłaniały. Spojrzał więc przed siebie i zobaczył, że nieco dalej stoi pies. Pies stał i śpiewał z zadartym łbem. Śpiewa do nieba? – pomyślał żółw. Po co? Pewnie postradał rozum z rozpaczy. Wytężył słuch i usłyszał: „Nne, nne, matko moja, matko”. Wtedy żółw podszedł bliżej i zażądał wyjaśnień. Pies przyznał, że jego matka wcale nie umarła, że poszła do nieba, gdzie mieszkała z zamożnymi przyjaciółmi. Wyglądał tak dobrze, bo codziennie go dokarmiała. „To potworne! – ryknął żółw. – A nam wmawiałeś, że jesz odchody! Zaczekaj tylko, aż wieś się dowie!” Oczywiście żółw był chytry, jak to żółw. Nie miał zamiaru nikomu o tym mówić. Wiedział, że pies zechce go przekupić i zaproponuje mu wyprawę do nieba. Kiedy to zrobił, żółw udał, że się zastanawia, ale z pyska już ciekła mu ślinka. Pies zaśpiewał jeszcze raz, z nieba spuścił się sznur i weszli na górę. Matka psa nie była zadowolona, że syn przyprowadził kolegę, ale nakarmiła obydwu. Żółw jadł jak zwierzę bez żadnego wychowania. Pożarł prawie całe fufu [potrwa mączna z manioku lub kukurydzy – przyp. aut.] i zupę onugbu [zupa na wywarze mięsnym lub rybnym – przyp. aut.], a potem wlał sobie do gardła cały róg wina palmowego, chociaż miał w pysku pełno jedzenia. Zjedli i zeszli po sznurze na dół. Żółw obiecał psu, że nic nikomu nie powie, pod warunkiem że do końca głodu będzie mógł chodzić z nim do nieba. Pies na to przystał, bo co mógł zrobić? Im więcej żółw jadł, tym bardziej robił się żarłoczny, aż pewnego dnia postanowił, że pójdzie do nieba sam i zje porcję psa. Przyszedł na umówione miejsce w buszu i zaczął śpiewać, naśladując jego głos. Opadł sznur. Wtedy nadbiegł pies, zobaczył, co się dzieje i głośno zawył: „Nne, nne, matko moja, matko!” Matka natychmiast przecięła sznur i żółw, który był już w połowie drogi do nieba, runął w dół. Spadł na stertę kamieni i pękła mu skorupa. Od tamtego dnia żółwie mają pękniętą skorupę. Żółwie mają pękniętą skorupę! – zachichotał Chima.

[…]

Papa-Nnukwu podniósł wzrok i popatrzył na księdza białym jak mleko okiem. Naprawdę? To teraz nasi synowie jeżdżą nawracać do krainy białych? My jeździmy do krainy białych, biali jeżdżą do krainy czarnych – odrzekł ksiądz Amadi. Wszędzie tam, gdzie potrzeba księdza. To dobrze, synu. Ale nie okłamujcie ich. Nigdy. Nie uczcie ich pogardy dla ojców. – Dziadek spojrzał w dal i pokręcił głową. Słyszał ksiądz? – rzuciła Amaka. – Niech ksiądz nie okłamuje tych biednych ignorantów. Będzie trudno, ale spróbuję – odrzekł po angielsku ksiądz Amadi. Gdy się uśmiechał, miał kurze łapki w kącikach oczu. Wie ksiądz, to jest tak, jak z przyrządzaniem okpa odezwał się Obiorą. – Miesza się mąkę z olejem palmowym, a potem godzinami gotuje na parze. Myśli ksiądz, że wyjdzie z tego sama mąka? Albo sam olej? O czym ty mówisz? O religii i ucisku. Powiadają, że szaleńcami są nie tylko ci nadzy żebracy na rynku – odparł ksiądz. – Widzę, że masz nawrót obłędu, że znowu mu uległeś, okwia? Obiorą i Amaka wybuchli śmiechem. Amaka nigdy nie śmiała się tak głośno jak przy księdzu Amadim. Oto słowa prawdziwego misjonarza – powiedziała.

[…]

Ledwo zdążyłam wrócić do łóżka, gdy wszedł Tata. Już wiedział. Chciałam się przesunąć, jakby zmiana pozycji pomogła mi ukryć to, co przed chwilą zrobiłam. Chciałam spojrzeć mu w oczy, sprawdzić, czy naprawdę wie i jak się o tym dowiedział. Ale nie przesunęłam się i nie spojrzałam, nie mogłam. Ze strachu. Wiedziałam, co to strach, jednak za każdym razem odczuwałam go inaczej, jakby występował w wielu smakach i barwach. Wszystko, co robię, robię dla twego dobra – powiedział Tata. – Rozumiesz? – Tak, Tato. – Wciąż nie byłam pewna, czy wie o portrecie [zmarłego dziadka poganina, ukrywanego przed despotycznym Tatą – przyp. aut.]. Usiadł na łóżku i wziął mnie za rękę. Kiedyś popełniłem grzech na moim własnym ciele – mówił. – Zobaczył to dobry ksiądz, u którego mieszkałem; chodziłem wtedy do Świętego Grzegorza. Poprosił mnie, żebym zagotował wodę na herbatę. Wlał ją do miski i zanurzył w niej moje ręce. Tata patrzył mi prosto w oczy. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek popełnił jakiś grzech, że jest do tego zdolny. Już nigdy więcej tak nie zgrzeszyłem. Ksiądz zrobił to dla mojego dobra. Gdy wyszedł, nie myślałam ani o jego zanurzonych we wrzątku rękach, ani o schodzącej skórze, ani o jego ściągniętej z bólu twarzy. Myślałam o portrecie Papa-Nnukwu w torbie. Powiedziałam o nim bratu dopiero nazajutrz, w sobotę, gdy zajrzał do mnie w porze nauki. Był w grubych skarpetach i bardzo ostrożnie stawiał nogi, tak samo jak ja. Ale nie rozmawialiśmy o naszych stopach. Pomacał ukryty w torbie portret, powiedział, że też mi coś pokaże, i zszedł do kuchni. To coś było zawinięte w taką samą czarną folię i schował to w lodówce, pod butelkami fanty. Widząc moją zaskoczoną minę, wyjaśnił, że nie są to zwykłe łodyżki, że to sadzonki fioletowego hibiskusa. Chciał je dać ogrodnikowi. Wciąż wiały harmattany i ziemia była sucha, ale ciocia Ifeoma powiedziała, że jeśli regularnie je podlewać, łodyżki mogą wypuścić korzenie, że hibiskusy nie lubią zbyt wilgotnej gleby, chociaż za suchą też nie przepadają. Gdy o nich mówił, błyszczały mu oczy i cały czas trzymał te zimne, wilgotne patyczki w wyciągniętych rękach, żebym mogła ich dotknąć. Powiedział o nich Tacie, lecz gdy tylko usłyszał jego kroki, szybko schował je z powrotem do lodówki.

[…]

Drugiego dnia szkoły dołączyłam do grupy dziewcząt na boisku do siatkówki. Nie słyszałam ich szeptów, nie słyszałam szyderczego śmiechu. Nie zauważyłam, jak podszczypują się z rozbawienia. Stałam z mocno zaciśniętymi rękami, dopóki nie wybrano mnie do drużyny. Widziałam jedynie gładką, brązową twarz księdza Amadiego [misjonarza Błogosławionej Drogi – przyp. aut.] i słyszałam jego głos: „Masz dobre nogi, w sam raz do biegania”.

[…]

Tata wyrwał mu portret. Jego ręce poruszały się szybko i wprawnie. Malunek przepadł, już go nie było. Przedstawiał sobą coś, co straciłam, czego nigdy nie miałam, czego nigdy nie dane mi będzie mieć. Przepadło nawet wspomnienie, bo na podłodze leżały tylko kawałki brązowawego papieru. Były bardzo małe, bardzo równe. W przypływie obłędu wyobraziłam sobie nagle ciało dziadka, które pocięto na maleńkie kawałeczki i schowano do lodówki. Nie! – krzyknęłam. Rzuciłam się na podłogę, chcąc je ocalić, jakbym ocalając portret, ocalała samego dziadka. Upadłam, osłoniłam je własnym ciałem. Co w ciebie wstąpiło? – spytał Tata. – Co ci się stało? Leżałam zwinięta w kłębek, jak dziecko w macicy na obrazku w Naukach przyrodniczych dla gimnazjum. Wstawaj! Zostaw to malowidło! Ani drgnęłam. Wstawaj! – powtórzył. Nie zareagowałam. Wtedy zaczął mnie kopać. Metalowe sprzączki na jego kapciach kąsały jak gigantyczne komary. Cały czas mówił, zupełnie nad sobą nie panując, to w igbo, to po angielsku, co brzmiało tak, jakby miękkie mięso mieszało się z ostrymi kośćmi. Bezbożnica. Bałwochwalstwo. Ogień piekielny. Kopał coraz szybciej i szybciej, i pomyślałam o piosenkach Amaki, o tych kulturowo świadomych utworach zaczynających się od spokojnego saksofonu, który po chwili ginął, zagłuszony pełnym wigoru śpiewem. Zwinęłam się wokół kawałków portretu w jeszcze ciaśniejszy kłębek. Były miękkie jak puch. I wciąż miały metaliczny smak akwareli. Kopniaki piekły coraz bardziej, coraz bardziej przypominały ukąszenia komarów, bo metalowe sprzączki trafiały teraz w nagą skórę, w bok, w plecy i w nogi. Kopał. Kopał. I kopał. A może używał pasa, bo czułam uderzenia ciężkiej metalowej klamry. Bo słyszałam świst powietrza. Ukąszenie za ukąszeniem, uderzenie za uderzeniem. I słona wilgoć w ustach. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w niebyt.

[…]

Ksiądz Amadi bardzo w nich wierzy – wykrztusiłam. W tych chłopców? Tak – odparł, uważnie mi się przypatrując. – Ale ta wiara jest potrzebna bardziej mnie niż im. Dlaczego? Ponieważ muszę wierzyć w coś, czego nigdy nie zakwestionuję.

[…]

Wiesz, wciąż szukamy dziewczyny, która zagrałaby Najświętszą Panienkę w naszym przedstawieniu. Powinnaś spróbować. Kiedy byłem w seminarium, zawsze grała ją najpiękniejsza nowicjuszka. Wzięłam głęboki oddech, modląc się, żebym nie zaczęła się jąkać. Nie mogę. Nigdy nie grałam. Warto spróbować. – Przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik odpalił z piskliwym zgrzytem. Zanim ruszyliśmy, ksiądz spojrzał na mnie i dodał: – Możesz zrobić wszystko, co zechcesz, Kambili. W drodze powrotnej śpiewaliśmy z chórem z kasety. Śpiewałam coraz śmielej i śmielej, i wreszcie mój głos stał się równie czysty i melodyjny jak jego.

[…]

Zobacz – powiedział Jaja, gdy wysiedliśmy z samochodu. – Fioletowe hibiskusy zaraz zakwitną. Wskazał je ręką, ale nie musiał. Sama zobaczyłam. Kołysały się lekko na wieczornym wietrze i miały senne, owalne pączki. Nazajutrz była Niedziela Palmowa. Jaja nie przystąpił do komunii, Tata rzucił w niego mszałem i stłukł figurynki.

[…]

Po Niedzieli Palmowej wszystko się rozpadło. Nadciągnęły gniewne deszcze i wyjące wichry, które poprzewracały uroczyny na podwórzu. Drzewa leżały tam, muskając trawę różowymi i białymi kwiatami, a z ich sterczących korzeni zwisały grudy ziemi. Z dachu garażu spadł talerz anteny satelitarnej i wylądował na podjeździe niczym statek kosmiczny obcych. Wypadły drzwi do mojej garderoby. Sisi [służąca – przyp. aut.] zbiła porcelanowy serwis Mamy. Nawet otulająca dom cisza zagościła w nim nagle, jakby ta dawna roztrzaskała się na ostre kawałki. Każąc Sisi przetrzeć podłogę w salonie, żeby nikt nie pokaleczył sobie stóp, Mama nie zniżyła głosu do szeptu. Nie próbowała też ukryć lekkiego uśmiechu, od którego marszczyły jej się usta w kącikach. A potem zamiast przemycić jedzenie w wypranej bieliźnie, zaniosła je bratu na białej tacy, z białym talerzem od kompletu. Coś nad nami wisiało. Czasami pragnęłam, żeby był to tylko sen, ten mszał, etażerka, te roztrzaskane figurynki, to kruche powietrze. Wszystko było zbyt nowe, zbyt obce i nie wiedziałam, jak się zachować. Do łazienki, kuchni i jadalni chodziłam na palcach. Podczas kolacji wbijałam wzrok w zdjęcie dziadka, to, na którym był w odświętnym stroju joannitów, a gdy nadeszła pora modlitwy, szybko zamykałam oczy. Jaja nie schodził na dół, chociaż Tata go prosił. Za pierwszym razem, dzień po Niedzieli Palmowej, nie mógł otworzyć drzwi do jego pokoju, bo Jaja zastawił je biurkiem.

[…]

Zrobili Tacie sekcję zwłok. Znaleźli truciznę w jego ciele. Powiedziała to tak, jakbyśmy dobrze o tym wiedzieli, jakbyśmy celowo ją podłożyli, tak na widoku, żeby ktoś znalazł ją, jak białe dzieci znajdują wielkanocne jajka ukryte w trawie przez dorosłych; czytałam o tym w książkach. Truciznę? – powtórzyłam. Mama zacisnęła węzeł spódnicy i rozsunęła kotary, żeby sprawdzić, czy przez żaluzje nie wpada deszcz. Poruszała się spokojnie i powoli, mówiła tak samo. Przed wyjazdem do Nsukka zaczęłam dosypywać mu do herbaty. Dostałam od Sisi; jej wuj jest wielkim szamanem. Przez długą chwilę nie mogłam o niczym myśleć. W głowie miałam pustkę, w duszy też. Potem przypomniało mi się, jak ją piliśmy, jak piliśmy tę herbatę, przypomniały mi się te łyczki miłości, to palące pieczenie na języku. Dlaczego do herbaty? – spytałam, wstając. Mówiłam głośno. Prawie krzyczałam. – Dlaczego akurat do herbaty? Ale Mama nie odpowiedziała. Milczała nawet wtedy, gdy zaczęłam nią potrząsać i Jaja musiał mnie odciągnąć. Milczała, odchodząc, gdy mnie objął i chciał objąć ją. Parę godzin później przyjechała policja. Powiedzieli, że chcą zadać nam kilka pytań. Skontaktował się z nimi ktoś ze szpitala i mieli już protokół z sekcji zwłok. Jaja nie czekał. Powiedział im, że użył trucizny na szczury, że dosypywał jej Tacie do herbaty. Pozwolili mu zmienić koszulę, a potem go zabrali.

[…]

Mama kręci głową i zsuwa jej się chustka. Mama zawiązuje ją luźno, tak samo jak przedtem. Sukienkę też ma źle zawiązaną i często ją poprawia, tak jak niechlujne handlarki na rynku, które chodząc w rozchełstanych owijkach, pokazują wszystkim dziurawe majtki. Ale ona nie zwraca na to uwagi i chyba nawet nie wie, że tak wygląda. Bardzo się zmieniła, odkąd Jaja poszedł do więzienia, odkąd zaczęła rozpowiadać ludziom, że zabiła Tatę, że to ona wsypała truciznę do herbaty. Pisała nawet listy go gazet. Ale nikt jej nie słuchał; teraz też nikt jej nie słucha. Myślą, że odmienił ją smutek i to, że wciąż nie wierzy, iż jej mąż nie żyje, a syn siedzi w więzieniu, że przez ten smutek i okłamywanie samej siebie jest teraz jak kościste widmo, powleczone skórą w plamki wielkości pestek arbuza. Może właśnie dlatego wybaczyli jej to, że przez rok nie ubierała się na czarno albo na biało. Może dlatego nikt nie skrytykował jej za to, że nie była na mszy w pierwszą i drugą rocznicę śmierci męża, że nie ścięła włosów.

[…]

Zawsze noszę przy sobie jego [księdza Amadiego – przyp. aut.] ostatni list do chwili, gdy przychodzi kolejny. Wspomniałam o tym Amace [córce cioci Ifeomo – przyp. aut.], a ona odpisała, że jestem ckliwie zakochana, i narysowała mi uśmieszek. Ale nie dlatego noszę w torebce te listy; zakochania jest w tym zresztą bardzo mało. Kończy je słowami: „Jak zawsze”, nie dodaje nic więcej. I nigdy nie odpowiada, gdy pytam, czy jest szczęśliwy. Mówi, że pójdzie tam, gdzie wyśle go Pan. Prawie nie wspomina o swoim nowym życiu, nie licząc krótkich anegdotek, jak choćby ta o starej Niemce, która nie chce podać mu ręki, bo uważa, że czarni nie powinni być księżmi, albo o bogatej wdowie, która codziennie zaprasza go na kolację. Jego listy dają mi do myślenia. Noszę je ze sobą, ponieważ są długie i szczegółowe, ponieważ przypominają mi o mojej prawości i pobudzają uczucia. Kilka miesięcy temu napisał, że nie chce, abym szukała odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”, ponieważ są rzeczy, których wytłumaczyć się nie da, o które nie warto, a może nawet nie ma sensu pytać. Nie wspomniał o Tacie – rzadko kiedy o nim wspomina – ale wiem, co miał na myśli, rozumiem, że próbował poruszyć we mnie coś, co bałam się poruszyć sama. Noszę je też ze sobą dlatego, że dzięki nim jestem w stanie łaski. Amaka twierdzi, że kobiety zakochują się w księżach, żeby współzawodniczyć z Bogiem, żeby z Nim rywalizować. Ale my ze sobą nie rywalizujemy, Bóg i ja, my się nim dzielimy. Już nie zastanawiam się, czy mam prawo go kochać, tylko po prostu go kocham. Już nie zastanawiam się, czy czekami, które wypisuję dla Misjonarzy Błogosławionej Drogi, próbuję przekupić Boga, tylko wypisuję je i wysyłam. I już nie zastanawiam się, czy chodzę teraz do Świętego Andrzeja w Enugu dlatego, że tamtejszy proboszcz jest misjonarzem z Błogosławionej Drogi, tak samo jak ksiądz Amadi. Po prostu tam chodzę.

[…]

Brat przestaje jeść i patrzy na mnie bez słowa wzrokiem, który z każdym miesiącem w zamknięciu robił się coraz twardszy i twardszy. Jego oczy są teraz nieustępliwe jak kora palmy. Zastanawiam się nawet, czy naprawdę rozmawialiśmy kiedyś asusu anya, językiem wzroku, czy tylko mi się tak zdawało. Za tydzień wyjdziesz z więzienia – mówię. – Za tydzień będziesz w domu. Chcę wziąć go za rękę, ale wiem, że ją zabierze. W oczach ma za dużo winy, żeby mógł mnie widzieć, widzieć swoje odbicie w moich źrenicach, obraz mojego bohatera, brata, który zawsze próbował mnie chronić najlepiej, jak umiał. Zawsze będzie uważał, że zrobił za mało, i nigdy nie zrozumie, że ja tak nie myślę.

[…]

Najpierw zabierzemy go do Nsukka, a potem pojedziemy do Ameryki, do cioci Ifeomy – mówię. A kiedy wrócimy, zasadzimy w Abba nowe drzewka pomarańczowe. I fioletowe hibiskusy! Jaja posadzi hibiskusy, a ja ixorę, żebyśmy mogli ssać sok z kwiatów. – Śmieję się. Obejmuję Mamę za ramię, a ona nachyla się ku mnie z uśmiechem. Niebo jest zasnute ciężkimi chmurami. Są jak farbowana bawełna i wiszą tak nisko, że mogłabym wyciągnąć rękę i wycisnąć z nich całą wilgoć. Niedługo spadną nowe deszcze.

Chimamanda Ngozi Adichie, Fioletowy hibiskus

Autobiograficzna powieść Chimamandy Ngozi przenosi nas na południowo-wschodnią nigeryjską prowincję (obszar dawnej Biafry) w czasy ostatniej junty wojskowej w lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Młoda Kambili, nigeryjska chrześcijanka dojrzewa w paranoicznym strachu przed fanatycznie religijnym i despotycznym ojcem od którego i nie na niby jej świat się zaczął, ale i na nim rodzicielu wcale nie skończył. U taty Eugene'a bowiem skrajność ideologiczna poszła w parze z brutalną przemocą a na tak skrojoną i „szatańską” przemoc odpowiada się tym, co jest "i jedyne i słuszne” a zatem cichym odwetem.



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin