Blog

 

27.08.2022

Oskar i Lucynda

„Wiedzieć, że was czeka samotność,

to nie to samo, co być samotnym.

Byli zupełnie różni, ale nie niedobrani”

[…]

Theophilus Hopkins był poniekąd człowiekiem sławnym. Możecie o nim przeczytać w wydaniu „Encyklopedia Britannica” z roku 1860. Trzy pełne szpalty zajmuje tam jego opis korali i koralowców, anemonów i rozgwiazd. Niewiele jednak wszystko to mówi o nim samym. Z encyklopedii nie dowiecie się, jak wyglądał. Możecie przeczytać hasło po trzykroć i nie domyślicie się nawet, w jakim związku pozostawał mój prapradziadek ze sprawą bożonarodzeniowego puddingu. Miał wtedy lat czterdzieści. Był wdowcem, ciemnowłosym i kędzierzawym mężczyzną o bujnej brodzie i mocno umięśnionej sylwetce, a przy tym bardzo delikatnym człowiekiem. Owa delikatność objawiała się w chwilach, gdy zaczynał drżeć. Był ogromnie wrażliwy i gorąco wierzył, że pójdzie do nieba, że niebiosa przyćmiewają wszelkie ziemskie radości i rozpościerają się ponad ziemią w nieskończoną dal jak srebrzysta narzuta. Swe doczesne cnoty hartował jako członek Gwardii Królewskiej – skłonny do hulanek i żartów w pubie, na służbie zachowywał kamienną twarz, nawet kiedy muchy spacerowały mu po gałce ocznej.

[…]

Oskar Hopkins musiał dołożyć maksymalnych starań, by usiedzieć w bezruchu przez dwie minuty, gdyż zazwyczaj – jako człowiek bardzo nerwowy nie mógł wytrzymać dziesięciu sekund, żeby nie skrzyżować nóg w kostkach albo wręcz nie założyć nogi na nogę. Wiedziałem o tym dobrze, lecz się nie odzywałem. Zazwyczaj siedziałem sobie spokojnie, podłożywszy dłonie pod uda, aż do chwili, gdy biskup przestawał zwracać uwagę na nasze wielkie nosy oraz inne, całkiem odmienne cechy wyglądu, i dostrzegał rodzinne podobieństwo do naszego przodka, duchownego pioniera. Wszyscy wywodziliśmy się w prostej linii od niego – matka, brat, ja, siostra. Mieliśmy płomiennorude włosy i szyje wydłużone jak kauczukowe rury. Matkę cieszyło to zbiorowe podobieństwo do postaci z fotografii, ja natomiast wolałbym przypominać wyglądem ojca. Różnił się od nas wszystkich. Był raczej krępy, twarz miał szeroką, a klatkę piersiową sklepioną jak u gołębia. Oczy trzymał stale przymrużone i choć brakowało mu kilku zębów, śmiał się często i podżartowywał sobie ze wszystkiego. Bardzo zręcznie potrafił jedną ręką zrobić sobie skręta z tytoniu i bibułki. W ogóle nie był do nas podobny, a kiedy matka opowiadała gościom o tym, jak pradziadkowi Oskarowi udało się przetransportować kościółek St. John’s do Bellingen, ojciec wydłubywał coś spod szerokich paznokci i popatrywał przez okno w stronę materialnego uzasadnienia swego związku małżeńskiego – stojącej nad rzeką Bellinger huty szkła „Książę Rupert”, której dach pomalowano w latach trzydziestych na czerwono.

[…]

Oskar bał się morza, gdyż miało dlań zapach śmierci. Kiedy zaś o tej śmierci rozmyślał, nie odbierał jej jako czegoś, co można by nazwać jednym słowem. Nie stanowiła zamkniętej całości, lecz rozpadała się na poszczególne elementy, roiła jak ławica ryb, kruszyła jak szkło. Śmierć nawiedzała go we śnie niczym duch, zmieniając postać i rozmywając się, drażniąc jego uczuciową wrażliwość. Chwilami była chłodna i wilgotna jak ojcowski kombinezon z ceraty, toteż zrzucał ją z siebie i z krzykiem budził się ze snu, w podsuniętej wysoko, aż po sam brzuch flanelowej koszuli, czasem zaś stawała się ciepła i miękka, przypominając niepewny matczyny uśmiech. Wewnątrz morskich muszelek na plaży oglądał cuda, których klasyfikacja, wyłuskiwanie ze skorupek i zabijanie wypełniało jego ojcu życie. Oglądał także drobne ciałka, kostki, martwe stworzonka. Stworzonka nie mające duszy. W chwilach gdy morze wyrzucało na brzeg splątane, ciemne kłęby podwodnej roślinności, przychodziły mu na myśl swetry, które nie okrywały już niczyjego ciała. Poszedł po wiadra, od jesieni zawieszone na ścianie za studnią. Nie lubił, by morska woda dotykała jego nadgarstków. Odczuwał wtedy jakby zimny dotyk stali. Przyłożył swe delikatne dłonie do brzucha i stał w bezruchu, z twarzą kredowobladą, zastygłą jak rzeźba, jakby się pragnął stać niewidoczny dla jakiegoś grabieżcy. Pani Williams zeszła doń, niosąc swetry. Nałożyła mu aż cztery, dysząc z niecierpliwego wysiłku, szarpiąc go za włosy przy przeciąganiu pulowerów przez głowę i plącząc chwilami kolejne ich warstwy, aż w końcu zyskał kształty zwierzątka, krzepkiego i obłego, otulonego wełnianym kokonem.

[…]

Połowa członków kongregacji Theophilusa wierzyła, że wschodzące w wielkanocny poranek słońce tańczy, a wielu z nich twierdziło, że widziało Baranka tańczącego wraz z nim. W krainie tej dla uczczenia zimowego przesilenia dnia z nocą czyniono ofiarę z kogucików. Ojciec Oskara na własne oczy widział biesiadę, podczas której nagi chłopak wspiął się na jabłoń, a tam rozkrzyżował ramiona i upił się (według Hopkinsa) cydrem. Theophilus przybył tu po to, by badać faunę morską, ale zdarzyło mu się być świadkiem parodii cudu zmartwychwstania. Doznawał często rozczarowań, graniczących z głęboką rozpaczą, na widok niezmożonej, uporczywej i kapryśnej pomysłowości ciemnoty, która go zewsząd otaczała. Toteż kiedy któregoś ranka znalazł na ścieżce nakreślone patykiem znaki, przerysował je sobie do notesu:

 
 

 

 

Sądził, że odtworzył rysunek z naukową ścisłością, ale nawet jeśli dokładał starań, by wiernie ukazać proporcje pomiędzy poszczególnymi elementami, nie odniósł się doń beznamiętnie. Znaki owe go przeraziły. I tak, jak kiedyś dostrzegł szyderstwo z ukrzyżowania podczas owej biesiady, tak teraz natknął się na bluźnierczą obrazę Krzyża.

 

 

 

 

[…]

Ojciec nie dopuściłby do najlżejszego nawet kwestionowania swej wiary. Był przeświadczony, że Bóg przemawia wprost do niego. Oskar głęboko bolał nad tym nieporozumieniem, jednak nawet wysilając wyobraźnię, nie mógł znaleźć sposobu, by wyłożyć ojcu, iż spotka go cios. Chłopiec codziennie rzucał kości. „Amulet” za każdym razem padał na pole oznaczone literą alfa, a nie na pole z trójkątem. Oskar zapragnął zamienić się w świnię, pozbawione nieśmiertelnej duszy stworzenie, zapragnął zostać przerobiony na kiełbasę i zjedzony, co by go uwolniło spod potwornego ciśnienia wieczności. Nie potrafił nawet spojrzeć ojcu w oczy. Theophilus zapytał go, gdzie znalazł ów kamyk. Oskar nie wiedział, co ojciec ma na myśli.

[…]

Jakże mały jest świat – jednak Oskar nie przejmował się tym. Dla niego świat mógłby być jeszcze mniejszy, a on sam mógłby być borsukiem albo kretem. Najlepiej czuł się w splątanym gąszczu dębów i wiązów, który odgradzał nadbrzeżne wzniesienie od morza. Potrafił stać tam nieruchomo całymi godzinami, jakby zatopiony – otwartymi oczami – we śnie, którego wiatr nie mógł przerwać, wpatrzony w opadły liść, szorstką grudę błota, zarodniki jakiejś rośliny albo w jakiś grzyb, w nieokreśloną formę życia – w coś pozbawionego duszy, co wyglądało niczym rozsypana garść mąki. W dziuplę pewnego drzewa wkładał listy do matki. Grubokościsty Timmy Croucher o oliwkowej cerze i nikłym wąsiku nad górną wargą odmawiał dziwne modlitwy; obaj odprawiali własne nabożeństwa i dyskutowali o piekle. Na pofałdowanej, najeżonej kolcami mapie, na której Oskar zaznaczył swoje terytorium, ów las zajmował większą jego część. Mapa nie obejmowała wioski. Chodził tam tylko wtedy, kiedy go wysłano z jakimś poleceniem, i to z panią Williams, jeśli tylko udało się to załatwić. Miał w stosunku do swego terytorium poczucie własności tak silne jak u psa, a kiedy wychodził poza ów obszar, na przykład do Morley, przez Downs, poruszał się niepewnie, niemal biegł na trzęsących się nogach, z trudem łapiąc oddech i czując ból w piersi.

[…]

Oskar natomiast martwił się tym, że papa utracił całą swą władzę nad nim. Chciał uwolnić palec z ojcowskiego uścisku, ale nie wiedział, jak to zrobić. I to nie dlatego, że byłeś wodzony na pokuszenie i uległeś pokusie – ciągnął Theophilus. Oskar nie słuchał tych słów. Wsłuchując się w dźwięk ojcowskiego głosu, pomyślał: on jest w błędzie i wie o tym! Ogarnęło go współczucie dla ojca, ale także gniew. To nie jest sprawa słabości twego ciała, która daje się szybko opanować. Jest to kwestia uporu twego ducha. Powinieneś usłuchać głosu Bożego. Syn miał czerwone usta i zielone źrenice; patrzył na ojca, jakby był kimś obcym.

[…]

Hennacombe uznało Oskara za nienormalnego. Ludzie nie mogli pogodzić się z tym, z czym się godzili, jeśli rzecz dotyczyła chłopców znacznie odeń silniejszych. Krzepki, szesnastoletni syn rybaka mógł się pokłócić z ojcem i nawet rozkrwawić mu nos podczas zwady. Nie pochwalono by takiego czynu, ale nikt by się z tego powodu nie modlił. Nikt też nie nakładałby drogi, zdążając do kaplicy. Ale Oskar był tak dziewczęcy, tak bezbronny i łagodny – i właśnie ta jego niewinna, szczera dziewczęca twarzyczka nadawała całej sprawie nienormalny charakter. Nasuwał im na myśl chochlika albo diabełka z szopki – jakaż inna istota mogłaby łączyć budowę fizyczną dziecka z głosem mężczyzny? Nie przyznawano mu też prawa do uczuć synowskich, choć aż nimi kipiał. Wedle wyobrażeń mieszkańców Hennacombe doznawał jedynie cierpień właściwych dorosłym – owych morderczych, szaleńczych porywów, które rodzi krach małżeństwa czy też śmierć dziecka. Uwolnił się od rygorów panujących w ojcowskim domu i chociaż można było zasadnie przypuścić, że doznaje obecnie pewnego uspokojenia wewnętrznego wywołanego tym, że nie przebywa już w miejscu, w którym muzyka i taniec, poezja i pudding uważane są za diabelskie pokusy, nie zmieniało to postaci rzeczy. Świat nie otworzył się przed nim, ale przeciwnie – zamknął, Oskar uwięził się dobrowolnie na plebanii, nie mając ze sobą niczego, co byłoby w stanie rozproszyć jego poczucie zagubienia i smutku.

[…]

Słoiki stały też ukryte za rzędem poważnych książek, które matka systematycznie odkurzała – zawsze w przerwach między innymi zajęciami (na przykład w trakcie przyrządzania białego sosu lub krojenia na dużym stole mydła na prostokąciki) – strzepnięcie ściereczki, przetarcie chropawej powierzchni – języczek jaszczurki zbierał biały pył z dzieł Carlyle’a, Balzaka, Seneki, Dickensa, George Sand, Johna Stuarta Milla oraz powieści dawnej przyjaciółki, Marian Evans, opatrzonych afektowanymi dedykacjami. Za tymi książkami stał słoik pachnący popiołem i kryjący w sobie nawet trzy pensówki. W nim właśnie składano pieniądze na prezenty urodzinowe. I to z tego słoika wzięła się lalka; czasami mogło się wydawać, że stało się to wbrew woli matki – bywała ona często szorstką wobec Lucyndy, przyciskającej swój skarb do piersi – kiedy indziej zaś wydawało się, że lalka była właśnie matczynym pomysłem, zwłaszcza gdy ojciec, zmęczony pracą na farmie lub przygnębiony brakiem poważniejszych efektów swego trudu czy też ciemnotą sąsiadów, wypominał matce jej zamiłowanie do luksusów. Miał na myśli lalkę. Żadnych innych luksusów w domu nie było. Lucynda dostała ją w prezencie na dziewiąte urodziny. Lalka przypłynęła przez morze z drugiego końca świata, skąd przybyli kiedyś rodzice. Była śliczna, miała jasnoniebieskie oczy i włosy koloru dojrzałego zboża. Policzki miała gładziutkie jak chińska porcelana i chłodne – miło było przyłożyć je do szyi w upalny dzień. Lalkę kupiła Marian Evans, wyprawiła się po nią specjalnie dyliżansem do miasta, gdzie się odbywała wielka wystawa. W tamtym czasie Lucynda – bardzo przejęta słowem „wystawa” – nie wiedziała, co ten wyraz znaczy, później jednak przyszło jej na myśl, że lalka musiała zostać zakupiona w budynku, który tak bardzo podziwiała w latach młodości – w Cristal Palace.

[…]

Sądziła, że schludność zaszczepiła jej matka po śmierci ojca, ponieważ Elizabeth, skazana na samotne prowadzenie farmy, stała się jakby karykaturą samej siebie i przestrzegała tej cnoty ze śmieszną przesadą. A w istocie – jak już się przekonaliśmy – wcale tak nie było; zafałszowanie pamięci Lucyndy w tym względzie można jednak tłumaczyć dziwnym związkiem, jaki zachodził między śmiercią papy a włosami; wspomnienie śmierci ojca zawsze przywoływało w jej wyobraźni sztywny kłąb czarnych włosów, podobny do tego, jaki przykleiła swej lalce przed wielu laty, owego dnia nad rzeką. W sobotę poprzedzającą Niedzielę Palmową roku 1852 ojciec Lucyndy spadł z konia na Church Street w Parramatcie. Złamał sobie podstawę czaszki i zmarł na miejscu. Pan Chas Ahearn przywiózł zwłoki do Mitchell's Creek wozem pożyczonym od właściciela sklepu spożywczego, pana Savage’a. Owinął je kocem w jaskrawą kratę, i to właśnie wtedy Lucynda, tuląc się do zastygłej w milczeniu matki, jak tonący do niesionej przez falę powodziową kłody, zobaczyła te włosy – wystające spod koca, zmierzwione i zbite których czarny kłąb miał się stać od owej chwili jej nocnym koszmarem. Lucynda zapamiętała, że dopiero od tej chwili schludność stała się jej chorobliwą potrzebą. Elizabeth Leplastrier uważała – podobnie jak wielu ludzi, którzy trwają w tym przekonaniu do dziś – że gospodarność farmera można ocenić na podstawie wyglądu parkanu i zabudowań, i chociaż jest to do pewnego stopnia słuszne, dla niej stan płotów i szop w obejściu nabrał większego znaczenia niż stan owiec i uprawianego zboża; pewnego razu wycięła gruszę gatunku Bartlett – dziesięcioletnie, zdrowe drzewo, dające obfity owoc – tylko dlatego, że wystawała z rzędu w sadzie. W Lucyndzie Leplastrier kryła się kobieta, którą w przyszłości określono mianem „Szklanej Damy” – mając na myśli jej opanowanie, zmysł porządku i niedający się zakłócić spokój wewnętrzny. Spokój ów był jednak wynikiem narzuconej samodyscypliny – i nie sięgał głęboko. Na podobieństwo grudki bursztynu, pocieranej o sierść kota, krył w sobie silny ładunek elektryczności.

[…]

On nie żyje. Elizabeth zdjęła fartuch i złożyła go starannie, patrząc jednocześnie przez okno na wóz, zjeżdżający z traktu w jej obejście i grzęznący w bagnisku przed domem. Pojazd należał do Savage’a, właściciela sklepu spożywczego; przyjechało nim sześciu mężczyzn, którzy teraz łokciami i kolanami popychali ślizgający się po błocie pojazd; ubrani na czarno, wyglądali jak kruki. Słońce jeszcze nie zaszło, ale cienie rzucane przez nie już się wydłużyły i wyczuwało się chłód w powietrzu. Za wozem dreptał na uwięzi koń należący do jej męża, głupia, narowista, płochliwa klacz. Nazwano ją Pandora. Czy kiedykolwiek nadano jakiemuś zwierzęciu bardziej odpowiednie miano?

[…]

W stodole Lucynda, trzęsąc się z zimna, wysłuchała długiej tyrady matki przeciw Irlandczykom. Elizabeth nie znosiła tego, jak traktowali swe kobiety, ani oszczerstw, jakie wysuwali w ogóle pod adresem kobiet. Irlandczycy byli przez tak wiele stuleci bici i poniżani przez żołnierzy brytyjskich, że muszą – na podobieństwo drobiu na podwórzu – znaleźć sobie jakieś słabsze istoty, żeby się na nich odegrać. Elizabeth mówiła to wszystko, siedząc na krawędzi sąsieka, i wymachiwała nogami zwisającymi w mrok nocy. Do stodoły dostały się już myszy, przyszły sobie podjeść. Nie było ich tam przedtem i Lucynda zapamiętała ich kwaśny odór jako symbol klęski życiowej. Matka porównywała sposób chodzenia kobiet irlandzkich, postępujących ze spuszczoną głową o krok za mężczyzną, do wleczenia się jeńców wojennych za strażnikami.

[…]

Wardley-Fish śpieszył się tak bardzo, że źle zrozumiał informację. Usłyszał, że powinien się udać na pierwsze piętro, gdy w istocie West mieszkał na drugim. W każdym razie, trafił pod niewłaściwy adres. Zastukał laseczką w drzwi, potem zaś pukał z całej siły. Zastanawiał się, jaka też niedozwolona czynność skłoniła kompana do tak starannego zablokowania drzwi. W końcu zaczął w nie łomotać ze złością, aż wgniótł kilka głębokich śladów, które z pewnością pozostały do dziś, pod kilkoma warstwami farby, jako że pomieszczenia kolegium Oriel malowano co dwadzieścia lat, nakładając kolejne warstwy farby na poprzednie, jak przy wyrobie papier mâché, tak że w końcu drzwi przypominały wyglądem tabliczkę czekolady, niebacznie pozostawioną w pobliżu ognia. Usłyszał wreszcie podwójny obrót klucza w zamku, drzwi się uchyliły i zobaczył lokatora: na Jowisza, nie był to West. Stał przed nim Dziwoląg [miano Oskara Hopkinsa w studenckich dla niego czasach – przyp. aut.] we własnej osobie. Dziwoląg przestępował z nogi na nogę w uchylonych drzwiach, nerwowo mrugając oczyma. Wardley-Fish odgadł przyczynę tego zdenerwowania. Dziwolągowi, który nie uczestniczył w studenckich biegach i nie należał do żadnej reprezentacji w kolegium Oriel, nalano kiedyś wody do łóżka, a w jego pokoju urządzono polowanie na szczury. Przyniósł je człowiek, który łomotał w drzwi z taką samą energią jak Wardley-Fish. Szczury dostarczono w klatkach i zamkniętych koszach, a najwięcej było ich w workach. Ustawiono je na podłodze i uwolniono zwierzęta, które następnie zostały zatłuczone kijami do hokeja. W tym czasie Dziwoląg sterczał na łóżku, poruszając bezdźwięcznie ustami.

[…]

Czy to prawda, Hopkins, że pojmujesz Pismo dosłownie, że jesteś literalistą? – spytał jego towarzysz Wardley-Fish tonem nieoczekiwanie łagodnym i uprzejmym. Oskar poczuł przypływ wdzięczności dla kolegi. Czy wierzę w to, że oślica Balaama przemówiła ludzkim głosem? Tak, oczywiście wierzę. Mimo że w Orielu słyszę, jaki to jestem staromodny, i chociaż wszyscy starają się mnie przekonać, iż Jonasz nie został połknięty przez wieloryba, i że matka naszego Pana nie była bynajmniej dziewicą – a wszystko to słyszę od ludzi, którzy przysięgli wierzyć w Trzydzieści Dziewięć Zasad. Więc oślica naprawdę wypowiedziała słowa: „Cóżem ci uczyniła? Czemuż mię bijesz oto już trzeci raz?”. Zwierzę mogło zwrócić się tymi słowami do człowieka, po grecku?

[…]

W ubiorze Lucyndy było coś nieodpowiedniego. Nie wiedziała, co to, ale owo coś zwracało uwagę. Nie lubiła krzykliwych strojów, gdyż świadczyły o pretensjonalności i chęci mizdrzenia się, własny jej gust nie miał jednak w tych sprawach znaczenia decydującego i musiała się dostosować do upodobań Chasa Ahearna i jego pachnącej wodą lawendową żony. Nawet dziś, w dniu wyjazdu, nie pozwolili podopiecznej ubrać się po swojemu, lecz ściśle ją nadzorowali. Mężczyzna posapywał gniewnie, jego małżonka zaś obciągała suknię dziewczyny poniżej kostek, narzekając na wystające z portowego pomostu drewniane pręty, które mogły podrzeć dół spódnicy. Ludzie przypatrywali się im trojgu, a Lucynda przypuszczała, że jej ubiór ściąga ogólną uwagę. Jakiś chuligan cisnął kamieniem w wodę w taki sposób, by nastraszyć dziewczynę. A ona i bez tego odczuwała lęk. Nie potrzebowała ani chuliganów, ani Ahearnów, by pogłębiali jej obawy. Miała przy sobie cały swój spadek, dorobek życia jej rodziców, jak tłuszcz wytopiony z owcy i wlany do saganka, coś żywego,  co zamieniono w kartkę papieru, w kwit bankowy, który trzymała w śmiesznej sakiewce ozdobionej koralikami i który – wedle słów pani Ahearn – miał jej zapewnić wspaniałe, najkorzystniejsze w kolonii zamążpójście – za sędziego, gubernatora – naprawdę, wiem, co mówię.

[…]

Proszę mnie nie pytać, kim był książę Rupert, ani co znaczy wyraz batavique, bo tego nie wiem. Jednak w chwili kiedy piszę te słowa, mam właśnie przed sobą Łzę księcia Ruperta – zwartą bryłkę szklaną, mierzącą nie więcej niż pięć centymetrów, licząc od szczytu główki do ogonka (trzymam ją w palcach lewej dłoni, podczas gdy prawa przesuwa się po kartce). I nie zaprzątajcie sobie głowy myślą, że ta osobliwość, ta rzadkość, była podstawą stosowanej przez de la Bastie’ego metody hartowania szkła albo też doprowadziła do wynalezienia szkła kuloodpornego – to są już kwestie czysto praktyczne, niewyjaśniające jednak szczególnych właściwości tej szklanej bryłki, które lepiej docenicie, kiedy ujmiecie w ręce ważący blisko dziesięć kilogramów młot i spróbujecie ją rozkruszyć na kowadle. To szkło cechuje się fenomenalną twardością i chwilami przypomina szkło niezniszczalne, opisane przez pewnego alchemika w dziele zatytułowanym „Mappae Clavicula”. A jeśli odłożylibyście na bok ów młot i wzięli do ręki szczypce – mówię: jeślibyście, bo wcale tego nie zalecam – przekonalibyście się, że chociaż to wcale nie jest szkło z legendy o alchemiku, ale coś niemal równie magicznego. Zdolne bowiem wytrzymać uderzenie ciężkiego młota, szkło owo daje się od strony ogonka ukruszyć przy użyciu szczypiec o stępionych końcówkach i nie wymaga to specjalnego wysiłku. Odbywa się to tak, jakbyście uchwycili element zwornikowy jakiejś konstrukcji czy też wyjęli utrzymującą ją zawleczkę i rozmontowali cały układ. Całość rozsypuje się jak pod wpływem eksplozji. W miejsce niedającej się rozbić młotkiem szklanej bryły macie teraz przed sobą garść szklanych ziaren, rozsypanych po całym pomieszczeniu – jeśli nie byliście dostatecznie uważni – a to, co pozostało w rękach, można bez kłopotu rozkruszyć jak grudkę cukru.

[…]

Rozkruszyli bryłkę na schodach domu [farmy Leplastrierów – wspomnienie z dzieciństwa – przyp. aut.]. Odbyło się to wczesnym rankiem, gdy słońce dopiero zaczynało przeświecać przez krzyżujące się gałęzie drzew nad brzegiem potoku. Trawę pokrywała rosa i przemoczyli nią buty. Larmes bataviques wychwytywały promienie słoneczne i skupiały je w sobie jak surówka wypływająca wprost z hutniczego pieca. Grudka wytrzymała uderzenia zarówno ojcowskiego młota, jak i matczynej siekiery. I wtedy Lucynda w końcu były to jej urodziny – wzięła do ręki nożyczki o spiczastych ostrzach i ścisnęła nimi węższy czubek szklanej bryłki. Szklany fajerwerk wybuchł, jakby eksplodowała rosa. Crescendo. Diminuendo. Cisza.

[…]

W istocie Lucynda wcale nie pragnęła fabryki. Właściwie to się jej lękała. Poszła na Sussex Street i przypatrywała się ludziom wychodzącym po pracy z tartaku, młyna i doków portowych. W równym stopniu wydawali się jej odpychający, jak i wzruszali ją, gdy obserwowała, w jaki sposób podkasywali spodnie czy zapinali marynarki. Byli istotami zupełnie od niej odmiennymi. Przyglądała się im jakby przez szybę, tak jak my, sto lat później, patrzymy przez okienka odrzutowca lądującego na lotnisku w Delhi na otaczające miasto slumsy. Nie mogła przewidzieć, że dwa lata później – ale to już pozostanie poza ramami niniejszej opowieści – obsunie się w takie niziny, że uzna za szczęśliwy fakt zdobycie pracy w wytwórni pikli Edwarda Jasona przy Druit Street, gdzie będzie zanurzać zaczerwienione dłonie w cuchnących pomyj ach i załzawionymi oczyma spoglądać na świat, który pozbawił ją wszelkich życiowych przyjemności.

[…]

Panna Leplastrier nabrała obyczaju zjawiania się u pastora [Dennisa Hasseta, przyjaciela z Sydney – przyp. aut.] o dowolnej porze, która jej odpowiadała. Zawsze przepraszała za najście. I zawsze wyrażała nadzieję, że mu nie sprawia kłopotu ani też w niczym nie przeszkadza, ale wysuwała w chwili wypowiadania tych słów podbródek w sposób bynajmniej nie przepraszający. On mógł właśnie wrócić do domu po wygłoszeniu odczytu, dajmy na to, o „zwykłej soli” w Mutual Improvement Association i znaleźć dziewczynę u siebie w gabinecie, wypoczywającą przy kominku, albo też za swym biurkiem, pogrążoną w lekturze jakiejś książki. Był przeświadczony, czemu dawał wyraz w różnych wystąpieniach, że nauka stanowi opuszczoną na ziemię drabinę, po której człowiek wspina się do nieba, i że w związku z tym owe niebiosa dostępne są z każdego punktu ziemi i każdego położenia życiowego, i nie cierpiałby tak bardzo, gdyby to kto inny, a nie Lucynda, traktował jego książki w taki sposób. Wyjmowała z nich skórzane zakładki i umieszczała w części już przezeń przeczytanej. Dennisowi zdarzało się dzwonić na służącego, by mu podał kanapkę, i po długim oczekiwaniu stwierdzać, że kucharz zajęty jest przygotowywaniem szarlotki dla dziewczyny, zagłębionej w jakiejś lekturze w jadalni. A mimo owych wszystkich znaków uważał ją za istotę całkowicie niezależną. Podczas tych wieczorów, których Lucynda nie spędzała u niego, wyobrażał ją sobie zaczytaną w pokoju w hotelu „Petty’s” nie podejrzewał, że – na podobieństwo samotnego kota, który zawsze zachowuje rezerwowe wyjście.

[…]

Lucynda zaniepokoiła się, że ta rozmowa może się przedłużyć. Uznała za przejaw jaskrawej hipokryzji owo rozprawianie o chrześcijaństwie, podczas gdy tonące w bagnie zwierzę cierpiało. A poza tym rozumiała, co pan Tomasetti [sparing-partner Lucyndy w hazardowych grach w karty – przyp. aut.] ma na myśli. Odbierała ów pejzaż podobnie, myślami powróciła nad potok. Woda była ciemna i spokojna, brązowa od tarniny, prześwietlona smugami przedzierającego się przez gałęzie jak przez kościelne witraże światła słonecznego. W tym potoku spłukiwała łysą głowę swej lalki. Tam również płakała po śmierci ojca. Wtedy też widziała dwóch czarnych, stojących nieruchomo jak pnie drzewne. Miała wówczas szesnaście lat. Wstrzymała oddech. Zobaczyła dwóch następnych czarnych. I jeszcze dwóch. Działo się to w czasie, gdy już pokonano tubylców z rejonu Parramatty. Ciała mieli umazane brązowym błotem, spękanym jak zardzewiałe żelazo. Przestraszyła się, ale nie tego, że mogą jej wyrządzić krzywdę, ów lęk był głębszy. Odwróciła się i pobiegła przez zielone pastwisko, z którego wzlatywały siewki; biegła wzdłuż rzędu jaśniejących w słonecznym blasku odartych z kory słupów ogrodzenia, utworzonego z przybitych do tych pali poziomo drągów drzewnych, po jednej stronie półokrągłych, po drugiej zaś gładko ociosanych i pozbawionych kory. Doskonale wiedziała, co pan Tomasetti ma na myśli, wyczuwało się to w spokojnych nadrzecznych cieniach. Ona sama czuła w nich obecność duchów, ale nie tych chrześcijańskich, Jana Chrzciciela czy Jezusa Galilejczyka. To były inne duchy, rodem z innej historii, duchy ulotne jak cienie.

[…]

Gniew wtargnął do tego pomieszczenia i obijał się jak zabłąkany giez o oblane słonecznym blaskiem okna. Pastor nie rozumiał istoty tego gniewu. Przypisywał jego powstanie samemu sobie, ale w znacznej mierze wywoływała go Lucynda. Wnosiła ze sobą jakieś napięcie i nerwowe podniecenie. Nie potrafiła usiąść na krześle, uprzednio wszak całkowicie neutralnym, by nie wyzwolić utajonej w nim, wbrew wszelkim prawom fizyki, tajemniczej energii. Nawet kiedy dziewczyny nie było w pobliżu, pastor wyczuwał na odległość promieniujący z niej niepokój. I złościł się – aczkolwiek nie uważał tego uczucia za chrześcijańskie – że został mu odebrany jedyny zakątek, jedyne miejsce na ziemi, gdzie mógł się poczuć swobodnie, wolny od żądań i oczekiwań swych parafian. Nie mógł się już skupić na Dickensie czy też Wilkiem Collinsie i odczuwał wewnętrzną irytację nawet podczas modlitwy. Gdyby Lucynda znajdowała się w tej chwili w jego domu, byłby ją wyprosił. Ale ponieważ jej nie było, usiadł na małym krzesełku przy oknie i wpatrywał się w piaszczysty gościniec, marząc – choć nie sądził, by wypadało się o to modlić – o pojawieniu się na krańcu drogi obłoczka kurzu, zwiastującego, że oto nadjeżdża panna Leplastrier.

[…]

Oskar zdawał sobie sprawę z tego, że jest nikczemnikiem. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w sufit mansardy, pokryty brązowymi plamami jak stary materac. Była niedziela. Dzwony w pobliskim kościele umilkły przed dziesięcioma minutami, ale młodemu człowiekowi wydawało się, że wyraźniejszym sygnałem nowego dnia był odór wieprzowego tłuszczu, unoszący się z siedziby niebezpiecznych mieszkańców Notting Dale. Stał się łajdaczyną. Ta degradacja była zapewne wynikiem oddziaływania Notting Hill i wpisania się młodzieńca w układ tej dzielnicy; zbliżenia nawet bezwiednego, podobnego przyleganiu opiłków żelaza do magnesu. Od początków swych związków z Wardleyem- Fishem Oskar włączył się już w układ Notting Hill i od tej samej chwili rozpoczął się proces jego degrengolady. Nie obwiniał o to przyjaciela, gdyż Wardley-Fish nie uprawiał już hazardu. To nie hazard sam w sobie był łajdactwem, lecz zapamiętanie i podniecenie, jakie podczas gry odczuwał oraz pogoń za wygraną, popychająca go do obstawiania każdej kolejki w kartach, nie dlatego, by to miało być mądre, lecz aby pofolgować drzemiącej w nim bestii aż do takiego stanu, że nie rozumiał sam siebie, kupując bilet w kasie kolejowej. Łajdactwem było uczucie, które nim owładnęło właśnie w tej chwili, w Notting Hill, kiedy uświadomił sobie, że właściciele przygotowują już psy do wyścigu. Podsunął wyżej skraj prześcieradła, którym był okryty. Niezależnie od tego, jakim godziwym celom miał służyć hazard, nie było rzeczą właściwą uprawiać go w dzień święty. Wyścigi psów były łajdactwem. To Wardley-Fish – bez złych intencji, dobry Boże – zaprowadził go w to miejsce. Oskar doznał wstrząsu, ale też ogarnęło go podniecenie. Rozchodził się tu niebezpieczny odór miejskiej biedy: stęchłej odzieży bawełnianej i barchanowej oraz smażonych śledzi. Mężczyźni siedzieli rzędem, trzymając psy na smyczy, a potem, na dźwięk zegara, puszczali je, wrzeszcząc na cały głos. Na razie wśród ludzi i zwierząt panowała dziwna cisza. Mężczyźni głaskali i poklepywali swych ulubieńców. Dało się słyszeć ciche gruchanie, przypominające odgłos wydobywający się z gołębnika.

[…]

Na ring wpuszczono foksteriera. Wabił się Tiny. Zamiast obroży miał na szyi damską bransoletkę. Chwytał szczury jednego po drugim, wybierając je jak owoce z koszyka, i przetrącał im karki w rytmie tykania zegara, mężczyźni zaś zanosili się śmiechem tak głośnym, że nie bylibyście w stanie usłyszeć, co mówi wasz sąsiad. Kiedy Oskar zobaczył to wszystko po raz pierwszy, nie wierzył, że będzie obstawiał zakłady w podobnej grze. Uległ jednak tej pokusie. Nie dlatego, by miał zagustować w oglądaniu śmierci zwierząt, ale dlatego, że w dzień święty nie można było uprawiać żadnej innej formy hazardu. Na tym właśnie polega hazard: jest potworem, stale domagającym się żeru. Zrzucił prześcieradło i zadał sobie pytanie, jak to często czynił, czy właśnie nie owa konieczność dostarczenia żeru bestii kryje się pod powłoką chrześcijańskiego zamiaru zgromadzenia pieniędzy na cel, wymagający pokonania przemożnego strachu przed oceanem, a polegający na wyruszeniu do Nowej Południowej Walii z misją głoszenia tam słowa Chrystusowego.

[…]

W swym kłopotliwym przyjacielu Wardley-Fish cenił tę właśnie cechę – Hopkins był szorstki i niedopasowany, a wśród wszystkich powodów, jakimi można by tłumaczyć niechęć do niego, nie dałoby się wymienić przymilności Oskara. W Dziwolągu dostrzegał wiele cech, których nie aprobował: różne fobie i fetyszyzmy, nawyki myślowe obce w tak wysokim stopniu, że nie można ich było usprawiedliwić nawet osobliwymi przekonaniami i zachowaniami ojca („Czy dostąpi pan zbawienia, panie Wardley-Fish?”). Syn zaś, niezależnie od wysokości wygranych sum, które mu wypłacali bukmacherzy, nie przeznaczył ani grosza z tego na swój ubiór. Postępował tak, jakby nie miał w ogóle własnych pieniędzy. Tak też w istocie Oskar uważał. Bóg zsyłał mu środki finansowe na opłacenie kosztów edukacji i byłoby grzechem wykorzystywanie ich na zaspokojenie tego, co uważał za próżność. Kupował więc sobie odzież w cuchnących żydowskich kramach przy Petticoat Lane, buty zaś od skrofulicznego domokrążcy, który nie miał do zaoferowania niczego oprócz kilku śledzi i zielonej, jedwabnej chusteczki do nosa, najpewniej ukradzionej przez jego dziadka któremuś z dworskich elegantów.

[…]

Dawno temu, kiedy był bardzo mały, tak mały, że nie mógł jeszcze spożywać posiłków z dorosłymi, wyciągnął z bogatej ojcowskiej kolekcji znaczek, zwykły pocztowy znaczek z łabędziem. Dotykał go uważnie, z nieomal nabożną czcią, jednak uszkodził jego perforację. Ojciec zauważył to oczywiście, ale nie rózgi, jakimi ukarano chłopca, przyprawiły go o płacz, kiedy się wtulił w biały fartuch niani, lecz fakt, że spowodował szkodę, podczas gdy zamierzał jedynie okazać swój podziw dla tego znaczka, i że jego uszkodzenie okazało się nie do naprawienia.

[…]

Po to, by zaistniała, musi się znaleźć dwoje hazardzistów. Obsesjonista {Oskar – przyp. aut.] i Przymuszona {Lucynda – przyp. aut.]. Przez pewien czas drzwi muszą być otwarte. Naprzeciw drzwi konieczne jest usytuowanie kozetki obitej czerwonym aksamitem. Obsesjonista, wyposażony w szesnaście pękatych tomów liczących po osiemset osiemdziesiąt stron każdy, na każdej stronie dwie kolumny druku, ma zasiąść na tej czerwonej kozetce, z katechizmem rozłożonym na kolanach. Przymuszona musi czuć, że coś popycha ją do środka przez otwarte drzwi. Musi podejść do Obsesjonisty i rzec nieprawdę (aczkolwiek nie będzie sobie zdawała sprawy z tego, co zamierza powiedzieć): „Miałabym ochotę się wyspowiadać”. Oprócz powyższego, niezbędnym warunkiem po temu, by kulka z nierdzewnej stali pachinko [japońska gra hazardowa, polegająca na toczeniu kuleczki przez meandryczne wyżłobienia ku punktowi docelowemu, do którego rzadko trafia – przyp. tłum.] ruszyła w całą ową skomplikowaną podróż, dążąc przez metalowe tunele, skręcając w ich boczne odnogi i staczając się aż na sam dół wnętrza „Lewiatana” [nazwa statku, w podróży powrotnej Lucyndy z Anglii i Oskara ku Australii – przyp. aut.], by w końcu wturlać się przez drzwi na wprost czerwonej kozetki, była pewna osobliwość układu wentylacyjnego statku, której konstruktorzy systemu w ogóle sobie nie uświadamiali.

[…]

Uważali ją za dziewczynę nieśmiałą. I była taka, taką ją uczyniono. Lucynda wolałaby zagrać w oczko albo w pokera. Pomyślała, przełykając kawałki mięsa, ile pozytywnych rzeczy można by powiedzieć o grze w karty. Ktoś, kto nie lubi brać żywszego udziału w rozmowie, może milczeć, nie uchodząc za gbura, może zamknąć się w sobie, nie budząc w otaczających go ludziach zaniepokojenia swym nastrojem, może nawet osiągnąć przewagę nad innymi, nie objawiając własnej wyższości chichotami i afektowanym uśmiechem. Ale ktoś inny może zabijać czas, wychodząc ze swej samotności, by nawiązać doraźną znajomość z obcymi, których nigdy później nie zobaczy, i cieszyć się owym słodkim, stale ponawianym wybieganiem myślą w przyszłość, oczekiwaniem czegoś wspaniałego, co ma się zdarzyć. Nie oznaczało to wcale, by przyjemności miały się wiązać jedynie z dążeniem do wygranej i z chciwością. Można również doświadczyć rozkosznie rozjaśniającego myśli poczucia straty, delektować się wiedzą o wypadnięciu kolejnej cegiełki z fundamentu własnego powodzenia życiowego, a także świadomością faktu, że sakiewka jest już całkiem pusta i nie ma w niej nic oprócz przysłowiowego grosika na szczęście, szczypty kurzu i wytartej jedwabnej podszewki, i niezależnie od lęku, jaki się może w człowieku zrodzić na myśl o jutrze, można w wyniku owej całkowitej utraty funduszy doznać uczucia równie całkowitego odprężenia – nie ponosisz już za nic odpowiedzialności, nie stajesz w obliczu żadnego wyboru. Dryfujesz z prądem, jak unoszący się na falach rzeki korek z romantycznej baśni pana Kingsleya.

[…]

Czuła dumę z wyrobów, które produkowała jej huta szkła. Głęboko przejmowała się całym procesem wytwórczym, jak zawsze, kiedy miała do czynienia z właściwym naturze człowieka duchem twórczej współpracy. Zdawała sobie sprawę, że objęła na własność coś w rodzaju piekielnej czeluści – coś, co taką czeluścią na zawsze pozostanie, i podziwiała ludzi, którzy stawiali czoło chaosowi rozszalałemu na początku owego procesu wytwórczego, na końcu zaś uzyskiwali wytwory cywilizacji – podziwiała zezowatego pierwszego wytapiacza, krzepkiego, barczystego wytapiacza drugiego, przystojnego trzeciego wytapiacza, który nigdy nie zostanie majstrem, a także wydmuchiwacza o bujnej, srebrnoszarej brodzie i ramionach tak grubych jak chłopięce uda, a także wymuskanego brakarza, uwijającego się wszędzie wokół jak szpak na gałęzi. Jako właścicielka tej piekielnej czeluści nie czuła się w porządku wobec owych ludzi, zmuszonych do pracy w nadmuchiwanych kamizelkach, napełnionych wodą zamiast powietrza, zrywających się na nogi o trzeciej nad ranem (albo też spieszących do huty o dziesiątej wieczorem, by pozostać w niej do świtu), skazanych na zmaganie się z żarem hutniczego pieca. I chociaż nigdy nie wpadała w romantyczne uniesienia nad ich trudem, zazdrościła im w pewien sposób zespalającego poczucia koleżeństwa i miała nadzieję, że je pozyska dzięki grze w karty. Miała na celu jedynie to, by się stać użytecznym elementem całej manufaktury, mimo że była jej władczynią.

[…]

Opowiedział Oskarowi o diable, którego ustrzelił w Cowpastures. Opisał dokładnie jego okrycie i zawartość brzucha. Podkreślił, że w Nowej Południowej Walii bardzo są potrzebni duchowni, istnieją bowiem rozlegle obszary, oznaczone na mapach administracyjnych jako „parafie”, gdzie ludzie pozbawieni są wszelkiej opieki religijnej, dzieci w ogóle nie chodzą do szkoły, a świętokradztwo i występek plenią się tak bujnie, że nawet światowcy – tacy jak on – są tym wstrząśnięci. Jeśli Oskar nosi się z zamiarem nawracania czarnych, to lepiej niech nie traci czasu na takie niewykonalne mrzonki. Najbardziej charakterystyczną cechą owych kreatur jest całkowity brak wszelkich wierzeń religijnych. Każdy inny naród – zapewniał pan Borrodaile, intensywnie pocierając palcami małe wklęśnięcie w swym siodełkowatym nosie, błyszczącym już od owego pocierania jak wyświecone siedzenie skórzanego fotela – każdy inny naród, niezależnie od swej dzikości, czci jakieś bóstwa czy posągi z drewna lub kamienia, czarni Australijczycy natomiast nie wierzą w nic, z wyjątkiem diabła, który chce ich pożreć.

[…]

Nie chodziło mu oczywiście o opowiedzenie się po którejś stronie, ale o przyjęcie odpowiedzialności za zachowanie harmonijnej równowagi przy stole. Miał do takich zadań prawdziwy talent, który czynił go również dobrym nauczycielem. Oskar wzrastał w niechęci do niezgody i lęku przed hałaśliwością. Ta słabość stała się jego cnotą; w każdą sytuację międzyludzką, w jakiej się znalazł, wnosił głębokie przywiązanie do prawości, obdzielał swym zainteresowaniem i uwagą osoby wplątane w ową sytuację wedle ich potrzeb, niczym sprawiedliwy socjalista. Jeśli zaś chodzi o niego samego, to – pomijając kwestię wyścigów konnych (którą we własnym wyobrażeniu zostawił już poza sobą) oraz budowy „Lewiatana” (w którą wszyscy przy tym stole byli dokładnie wprowadzeni) – uważał, że w sprawach świeckich nie ma do powiedzenia nic godnego uwagi. Przekonał się, że uczniowie w szkole pana Colville’a są w sprawach tego świata lepiej zorientowani od swego nauczyciela.

[…]

Oskar mógł się przekonać, do czego doprowadzi jego współtowarzyszy od stołu wykład na temat zjawiska fluorescencji – w nieuchronny sposób do tego, że wybiegną schodami na pokład, w ciepłą noc, do której jego fobia wzbraniała mu dostępu. Im bardziej wdawał się w szczegółowe opisy i objaśnienia fluorescencji, tym głębiej upewniał się, że tamci troje w końcu porzucą go i zechcą na własne oczy obejrzeć cud, który tak wspaniale scharakteryzował. Kierował swe wywody przede wszystkim do panny Leplastrier (słuchała go z uniesioną górną wargą i rozjaśnionymi oczyma), a kiedy jego euforia udzieliła się wszystkim i wstali od stołu, on również się podniósł. A ponieważ wcale nie obiecał, że będzie im towarzyszył na pokład, choć też i nie wykluczył takiej możliwości, wedle prawa ziemskiego nie mógł być obwiniony o wprowadzenie w błąd swego towarzystwa, choć prawu niebieskiemu nie udałoby mu się zapewne tak łatwo wymigać.

[…]

To, co Wardley-Fish powiedział w Cremorne Gardens o Oskarze, było prawdą: nigdzie nie pasował. Jego osamotnienie na promenadzie drugiej klasy świadczyło o tym wyraźnie. Był zaczarowanym ptakiem, zabłąkanym bocianem, modliszką, gamoniem, odmieńcem. Lękał się wody. Sam wyłączał się z życia. Wysiadywał na promenadzie na swej kozetce jak na ławce w publicznej łaźni, a cuda oceanu docierały doń w postaci drobnych odprysków.

[…]

Widzi pani – powiedział Oskar – żywię fobię, lęk przed oceanem. Cierpię na tę przypadłość od wczesnej młodości. Wie pani, mój ojciec jest przyrodnikiem, ciągle chodził nad ocean, a ja brodziłem po wodzie wraz z nim, już kiedy byłem małym brzdącem. Rozumiem. Jednak wcale nie rozumiała. Pocił się z niepokoju, ale Lucynda tego nie dostrzegała. Przypominała kogoś, kto słucha mowy wygłaszanej po hiszpańsku, podczas gdy spodziewał się języka greckiego. Podniósł ze stolika kartę i zaczął ją obracać w palcach. W każdym razie morze wpędza mnie w taki niepokój, jakiego inni ludzie doznają wskutek lęku wysokości. Toteż towarzyszenie pani na pokładzie dziś wieczorem albo też przyjście tutaj, przy całych tych oszklonych oknach – aby wysłuchać pani spowiedzi – cóż, lęk mój był tak silny, że nie umiałem sobie z nim poradzić.

[…]

Oskar wyjął z kieszeni chusteczkę, przetarł nią sobie dłonie, a następnie zroszone potem brwi. Doprawdy? – spytał. – Wcale tak nie uważam. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Nie dał mi pastor rozgrzeszenia. Z jakiegoż to mianowicie grzechu? Poczuła się wstrząśnięta, nie tyle nawet tym, co powiedział, ale zmianą, jaka się dokonała w jego zachowaniu. Wyrzucał z siebie słowa z gniewną pasją, zupełnie obcą jego osobowości. Głos mu zhardział. Wykonywał dłońmi nerwowe gesty nad kartami – w końcu je zobaczył, rozłożone tuż przed nim. Cała nasza wiara, panno Leplastrier, jest rodzajem zakładów. Wszyscy stawiamy na coś wyłożył to mądrze Pascal, chociaż królowa Anglii mogłaby go uznać za nie dość prezbiteriańskiego. Stawiamy mianowicie na to, że istnieje Bóg. Stawką jest całe nasze życie. Szacujemy zyski i straty i liczymy, że znajdziemy się wraz ze świętymi w raju. Nad ranem budzimy się zlani zimnym potem, niepewni owej wygranej. W pełni zimy wyskakujemy z łóżek i padamy na kolana. A Bóg nas widzi, ogląda nasze cierpienia. I jakże ów Bóg – Bóg, który widzi nas klęczących na zimnej posadzce…

[…]

Żeby ów Bóg – Oskar rozwijał swą myśl – wiedzący o naszym lęku i kruchej nadziei na wygraną… – Zamilkł, obserwując drżenie swych dłoni. To drżenie spowodowane było żarliwością przekonań, które wyjawiał, ale także i podnieceniem innego rodzaju – wywołanym pełnym zachwytu wyrazem twarzy panny Leplastrier. – Żeby ów Bóg mógł niechętnym okiem spoglądać na człowieczka stawiającego parę groszy na zwierzę, które ma pierwsze przebiec nakreśloną linię, chyba że (i w tej chwili usta złożyły mu się do uśmiechu, z całą pewnością sprowokowanego przez zachwyt malujący się na obliczu dziewczyny, a nie wywołany nową myślą, która nim właśnie owładnęła) chyba że – a nikt mi nigdy niczego takiego nie sugerował – że można uznać za bluźnierstwo uczestniczenie we wspólnej radości, której natura jest z samej swej istoty Boska. Pastorze Hopkins – odezwała się Lucynda, zdecydowawszy się w końcu usiąść – nie musimy dla żartu narażać naszych dusz na ryzyko potępienia. Nie wypowiedziała owych słów na serio. W ogóle nie traktowała ich poważnie – niczego na świecie nie lubiła bardziej niż żartów. Przywiązywała do nich ogromną wagę i nie miała w zwyczaju używać tego wyrazu w negatywnym sensie. Crystal Palace – budowla, którą podziwiała ponad wszystkie inne – nie był niczym innym niż swego rodzaju żartem, istniały także inne pomysły tego typu, filozoficzne odpowiedniki wielkich katedr wzniesione ze stali i szkła, które stały się jej sekretną pasją, wyznawaną z całą żarliwością. To nie jest żart.

[…]

W takim razie – pastor Hasset podniósł wzrok i zarumienił się, oczy mu rozbłysły – w takim razie zachowa się pani impertynencko. Wstała. Doznała zniewagi, jakby ją spoliczkowano albo spuszczono lanie pasem. Znowu zaczęła się bawić rękawiczkami. A więc odczuwanie gniewu, kiedy przyjaciołom dzieje się krzywda i gdy ktoś ich poniża to impertynencja? Impertynencją jest sądzić, że niesprawiedliwość nie powinna być przyjmowana z pochyloną głową? Pan nie zgadza się z tezą o Niepokalanym Poczęciu, pastorze Hasset. Ja zaś nie zgadzam się z wzywaniem do nadstawiania drugiego policzka. Nie potrafił trwać w gniewie przez dłuższy czas. Była to jego słabość, objaw ogólnego braku emocji. Gniew wybuchał w nim na chwilę – jak iskierki z krzesiwa, które nie mogą rozpalić płomienia. Dennis odezwał się tonem ironicznym, a właściwie autoironicznym, a proste słowa, jakie wypowiedział, miały odniesienia do innych samokrytycznych myśli, o których sądził, że są dla niej oczywiste, ale które oczywiście były znane tylko jemu samemu. Wypowiada pani zdecydowane poglądy.

[…]

Lucynda miała różnorakie plany. Chciała zainstalować różne urządzenia. Dom nad zatoką wydawał się jej teraz nazbyt oddalony i uznała, że pociąg do hazardu już w niej wygasł. Pracowała tak ciężko, że zasypiała już godzinę po wieczornym posiłku. Wcześnie wstawała. Była samotna, ale nie osamotniona. Głowę miała pełną marzeń o szkle, o jego nowych formach, które widziała oczami wyobraźni, a których zastosowania nie umiała jeszcze nawet odgadnąć. Pragnęła zbudować szklaną piramidę. Wieżę.

[…]

Dobrze, więc powinna dokądś pójść. Ale dokąd? Do pana d’Abbsa, oczywiście, w którego domu spędziła tyle przyjemnych chwil. Ale przygnębiało ją tam nie tylko prostactwo ménage pana d’Abbsa, nie tylko charakterystyczne dla Sydney połączenie ignorancji z zarozumiałością, lecz także natarczywość, z jaką pan d’Abbs nastawał na to, by przestała wieść samotniczy żywot. Zawsze znajdował się tam pod ręką jakiś „filozof” albo „poeta” (starzejący się i wypatrujący możliwości ożenku). Mogłaby skorzystać z innych zaproszeń. W istocie, chętnie wypiłaby w czyimś towarzystwie filiżankę herbaty i porozmawiała o codziennych sprawach. Interesowałaby ją możliwość zatańczenia kadryla i pogawędzenia o wychowaniu dzieci. Czy te sprawy nie są ciekawymi tematami w powieści? Dlaczegóż więc nie miałyby okazać się interesujące w życiu? Lucynda jednak oddaliła się od tych, z którymi teraz chciałaby utrzymywać stosunki towarzyskie. Oddaliła się nie dlatego, że jej krok był zbyt męski, a fryzura niedbała, stroje zaś niezgodne z upodobaniami innych kobiet. Ona sama odsunęła się od ludzi. Uznała, że nie odczuwa bliskości z ową luźną zbiorowością, którą można by nazwać „jej środowiskiem”. Nawet dom, który wybrała sobie na mieszkanie, oddzielał ją od mieszkańców Sydney. Nie wybaczono jej wyniosłości i arogancji. Nie ubiegano się o jej wzgardliwe towarzystwo.

[…]

Ach, to pan, mój drogi – uśmiechnęła się Lucynda i wyciągnęła ku niemu dłoń, zapominając, że takie maniery są czymś w tej części George Street nieoczekiwanym. – Skąd pan tutaj? – zapytała mojego pradziadka Oskara, uprzedzając jego trwożne zaskoczenie, i otrząsnęła się z zakłopotania równie łatwo, jak malarz uwalnia się od fartucha roboczego – przecież to czcigodny pastor Krab [ksywka, od „wycofującej się” postawy Oskara na statku Lewiatan, gdzie poznali się razu pierwszego – przyp. aut.]? Przysięgała potem, że Oskar zamarł z otwartymi ustami. Opisywała mu jego wygląd: sprawiał wrażenie pacynki, z której aktor wyjął dłoń, pozostawiając kukiełkę bez życia, niezdolną nawet do poruszenia ręką. W ciszę panującą w pomieszczeniu wdarł się odgłos miedzianych monet, które Chińczyk chował wraz z czarką. Nie było wątpliwości, że obawiał się kolejnej inspekcji Królewskiej Komisji do walki z hazardem. Przypuszczał, że ów rudowłosy młodzieniec o otwartych ustach jest czcigodnym członkiem owej komisji, który zechce dowieść, iż jego ojciec jest palaczem opium, a żona prostytutką. Wrzucił monety do kieszeni płaszcza, czarkę do tylnej kieszeni spodni i wycofał się w zaciemniony kąt pomieszczenia. Nie opustoszało ono natychmiast. Znaleźli się gracze bardziej ciekawi niż płochliwi, którzy pozostali na miejscu jeszcze przez minutę lub dwie, by się przekonać, jakie też związki łączą zdemaskowanego duchownego z kobietą w nieprzemakalnym płaszczu. Było całkiem prawdopodobne, że oboje reprezentują komisję. Ale po chwili wszyscy się rozeszli.

[…]

Lucynda marzła i chciała jak najszybciej dotrzeć do domu, by napić się gorącego kakao, ale nie mogła przecież skazać pastora na kilkumilową pieszą wędrówkę w taką pogodę. Musi go odwieźć do jego parafii, leżącej dokładnie w przeciwnym kierunku od tego, w jakim zamierzała się udać. Przyjrzała się Oskarowi uważnie, z większym niż zwykle dystansem, kiedy tak stał przed nią, wymachując na deszczu rękoma i wyjaśniając starannym, literackim językiem, w jaki sposób utracił konia i powóz (zakupiony przez komitet parafialny) na wyścigach konnych na rzecz lichwiarki, która – jak się okazało w następną niedzielę – należała również do jego parafian. Lucynda była zarazem zachwycona i przerażona jego naiwnością i ta właśnie cecha wprawiała ją w zakłopotanie; nie umiała rozstrzygnąć, czy to szczera niewinność, czy maska mająca osłaniać szaleństwo, czy też wielebny objawiał skłonności wręcz przestępcze.

[…]

Pan d’Abbs nie podjął tematu, ale wydawał się bardzo zadowolony. Dobrze – oświadczył – nam tu niepotrzebna łacina, chociaż kierownik biura [gdzie zatrudniono Oskara w pierwszej uczciwej pracy po abdykacji pastorskiej – przyp. aut.], pan Jeffris, darzy klasyków prawdziwym kultem. Ale co my z panem zrobimy? Ma pan poplamione ubranie. Ja bym to mógł znieść, ale pan Jeffris jest prawdziwym maniakiem schludności. Oberwie panu uszy. Nie, drogi panie, nie tworzę figur poetyckich. Dokładnie opisuję czynności. To dziedzictwo prehistorii. To nawrót do małpy tkwiącej w nas. Raz człowiek wygląda na ucywilizowanego, a za chwilę budzi się w nim zwierzę. Jeśli jest geniuszem w swej pracy, muszę mu wybaczyć tę wadę, bo dobry urzędnik stanowi gwarancję sukcesu w pracy. Niech pan nie słucha nikogo, kto by pana zapewniał, że jest inaczej. To dobrzy urzędnicy w powalanych atramentem zarękawkach umożliwiają nam, dżentelmenom, uczęszczanie do klubu albo też na obiady do gubernatora. To zasługa urzędników, proszę pana, a ja nie jestem żadnym radykałem. Moje uwagi mają charakter naukowy. Moje zadanie to stać przy sterze, obrócić koło w jedną stronę albo odrobinę w przeciwną, no więc co z panem pocznę? Jest pan gotów stanąć do pracy? To zupełnie co innego niż modły.

[…]

Lucynda nazywała go w myślach „staruszką”, „dobrą duszyczką” albo „kumplem-dziwakiem”. Niekiedy patrząc na niego, widziała kogoś, kogo nie znała przedtem jakąś zjawę, pobrzękującą tępym końcem noża w szklance, by w ten sposób rozmieszać cukier w herbacie, zjawę wybuchającą głośnym śmiechem i przemawiającą po łacinie, w przekonaniu że Lucynda zna ten język. Podczas rozmowy okazywał się taki skłonny do eliptycznych figur, taki kapryśny. Sprawiał, iż czuła się płytka, niekulturalna, nieelegancka. Nie domyślała się nawet, że jej niedbale zrzucone z nóg buciki uważał za gustowne, że stanowiły przedmiot jego podziwu. Potwierdzało się to, co zauważyła już w czasie podróży na pokładzie „Lewiatana” – że nie jest to mężczyzna, nad którym łatwo zapanować, że jest entuzjastą, wizjonerem przedzierającym się przez istną dżunglę idei i pomysłów, bynajmniej nie trwożliwie, ale niecierpliwie (chlap, wyciągała z kociołka mokrą bieliznę) i radośnie. Tęsknił za Anglią i lubił o niej rozmawiać. Jego Anglia wydawała się inna, niż ta, którą tak się rozczarowała. Była to miła, zielona kraina – Lucynda nie wiedziała, że w domu Strattonów [gdzie Oskar uciekł po kłótni z ojcem – przyp. aut.] panowały wilgoć i zimno ani że chłopcy z kolonii baptystów zmuszali Oskara, by połykał kamyki.

[…]

Nie zwierzała mu się ze swych marzeń o szkle, nawet w chwilach, kiedy o szkle rozmawiali. Był słuchaczem wybornym, ale odsłaniała przed nim tylko zewnętrzną otoczkę marzeń – sprawy dotyczące szkła okiennego, kosztów jego transportu, kłopotów ze ściąganiem należności od budowniczych, którzy nie kwapią się z wyrównywaniem rachunków w ustalonym, sześciomiesięcznym terminie. Sądził, że na tym polega jej praca, i tak w istocie było, ale przedstawiała mu tylko część swych zamierzeń, pod którą kryły się głębie tak wielkie, iż sama bała się w nie wejrzeć. Największą jej ambicją, której mu nie odsłoniła, było zbudowanie ze szkła i stali czegoś nadzwyczajnego i pięknego jak Crystal Palace – Kryształowego Pałacu, który zarazem nie byłby Kryształowym Pałacem. Konserwatorium, ale zarazem czegoś niebędącego konserwatorium. Szkło wsparte na stalowej konstrukcji, rozsnutej jak pajęcza sieć – ta wizja przesuwała się gdzieś po manowcach jej wyobraźni, nie przybierając żadnej skonkretyzowanej postaci.

[…]

Wszystko to, pomyślała Lucynda, odziedziczyłam po mamie: jestem krytyczna, zajeżdżam na śmierć ulubionego kucyka, mam zły charakter, nie umiem się odprężyć ani odpoczywać i odpycham od siebie ludzi, którzy dobrze mi życzą. Nikomu nie pozwalam stać się dla mnie kimś, kogo papa nazywał „dobrym kumplem”. Jak to możliwe, żebym była w kimś zakochana, a jednocześnie tak zupełnie nie czuła doń zaufania?

[…]

Wiesz, czego ci zazdroszczę? – spytała. – Tego, że nie czujesz się w żaden sposób skrępowany. W duchu zaś dodała: Mam na myśli to, jak chodzisz, jak tu wkroczyłeś, jak jesteś ubrany i że nic sobie nie robisz z tego, co o tobie pomyślą kelnerzy. Uśmiechnął się; między kciukiem a palcem wskazującym trzymał kawałek chleba. Nie przejmujesz się ludźmi, którzy cię widzą i którzy cię słyszą, i nie obchodzi cię, jak cię oceniają. Sam znasz własną wartość, jak myślę, i to ci zapewnia mocną pozycję.

[…]

Wyobraź sobie – rozwijał Oskar swą myśl – jak wielka byłaby radość pastora Hasseta, gdyby tak obudziwszy się pewnego ranka, zobaczył przez okno kościół. Lucynda już otworzyła usta, by mu odpowiedzieć. Kościół zbudowany ze szkła.

[…]

Oskar przeszedł przez kuchnię i ujął butelkę dwoma palcami za szyjkę. Wyniósł brandy do innego pomieszczenia. Lucynda otworzyła usta, jakby chciała pośpieszyć z jakimś wyjaśnieniem, ale zaraz je zamknęła. Gość zdawał się jednak nie dostrzegać ani Oskara, ani butelki. Kto to zamówił? Zamówił? – spytała, zaniepokojona tym, że jej gość nie doszukuje się już w projekcie dalszych wad, i pełna obaw, iż dałoby się ich znaleźć więcej. Zamówił, zlecił, powierzył pani wykonanie tego projektu? Pan Ahearn wiedział, że odpowiedź brzmi: nikt. Ale Lucynda odrzekła: Jezus Chrystus. Prawnik gwizdnął z wrażenia. Jezus Chrystus, którego boskiej chwale posłuży ta świątynia – dodała, ciaśniej owijając się szlafrokiem. Szaleństwo nie służy boskiej chwale. Bywają sytuacje, w których szaleństwo okazuje się mądrością. Proszę się ze mną nie przekomarzać – odciął się pan Ahearn. – Ta budowla jest niepraktyczna, w środku byłoby za gorąco. Żadna kongregacja parafialna nie zamówiłaby czegoś takiego.

[…]

Wcale pani nie pragnie, by jej wybaczono, jest pani małym nicponiem. Nie ma pani za grosz poczucia winy, mogę przysiąc, że mam rację. Doprawdy? Doprawdy, brak pani poczucia wstydu. Ma pani tylko silną wolę, zauważyłem to już pierwszego dnia, kiedy się pani zjawiła u mnie w biurze. Zadzierała pani nosa od samego początku. – (Pomyślał: żyłki na szyi są widoczne, dolną wargę ma siną; to wszystko nie wygląda zbyt dobrze). – Powiedziałem Figowi, że nie przywiązuję wagi do plotek, pani wznosi się ponad nie.

[…]

Fascynowało ją nie samo ryzyko, lecz to, że mogła ponieść stratę. A owego dnia, w którym pan d’Abbs złożył jej wizytę, wróciła właśnie od notariusza, mającego biuro przy Pitt Street, gdzie od prawnika, który żywił wyczuwalne opory wobec całej sprawy, uzyskała dokument formalnie potwierdzający zakład [polegający na tym, że jeśli Oskar dowiezie szklany kościół do pastora Hasseta to dostanie w posiadanie hutę szkła Lucyndy – przyp. aut.], jaki zawarła z Oskarem; dokument ten schowała do pachnącej kurzem, cedrowej sekretery. Nie powiadomiła o swej decyzji Oskara, uznając w duchu ów dokument za magiczną gwarancję, iż jej ukochany odbędzie zwycięsko podróż. Nie wyrażała jednak tej nadziei w słowach, nawet do samej siebie. Pewność, jakiej doznawała, dotykając zwiniętego w rolkę aktu prawnego (a czyniła to przynajmniej dwa razy dziennie), wynikała zaś z prostego przekonania, iż, jeśli ona zdoła przegrać ów zakład, Oskar Hopkins nie zginie.

[…]

O kim miałbym zapomnieć? – Głos Oskara wydawał się ostry i nieprzyjazny. Pan Smith pomyślał: Niełatwo daruje mi to, co muszę robić. Ale on też zdany jest na wszechwładzę tęgo maniaka odkryć. Jedziemy na tym samym wózku. Oskar musi mi wybaczyć. Nie zniósłbym, gdyby tego nie uczynił. Powiedział na głos: Zapomniał pan, że byłem świadkiem pańskiego ataku [zabójstwa na kierowniku wyprawy Panu Jeffrisie – przyp. aut.]. Szczęki miał pan zaciśnięte, a twarz czerwoną jak płat mięsa w rzeźniczym sklepie. Gałki oczne niemal wyskoczyły panu z orbit, a żyły w powiekach nabrzmiały tak, że wyglądały jak wychodzące na powierzchnię gąsienice.

[…]

Nawiedzały Oskara sny wywoływane tym narkotykiem [laudanum – przyp. aut.], a także inne wizje, których pochodzenia nie dałoby się określić tak ściśle. Gdyby zetrzeć Sydney z powierzchni ziemi, myślał, tak jak amputuje się człowiekowi którąś część ciała, wszystkie drogi i rzeki odsłoniłyby się jak korzenie, kanały, arterie. Oczyma wyobraźni oglądał tę plątaninę: rzeki wylewające się z koryt, śliskie żółte pasma dróg, przypominające zmielone mięso, z którego rzeźnik wyrabia kiełbasy. Widział w swych rojeniach także nieszczęśliwe, wybladłe oczy Percy’ego Smitha, nabijającego sobie poczerniałą, pękatą fajkę. Widział też ojca, który uśmiercał ćmy, wbijając im w oczy mosiężne szpilki. Roiły mu się olbrzymie muszle, miękkie jak wytworne żakiety damskie – jasnoróżowe, liliowe, liliowo-zielone – rozrzucone po nabrzeżu Devon. Miewał również sny ekstatyczne, wypełnione wodą, w których jego ciało przybierało formę rzeki.

[…]

A potem musimy zmontować kościół. Nie potem – sprostował Percy Smith. Wstał i zaczął się przechadzać wokół ogniska. Zmontujemy kościół nie potem, lecz tu, na miejscu. Na platformie. Widzi pan, pastorze, wszystko przewidziałem. Wpłyniemy do Boat Harbour w pełnej chwale. Może pan to sobie wyobrazić? Niechże sobie pastor wystawi miny owych bezbożników na taki widok. Na widok kryształowej wizji! Och, mój ty… Czy pan już widzi tę scenę, pastorze Hopkins? Ależ to nimi wstrząśnie, Boża świątynia przypływająca do nich rzecznym nurtem…

[…]

Oczywiście, że odczuwam. I poczuwam się do winy. Ale muszę panu wyznać, pastorze, że przede wszystkim gnębi mnie smutek, iż zabiłem tę bestię. To jest coś, do czego nie można się przyzwyczaić. Stara się pan, by jak najlepiej naostrzyć nóż i zadać śmierć jak najszybciej, ale nadchodzi taki moment, kiedy patrzy pan tej biednej bestii w oczy – może pan to pytanie zadać farmerom, jeśli będą na tyle szczerzy, by powiedzieć prawdę, przyznają, że to straszne. Ale ów człowiek był okrutnikiem i czuję się poniekąd zadowolony, że go zabiłem. Nie zniósłbym już ani dnia dłużej tej mojej rozlazłej jak meduza bierności.

[…]

Kto tego dokonał? – zapytywała się w myślach Miriam Chadwick [przyszła żona Oskara Hopkinsa – przyp. aut.]. Kto? Chcę znać odpowiedź na to pytanie. Który z mieszkańców tej zabłoconej doliny mógł się na coś takiego zdobyć? Bo ten mały kościół o stromym dachu nie tylko cały zbudowany był ze szkła, ale charakteryzował się proporcjami tak szlachetnymi, jakby wykonano go na zamówienie jakiegoś księcia, powiedzmy, bawarskiego. Wzdłuż krawędzi dachu rozmieszczono ozdobniki, swego rodzaju krezę – Miriam nie mogła tego ściśle ustalić, ale wydawało się, że tworzy ją rząd lilii andegaweńskich. Płyty szklane, z których złożono ściany, nie były kwadratowe i niezgrabne jak szyby okienne, ale wydłużone i smukłe, zwieńczone trójkątami i wykutym w żelazie fryzem ozdobionym medalionami (przypominającymi koguci grzebień), znajdującymi odpowiednik we fryzie zdobiącym ich podstawę. Ten żeliwny fryz miał blisko metr wysokości i przywodził na myśl ornamenty w gotyckiej katedrze.

[…]

Wysłuchiwał urzędnika, przeprawiając się przez rzekę. Jak zwykle, tłum składał się w przeważającej większości z pijaków i cuchnął obrzydliwie przepoconą odzieżą, rumem oraz wymiocinami. Piekło nie może gorzej śmierdzieć. Dennis Hasset otworzył torbę z solą i nabrał jej pełną garść. I w tej samej chwili zobaczył kościół. Przez głowę przemknęły mu naraz różne myśli. To był cud, pajęcza sieć, coś nadkruszonego, jakaś tragedia, jakieś marzenie, jakby konstrukcja wzniesiona dla Jerzego III, a następnie rozbita w porywie wściekłości. Pomyślał sobie, że budowla padła ofiarą gradu. Przypuszczał, iż wyłowiono ją z wraku statku rozbitego o nadbrzeżne skały. Stwierdził, że trójkątne płyty szklane są pomyłką, łuk romański miałby więcej wdzięku. Wreszcie pomyślał o Lucyndzie. Ta ostatnia myśl wczepiła mu się w tylną część mózgu jak kleszcz, powodując uczucie pieczenia i kłucia, ponieważ nigdy dotychczas, w żadnym ze swych listów, nie odważył się powiadomić jej o tym, iż jest już człowiekiem żonatym i wkrótce zostanie ojcem.

[…]

Czytając ów liścik, można było uznać, że dawał wyraz jednemu tylko z licznych cierpień i lęków, w jakie obfitowała jej życiowa droga. Można go było uważać za ostatnie z doświadczeń przed rozpoczęciem przez pannę Leplastrier prawdziwego życia. Ale w roku 1866 Lucynda nie mogła jeszcze być tak wobec swego losu zdystansowana, pisała opadającymi skosem ku dołowi strony, pokracznymi od pasji literami, na marnym papierze, który zwietrzał, pokryty kleksami rozmazującego się atramentu. Pisała ten list przytłoczona nieszczęściem kobieta o zaczerwienionych oczach i poparzonych dłoniach, robotnica w wytwórni pikli pana Edwarda Jasona, położonej przy Druitt Street.

[…]

Po stu dwudziestu latach kościółek ten jedyny, w którym moja matka śpiewała „Święty, święty, święty" i o który mój ojciec był tak zazdrosny; ten, który zmontował mój pradziadek i który błyszczał jak odłamek nieba nad rzeką Bellinger, został rozebrany. Niczemu już nie służył. W miejscu, gdzie stał tak długo, w ostatnie Boże Narodzenie odsłoniła się łata nagiej ziemi, z dwiema koleinami wyżłobionymi przez wóz ciężarowy, pozostawiony w bujnej trawie. Złożono na nim szesnaście rzędów starych krzesełek kinowych, które w ostatnim okresie funkcjonowania tego domu modlitwy służyły wiernym za ławki. Nie pozostał jednak żaden przedmiot upamiętniający znaczenie, jakie ów kościół miał dla nas, nic nie przypominało Palmowych Niedziel, rezurekcji, przemiany wody w wino, rozmnożenia chleba i ryb oraz wszystkich tych okrutnych i podniosłych konceptów, które Oskar, zmaltretowany i spalony słońcem, z oczami okolonymi białą obwódką, przywiódł nad rzekę Bellinger w roku 1866.

Peter Carey, Oskar i Lucynda

Obyczajowa powieść australijskiego pisarza Petera Carey ‘a przenosi nas w połowę dziewiętnastego wieku w środowisko robotniczo-farmerskie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i jego raczkującej acz prężnie się rozwijającej w industrialnej epoce - kolonii zamorskiej w Australii. Młoda, zbuntowana utracjuszka i ekscentryczna australijska farmerka potem i potentatka przemysłowa Lucynda oraz wycofany z życia a zwłaszcza pełen kapryśnych fobii natury religijnej pastor anglikański Oskar podejmują zakład a może właśnie wyrafinowaną grę jak hazard na śmierć i życie. Sami nie wiedzą tego, że w swym szalonym pomyśle są przegrani nie tylko u ścisłego zarania, ale i na sam koniec ich zmysłowej egzystencji… gdyż nie udaje się im przywrócić tego, co we wczesnym dzieciństwie pozwalało odróżniać ciepłe od zimnego…



powrót ››