Blog

 

23.07.2022

Ta niedziela

Tak bardzo niecierpliwie czekaliśmy,

by powołać ją znów do życia,

że zaplanowaliśmy wskrzesić ją

w następną niedzielę po pogrzebie.

Ale nie było następnej niedzieli.

[…]

Po co jej to mówi? Dziewczyna wie przecież, że co niedziela o tej porze jeździ samochodem po pierożki do Violety. Ale jako że przemilczał dzisiejszą sprawę przed żoną, że odłożył krzyk na później, żeby uwierzyła, że rytuał Luxu i Odoronu, i Colgate, i Listeriny, i Yardleya, który zajmuje mu dokładnie dwie godziny każdego ranka, niczym nie różnił się do pozostałych, ta cisza kazała mu odezwać się do kogokolwiek, choćby i do służącej, która i tak o tym wie. Może Violeta. Może ona odgadnie, taka od lat uważająca. Ale nie. Jej też o niczym nie powie. Dopiero później.

[...]

Najpierw jego oczy: pokonane, upraszające jak oczy żebraka pod drzwiami kościoła, rozmyte w widocznej części twarzy, której nędza nadała wyraz bezbronności. A przecież i tak ubrany jest odświętnie. Wyelegantowany w sposób nieledwie komiczny. Pokonani nie ubierają się odświętnie. Temu typowi coś jeszcze zostało. Tak, lśniąca od tłuszczu plereza. Nic więcej, bo koszula jest niechlujna, a niebieski garnitur, zbyt obszerny na niego, spłowiały jest tak, że niemal wpada w fiolet. Ale plereza jest okazała i agresywna pomimo deszczu i niepewnego spojrzenia.

[...]

To kim jesteś? Pytanie jest zbędne. Choć nie zna jego nazwiska, wie, że gdyby tamten zdjął szalik z ust, odsłoniłby myszkę na krawędzi górnej wargi. To on. Mężczyzna nie odpowiada na jego pytanie. Czy muszę wiedzieć, jak się nazywa ten obszarpaniec. Najgorsze, że wie, tylko wyleciało mu z pamięci. Pewnej niedzieli spostrzegł go jedzącego śniadanie w kuchni jego domu, śmiejącego się ze służącymi i przypomina sobie dźwięk jego śmiechu, ale nie pamięta, kim ten człowiek jest. Szalik zatrzymuje parę jego oddechu. Gdyby pokazał mu myszkę i gdyby on zobaczył ją niby śmiertelne wybrzuszenie brodawki na ustach tamtego, przypomniałby sobie, kim jest. Ale po co chce wiedzieć? Jeden z tylu ubogich Chepy z tymi ich żałosnymi problemami, że dzieciak się pochorował, że moja baba poszła do innego, że tak mnie boli, o, tutaj, że muszę mieć świadectwo urodzenia, a nie wiem, jak je wydostać, że dach mi cieknie, że sąsiadka ukradła mi garnek, senora Chepa, na miłość boską, i co ja zrobię, bo ona się przeniosła na inne osiedle. Alvaro czuje, jak sztywnieje mu kark. Maya. Ten oberwaniec, co tyle im się naprzykrzał parę lat temu, ten z myszką na ustach. Zwrócił na niego uwagę tamtej niedzieli, kiedy zajrzał do kuchni, żeby zobaczyć, kto to tak się głośno zaśmiewa ze służącymi. Ile to Chepa płakała, kiedy ten Maya zniknął! Ale teraz, już od roku prawie nie wspomina Mai i przestała płakać, że biedaczysko nie wraca wygłodniały w poszukiwaniu jej cycków szczennej suki, dręczonej pragnieniem, by ją wyssać. Tak. Niemało się napłakała, więcej niż. W gruncie rzeczy nigdy nie widział, żeby tyle płakała. Jakże ma go nie pamiętać, skoro teraz, nagle, uświadomił sobie, że tylko ten jeden jedyny raz w czasie ich trzydziestoletniego pożycia widział, żeby płakała.

[...]

W następną niedzielę Violeta przyszła znów przynosząc jeszcze więcej pierożków, a także w następną i jeszcze następną. Co niedziela pojawiała się z koszykiem w jednej ręce, drugą prowadząc Mirellę, i zostawała na śniadanie, w kuchni. Po śniadaniu Meche i Pina brały Mirellę, żeby się bawić. Zabawiały się malowaniem jej, jakby była lalką, upinały jej ekstrawaganckie fryzury naśladując aktorki filmowe, co ona znosiła pochlipując, nie umiała bowiem przeciwstawić się dwóm dziewczynkom tyle od niej starszym, które kazały jej siedzieć cicho, kiedy wsadzały jej we włosy rozgrzane lokówki. Nie lubiła chodzić do Yivesów. Co niedziela odchodziło tupanie, kiedy matka pomagała jej się ubierać. Wolała siedzieć w swoim domu, pobiegać na dworze z dzieciakami z sąsiedztwa. Lubiła, kiedy matka posyłała ją do sklepiku na rogu, by kupiła yerba mate i bułeczki. Nienawidziła domu Vivesów i tych ludzi, którzy, jak jej mówiono, mieli zamknąć ją w jakimś liceum, żeby się uczyła i została „kimś” w życiu. Jakby na to trzeba było się uczyć. Violeta starzała się. Jej ciało, tak jędrne i białe, kiedy prowadziła ruchliwe życie, od odpoczynku stało się zwiotczałe, posiniałe i każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku. Czasami Alvaro zadawał sobie pytanie, jak to możliwe, żeby Violeta, tylko cztery lata starsza od niego, tak się zestarzała. Już nie mogła odbywać niedzielnych podróży z koszykiem do Vivesów, więc on zaczął jeździć i zostawiać jej pieniądze na następny tydzień. Jeśli bowiem początkowo przyjmowali od Violety pierożki jako wyraz podtrzymywania więzów z rodziną, która tak dobrze się z nią obeszła, to później, gdy pierożki stały się obowiązkowym rytuałem, nie sposób było stale przyjmować je w prezencie. Po pierwsze rodzina powiększała się i początkowy tuzin przestał wystarczać, zwłaszcza przy apetytach zięciów i wnuków. Wobec tego Vivesovie zaczęli płacić jej za „surowce”, ona zaś dokładała swoją pracę - ale to przecież męczące, kobieto, a Mirella wcale ci nie pomaga. Nie, proszę pani, naprawdę mogę to robić, niech pani pozwoli, państwo byli dla mnie tacy dobrzy, skoro mam jeszcze siłę wygniatać ciasto, jakże to mielibyście mi płacić - i musieli przyjąć w prezencie przynajmniej jej pracę i kunszt.

[...]

W jednej chwili cały samochód wypełnia się świątecznym zapachem ciepłych pierożków. Nie-dziel całego życia. Na zewnątrz pada i jest zimno. Violeta nie powinna była wychodzić za nim. zresztą. Jest niedziela. Dzwon bije w kościele niedaleko. Jakieś dzieciaki grają w piłkę gazetami związanymi sznurkiem i on wymija je powoli, lecz zaledwie samochód przejeżdża, dzieciaki wracają do zabawy, jak gdyby on nigdy nie istniał. Ten złoty, ciepły zapach. Dziś niedziela, a ja zapomniałem zostawić jej pieniądze na pierożki na przyszły tydzień. Nieważne. później, później . ale ten zapach niedzieli wypełniający samochód, niedzieli, tamtej niedzieli, tamta niedziela, tamten zapach niedzieli, niedzielnego poranka, niezbyt jednak wcześnie, kiedy służące mają pełno zajęć w domu, ale w innej części domu, jedna sprząta salon z głową owiązaną jakimś gałganem, druga obsługuje matkę, jeszcze inna ubiera mojego młodszego brata, inna podlewa kwiaty w holu, inna jeszcze podśpiewuje w kuchni, kiedy otwiera piecyk, żeby sprawdzić, co tam z pierożkami, i wtedy, w tej właśnie chwili ten zapach niedzieli o poranku, ale niezbyt wcześnie, zaczyna powoli krążyć po domu z głębi kuchennego podwórza, przez hole i korytarze, wślizguje się przez szpary pod drzwiami, by wniknąć do zamkniętych pokojów, gdzie jeszcześmy się nie przebudzili - wsącza się popod drzwiami do mojej sypialni rozgrzanej przez letni poranek, gdzie zamknięte żaluzje, zasunięte zasłony, prześcieradło niemal naciągnięte na głowę, a zapach ledwie złocącego się ciasta zwycięża wszystkie inne ciepłe wonie pokoju i dobiega moich nozdrzy, i stamtąd wydaje dyspozycje aż w głąb mojego snu, rozpalonego od rzeczy lekko wilgotnych, spoconych i lepkich pośród prześcieradeł, stanowiących jakby przedłużenie mojej skóry, w których fragmenty mnie samego budzą się, rozpalonego od wilgotnych ciemności tam w dole, od rzeczy dotykalnych i naprężonych pod prześcieradłem, a które także są mną, ale wilgotnym od ciepła tam w dole, między nogami, i zapach złocącego się ciasta budzi jakby pchnięcie pomiędzy nogami, woń, co grzebie w mojej uśpionej pamięci w poszukiwaniu wspomnień, które nie istnieją, i tworzy w niej muśnięcia i zapachy: to białe ciasto złocące się w piecu niczym nie znana mi skóra, ten ciepły zapach niedzieli o poranku pieszczotliwie dotykający mojego członka, który ściskam w dłoniach, bo zaraz wybuchnie. Ale nie. Nie, nie, nie...

[...]

Violeta! Jest w głębi domu i nie usłyszy go. Leży sztywno, nie oddychając, nie dotykając niczego, żeby jego wyciągnięte ciało nie robiło hałasu i by mógł usłyszeć Violetę, jak porusza się w głębi domu, ustawia rzeczy, może pierze albo zmywa, ona taka czysta. Taka czysta, że kiedyś wszedłem do jej pokoju i zobaczyłem prześcieradła na łóżku wykrochmalone jak u wiejskiej praczki i kiedy usłyszałem ją idącą korytarzem, wybiegłem, bo pachnie tym zapachem czystości, który nie jest mydłem, tylko skórą, prześcieradłem, złocącym się pierożkiem. Alvaro uciekł wtedy. I schował się w łazience i zrobił to sobie sam, tak, sam, a ksiądz mu powiedział na spowiedzi, że to grzech, i to najgorszy ze wszystkich, najgorszy, ale co miał zrobić, jak tego uniknąć, skoro to coś, co paliło go między nogami, posiadało straszliwą autonomię. Unikaj złych myśli. Nie wstępuj na ścieżkę zła. Bądź czysty. Myj się. Co powiedziałaby twoja matka, gdyby wiedziała. A jeśli nadal będziesz to robił, to sam wiesz, zostaniesz mały, wątły, bez sił, nie będziesz mógł mieć dzieci, potwór, odrażająca istota, taka jest kara za to, że czasami, ale bardzo rzadko, bo się boisz, robisz to sobie w twoim pokoju, w jakąś niedzielę rano, kiedy jest bardzo gorąco, a w głębi domu Violeta otwiera piecyk, żeby zobaczyć, czy pierożki...

[...]

Ja. To, co wchodzi w ciebie, to ja. Cały ja. Nic z mojego ja nie zostaje na zewnątrz. Ty i ja, sami w ten niedzielny poranek, ale niezbyt wcześnie, w ten poranek powolny i długi, bo może przeciągnąć się na cały dzień i całą noc.

[...]

Alvaro odetchnął z ulgą. Z tego, co powiedziała, jasno wynikało, że nie ma między nimi innej więzi niż to porozumienie dwóch ciał pośród ciepłych prześcieradeł, upojone zapachem i wzajemnym dotykiem. To wspaniale, dzięki temu bowiem, mimo intymnej zażyłości, oboje pozostali nietknięci - wyznaczając sobie granice, ustalając zasady, oboje pozostali bezpieczni. On wykorzystywał ją, a ona jego, i wiedzieli o tym, gdyby nie znaleźli siebie tamtego lata, oboje i każde z osobna, oszaleliby. Nieszkodliwy związek. Violeta wie, że nigdy, nawet gdyby czekała całe życie, don Alvarito nie zakochałby się w niej, bo on zawsze zakochuje się w dziewczętach, z którymi się umawia. Ona też nie. Nie kocha go tak jak Marina. Chce wrócić do swojej wioski, by ożenić się z chłopakiem stamtąd i założyć we wsi rodzinę, i być wiejską matroną jak jej matka i ciotki, jak przedtem jej babki i prababki. grubą wiejską babą, krzykliwą, bezzębną, zmordowaną praniem w strumieniu, z kupą dzieciaków, kłócącą się z pijanym mężem, zgorzkniałą, bo w domu nigdy nie ma dość pieniędzy. Ideał. Norma, coś, co szanuje i czego pragnie, los, który jest jej pisany, miejsce we wszechświecie, gdzie nigdy nie ogarną jej wątpliwości, bo jest to miejsce jej należne.

[...]

Alvaro nie kocha jej. Ale pokocha. Jest tego pewny, bo Chepa ma wszystko, żeby ją kochać, i przedstawia sobą wszystko co najlepsze, apogeum jego świata. Za rok zda egzamin adwokacki. Pracuje w słynnej firmie prawniczej ojca. Jutro pojedzie z nią do parku samochodem. Gdyby chociaż jej dotknąć. Jak by to było, gdyby jej dotknął? Obiecał, że pożyczy jej Marianelę. Ona mu obiecała La robe de laine. Żadne z nich nie interesuje się powieściami, ale od czegoś trzeba zacząć. A na przyjęciach coraz częściej razem spędzają czas, tańczą shimmy, potem siadają, by porozmawiać, i młodzi ludzie już nie zjawiają się tak często, aby prosić o tańce, bo wiedzą, że oni są parą. Powiedział o tym Violecie.

[…]

Dlaczego właściwie nazywaliśmy je „niedzielami” w domu babki? Niedziele były krótkie, oficjalne, wymagały od nas najbardziej przykładnego zachowania, uczesanych głów i czystych rąk. Nasi rodzice zjeżdżali koło jedenastej. Rozsiadali się w bujanych fotelach albo na ławkach w podcieniu, jeśli było słonecznie, moja matka robiła sobie paznokcie, ciotka Meche czytała gazetę, a wuj Lucho wydrapywał trawę, żeby pokazać mojemu ojcu, jak się posługiwać nowym rodzajem kija golfowego. My mieliśmy być do dyspozycji rodziny i odwiedzających. Kiedy kończyła się długa biesiada przy śniadaniowym stole, czasem nieco później, znów rozjeżdżaliśmy się do domów.

[…]

Babka miała mnóstwo roboty z problemami w swoim osiedlu i ze swoimi biednymi. Często widywaliśmy jakąś kobiecinę dźwigającą w ramionach parę wrzeszczących bliźniąt. Naciskała dzwonek i pytała, czy nie mogłaby mówić z babką. Wiedzieliśmy też, że przez cały tydzień babka kursowała swoim małym samochodzikiem na wszystkie strony, z zamówieniami dla swoich biednych. Ale zawsze, mimo tych zajęć, zadawała sobie trud, by wyszukać dla nas jakiś drobiazg na Boże Narodzenie albo na imieniny, którego potem nigdy nie używaliśmy. Któregoś roku zjeździła całe miasto w poszukiwaniu warsztatu, gdzie zrobiliby dla niej szklane kulki z moim imieniem w środku: byłem jedynym w rodzinie i w szkole posiadaczem podobnego skarbu. Pewnego razu podarowała Marcie i Magdalenie po sukni balowej z czasów jej młodości z naszytymi drogimi kamieniami. I nigdy nie zapomnę tamtego Bożego Narodzenia, kiedy dostaliśmy jeden wspólny prezent: ogromny klucz z ciężkim barokowym uchwytem i trzonem z zardzewiałego żelaza, klucz do zamku, klasztoru, miasta, prochowni. Powiedziała nam, byśmy szukali po całym domu zamka otwieranego tym kluczem. Szukaliśmy przez wiele niedziel i nie znaleźliśmy nic, aż w końcu spróbowaliśmy jednego ze schowków w podziemiach. Drzwi zaskrzypiały przy otwieraniu. Widocznie babka zadbała nawet o ten szczegół. I wypadła nam pod nogi cała sterta staroci, które wprawiły nas w zachwyt, bo przyczyniały się jeszcze do naszych zabaw, zamiast odrywać nas od nich.

[...]

Bo jesteś niewinny. Teraz już nie jesteś niewinny. Magdalena i Alberto próbowali robić ze sobą to samo [ co rodzice w sypialni w czasie sjesty – przyp. aut.], ale nic im nie wyszło, bo pękali ze śmiechu. W końcu znudziło im się i przestali próbować. Poza tym jeden kolega ze szkoły wyjaśnił Luisowi, że jeśli brat z siostrą robią to, co się robi, żeby mieć dzieci, to rodzą się potwory, skrzyżowanie ropuchy z kotem albo dzieci o monstrualnych głowach, idioci lub zwyrodnialcy. To samo, jeśli robić to z kuzynkami, tak więc ja też zostałem zdyskwalifikowany. Doszliśmy do wniosku, że dorośli udawali tylko, że to, co robili podczas sjesty było „ważne”, żeby nas wykorzystać, żeby kazać nam siedzieć posłusznie i się uczyć. Czasami Luis albo moje kuzynki specjalnie prosili o coś ciotkę Meche tuż przed sjestą. Złościła się. Było oczywiste, że ona i wuj Lucho mieli zamiar robić coś „ważnego”, zamknięci w sypialni.

[...]

Czasami, jakiejś zimowej niedzieli zmierzchało już, kiedy wracaliśmy do domu. Z tylnego siedzenia starałem się dosłyszeć, o czym mówią rodzice siedzący przede mną. Przy nadbrzeżu rzeki, pod rozwianymi wierzbami, widziałem kilka płonących świec, osłoniętych daszkiem z puszek, niczym malutka kapliczka. To właśnie była animita [jest miejscem religijnej lub mitologicznej czci – przyp. aut.]. Matka wyjaśniła mi, że ludzie nieuczeni, co nie chodzili do szkoły jak ja, który pójdę na przyszły rok, wierzą, że kiedy ktoś umrze nagle, tv wypadku albo zamordowany, i nie zdąży wyznać grzechów, jego dusza krąży w pobliżu miejsca, gdzie umarł, i jeśli ktoś zapali świeczkę za niego w tym właśnie miejscu, to zmarły wstawi się do Boga za lego, kto świeczkę zapalił. Co znaczy wstawić się? Co to jest Bóg? Ojciec dał jej znak, żeby siedziała cicho. Zarówno on jak mój wuj Lucho byli naukowcami bardzo nowoczesnych poglądów i pomimo awantur, jakie robiła babka, nie pozwolili, by nas ochrzczono. Zabronili mówić z nami o religii uczyć nas modlitw. Ale babka nic sobie nie robiła z tych zakazów: ochrzciła nas po kryjomu, moich kuzynów i mnie, i opowiadała nam historie o świętych, duchach i zjawach. W szkole nie chodziliśmy na religię, bo tak zadysponowali ojcowie. Tak więc przypadło nam w udziale samo najlepsze z obu światów: z jednej strony dzieliliśmy z babką straszliwą tajemnicę naszego chrztu, z drugiej napawaliśmy się bladą, lekko zabarwioną przestępstwem aurą, jaka otaczała nas z tej okazji, że byliśmy jedynymi, którzy nie chodzili na religię. Pękając z dumy opowiadaliśmy w szkole, że naszej babce było przeznaczone zostać cudowną animita. I w jakimś sensie wydawało nam się właściwe, żeby ona, bardziej niż ktokolwiek inny, umarła w wypadku albo zamordowana, lub też zeszła z tego świata w jakiś inny chwalebny sposób, nie zaś przykuta do łóżka, blada i wycieńczona, co było typowym sposobem umierania babć. Ale oczywiście mówiliśmy tak tylko, kiedy bawiliśmy się, że ma umrzeć, bo tak normalnie to świetnie wiedzieliśmy, że nie umrze nigdy.

[...]

Gasiliśmy wszystkie światła z wyjątkiem jednej malej lampki. Piecyk na kerosen, wokół którego rozsiadaliśmy się, rzucał ażurowe cienie na nasze twarze i wielką rozetę światła na sufit. W ciepłym i nieco cuchnącym półmroku tego kącika utworzonego przez nas w pokoju z balkonem, każda przemiana była możliwa. Magdalena zaczynała grzebać po kufrach i skrzyniach, by wydobyć jakieś szmaty, malowała sobie oczy, obwieszała się ozdobami, aż w końcu przemieniała się w chińską królową. Ale to nas nie zadowalało. Luis mówił: Jesteś wcielona. Dlaczego? Bo jesteś wysoka i omdlewająco smukła. Magdalena była bardzo niska. Ale skoro taki był wymóg Luisa, musiała - nie przestając być chińską królową - chodzić tak, jakby była kobietą bardzo wysoką i opadającą z sił. My zaś krytykowaliśmy ją. Jeśli choćby na chwilę przestawała być Chinką albo przestawała być wysoka i omdlewająco szczupła, by zadowolić to „wcielenie”, jakiego pozostali wymagali od niej, musiała zapłacić za to jakąś karę. W przypadku Magdaleny polegało to na pójściu do szopy z narzędziami i pozwoleniu, by Segundo pomacał ją po nogach. Potem musiała nam wszystko opowiedzieć. Podczas jednej z tych stylizacji narodziła się Mariola Roncafort. Wcielaliśmy Martę, która miała wtedy nie więcej jak dziewięć lat. Na nasze wymagania, by była frywolna, elegancka, zakochana i sam już nie wiem, co jeszcze, odpowiadała - miała bowiem wyobraźnię i zacięcie aktorskie pomimo tuszy - wcieleniami wprost znakomitymi, i to za każdym razem. Jakie miała ruchy rąk, nóg! Jej omdlewająca poza, kiedy wspierała się na jednej nodze, jej ekstaza, gdy wyciągała się z papierosem wsparta o poduszki, sposób, w jaki wdychała zapach wyimaginowanych kadzideł, karykatura egzotyki i bogactwa, osiągnięta z pomocą jakichś szmat, paru sznurków przybranych frędzlami i chwostami ukradzionymi ze starego fotela i kilku piór wyrwanych z miotełki od kurzu. Musieliśmy zmniejszyć płomień. Nałożyliśmy płaszcze, szaliki, wełniane skarpetki, otuliliśmy się poduszkami i kapami z łóżek, żeby nadal móc rozkoszować się wcieleniem Marty, nawet kiedy płomień w piecyku zgasł. Pośrodku dywanu Marta ustawiła nocną lampkę i zakryła ją czerwonym papierem. Wlokąc za sobą peleryny i naszyjniki tańczyła, kochała się, podróżowała: była jedną z tych baśniowych istot, jakie widywaliśmy sportretowane na stronicach starych numerów „Vogue”, wyciągnięte wygodnie na tarasie pośród śródziemnomorskiej roślinności. Mówiła po francusku nie mówiąc tym językiem. Zakochiwała się w jakimś cieniu i towarzyszyła mu do Afryki polować na tygrysy, do Paryża na tańce, na pokładach jachtów i samolotów, uwielbiana przez wszystkich, malowana przez wielkich artystów, wyniosła, bajecznie ekscentryczna.

[...]

Ludzie właściwi niezmiennie mówili dzieciom takim jak my, że są szalenie podobne do swoich rodziców, z którymi z zasady chodzili do tej samej szkoły. Znali polityków. Z ministrami spraw zagranicznych i barmanami byli po imieniu. Politycy Marioli należeli zawsze do ludzi właściwych. Potem wymyśliliśmy inne światy, które objęły w posiadanie kolejne wzory dywanu. Serafini, o jasnych włosach i różowych buziach, którzy zawsze byli najlepsi w klasie i wiedzieli wszystko, choć nikt im nic nie powiedział, ale byli przy tym głupi, bez wyobraźni, bez cienia odwagi, jakby z miękkiego kauczuku. I chrapliwcy, którzy nie pamiętam już, kim byli. Wszystkie te narody ulegały przemianom, niszczyły się wzajemnie, podbijały, eksterminowały. Jedynie weksowie i ich królowa Mariola byli wieczni. I pewnego dnia postanowiliśmy, że Mariola powinna umrzeć, byśmy mogli przekształcić ją w boginię.

[...]

Oczy babki napełniły się łzami. Ja mam swoją własną religię. Ach tak? To dlaczego my nie możemy mieć naszych własnych religii? Na chwilę oniemiała. Potem twarz jej zapłonęła i wybuchnęła z furią: A czy ty myślisz, że Bóg jest idiotą? Myślisz, że Bóg wolałby, żebym przesiadywała po kościołach i wysłuchiwała głupot, które plotą księża, i traciła czas, zamiast uczyć te biedne kobieciny, jak mają odwszyć dzieciaki. Tak, Meche, odwszyć, moja ty lewicująca córeczko. Tymi rękami, takimi szalenie weks, nauczyć je, jak przygotować jedzenie, kiedy nie starcza pieniędzy, jak szyć i robić na drutach, żeby pomóc mężom...

[...]

Od kiedy tutaj jest – pyta Chepa? Sześć dni. Nie tu [przy straganie więziennym – przyp. aut.], ale w więzieniu. Mayita? Ooo. boja wiem? Będzie chyba z dziesięć lat. Dłużej ode mnie. Jako że Maya miał nie więcej niż trzydzieści lat, oznaczało to, że siedział, odkąd skończył dwadzieścia. Co takiego zrobił, nieszczęśnik, że go trzymają w więzieniu tak długo? Ten znajomy zapach nędzy wydobywający się z łóżka Mai czuję codziennie w osiedlu, jak gromadzi się w lodowatych izbach, które nie mogą pozbyć się smrodu, choć przedostaje się do nich wiatr i deszcz. Stopy na klepisku i bosonogie dzieciaki ze smarkami wiszącymi u nosa cuchną, choćby człowiek mył je bez końca. Maya. Taki porywczy w zeszłym tygodniu. O mało nie zabił tamtego swoimi torbami. A teraz leży tu jak kukła. Ale ta nieruchomość jest tylko odwrotnością przemocy, jaką widziałam tamtego dnia, odwrotnością tej samej cechy. Jak? Dlaczego? Ona jest panią, a biedakom z osiedla wystarczy rozwiązać ich najbardziej palące problemy, by nie było im głodno czy chłodno, coś, czemu umiem zaradzić. Wiem, że oni wszyscy, córki i zięciowie, szepczą, że jestem głupia, że nie rozumiem tych ludzi, że jestem powierzchowna. Ale co mam robić? Z nędzą mogę sobie poradzić. I z brudem. To leży w moich możliwościach żałosnej, niewykształconej kobiety: guwernantka nie nauczyła mnie niczego poza czytaniem, pisaniem i prowadzeniem rachunków. Na pianinie nigdy nie wyszłam poza najprostsze wprawki Czernego, a francuski zapomniałam zupełnie. Ale im mogę ofiarować coś, co wiem, i daję to, kiedy uczę ich, że nie powinni żyć w brudzie, kiedy gazetowymi papierami tapetuję im pokój, bo jeśli sama tego nie zrobię, oni nie zrobią nigdy, a zimowe wiatry przynoszą zapalenia płuc, tak, w tym umiem im pomóc, pozwólcie mi pomóc im, nie, nie jałmużną, ale przez nauczenie ich, żeby byli czyściejsi, żeby gospodarowali pieniędzmi, które zarabiają, żeby nie chorowali... tylko tyle, nie więcej, bo nie znam się na polityce ani na historii. Sprzątać, tak, i dezynfekować. Czasem pocieszać. Ale co z Mayą? Jak go ożywić? Jak przywrócić mu życie? Nie sposób przeniknąć smutku jego rysów, zresztą zupełnie nieruchomych, o nic nie proszących, nic nie wyrażających. Dlaczego jego gwałtowność równoważna jest tej bezbronności, każącej myśleć o święcie straszliwych tortur, któremu on każe mi się przyjrzeć? Strach. Ale to nie strach. Jest też nędza w Mai, a skoro jest nędza, są też otwarte drzwi, przez które mogę wejść. Chciałabym go dotknąć.

[...]

Przez chwilę miała nadzieję, że Maya odpowie jej, że tak, że i on jest z afektu. Wtedy mogłaby o nim zapomnieć raz na zawsze. Zabrać torebki i do widzenia. Ale jeśli Maya i należał do tych innych, jeśli był jednym z tych, co zabijają z nędzy, z głodu, z ignorancji, wobec tego był jednym z jej ludzi. Zobaczyła siebie przychodzącą w każdą środę swojego życia odwiedzać Mayę i przeraziła się tego dożywocia, którego, ku swemu zdumieniu, pragnęła. Ona mogłaby mu powiedzieć, czym jest namiętność: jak pęka od pierwszego ciosu, a człowiek żyje nadal, bez niej. Nie zabija, wynajduje jedynie sprawy, które zajmują miejsce namiętności, i z tym też potrafi być szczęśliwy. Chciałaby powiedzieć Mai o tym, by nie czuł się gorszy od Poety.

[...]

Światło w gabinecie zapalone: profil Alvara na tle zasłon. Gra sam z sobą w szachy. Gdyby zdecydowała się niegdyś nauczyć grać w szachy, żeby mu towarzyszyć! Gdyby nie cierpiała muzyki tak, jak on nie cierpi! Gdyby nadal okazywała zainteresowanie dziewczynkom w jakiś bardziej subtelny sposób, kiedy zaczęły się usamodzielniać! Gdyby. Same gdyby! Dlaczego Maya me taki ostrożny sposób wysławiania się? Taki nosowy, niczym zakrystian. jakiś księżulo musiał go nauczyć poprawnie wymawiać wszystkie ę i ą. I ta plama na ustach, która porusza się lekko, kiedy mówi w ten swój monotonny sposób. tylko kiedy się uśmiecha, myszka zaczyna tańczyć i odsłania duże, silne zęby. Jasne. Zbir z północy. Białe zębiska. A jaka mina. Uśmiech Mai jest po prostu czarujący.

[...]

Cały rok Chepa poświęciła na bieganie po sądach, by załatwić dla Mai umorzenie wyroku, penetrowała podziemia pełne teczek z dokumentami i kurzu, stała w kolejkach, by uzyskać audiencje u sędziów i ministrów, przymilała się do ich sekretarek, by zdobyć podpisy, zaświadczenia, pisma, raporty, wszystkie te papierzyska, bez których nakaz zwolnienia utkwiłby w jednym z tak wielu departamentów i pewno nigdy nie dotarłby na biurko Ministra Sprawiedliwości po ten ostateczny podpis. Szczęściem świat prawniczy był światem Alvara, który co prawda czasami bywał nieco nieznośny, kiedy prosiła go, by dał jej list polecający albo do kogoś zatelefonował, ale odznaczał się przy tym próżnością i lubił pokazać, jaki jest wpływowy. Wyglądało, jakby wszyscy byli jego kolegami z Akademii Prawniczej bądź jego uczniami tamże, jasne, nic łatwiejszego w tym mieście, jak odnaleźć ludzi, i choć tak się rozrosło i nie jest już takie jak za czasów mego ojca, nadal wszyscy się znają. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, ale w końcu każdą sprawę da się załatwić.

[...]

Maya, jest pan wolny. Wzrok przestał być nieobecny i teraz spojrzał na nią z góry. Po czym runął spod sufitu do jej kolan i złożył na nich głowę, a ona poczuła się niepewnie wobec tego mężczyzny, który płakał, który chciał ją objąć, i Fanny śmiałaby się i kto wie, co by powiedziała, śmiałaby się, ale to nieważne, bo Maya jest wolny i plącze, i nikt nigdy nie ofiarował mu tego, co ja właśnie mu ofiarowałam, jakby narodził się od nowa, i on wie o tym, i nie mogę sobie nakazać, by go nie dotykać, tak, szczeciniasta głowa i kark, i czuje straszliwie twardą i straszliwie silną tę szorstką i ciepłą skórę jego maleńkich dłoni, ściskającą i więżącą jej własną poprzez spódnicę, tak, tak, co ją obchodzi Fanny, co ją obchodzi cokolwiek, głaszcze głowę tego mężczyzny płaczącego w jej spódnicę.

[...]

To tak jak rozmawiać z głuchym - opisywać barwy ślepcowi, istocie z innej planety. I czuła się poza nawiasem, niezręcznie, jak gdyby ta maleńka gałązka, którą był Maya, stanowiła produkt poskręcanych burzliwych korzeni, pięćdziesiąt, sto razy potężniejszych od niego, które ciągnęły się bez końca, ukryte pod ziemią. Czasami leżała bezsennie, nie myśląc ani analizując, lecz czując, jak te korzenie rosną i rozwijają się w ciemnościach, do których ona nie miała dostępu. Więc jak go zrozumieć? Najlepiej nie martwić się. Czego naprawdę mu brakowało, biedakowi, a co próbowała wyjaśnić Fanny, która zupełnie nic nie rozumiała z tego, co się działo, to zaufania do kogoś. Od tego była ona.

[...]

Maya wybrał sobie piękny dzień na narodziny. Zwłaszcza w parku, przez który przejechała, by skrócić sobie drogę: koszule i kolorowe sukienki, może dzisiaj po raz pierwszy, dym z łódek sprzedawców prażonych orzeszków, a na brzegu jeziora jakieś pary, zagubione pośród gałęzi. Park będzie pierwszą rzeczą, jaką mu pokaże: te drzewa, w które nie mógł uwierzyć. Ślepiec odzyska wzrok. Ona otworzy mu oczy. A potem śródmieście przed południem. Hałaśliwe autobusy i tramwaje i plątanina ludzi przechodzących przez ulice, by dotrzeć gdzieś przed innymi, takimi samymi jak oni. Pośpiech wielkich ludzi interesu ubranych w dobrze skrojone garnitury. I mali ludzie interesu, rozprawiający, palący papierosy, spacerujący, tajemniczy w swoich pretensjonalnych ubraniach i z czarnym wąsikiem. Oparci o ścianę w drzwiach jakiejś kawiarni. I góra w dali. Znała to wszystko na pamięć, tyle razy mu opowiadała. Ale dziś koniec. Drzewa nie wyrosną już od jej słów. Od dziś Chepa przestanie być całym krajobrazem i całym miastem, by stać się jedynie jeszcze jedną ludzką istotą w mieście i jeszcze jedną plamą w krajobrazie.

[...]

Chepa lubiła mu [Mai – przyp. aut.] towarzyszyć, zwłaszcza kiedy jechał wybierać materiały. Zręczność jego rąk, delikatnych niby ptasie łapki, zachwycała ją: kiedy pieszczotliwie dotykał skrawka skóry, kiedy badał teksturę, by porównać ją z inną, nim dokona wyboru, kiedy strzelał z kawałka skóry, by sprawdzić jego odporność, kiedy przykładał go do nosa, by powąchać. Były mądre, skuteczne w działaniu, a ona wpatrywała się weń i słuchała, oniemiała z podziwu wobec nieomylności jego wiedzy. To naprawdę znaczyło być mężczyzną. Alvaro nigdy nie był zainteresowany swoim zawodem. Tkwił w nim siłą bezwładu, aż przeszedł na emeryturę, skoro tylko było to możliwe. A dziewczynki były dziewczynkami, kobietami, i tyle, uroczymi stworzeniami, biedaczki, aż wreszcie wyszły za mąż i odtąd jedynie towarzyszyły mężom do kina i, od czasu do czasu, podczas wyborów na przykład, ożywiały się nieco, jakby polityka była wielką plotką na skalę narodową. Brakowało im pasji, którą dostrzegała w Mai. Lubi swój zawód, lubi wprowadzać w życic to, co potrafi. Wystarczy popatrzeć, jak ustawia rząd maszyn do szycia w pokojach od podwórza w taki sposób, by praca szła jak najłatwiej, jasne, jasne. Maya, ma pan zupełną rację, znacznie lepiej, żeby maszyny stały pod oknem, a nie tak, jak ja mówiłam, ma pan całkowitą rację.

[...]

Maya zaczyna się śmiać, pieszczotliwie dotyka oparcia sofy. Aksamit. Tak. Jak się nazywa ten kolor? Marengo. Ładny. Może mnie pan poprosić, o co pan zechce, Maya. Ale on nic już nie chce. Mówi, że nie wie, co zrobić. Gdyby mu dali parę pesos [waluta iberoamerykańska – przyp. aut.] i trochę do jedzenia, toby sobie poszedł, tym razem może na południe, albo przeszedłby wreszcie przez góry. Swoboda ma swoje dobre strony. Robię, co mi się podoba. Ale niech pan wróci, Maya. Gdyby coś się panu stało, niech mnie pan zawiadomi, będę czekała...

[...]

Idzie ku drzwiom sypialni. Chepa udaje, że nie słyszy, i wychodzi. Jedna. dwie. trzy. cztery. Nie, trzy. Ta ostatnia to nie animita, tylko odblask świateł jej samochodu na puszce wyrzuconej na linię kolejową prowadzącą do portu. Ale ciągną się dalej: cztery, pięć. Mówią, że to wypadki z pociągu. To nieprawda. Po drugiej stronie rozrasta się bez końca osiedle, sieć wychwytująca tych, których miasto wyrzuca jak odpadki: labirynt z gliny, kamieni i gruzów, z puszek, desek i blach, zwalonych byle jak, bezładnie, przez nowych mieszkańców, co przynieśli ze sobą trochę gałęzi, jakieś cegły i składają to wszystko do kupy z pomocą ziemi, utwardzają kamieniami, zabijają gwoździami i oto rodzi się nowa komórka powiększająca tę zrakowaciałą, rozrastającą się narośl. Dalej - wysypisko śmieci. Jeszcze dalej rzeka. A na samym końcu wieże sygnalizacyjne i transmisyjne i zbiorniki gazu, i kolorowe światła, które obracają się bądź trwają spokojnie, przekazując jakieś sygnały. Chepa zna to osiedle za dnia i tylko jego zewnętrzną część, tę wychodzącą na ulicę, z której niczym rzygowiny wylewają się obszarpani mieszkańcy osiedla, by rozproszyć się po mieście w poszukiwaniu pracy, kradzieży i rozrywek. To oni są animitas. To oni, a nie pociąg z tymi, z których powstają animitas. Płomień świec wydaje się szczególnie chybotliwy, kiedy patrzeć na animitas w ciemne popołudnie, gdy właśnie zbiera się na deszcz. Zatrzymuje samochód i schodzi niewielkim zboczem.

[...]

Chepo, Pani wie? On [Maya – przyp. aut.] się pani boi. Czasami kiedy się kładł do łóżka, zaczynał mówić i opowiadał, jaka dobra pani była dla niego. nikt taki nie był. nawet jego matka, nikt. A znowu innym razem to myśli, że pani będzie go szukać, i chowa się, i ucieka, żeby tylko go pani nie znalazła, i mówi, że pani przyjdzie po niego, żeby go znowu zapędzić do pracy i śledzić z daleka. A jeszcze kiedy indziej, zwłaszcza jak jest po kuracji, no to mówi, że jedyne, co pani od niego chce, to to właśnie, że pani leci na niego i tyle, i płacze, bo tęskni za panią. Po co go pani wyciągnęła! Nie mogła pani znaleźć sobie jakiej innej rozrywki? Przedtem, jak siedział w Zakładzie, tośmy pisali do siebie i kochaliśmy się, ale potem, teraz jak żyjemy ze sobą, to już nigdy nie jesteśmy sami, bo ciągle sobie o pani przypomina, a kiedy jest spity i mnie w łóżku całuje, to zamyka oczy i raz powiedział pani imię, jakbym ja była panią.

[...]

Jakby byli głuchoniemi. Przedziera się przez ustawiony naprzeciw niej szereg, trójka rozstępuje się, by ją przepuścić, po czym robi w tył zwrot, by popatrzeć za nią. Wchodzi w jakiś zaułek, po czym znika w następnej uliczce. Dokąd idzie? Zawołać Maya. Maya. dać mu znać, że jest tutaj, w tym gąszczu, i że chce, by tym razem to on ją uratował. Dzieciaki znów są za nią. Ale po chwili już nie, a ona skręca na jakimś rogu, jeśli można tak nazwać nieregularną linię chałup wspartych jedne o drugie i pozostawiających pustkę, gdzie wszystko się gmatwa. W domach ludzie jedzą, gotują, ziewają, palą. Spyta w następnych drzwiach. I kiedy w końcu postanawia, że tutaj, nie ma już nikogo, kogo mogłaby spytać o cokolwiek, tylko zburzone ściany i dachy z gałęzi przywalonych kamieniami, by ich wiatr nie porwał. Schyla głowę i przechodzi na drugą stronę. Dzieciaki czekają tam na nią, teraz już pięcioro i pies. Ta mała coś za cwana, może to wcale nie dziecko, tylko starucha albo karlica. Chcą czegoś. Odebrać jej coś. Znów to wrażenie, które czasami miewa pośród biedoty u siebie w osiedlu: są żarłoczne, chcą ją pożreć, wyszarpać z niej kawałki piała, by się nimi pożywić, a czasami, we śnie, wydaje jej się, że ma tysiące sutek i że tysiące mieszkańców jej osiedla, mężczyźni, kobiety, dzieci, staruchy, przyczepione są do tych sutek i ssą je, i że nagle już nie ssą, tylko gryzą, najpierw jakby w zabawie, dla przyjemności i ona prosi, by gryźli delikatnie, ale żeby jeszcze trochę, żeby nie przestawali, tyle że później wpadają w uniesienie i gryzą coraz mocniej i mocniej, i zaczyna krwawić, i płacze, i wyszarpują z niej kawałki, które pożerają łakomie, a ona płacze jeszcze głośniej, bo nie może znieść bólu, i zaczyna krzyczeć, ale jest to zarazem cudowne, bo przecież żywią się jej ciałem i poprzez nią rosną, grubieją, zdrowieją, a ona chce ofiarować siebie, nawet jeśli zabiją ją bólem, nie, niech jej nie zabijają, prosi ich tylko o jedno: niech zostawią jej maleńki płomyczek życia, by mogła być świadoma, że ich karmi. te dzieciaki gapią się na mnie i śmieją się, bo chcą mi zabrać futro, gotowe rzucić się na mnie razem z tymi wygłodzonymi psami, które do nich dołączyły. Muszę im coś powiedzieć, żeby je wystraszyć.

[...]

Ona nadał próbuje się wspinać, a może schodzić, wszystko wokół tak się kręci, nogi zostają z tyłu, przyklejone do smrodliwych odpadków, i nie może ich wyciągnąć, i grzęzną coraz głębiej i głębiej, aż w końcu nie może, nie może i upada. Chce patrzeć na czerwone światła samolotu przelatującego bardzo nisko, ale nie ma sił nawet na tyle, by unieść głowę, a dzieciaki zajęte są zabawą. Chepa wyciąga się w tym miękkim i cuchnącym łożu i próbuje oddychać. Jej dłonie dotykają czegoś śliskiego, co rozpada się pod naciskiem i uniemożliwia jej oddychanie. Widzenie również. Jeszcze tylko uświadamia sobie, że jakiś dzieciak przeskakuje z psem nad nią, jakby była tylko innym rodzajem śmiecia. Odetchnąć. Potem zamykają jej się oczy.

[...]

Powiedziano mi, że czasami widać światełka [w domu zmarłej babki – przyp. aut.] w szparach okiennych lub tańczące na brudnych szybach w drzwiach, odbicia płomieni, ognie w głębi domu - ognie prawdziwe, nie błędne. Nie wierzyłem w to zupełnie, wydało mi się to zbyt fantastyczne. Aż którejś nocy, kiedy wierciłem się bez ustanku w łóżku nie mogąc zasnąć, wstałem, wsiadłem do samochodu i pojechałem zobaczyć. Nie zatrzymałem się. Bardzo powoli przejechałem kilkakrotnie pod domem, i wreszcie - tak, przez zamglone szyby dostrzegłem coś w rodzaju odblasku tańczących płomyków. Jasne. Dzieci. Skostniałe z zimna w pomieszczeniach, które już przestały być jadalnią, sypialnią, alkową, pokojem z balkonem, gabinetem, pokojem muzycznym, a stały się abstrakcyjnymi przestrzeniami wypełnionymi powietrzem, dzieci rozpaliły ogniska, by ogrzać ręce, ugotować coś do jedzenia lub zagrzać wody na herbatę, a może tylko dla czystej przyjemności przykucnięcia wokół światła, gdy na zewnątrz wszystko okrywało się szronem. Ich obdarte ciała przemieszane na podłodze z ciałami parchatych psów tworzą jedno dziwaczne zwierzę, jak te, które wymyślaliśmy w naszych dawnych fantazjach, wielogłowe, objawiające rozmaitość skóry i odnóży. Nie wątpię, że powyrywali progi i drzwiczki, poręcze i balustrady, by urządzić sobie ognisko. Słusznie sąsiedzi obawiają się pożaru. Tak samo jak o pochylonych akacjach przy chodniku, z których prawie żadna się nie ostała, wiele się mówi o tym, by przedstawić władzom prośbę, aby zajęły się sprawą, nikt nigdy nie zrobił jednak ostatecznego kroku i nie wydał zakazu, by ten dom, czyjkolwiek jest, przestał służyć za schronisko dla bezdomnych dzieci. Ja, rzecz oczywista, nie myślę się w to bawić. Podoba mi się, że dzieciaki znajdują tam schronienie, jakby ten dom, będący przedłużeniem ciała babki, nadal żył: róg obfitości, z którego ciągle można czerpać. Kiedy budynek wyznaczony zostanie do wyburzenia, robotnicy otworzą drzwi i okna. Światło znów wtargnie do środka. Stwierdzą, że dom pozbawiony jest drzwi, progów, framug i parkietów, że jest skorupą, która rozpadnie się pod pierwszymi ciosami oskardów, przemieniając się w stertę gruzów w zachwaszczonym ogrodzie. Wolałbym jednak, by dom skończył w pożarze wywołanym przez te dzieciaki, by stał się gigantyczną animita płonącą ku jej pamięci.

Jose Donoso, Ta niedziela

Obyczajowo-psychologiczna powieść Jose Donoso, uznanego chilijskiego pisarza przenosi nas - tym razem - do chilijskiej, mieszczańskiej rodziny i w pierwszą a i w drugą już połowę ubiegłego wieku. Wczesne reminiscencję z dzieciństwa seňora don Alvaro przeplatają się z jego będącym akurat po pięćdziesiątce dorosłym życiem oraz współżyciem ze swą małżonką Chepą z kolei nieszczęśliwie uwikłaną w „krzywą” więź emocjonalną z przestępcą o imieniu Maya. W mini-powieści może i najciekawszym wydaje się mi zastosowanie w narracji zabiegu stylistycznego nadużywającego słowa niedziela, tego dnia od pokoleń podkreślającego emocjonalne więzi rodzinne, tego też co do dnia z uwięzi jak nigdy uwięzionego w zenicie.



powrót ››