Blog

 

26.11.2022

2666. Część krytyków

„Najdziwniejsza w tym śnie - była woda, 

żywa woda”

[…]

Jean-Claude Pelletier po raz pierwszy przeczytał Benna von Archimboldiego, mając lat dziewiętnaście, w święta Bożego Narodzenia 1980 roku w Paryżu, gdzie studiował na uniwersytecie literaturę niemiecką. Tą książką był D'Arsonval. Wówczas młody Pelletier nie wiedział jeszcze, że powieść ta stanowi część trylogii (na którą składają się Ogród, o tematyce angielskiej, Skórzana maska, o tematyce polskiej, tak jak D'Arsonval był, oczywiście, o tematyce francuskiej), ale niewiedza ta czy też luka lub bibliograficzne zaniechanie, które mogło być przypisane jego młodzieńczemu niedoświadczeniu, ani trochę nie umniejszyły olśnienia i podziwu, które wywołała w nim powieść. Począwszy od tego dnia (czy też późnych godzin nocnych, kiedy to uznał za zakończoną ową inauguracyjną lekturę), przeistoczył się w wielbiciela Archimboldiego i rozpoczęła się jego pielgrzymka w poszukiwaniu innych dzieł tegoż autora. Zadanie nie było łatwe. Zdobycie, nawet w Paryżu, książek Benna von Archimboldiego w latach osiemdziesiątych XX wieku było nie lada wyzwaniem, misją napotykającą niepoślednie trudności. W bibliotece wydziału filologii germańskiej jego macierzystego uniwersytetu nie było właściwie żadnego śladu istnienia Archimboldiego.

[…]

Pelletier jeszcze dobrze pamiętał ów dzień, kiedy przeczytał Archimboldiego po raz pierwszy, i mógł zobaczyć siebie samego, gdy młody i biedny mieszkał w chambre de bonne, dzieląc umywalkę, w której przemywał twarz i płukał zęby, z piętnastoma współlokatorami ciemnej mansardy, srając do obrzydliwego i niezbyt higienicznego klozetu, który nic nie miał z klozetu, a dużo z latryny i z dołu kloacznego, również dzielonego z piętnastoma lokatorami mansardy, z których kilku wróciło już do siebie, na prowincję, jako szczęśliwi posiadacze odpowiedniego dyplomu uniwersyteckiego albo przeprowadziło się w miejsca nieco bardziej komfortowe w samym Paryżu, a kilku, niewielu, nadal tam mieszkało, wegetując albo powoli umierając z obrzydzenia.

[…]

Recepcja Archimboldiego we Włoszech, należy to podkreślić, była zupełnie odmienna niż we Francji. Morini, prawdę mówiąc, nie był jego pierwszym tłumaczem. Co więcej, pierwszą powieścią Archimboldiego, jaka wpadła Mariniemu w ręce, był przekład Skórzanej maski dokonany przez niejakiego Colossima dla wydawnictwa Einaudi w roku 1969. Po Skórzanej masce opublikowano we Włoszech Rzeki Europy w roku 1971, Dziedzictwo w 1973, Kolejową perfekcję w 1975, a jeszcze przedtem, bo w roku 1964, wydano wybór opowiadań, w których nie brakowało opowieści wojennych, zatytułowany Berlińskie na dnie. Można zatem stwierdzić, że Archimboldi nie był we Włoszech autorem nieznanym, aczkolwiek trudno byłoby stwierdzić, że był pisarzem, który odniósł sukces albo sukces połowiczny, albo niewielki sukces, był raczej pisarzem, który nie odniósł żadnego sukcesu i którego książki niszczały na najbardziej zatęchłych księgarskich półkach albo były przeceniane lub gniły w zapomnieniu w magazynach wydawnictw, czekając, aż ostatecznie pójdą na przemiał. Moriniego nie odstraszyło oczywiście niewielkie zainteresowanie włoskiego czytelnika dziełem Archimboldiego i, przetłumaczywszy Bifurcaria bifurcata, zaoferował mediolańskiemu czasopismu  i pismu z Palermo dwa studia archimboldiańskie, pierwsze poświęcone kategorii przeznaczenia w Kolejowej perfekcji, a drugie, analizujące wielorakie kostiumy sumienia i winy w Letei, powieści na pozór erotycznej, i w Bitziusie, mikropowieści liczącej niespełna sto stron (do pewnego stopnia przypominającej Skarb Mitzi, książkę znalezioną przez Pelletiera w starej monachijskiej księgarni), której wątek fabularny dotyczy życia Alberta Bitziusa, pastora z Lutzelfluh w kantonie berneńskim, autora kazań, ale i pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Jeremiasz Gotthelf. Oba eseje zostały opublikowane, zaprezentowane zaś w całej krasie przez Mariniego elokwencja i uwodzicielski urok, z jakimi opisywał postać Archimboldiego, obaliły dotychczasowe przeszkody, dzięki czemu w 1991 roku ukazał się we Włoszech kolejny przekład Piera Moriniego, a konkretnie powieść Święty Tomasz. W tym okresie Morini pracował na Uniwersytecie Turyńskim, gdzie wykładał literaturę niemiecką i już wówczas lekarze rozpoznali u niego stwardnienie rozsiane i miał za sobą poważny i dziwny wypadek, który na zawsze przykuł go do wózka inwalidzkiego.

[…]

Manuel Espinoza dotarł do Archimboldiego zupełnie innymi ścieżkami. Młodszy od Moriniego i Pelletiera, miast filologii niemieckiej studiował wyłącznie, przynajmniej przez swoje pierwsze uniwersyteckie lata, filologię hiszpańską, z tego, między innymi, smutnego powodu, że chciał zostać pisarzem. Z literatury niemieckiej znał jedynie (a i tak nie najlepiej) trzech klasyków: Hóiderlina, bo w wieku szesnastu lat uwierzył, że jego przeznaczeniem jest poezja, w związku z czym pożerał wszystkie tomiki poetyckie, na jakie tylko natrafił, Goethego, bo w klasie maturalnej jakiś krotochwilny profesor zarekomendował mu przeczytanie Cierpień młodego Wertera, w którym na pewno znajdzie bratnią duszę,   i wreszcie Schillera, którego znał z lektury jednej sztuki teatralnej. Później miał bliską styczność z dziełami współczesnego autora, Jiingera, głównie przez symbiozę, podziwiani bowiem przez Espinozę, a w głębi ducha serdecznie przezeń znienawidzeni madryccy pisarze rozmawiali o Jiingerze bez przerwy. W związku z tym można powiedzieć, że Espinoza znał tylko jednego niemieckiego autora i autorem tym był właśnie Jiinger. Z początku jego twórczość wydała mu się wspaniała, a ponieważ większość książek została przetłumaczona na język hiszpański, Espinoza nie miał problemu z odnalezieniem wszystkich tytułów Jiingera i ich przeczytaniem. Osobiście wolałby, żeby kosztowało to więcej zachodu. Z kolei ludzie, z którymi się wówczas stykał, nie tylko byli zagorzałymi wielbicielami Jiingera, ale również jego tłumaczami, co Espinoza lekce sobie ważył, bo tym, czego naprawdę pragnął, nie była chwała tłumacza, ale sława pisarza.

[…]

Moriniego, Pelletiera i Espinozę łączyła, poza Archimboldim, jeszcze jedna rzecz. Wszystkich trzech cechowała żelazna wola. W rzeczywistości łączyło ich coś więcej, ale o tym opowiemy później. Liz Norton, wprost przeciwnie, nie należała do tych kobiet, o których zazwyczaj się mówi, iż są obdarzone silną wolą, bo nie obmyślała planów ani krótko-, ani długoterminowych i nie stawała na głowie, by je zrealizować. Brakowało jej jakichkolwiek atrybutów woli. Kiedy cierpiała, ból aż z niej emanował, a kiedy doznawała szczęścia, jej szczęście było zaraźliwe. Nie potrafiła wyznaczyć sobie z pełną jasnością określonego celu i nie umiała działać konsekwentnie, by ten cel osiągnąć. Żaden cel, poza tym, nie wydawał się jej na tyle atrakcyjny czy upragniony, by całkowicie poświęcić się jego osiągnięciu. Wyrażenie „osiągnąć cel" w odniesieniu do czegoś osobistego, wydawało się jej pułapką pełną małostkowości. Wyrażeniu „osiągnąć cel" przeciwstawiała słowo „żyć" i czasami, choć rzadko, słowo „szczęście": Jeśli wola związana jest z wymogami społecznymi, jak sądził William James, a tym samym łatwiej jest pójść na wojnę, niż rzucić palenie, o Liz Norton można było powiedzieć, że łatwiej jej rzucić palenie, niż pójść na wojnę.

[…]

Pięć miesięcy później, gdy już była z powrotem w Anglii, niemiecki przyjaciel przesłał jej pocztą prezent. Przesyłka zawierała, jak łatwo zgadnąć, powieść Archimboldiego. Przeczytała ją, spodobała jej się, po¬ szukała w bibliotece swojego college'u kolejnych książek Niemca o włoskim nazwisku i znalazła dwie: jedną z nich była powieść, którą przeczytała już w Berlinie, drugą zaś Bitzius. Po lekturze tej ostatniej poczuła, że tym razem musi pobiec. Na kwadratowym dziedzińcu padało, kwadratowe niebo wyglądało jak grymas robota lub boga stworzonego na nasze podobieństwo, na trawniku parku ukośne krople deszczu  ześlizgiwały się w dół, ale równie dobrze mogły ześlizgiwać się w górę, następnie ukośne (krople) przeistaczały się w koliste (krople), które połykane były przez ziemię podtrzymującą trawnik, trawnik i ziemia zdawały się rozmawiać, nie, nie rozmawiać, kłócić się i ich niezrozumiałe słowa były niczym skrystalizowane pajęczyny, szybkie skrystalizowane wymioty, ledwo słyszalny trzask, jakby Norton owego popołudnia zamiast herbaty wypiła napar z pejotlu.

[…]

Po raz pierwszy cała czwórka, Pelletier, Morini i Espinoza, i Norton, spotkała się na kongresie poświęconym współczesnej literaturze niemieckiej w Bremie w 1994 roku.  Przedtem Pelletier i Morini poznali się w czasie dni literatury niemieckiej, które odbyły się w Lipsku w 1989 roku, kiedy NRD już dogorywała, ponownie zaś spotkali się na sympozjum poświęconym literaturze niemieckiej,  które  odbyło się w Mannheim w grudniu tego samego roku (jedna wielka katastrofa - podłe hotele, podłe jedzenie, fatalna organizacja). Podczas spotkań z najnowszą literaturą niemiecką, które odbyły się w Zurychu, w 1990, Pelletier i Morini poznali Espinozę. Espinoza spotkał się ponownie z Pelletierem na imprezie poświęconej panoramie literatury europejskiej XX wieku, która odbyła się w Maastricht w 1991 (Pelletier wygłosił odczyt zatytułowany „Heine i Archimboldi: zbiegające się ścieżki", Espinoza wygłosił odczyt zatytułowany „Ernst Junger i Benno von Archimboldi: rozchodzące się ścieżki"). I można by śmiało zaryzykować stwierdzenie, że począwszy od tego momentu, nie tylko czytali wzajemnie swoje prace publikowane w specjalistycznych pismach, ale również że zaprzyjaźnili się, czy też zaczęła się wówczas rodzić między nimi więź podobna do przyjaźni.

[…]

Trudno chyba o okropniejszy lokal, pomyślała Liz Norton, ale kolacja trwała długo, była miła, a zachowanie Pelletiera, Moriniego i Espinozy, bez żadnego sztywniactwa, sprawiło, że Norton czuła się nader swobodnie. Oczywiście znała większość ich prac, ale zaskoczona została tym (miło zaskoczona, trzeba przyznać), że i oni znali część jej prac. Rozmowa przechodziła cztery fazy: najpierw pośmiali się z reprymendy, jaką Norton zafundowała Borchmeyerowi, i z rosnącego przerażenia Borchmeyera wobec coraz bardziej bezlitosnych ataków Norton, później rozmawiali o następnych spotkaniach, szczególnie o tym przedziwnym, jakie miało odbyć się na uniwersytecie w Minnesocie, gdzie zamierzało przybyć ponad pięciuset profesorów, tłumaczy i specjalistów od literatury niemieckiej, i wobec którego Morini miał uzasadnione podejrzenia, że to bujda, później rozmawiali o Bennie von Archimboldim i o jego życiu, o którym wiedzieli tak niewiele: wszyscy, począwszy od Pelletiera, a skończywszy na Morinim, który, choć znany z małomówności, tego wieczoru był bardzo ożywiony, przytaczali anegdoty, cytowali plotki, porównywali po raz setny skąpe  i znane już informacje  i roztrząsali,  jak ktoś, kto raz, drugi i trzeci rozpamiętuje ukochany film, sekret miejsca pobytu i tajemnicę życia wielkiego  pisarza,  by,  spacerując  po  ulicach  Bremy,  mokrych i świetlistych (o świetlistości, gwoli prawdzie, pulsującej, jakby Brema była maszyną, przez którą tylko od czasu do czasu przebiegają krótkie i intensywne  wyładowania  elektryczne),  wreszcie  zacząć  rozmawiać o sobie. Wszyscy czworo byli stanu wolnego i wszyscy uznali to za budujący znak.

[…]

Jak nietrudno zgadnąć, większa część uczestników tak pasjonujących paneli wybrała salę, gdzie prowadzono dyskusję o współczesnej literaturze angielskiej, salę sąsiadującą z tą od literatury niemieckiej i oddzieloną od niej ścianą, która, co tu dużo gadać, nie była z kamienia, jak to dawniej bywało, ale z kruchych cegieł pokrytych cieniutką warstwą gipsu, do tego stopnia, że krzyki, wycie i przede wszystkim burze oklasków, jakie wywoływała literatura angielska, słychać było w literaturze niemieckiej, jakby oba spotkania czy panele były jednym i tym samym wydarzeniem lub też jakby Anglicy kpili sobie, a może nawet bojkotowali Niemców, nie mówiąc już o publiczności, której tłumne przybycie na panel angielski (lub angloindyjski) pozostawało  w  rażącym  kontraście z nieliczną i poważną publicznością przybyłą na  panel niemiecki. Co,  w ostatecznym rozrachunku, było wysoce korzystne, powszechnie bowiem wiadomo, że dialog w małym gronie, gdzie wszyscy uważnie słuchają i mają czas na refleksję, i nikt nie krzyczy, jest zazwyczaj bardziej owocny, a w najgorszym przypadku swobodniejszy niż dialog masowy, któremu nieustannie grozi przekształcenie się w wiec albo, z powodu wymuszonej zwięzłości wystąpień, w ciąg haseł formułowanych naprędce i równie szybko zapominanych. Ale zanim dojdziemy do sedna sprawy, czy też panelu, czy dialogu, należy uściślić rzecz, z uwagi na końcowe rezultaty, wcale nie błahą. Organizatorzy, ci sami, którzy zatrzasnęli drzwi przed współczesną literaturą już to hiszpańską, już to polską, już to szwedzką, z braku czasu lub pieniędzy, dogadzając jednemu ze swych ostatnich kaprysów, przeznaczyli większą część budżetu na sprowadzenie gwiazd literatury angielskiej, nie licząc się z kosztami, a za pieniądze, które jeszcze zostały, zaprosili trzech powieściopisarzy francuskich, jednego włoskiego poetę, również autora opowiadań, i nowelistę oraz trzech pisarzy niemieckich, po jednym z Berlina Wschodniego i Zachodniego, teraz zjednoczonych, literatów cieszących się jakim takim prestiżem (którzy przyjechali do Amsterdamu pociągiem i nie zaprotestowali, kiedy umieszczono ich w skromnym trzygwiazdkowym hotelu), i trzeciego pisarza, dość enigmatyczną postać, o której nikt nic nie wiedział, nawet Morini, który wiedział prawie wszystko o współczesnej literaturze niemieckiej, dialogowej i niedialogowej.

[…]

…nagle, ni stąd, ni zowąd, padło nazwisko Archimboldiego (być może wskutek poprzedniej dyskusji prowadzonej przez Espinozę i Pelletiera), którego poznał właśnie wtedy, gdy pracował w jednym z fryzyjskich urzędów miejskich jako animator kultury, na północ od Wilhelmshaven, na wybrzeżu Morza Północnego i naprzeciwko Wysp Wschodniofryzyjskich, w miejscu gdzie było zimno, bardzo zimno, a jeszcze gorsza od zimna była wilgoć, wilgoć przesycona solą, przenikająca aż do szpiku kości, i gdzie na przeżycie zimy istniały dwa tylko sposoby, pierwszy: pić na umór, ryzykując marskość wątroby, i drugi: słuchać muzyki (z reguły amatorskich kwartetów smyczkowych) w sali widowiskowej ratusza lub uczestniczyć tam w spotkaniach z pisarzami, którzy przyjeżdżali do nas z różnych stron i którym płaciło się bardzo mało, zapewniało się nocleg w jedynym miejscowym pensjonacie i jakąś kwotę na pokrycie kosztów podróży w obie strony pociągiem, pociągami tak bardzo odmiennymi od dzisiejszych pociągów niemieckich, ale gdzie ludzie, moim zdaniem, byli bardziej rozmowni, lepiej wychowani, bar¬ dziej zainteresowani drugim człowiekiem, no cóż, po otrzymaniu honorarium i odliczając koszty podróży, pisarz opuszczał owe miejsca i wracał do siebie do domu (którym niekiedy był hotelowy pokój we Frankfurcie lub w Kolonii), mając w kieszeni trochę grosza i kilka sprzedanych egzemplarzy swoich książek, w przypadku tych pisarzy czy poetów, przede wszystkim poetów, którzy, przeczytawszy kilka stron i odpowiedziawszy na pytania lokalnej publiczności, rozkładali, jak to się mówi, swój straganik i wyciągali z tego kilka marek ekstra, co było wówczas powszechną i cenioną praktyką, bo jeśli ludziom podobało się to, co pisarz czytał, albo lektura zdołała ich wzruszyć, albo zabawić, albo zmusić do refleksji, to wówczas ludzie kupowali jedną z jego książek czasami na pamiątkę tego bardzo miłego wieczoru autorskiego, podczas gdy po uliczkach fryzyjskiego miasteczka wiatr hulał i ściskał wnętrzności,  taki  był lodowaty, a czasami, żeby przeczytać raz i drugi jakiś wiersz albo jakieś opowiadanie już u siebie  w domu,  kilka  tygodni  po  wydarzeniu,  nierzadko w świetle lampy naftowej, bo nie zawsze był prąd, wiadomo, wojna nie¬ dawno się skończyła i rany społeczne i ekonomiczne jeszcze się nie zabliźniły, no cóż, mniej więcej wszystko odbywało się tak samo jak podczas dzisiejszych wieczorów autorskich, z tą różnicą, że książeczki wykładane na straganiku były wydawane własnym sumptem, a teraz to wydawcy rozkładają straganik, i jednym z pisarzy, który przybył do miasteczka, gdzie Szwab pracował jako animator kultury, był Benno von Archimboldi, pisarz pokroju Gustava Hellera albo Rainera Kuhla, albo Wilhelma Frayna (Morini zajrzy później do encyklopedii, by poszukać tych nazwisk, bez powodzenia), a który nie przywiózł ze sobą książek, przeczytał za to dwa rozdziały swojej drugiej powieści, aktualnie na warsztacie, bo pierwszą, wspominał Szwab, opublikował tego właśnie roku w Hamburgu, ale z niej nic nie przeczytał, aczkolwiek ta pierwsza powieść istniała, powiedział Szwab, i Archimboldi, jakby uprzedzając wątpliwości, miał jej egzemplarz, mała powieść, może ze sto stron, może sto dwadzieścia, sto dwadzieścia pięć, i miał tę książeczkę w kieszeni marynarki i, rzecz zadziwiająca, Szwab lepiej pamiętał marynarkę Archimboldiego niż powieść wsuniętą w kieszeń tej marynarki, powieścidełko z brudną okładką, pofałdowaną, niegdyś barwy intensywnej kości słoniowej albo bladożółtopszenicznej, albo złotawej w lekkim zaniku, ale teraz już zupełnie bezbarwnej i pozbawionej jakiegokolwiek tonu, tylko tytuł powieści, nazwisko autora i znak firmowy wydawnictwa, trudno za to było zapomnieć marynarkę, marynarkę z czarnej skóry, z wysokim kołnierzem umożliwiającym skuteczną ochronę przed śniegiem i deszczem, i chłodem, obszerną, żeby można było pod nią włożyć gruby sweter albo i dwa swetry, tak żeby nie było tego zanadto widać, po jednej poziomej kieszeni z każdej strony i rzędem czterech guzików przyszytych jakby żyłką wędkarską, ani za dużych, ani za małych, marynarkę, która kojarzyła się, nie wiem dlaczego, z noszonymi przez niektórych gestapowców, chociaż wówczas marynarki z czarnej skóry były po prostu modne i ten, którego na nią było stać, albo ten, co ją odziedziczył, wkładał ją bez najmniejszych skrupułów i nie zastanawiając się, z czym się kojarzy ta marynarka; i tym pisarzem, który przyjechał do tego fryzyjskiego miasteczka, był Benno von  Archimboldi,  młody  Benno von  Archimboldi, w wieku dwudziestu dziewięciu lub trzydziestu lat…

[…]

Powiedziała: Czy ktoś potrafi rozwiązać zagadkę? Powiedziała to, na nikogo nie patrząc i nie zwracając się do nikogo bezpośrednio. Czy ktoś wie, jak brzmi rozwiązanie tej zagadki? Ktoś potrafi to zrozumieć? Czy jest w tym miasteczku człowiek, który mógłby mi po¬ wiedzieć, choćby na ucho, jakie jest rozwiązanie tej zagadki? Wszystko to mówiła, patrząc w swój talerz, gdzie leżała prawie nie¬ tknięta porcja kiełbasy i ziemniaków. I wówczas Archimboldi, który dotąd siedział z opuszczoną głową, jedząc, kiedy pani mówiła, powiedział bezbarwnym głosem, że był to gest gościnności, że właściciel hacjendy i jego syn byli przekonani, że pierwszy wyścig przegra mąż pani, więc przygotowali jeszcze dwa ustawione wyścigi, żeby kapitan kawalerii w stanie spoczynku mógł je wygrać. Pani spojrzała mu wówczas w oczy i zaśmiała się, i zapytała go, dlaczego jej mąż wygrał pierwszy wyścig. No dlaczego? Dlaczego? - zapytała pani. Bo w ostatniej chwili syn właściciela hacjendy - powiedział Archimboldi - który najprawdopodobniej był lepszym jeźdźcem i miał lepsze siodło niż pani małżonek, doznał czegoś, co znamy jako litość. Jednym słowem, rozochocony zabawą, jaką on i jego ojciec urządzili naprędce, zdecydował, że trzeba wszystko roztrwonić. Wszystko, łącznie z niewątpliwym zwycięstwem w wyścigu. I do pewnego stopnia wszyscy zrozumie¬ li, że tak powinno być, nawet kobieta, która poszła po panią do parku, ale nie gauczito. I to wszystko? - zapytała pani. Dla gauczita nie. Sądzę, że gdyby została pani z nim dłużej, toby panią zabił. Co na swój sposób również byłoby aktem trwonienia, ale niewątpliwie drastycznie odmiennym od zamysłu właściciela hacjendy i jego syna – zakończył Archimboldi.

[…]

Dwa tygodnie później Espinoza i Pelletier wzięli parę dni wolnego i pojechali do Hamburga, by odwiedzić wydawcę Archimboldiego. Przyjął ich redaktor naczelny, chudy osobnik, raczej wysmukły niż wysoki, liczący sobie około sześćdziesięciu lat, o nazwisku Schnell, co oznacza szybki, aczkolwiek Schnell był raczej opieszały. Włosy miał proste, ciemnokasztanowe, na skroniach nieco przyprószone siwizną, co w jakiejś mierze podkreślało jego młodzieńczy wygląd. Kiedy wstał, by uścisnąć im dłonie na powitanie, zarówno Espinoza, jak i Pelletier odnieśli wrażenie, że mają do czynienia z homoseksualistą. Pedał to twór najbardziej podobny do węgorza - powiedział później Espinoza, gdy przechadzali się po Hamburgu. Pelletier ofuknął go za to spostrzeżenie nacechowane homofobicznymi uprzedzeniami, choć w głębi ducha zgadzał się z nim, Schnell miał w sobie coś z węgorza, ryby pływającej w ciemnych i mulistych wodach.

[…]

W wydawnictwie pracują jeszcze tylko dwie osoby, oczywiście poza panią Bubis, które osobiście poznały Benna von Archimboldiego - powiedział im Schnell. Szefowa działu prasowego i szefowa działu korek¬ ty. Archimboldi zniknął dużo wcześniej, nim ja zacząłem tu pracować. Pelletier i Espinoza poprosili o spotkanie z obydwiema kobietami. Biuro szefowej działu prasowego pełne było zdjęć pisarzy, niekoniecznie związanych z wydawnictwem, i kwiatów, a sama szefowa o zaginionym pisarzu powiedziała im tylko tyle, że to dobry człowiek. Wysoki mężczyzna, bardzo wysoki - powiedziała. - Kiedy szedł obok świętej pamięci pana Bubisa, wyglądali jak ti. Albo jak li. Espinoza i Pelletier nie zrozumieli, co ma na myśli, więc szefowa działu prasowego narysowała im na kartce literę l połączoną z literą i. A może bardziej odpowiednie byłoby le. O tak. I na tej samej karteczce napisała: le. L to Archimboldi, a e to świętej pamięci pan Bubis. Szefowa działu prasowego roześmiała się, a później zaczęła im się przyglądać, mocno odchylając się do tyłu na oparciu swojego obrotowego fotela, już w milczeniu.

[…]

Mnie na przykład pasjonuje twórczość Grosza - powiedziała, wskazując rysunki Grosza wiszące na ścianie. Ale czy to znaczy, iż rzeczywiście znam jego twórczość? Jego historie rozśmieszają mnie, chwilami jestem przekonana, że Grosz narysował je właśnie po to, żebym się roześmiała, czasem śmiech przechodzi w gromki śmiech, a gromki śmiech w paroksyzmy śmiechu, ale kiedyś poznałam krytyka sztuki bardzo ceniącego Grosza, rzecz jasna, ale który czuł się mocno zdeprymowany po każdej groszowskiej retrospektywie albo po analizie jednego z jego płócien lub rysunków, jaką przeprowadzał z przyczyn zawodowych. I te depresje albo okresy smutku mogły trwać tygodniami. Ten krytyk sztuki był moim przyjacielem, chociaż nigdy nie zahaczyliśmy nawet o Grosza. Ale kiedyś powiedziałam mu o swoich reakcjach. Na początku nie mógł uwierzyć. Potem zaczął kręcić głową raz, drugi, trzeci. Potem przyjrzał mi się z góry na dół i z dołu do góry, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Pomyślałam, że zwariował. Zerwał naszą przyjaźń na zawsze. Niedawno ktoś mi powiedział, że ciągle mówi, że ja nic o Groszu nie wiem, a mój gust estetyczny nie różni się od gustu krowy. No cóż, jeśli o mnie chodzi, może sobie mówić, co chce. Ja śmieję się przy Groszu, jego Grosz deprymuje, ale kto tak naprawdę zna Grosza?

[…]

Mówiąc krótko i bez ogródek, Pelletier i Espinoza, przechadzając się po Sankt Pauli, zdali sobie sprawę, że poszukiwanie Archimboldiego nigdy nie wypełni im życia. Mogli go czytać, mogli go badać, mogli go dzielić na części pierwsze, ale nie mogli umierać z nim ze śmiechu ani popadać w depresję, po części dlatego, że Archimboldi zawsze był daleko, a po części z tego powodu, iż jego twórczość, w miarę zagłębiania się w nią, pożerała swoich eksploratorów. Mówiąc krótko: Pelletier i Espinoza zrozumieli wpierw w Sankt Pauli, a później w domu pani Bubis przyozdobionym fotografiami zmarłego pana Bubisa i jego pisarzy, że chcą miłości, a nie wojny.

[…]

W owych dniach podniecenia Pelletier natrafił na tekst napisany przez Szwaba, którego mieli przyjemność poznać w Amsterdamie. W owym tekście Szwab z grubsza powtarzał to, co już im opowiedział o wizycie Archimboldiego w miasteczku fryzyjskim i o późniejszej kolacji z damą, która odwiedziła Buenos Aires. Tekst został opublikowany w „Kurierze Porannym Reutlingen" i zawierał pewien wariant:  Szwab  przytaczał w nim rozmowę w tonie sardonicznym między damą a Archimboldim. Zaczynała się od jej pytania, skąd pochodzi. Archimboldi odpowiedział, że z Prus. Dama zapytała go wówczas, czy jego nazwisko związane jest z jakimś rodem pruskiego ziemiaństwa. Archimboldi odpowiedział jej, że być może. Dama cedziła imię i nazwisko pisarza, Benno von Archimboldi, jakby gryzła złotą monetę, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest ze złota. Następnie stwierdzała, że jej to nazwisko nic nie mówi, i wymieniała od niechcenia kilka innych nazwisk, żeby zobaczyć, czy Archimboldi je zna. Ten mówił, że nie, że w Prusach poznał tylko lasy. Ale pańskie nazwisko jest pochodzenia włoskiego - stwierdzała dama. Francuskiego - odpowiadał Archimboldi. - Od francuskich hugenotów.

[…]

Według Espinozy, jak również samego Pelletiera, Szwab, w okresie, gdy Archimboldi przyjechał na wieczór autorski, był przypuszczalnie kochankiem owej damy. Według Norton Szwab przedstawiał różne wersje wypadków w zależności od swego stanu ducha i w zależności od audytorium,   i nie można wykluczyć, że nawet on nie pamiętał, co naprawdę zostało powiedziane i co się naprawdę stało podczas tego pamiętnego wydarzenia. Według Mariniego Szwab był, w sposób przerażający, sobowtórem Archimboldiego, jego bratem bliźniakiem, wizerunkiem, który czas i przypadek przekształcają powoli w negatyw wywołanej fotografii, fotografii, która stopniowo staje się coraz większa, coraz potężniejsza, coraz bardziej przytłaczająca, nie tracąc wszakże swej więzi z negatywem (ulegającym od¬ wrotnemu procesowi), który, mimo wszystko, jest w swej istocie identyczny z wywołanym zdjęciem: obaj młodzi w latach hitlerowskiego terroru i barbarzyństwa, obaj weterani drugiej wojny światowej, obaj pisarze, obaj obywatele zbankrutowanego kraju, jeden i drugi żyjące z dnia na dzień łajzy, w chwili kiedy się spotykają i (na swój przerażający sposób) rozpoznają, Archimboldi jako zdychający z głodu pisarz, Szwab jako „animator kultury" w miasteczku, gdzie rzeczą bez wątpienia najmniej ważną jest właśnie kultura.

[…]

Z całej czwórki Morini pierwszy przeczytał, w tym mniej więcej czasie, informację o morderstwach w Sonorze, opublikowaną w „Il Manifesto" i podpisaną przez włoską dziennikarkę,  która udała się do Meksyku, by napisać cykl artykułów o ruchu zapatystów. Wiadomość wywarła na nim wstrząsające wrażenie. We Włoszech również popełniono seryjne morderstwa, ale liczba ofiar rzadko dochodziła do dziesięciu, podczas gdy w Sonorze było ich dużo więcej niż sto. Później pomyślał o dziennikarce z „Il Manifesto" i wydało mu się dziwne, że udała się do Chiapas, stanu znajdującego się na samym południu Meksyku, a w końcu napisała o wydarzeniach w Sonorze, który to stan, o ile nie zawodziła go znajomość geografii, znajdował się na północnym. zachodzie, przy granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Wyobraził ją sobie w autobusie, podczas długiej podróży z miasta Meksyk aż na pustynne ziemie północy. Wyobraził ją sobie zmęczoną po tygodniowym pobycie w lasach Chiapas. Wyobraził ją sobie, jak rozmawia z subcomandante Marcosem. Wyobraził ją sobie w stolicy Meksyku. Pewnie tam ktoś jej powiedział, co dzieje się w Sonorze. A ona, zamiast wsiąść do pierwszego samolotu lecącego do Włoch, postanowiła kupić bilet autobusowy i ruszyć w długą podróż do Sonory. Przez chwilę Morini poczuł, że bardzo chciałby towarzyszyć dziennikarce w podróży.

[…]

Następnie pisała mu, że wreszcie zakończyła się sprawa sądowa, którą wciąż miała z byłym mężem. Ciemne chmury zniknęły z jej życia. Teraz pragnie tylko być szczęśliwa i śpiewać (sic!). Pisała również, że w zeszłym tygodniu prawdopodobnie go jeszcze kochała, ale teraz mogła stwierdzić, że ten rozdział w jej życiu jest już definitywnie zamknięty. Pełna entuzjazmu znów skoncentruję się na pracy i na tych małych, codziennych rzeczach, które czynią człowieka szczęśliwym. I mówiła też: chcę, mój cierpliwy Piero, żebyś był pierwszą osobą, która się o tym dowie. Morini przeczytał list jeszcze trzy razy. Z przygnębieniem pomyślał, że Norton się myli, twierdząc, że jej miłość i jej były mąż,  i wszystko,  co z nim przeżyła, skończyło się na zawsze.  Nic nie kończy się na zawsze.

[…]

Pelletier natomiast przeczytał boskiego markiza, mając lat szesnaście, a w wieku osiemnastu lat miał już za sobą menage a trois z dwiema koleżankami z roku, a jego młodzieńcza fascynacja erotycznymi komiksami przekształciła się w dojrzałe, racjonalne i stateczne kolekcjonowanie dzieł literatury zbereźnej XVII i XVIII wieku. Mówiąc w przenośni, Mnemosyne, bogini-góra i matka dziewięciu muz, była bliższa Francuzowi niż Hiszpanowi. Mówiąc wprost: Pelletier mógł pieprzyć się przez sześć godzin non stop (i nie spuszczając się) dzięki swej bibliografii, podczas gdy Espinoza mógł to zrobić (spuszczając się dwa razy, czasami nawet trzy, by później paść bez sil) dzięki swemu wigorowi, dzięki swojej sile. A jeśli już jesteśmy przy Grekach, nie od rzeczy będzie wspomnieć, że Espinoza i Pelletier wierzyli, że są (i na swój perwersyjny sposób rzeczywiście byli) kopiami Ulissesa i że obaj traktowali Moriniego, jakby ten był Eurylochem, wiernym przyjacielem, z którym w Odysei związane są dwa, bardzo zresztą różne, epizody. Pierwszy opowiada o jego ostrożności, dzięki której nie zamienił się w świnię, inaczej mówiąc, opowiada o jego samotniczej i indywidualistycznej świadomości, o jego metodycznej podejrzliwości, o czujności starego żeglarza. Drugi z kolei relacjonuje przygodę bezbożną i świętokradczą, przygodę z krowami Zeusa lub innego potężnego boga, pasącymi się spokojnie na wyspie Słońca, na których widok wziął Eurylocha zwierzęcy apetyt, więc inteligentnymi słowami nakłonił swych towarzyszy, by je zabili, i wyprawili sobie wszyscy wielką ucztę, co nad wyraz rozgniewało Zeusa czy też innego boga, który przeklął Eurylocha za zgrywanie się na światłego, na ateusza, na Prometeusza, bo ów urażony bóg poczuł się bardziej urażony za postawę, dialektykę głodu Eurylocha niż samym faktem zeżarcia jego krów, i z powodu tego czynu, to znaczy z powodu tej uczty okręt, na którym płynął Euryloch, utonął, a wraz z nim wszyscy żeglarze, i taki miał być również koniec Moriniego, jak sądzili Pelletier i Espinoza, ale nie w sposób świadomy, oczywiście, lecz w formie nieskorelowanej pewności czy też intuicji, w formie czarnej, mikroskopijnej myśli czy też mikroskopijnego symbolu, który tętnił w czarnych i mikroskopijnych zakamarkach dusz obu przyjaciół.

[…]

Od trzech już miesięcy nie odwiedzali Norton [póki co osobno i w celach na wpół erotycznych – przyp. aut.], aż pewnego dnia jeden i nich zadzwonił do drugiego i zaproponował spędzenie weekendu w Londynie. Nie bardzo wiadomo, czy to Pelletier zadzwonił, czy też Espinoza. Teoretycznie zadzwonić powinien był ten, który miał większe poczucie wierności albo też większe poczucie przyjaźni, co w istocie na jedno wychodzi, ale prawdą jest, że o cnocie tej ani Pelletier, ani Espinoza nie byli zbyt wysokiego mniemania. Werbalnie akceptowali ją a priori, choć nie bez pewnych ale. W praktyce, wprost przeciwnie, żaden z nich nie wierzył ani w przyjaźń, ani w wierność. Wierzyli w namiętność, wierzyli w hybrydę szczęścia społecznego czy też zbiorowego obaj głosowali na socjalistów, aczkolwiek od czasu do czasu wstrzymywali się od głosowania - wierzyli w możliwość samorealizacji. W każdym razie jeden z nich zadzwonił, a drugi przystał na propozycję i w piątek wieczorem spotkali się na londyńskim lotnisku, po czym wsiedli do taksówki, która zawiozła ich do hotelu, a następnie, w porze zbliżającej się kolacji  (wcześniej zarezerwowali stolik na trzy osoby w Jane & Chloe) do kolejnej taksówki, by zawiozła ich do mieszkania Norton.

[…]

Chcesz posłuchać dobrej rady? - zapytał. Pelletier spojrzał nań moc¬ no zaniepokojony. Wiem, stary, nie chcesz żadnej rady, ale i tak ci ją dam. Strzeż się - powiedział Pritchard. Strzeż się czego? - zdołał odezwać się Pelletier. Meduzy - powiedział Pritchard - strzeż się Meduzy. A następnie, nim znowu ruszył schodami w dół, dodał: Kiedy ją wreszcie schwytasz, wybuchnie. Przez jakiś czas Pelletier stał nieruchomo, słuchając kroków Pritcharda na schodach, a później odgłosu otwieranych i zamykanych drzwi. Dopiero kiedy cisza zrobiła się nieznośna, ruszył schodami w górę, zamyślony i po ciemku. Słowem nie wspomniał Norton o incydencie z Pritchardem, ale kiedy znalazł się już w Paryżu, nie zwlekał, żeby zadzwonić do Espinozy i opowiedzieć mu o tym dziwacznym spotkaniu. To dziwne - powiedział Hiszpan. - Wygląda na ostrzeżenie, ale i na groźbę. A poza tym - powiedział Pelletier - Meduza to jedna z trzech córek Forkysa i Keto, które zwano gorgonami. Trzy morskie potwory. Według Hezjoda pozostałe dwie siostry, Steno i Euriale, były nieśmiertelne, Meduza przeciwnie, była śmiertelna. Czytałeś ostatnio mitologię grecką? - spytał Espinoza. To pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, gdy tylko wróciłem do domu powiedział Pelletier. - Słuchaj dalej: kiedy Perseusz odciął głowę Meduzie, z jej ciała wyszli: Chryzaor, ojciec potwora Geryona, i skrzydlaty koń Pegaz.  Skrzydlaty koń Pegaz wyszedł z ciała Meduzy? Nie pierdol! - po- wiedział Espinoza. Tak, Pegaz, skrzydlaty koń, dla mnie symbol miłości. Dla ciebie Pegaz jest symbolem miłość? - powiedział Espinoza. No, jest. To dziwne - powiedział Espinoza. No wiesz, specyfika francuskich liceów - odparł Pelletier. I ty sądzisz, że Pritchard wie takie rzeczy? Niemożliwe - powiedział Pelletier - chociaż kto wie, ale nie, nie sądzę. A wnioski? Masz jakieś wnioski? No więc takie, że Pritchard ostrzega mnie, ostrzega nas przed nie- bezpieczeństwem, którego nie dostrzegamy. Albo może, że Pritchard chciał mi powiedzieć, że dopiero po śmierci Norton znajdę, my znajdziemy, prawdziwą miłość. Po śmierci Norton? - powiedział Espinoza. Jasne, nie widzisz tego? Pritchard postrzega siebie jako Perseusza, zabójcę Meduzy.

[…]

Przez jakiś czas Espinoza i Pelletier chodzili jak cienie. Archimboldi, którego nazwisko znów znalazło się w gronie pisarzy typowanych do Nobla, nie wzruszał ich wcale. Ich kariera akademicka,  ich  stała współpraca z czasopismami rozmaitych wydziałów germanistyki na całym świecie, ich zajęcia, a nawet kongresy, w których uczestniczyli niczym lunatycy albo naćpani detektywi, wyraźnie na tym cierpiały. Niby byli, ale nie było ich. Niby mówili, ale myśleli o czymś innym. Naprawdę interesował ich jedynie Pritchard. Złowieszcza obecność Pritcharda kręcącego się przy Norton niemal bezustannie. Tego samego Pritcharda, który utożsamiał Norton z Meduzą, z gorgoną, tego samego Pritcharda, o którym oni, widzowie najbardziej bezpośredni z możliwych, nie wiedzieli właściwie nic.

[…]

Słysząc to, Espinoza stwierdził, że taksówkarz, zupełnie, cholera, nieświadomie, zacytował Borgesa, który kiedyś przyrównał Londyn do labiryntu. Na co Norton odparła, że o wiele wcześniej niż Borges, Dickens i Stevenson pisali o Londynie, uciekając się do tego toposu. Tego, widocznie, było taksówkarzowi już za wiele, gdyż natychmiast wyjaśnił, że on, jako Pakistańczyk, może i nie zna tego słynnego Borgesa, że może nigdy nie czytał tych słynnych panów Dickensa i Stevensona  i że może nawet nie zna jeszcze dość dobrze Londynu, i z tego właśnie powodu porównał go do labiryntu, ale że za to wie bardzo dobrze, co to jest uczciwość i co to jest godność, i że wnioskując z tego, co tu przed chwilą usłyszał, obecna tu kobieta, czyli Norton, jest tej uczciwości i godności zupełnie pozbawiona, i że w jego kraju istniało na to słowo, takie samo zresztą, jak tu w Londynie, cóż za zbieg okoliczności, a mianowicie kurwa, chociaż można by było też użyć określenia dziwka albo rura, albo zdzira, i że na obecnych tu panów, którzy sądząc z akcentu, nie są Anglikami, w jego kraju również istnieje słowo, a słowo to brzmi alfons albo sutener, i jeszcze rajfur, i stręczyciel.

[…]

Przez kilka dni Pelletier i Espinoza, każdy na swój sposób, wydawali się mieć poczucie winy z powodu awantury z pakistańskim taksówkarzem, który krążył wokół ich sumień niczym duch albo generator prądu. Espinoza zastanawiał się, czy jego zachowanie nie ujawniało przypadkiem, kim naprawdę jest, to znaczy prawicowym, porywczym ksenofobem. Co się zaś tyczy Pelletiera, jego największe wyrzuty sumienia budziło to, że kopał Pakistańczyka, kiedy ten leżał już na ziemi, co uznał za zachowanie wybitnie niesportowe. Czemu to miało służyć? zastanawiał się. Taksówkarz już i tak dostał, na co zasłużył, i nie wiadomo po co on odpowiadał na gwałt jeszcze większym gwałtem. Którejś nocy rozmawiali długo przez telefon. Podzielili się swoimi spostrzeżeniami. Próbowali się nawzajem pocieszać. Ale po kilku minutach znów zaczęli ubolewać nad incydentem i chociaż w głębi duszy byli przekonani, że prawdziwym prawicowcem i mizoginem był Pakistańczyk, że tym porywczym był Pakistańczyk,  że osobą nietolerancyjną i źle wychowaną był Pakistańczyk i że zajście sprowokował nie kto inny jak właśnie Pakistańczyk, wyrażali skruchę tysiąc i jeden raz. W takim momencie, powiedzmy sobie szczerze, gdyby taksówkarz zjawił się przed nimi, najprawdopodobniej by go zabili.

[…]

Podczas jednego z kongresów, gdy Pohl wygłaszał właśnie wyśmienity wykład na temat Archimboldiego i wstydu w literaturze niemieckiego powojnia, udali się obaj do berlińskiego burdelu, gdzie przespali się z dwiema blondynkami, długonogimi i bardzo wysokimi. Wychodząc około północy, byli tak zadowoleni, że jak dzieciaki zaczęli śpiewać pośród ulewy. Doświadczenie z dziwkami, w ich życiu zupełnie nowe, powtórzyło się wielokrotnie w różnych miastach europejskich i w końcu stało się częścią ich codzienności w mieście zamieszkania każdego z nich. Inni w ich sytuacji zaczęliby może sypiać ze studentkami. Oni, w obawie, by się nie zakochać albo by nie przestać kochać Norton, wybrali dziwki.

[…]

Pelletier poznał dziewczynę o imieniu Vanessa. Była mężatką i miała syna. Czasem nie widywała ich całymi tygodniami. Twierdziła, że jej mąż to prawdziwy święty. Miał swoje wady, na przykład był Arabem, a dokładnie Marokańczykiem, poza tym był też leniwy, ale ogólnie rzecz biorąc, według Vanessy, równy gość, prawie nigdy się nie denerwował, a kiedy już to robił, w przeciwieństwie do większości facetów, nie wpadał we wściekłość ani nie stawał się chamski, lecz popadał w melancholię, smutek, przygnębienie światem,  który  nagle wydawał mu się zbyt wielki i niepojęty. Kiedy Pelletier zapytał ją, czy Arab wie, że jest dziwką, Vanessa odpowiedziała, że tak, że wie o tym, ale nie ma nic przeciwko temu, bo wierzy w wolność jednostki.

[…]

Po chwili wahania wybrał Skórzaną maskę, myśląc, że Vanessa, przy odrobinie szczęścia, przeczytają jak zwykły horror, zaintrygowana mroczną stroną książki. Ją w pierwszej chwili podarunek ten zdziwił, później zaś wzruszył, gdyż przywykła raczej do tego, że klienci dawali jej w prezencie ubrania albo buty, albo bieliznę. Naprawdę bardzo się ucieszyła z książki, zwłaszcza kiedy Pelletier wyjaśnił jej, kim jest Archimboldi i jaką rolę odgrywa w jego życiu ów niemiecki pisarz. To tak, jakbyś dał mi coś swojego- powiedziała Vanessa. To stwierdzenie wprawiło Pelletiera w lekkie zakłopotanie, bo z jednej strony rzeczywiście tak było, uważał już Archimboldiego za coś swojego, pisarz należał do niego w tej mierze, w jakiej on, i paru jemu  podobnych, położył podwaliny pod inną lekturę Niemca, lekturę,  która p r ze trwa,  lekturę  równie  ambitną   jak  pisarstwo  Archimboldiego,  i która towarzyszyć będzie dziełu pisarza przez wiele lat, aż się wyczerpie albo aż wyczerpie się (w co on osobiście nie wierzył) pisarstwo Archimboldiego, zdolność wzbudzania emocji i odkrywczość archimboldiańskiego dzieła, a z drugiej strony wcale tak nie było, gdyż niekiedy, zwłaszcza od czasu, gdy zaniechali z Espinozą swoich podróży do Londynu i przestali widywać się z Norton, dzieło Archimboldiego, to znaczy jego powieści i opowiadania, stało się czymś, tajemniczą i nieforemną masą, zupełnie mu obcą, czymś, co pojawia się i znika podług własnego widzimisię, dosłownie pretekstem, fałszywymi drzwiami, ksywką mordercy, pełną płynu owodniowego hotelową wanną, w której on, Jean-Claude Pelletier, w końcu popełni samobójstwo, bo tak, bezinteresownie, bezmyślnie, bo czemu by nie.

[…]

Zanim zasnął, Pelletier zdążył wyciągnąć kilka wniosków: Vanessa była doskonale przystosowana, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie, by żyć w średniowieczu. Pojęcie „nowoczesnego życia" nie miało dla niej żadnego sensu. Wierzyła znacznie bardziej w to, co widziała, niż mediom. Była nieufna i odważna, choć jej odwaga, paradoksalnie, sprawiała, że ufała, na przykład, kelnerowi, konduktorowi w pociągu, koledze w kłopotach, którzy prawie zawsze sprzeniewierzali albo zawodzili pokładane w nich zaufanie. Owe zawody wyprowadzały ją kompletnie z równowagi i były przyczyną wybuchów niepohamowanej wściekłości. Nie wybaczała łatwo i często mówiła prawdę w oczy, bez ogródek. Uważała się za kobietę wolną i miała na wszystko odpowiedź. To, czego nie rozumiała, zupełnie jej nie interesowało.  Nie myślała o przyszłości, nawet o przyszłości swojego syna, tylko o teraźniejszości, o nieustającej teraźniejszości. Była ładna, ale nie uważała, że jest ładna. Chociaż ponad połowę jej przyjaciół stanowili imigranci z Maghrebu, ona, która nie posunęła się co prawda do tego, by głosować na Le Pena, postrzegała imigrację jako niebezpieczeństwo dla Francji.

[…]

Opowieść Pelletiera zaczynała się wobec tego od trzech archimboldiologów, gapiących się w czarne, żelazne ogrodzenie wznoszące się na powitanie albo żeby uniemożliwić wyjście (i niepożądane wejścia) z psychiatryka Augusta Demarre'a, albo chwilę wcześniej, z Espinozą i Morinim już na swoim wózku, obserwującymi żelazną bramę i żelazny rząd prętów niknących po prawej i po lewej stronie, skryty przez stare, zadbane drzewa, podczas gdy Pelletier, do połowy schowany w taksówce, płacił za kurs, jednocześnie umawiając się z taksówkarzem, by przyjechał tu po nich z miasteczka o jakiejś rozsądnej porze. Później wszyscy trzej zmierzyli się z sylwetką zakładu psychiatrycznego, widoczną częściowo na końcu drogi, niczym forteca z XV wieku, ale nie ze względu na strukturę architektoniczną budynku, tylko z powodu inercji, jaką gmach wywoływał w osobie obserwatora. A co wywoływał? Dziwne wrażenie. Na przykład przeświadczenie, że kontynent amerykański nie został odkryty, to znaczy, że kontynent amerykański nigdy nie istniał, co w najmniejszym stopniu nie wpływało, rzecz jasna, hamująco na wysoki wzrost ekonomiczny czy też normalny wzrost demograficzny lub demokratyczny rozwój republiki helweckiej. Czyli, powiedział Pelletier, na żadną z tych dziwnych i całkiem zbytecznych idei, jakie dzieli się podczas podróży, tym bardziej, jeśli podróż jest, tak jak i ta najprawdopodobniej, oczywiście niepotrzebna.

[…]

Zamieszczono tam [na okładce książki – przyp. aut.] rysunek Hansa Wettego. To bardzo dobry malarz. A poza tym - dodał Johns [równie uznany malarz -przyp. aut.] rzecz nie w tym, czy się wierzy, czy też nie wierzy w przypadek. Cały świat jest jednym wielkim przypadkiem. Miałem przyjaciela, który mówił mi, iż mój sposób myślenia jest mylny. Mój przyjaciel twierdził, że dla człowieka podróżującego pociągiem świat nie jest przypadkiem, choćby pociąg przemierzał obszary podróżnemu nieznane, obszary, których podróżny już nigdy więcej w swoim życiu nie zobaczy. Nie jest również przypadkiem dla tego, kto wstaje, nieprzytomny z niewyspania, o szóstej rano, żeby iść do pracy. Dla tego, kto nie ma innego wyjścia, jak tylko wstać i do już nagromadzonego bólu dodać jeszcze więcej bólu. Ból się gromadzi, mówił mój przyjaciel, taka jest prawda, i im większy ból, tym mniejsza przypadkowość. Jakby przypadkowość należała do luksusów? - spytał Morini.

[…]

Przypadkowość nie jest luksusem,  to inne oblicze przeznaczenia i coś jeszcze - powiedział Johns. Co jeszcze? - spytał Morini. Coś, czego mój przyjaciel nie potrafił dostrzec z prostej i zrozumiałej przyczyny. Mój przyjaciel (być może określanie go jeszcze tym mianem jest z mojej strony zbytnią śmiałością) wierzył w ludzkość, a tym samym w ład, w ład malarstwa i w ład słów, bo przecież właśnie z tego, a nie z czego innego, robi się malarstwo. Wierzył w odkupienie. Bardzo możliwe, że w głębi ducha wierzył również w postęp. A przypadek to całkowita wolność, do której zbliża nas nasza własna natura. Przypadek nie podlega żadnym prawom, a jeżeli nawet podlega, to nie mamy o tym żadnej wiedzy. Przypadek, o ile pozwoli mi pan na porównanie, jest jak Bóg ujawniający się co sekundę na naszej planecie. Niezrozumiały Bóg kierujący niezrozumiale zachowania do swych niezrozumiałych stworzeń. W tym huraganie, w tej kościanej implozji, dochodzi do komunii. Komunii przypadku z jego śladami i komunii jego śladów z nami.

[…]

Norton wówczas powiedziała im, podczas gdy pracownik lub właściciel galerii odejmował i przewieszał ubrania, że wtedy, kiedy zniknął, Morini był w Londynie. Dwa pierwsze dni spędził sam, nawet do mnie nie zadzwonił. Kiedy go zobaczyłam, powiedział mi, że przez te dwa dni zwiedzał muzea i wałęsał się tu i tam po nieznanych dzielnicach Londynu, dzielnicach, które mgliście kojarzyły  mu się z opowiadaniami  Chestertona,  ale które już z Chestertonem nie miały nic wspólnego, aczkolwiek można w nich jeszcze było napotkać krążący cień ojca Browna, chociaż bez religijnej otoczki, opowiadał Morini, jakby próbując pozbawić jakiegokolwiek dramatyzmu swoje samotne błąkanie się po mieście, aczkolwiek szczerze mówiąc, ona wyobrażała go sobie raczej przesiadującego w hotelu, przy odsłoniętych zasłonach, obserwującego godzinami ponury pejzaż ślepych ścian i czytającego. Później do niej zadzwonił i zaprosił na kolację.

[…]

W ostatniej chwili Morini postanowił, że nie pojedzie [do Meksyku na poszukiwanie śladów po Archimboldim – przyp. aut.]. Jego wątłe zdrowie, powiedział, czyni tę wyprawę niemożliwą. Marcel Schwob, który miał równie delikatne zdrowie, wyruszył w 1901 roku w podróż w jeszcze gorszych warunkach, by odwiedzić grób Stevensona na jednej z wysp Pacyfiku. Peregrynacja Schwoba trwała bardzo długo, wpierw na pokładzie „Ville de La Ciotat", potem „Polynesienne", a w końcu ,,Manapouri". W styczniu 1902 Schwob nabawił się zapalenia płuc, które o mało go nie zabiło. Schwobowi towarzyszył służący, Chińczyk Ting, który przy każdej sposobności cierpiał katusze w wyniku morskiej choroby. A może cierpiał na chorobę morską tylko wtedy, gdy morze było wzburzone. Tak czy owak, wyprawa upłynęła pod znakiem choroby morskiej i wzburzonego morza. Pewnego razu Schwob, leżąc w swojej kajucie przekonany, że umiera, poczuł, jak ktoś kładzie się obok niego. Odwróciwszy się, by wybadać, kim był ów intruz, ujrzał swego skośnookiego służącego, którego skóra była zielona jak sałata. Być może dopiero wtedy uświadomił sobie, na jaki wyczyn się porwał. Kiedy dotarł wreszcie, po wielu trudach i znojach, na Samoa, nie odwiedził grobu Stevensona. Po części dlatego, że był na to zbyt chory, a po części dlatego, że po co właściwie odwiedzać grób kogoś, kto tak naprawdę nie umarł? Stevenson, i to proste odkrycie zawdzięczał swojej peregrynacji, żył w nim. Morini, który podziwiał Schwoba (chociaż bardziej niż podziw była to serdeczna sympatia), myślał z początku, że jego podróż do Sonory mogła być w pewnym stopniu czymś w rodzaju hołdu dla francuskiego pisarza, a także dla angielskiego pisarza, na którego grób wybrał się francuski pisarz, ale kiedy znalazł się z powrotem w Turynie, zdał sobie sprawę, że nie może jechać. Zadzwonił więc do przyjaciół i skłamał im, mówiąc, że lekarz stanowczo zakazał mu podobnego wysiłku. Pelletier i Espinoza przyjęli jego wyjaśnienia i obiecali telefonować do niego regularnie, by informować go o rezultatach poszukiwań, ostatecznych tym razem,  na które wyruszali. Z Norton było inaczej. Morini powtórzył, że nie jedzie. Że zabronił mu tego lekarz. Że zamierza pisać do nich codziennie. Śmiał się nawet i pozwolił sobie opowiedzieć głupi kawal, którego Norton nie zrozumiała. Włoski dowcip. O Włochu, Francuzie i Angliku podróżujących samolotem, w którym są tylko dwa spadochrony. Norton sądziła, że to kawal polityczny. Tak naprawdę był to kawal dziecinny, chociaż Włoch z samolotu (który tracił najpierw jeden silnik, potem drugi, a potem zaczynał pikować) przypominał, bynajmniej w wersji Moriniego, Berlusconiego. W rzeczywistości Norton prawie nie otworzyła ust. Mówiła tylko aha, aha, aha. A potem powiedziała dobranoc Piero, po angielsku, słodkim tonem, albo tonem, który Moriniemu wydal się nieznośnie słodki, a potem odłożyła słuchawkę.

[…]

Pierwsze wrażenie, jakie odnieśli krytycy, poznawszy Amalfitana, było nie najlepsze, idealnie pasujące do nijakości miejsca, z tą różnicą, że miejsce, rozległe miasto na pustyni, mogło być postrzegane jako coś typowego i swoistego, coś pełnego lokalnego kolorytu, kolejny dowód na bogactwo, czasem okrutne, ludzkiego pejzażu, podczas gdy Amalfitano mógł być postrzegany tylko jako życiowy rozbitek, abnegat, nieistniejący profesor nieistniejącego uniwersytetu, zwykły szeregowiec z góry przegranej bitwy przeciwko barbarzyństwu, czy też, w mniej melodramatycznych kategoriach, mógł być postrzegany zgodnie z tym, kim naprawdę był, jako melancholijny profesor filozofii pasący się na swoim własnym poletku, grzbiet kapryśnej i zdziecinniałej bestii, która połknęłaby jednym klapnięciem całego Heideggera, zakładając, że Heidegger miałby tego pecha, żeby przyjść na świat na pograniczu meksykańsko-amerykańskim. Espinoza i Pelletier ujrzeli w nim frustrata, przede wszystkim dlatego, że studiował i mieszkał w Europie, frustrata usiłującego skryć się za twardą skorupą oschłości, ale którego prawdziwą naturę natychmiast zdradzała wewnętrzna delikatność. Na Norton, przeciwnie, zrobił wrażenie bardzo smutnego człowieka, gasnącego z każdą minutą, którego ostatnim marzeniem było służenie im za przewodnika po mieście.

[…]

Espinozie przyśnił się obraz z pustynią. We śnie Espinoza podnosił się wolno w łóżku, by wreszcie na nim usiąść i stamtąd, jakby patrząc na ekran telewizyjny o rozmiarach przekraczających półtora metra na półtora metra, móc przyglądać się nieruchomej i świetlistej pustyni, boleśnie oślepiającej słoneczną żółtością, i postaciom dosiadającym koni, których ruchy, zarówno jeźdźców, jak i koni, były ledwie dostrzegalne, jakby przebywali w świecie odmiennym od naszego, w którym prędkość była odmienna, prędkość, która dla Espinozy była spowolnieniem, choć wiedział, iż dzięki temu spowolnieniu nikt z przyglądających się obrazowi, ale to nikt, nie wpada w szał. A jeszcze były głosy. Espinoza je słyszał. Głosy ledwie słyszalne, z początku tylko fonemy, krótkie jęki wystrzeliwane niczym meteoryty nad pustynią i nad przestrzenią pancerną hotelowego pokoju i snu. Ale co poniektóre słowa mógł rozpoznać. Szybkość, pośpiech, prędkość, lekkość. Słowa torowały sobie drogę poprzez rozrzedzone powietrze niczym pałeczki bakterii przez martwe ciało. Nasza kultura, mówił jeden z głosów. Nasza wolność. Słowo wolność w uszach Espinozy zabrzmiało jak strzelenie z bata w pustej auli. Kiedy się obudził, był zlany potem.

[…]

Przy śniadaniu raz jeszcze pogrążyli się w spekulacjach na temat motywów, które skłoniły Archimboldiego, by tu przyjechać. Amalfitano dowiedział się wówczas, że Archimboldiego nikt nigdy nie widział na własne oczy. Historia wydała mu się, choć nie do końca potrafił wyjaśnić, z jakiego powodu, zabawna i zapytał ich, dlaczego chcieli go odnaleźć, skoro jasne jest, że Archimboldi nie chce, by ktokolwiek go odnajdywał. Bo jesteśmy badaczami jego dzieła, odrzekli krytycy. Bo umiera, i to niesprawiedliwe, by najlepszy pisarz niemiecki dwudziestego wieku zmarł, nie porozmawiawszy przedtem z najlepszymi czytelnikami swoich powieści. Bo chcemy go przekonać, by wrócił do Europy, powiedzieli.

[…]

W recepcji otrzymali listę wszystkich hoteli w mieście. Amalfitano zasugerował, że mogliby skorzystać z uniwersyteckiego telefonu, gdyż stosunki między krytykami a Guerrą były znakomite, takie przynajmniej odniósł wrażenie, a może szacunek, jakim darzył Guerra krytyków, był niezwykły i niepozbawiony drżenia, drżenia niepozbawionego z kolei próżności czy też kokieterii, chociaż trzeba zaznaczyć, że za kokieterią i drżeniem czaiło się wyrachowanie, bo choć przyjazne nastawienie Guerry podyktowane było życzeniem rektora Negretego, nie było przecież dla Amalfitana tajemnicą, że Guerra zamierzał zdobyć wizytówkę znamienitych europejskich profesorów, należy przecież zawsze mieć na uwadze to, że przyszłość jest zagadką i nikt nigdy nie może być pewien, kiedy na swojej drodze trafi na nieprzewidziany zakręt i do jakich niespodziewanych miejsc zaprowadzą go jego kroki. Ale krytycy nie chcieli korzystać z telefonu uniwersytetu i odbyli rozmowy na własny rachunek ze swoich pokoi. By zaoszczędzić na czasie, Espinoza i Norton dzwonili z pokoju Espinozy, Amalfitano i Pelletier zaś z pokoju Francuza. Po godzinie rezultat nie mógł być bardziej przygnębiający. W żadnym hotelu nie zameldował się żaden Hans Reiter. Po dwóch godzinach postanowili dać sobie spokój z telefonami i zejść do baru, by się czegoś napić. Zostało im tylko kilka hoteli i niektóre z podmiejskich moteli. Wczytując się uważnie w listę, Amalfitano powiedział, że większość znajdujących się na niej moteli to zakamuflowane burdele, miejsca, w których zatrzymywano się tylko przejazdem i gdzie trudno było wyobrazić sobie niemieckiego turystę.

[…]

Związki intelektualistów meksykańskich z władzą to stara historia. Nie twierdzę, że wszyscy są tacy. Istnieją znaczące wyjątki. Nie twierdzę też, że ci, co się wysługują władzy, robią to w złej wierze. Nawet nie uważam, że to wysługiwanie się jest wysługiwaniem się w pełnym tego słowa znaczeniu. Powiedzmy, że jest to tylko etat. Ale etat państwowy. W Europie intelektualiści pracują w wydawnictwach albo w prasie, albo utrzymują ich żony, albo mają dobrze sytuowanych rodziców, którzy dają im kieszonkowe, albo są robotnikami lub przestępcami i żyją uczciwie ze swojej pracy. W Meksyku, i równie dobrze można to rozszerzyć na całą Amerykę Łacińską, z wyjątkiem Argentyny, intelektualiści pracują dla państwa. Tak było za Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej i tak jest za Partii Akcji Narodowej. Intelektualista, ze swej strony, może być gorącym zwolennikiem państwa albo jego krytykiem. Państwu jest to obojętne. Państwo go żywi i obserwuje w milczeniu. Z tą ogromną kohortą pisarzy, raczej bezużytecznych, państwo coś robi. A co? Ano wypędza demony, zmienia, albo przynajmniej próbuje wpłynąć na meksykański klimat. Zasypuje kolejnymi warstwami wapna dół, o którym nikt nie wie, czy naprawdę istnieje. Oczywiście, nie zawsze tak jest. Intelektualista może pracować na uniwersytecie, albo jeszcze lepiej, wyjechać i pracować na jednym z uniwersytetów północnoamerykańskich, których wydziały literatury są równie kiepskie jak ich odpowiedniki na uniwersytetach meksykańskich, co nie oznacza, że w środku nocy nie zadzwoni  telefon i ktoś, kto mówi w imieniu państwa, nie zaoferuje mu lepszej pracy, lepiej płatnej posady, czegoś, na co intelektualista w swoim mniemaniu zasługuje, a intelektualiści z a wsze uważają, że zasługują na coś więcej. Mechanizm ten, do pewnego stopnia, okalecza pisarzy meksykańskich. Doprowadza ich do obłędu. Niektórzy na przykład zaczynają tłumaczyć poezję japońską, nie znając japońskiego, a inni po prostu piją. Almendro, daleko nie szukając, robi jedno i drugie, jak sądzę. Literatura w Meksyku jest jak przedszkole, kindergarden, żłobek, klubik malucha, jordanek, ochronka, nie wiem, czy potraficie to pojąć. Klimat jest sprzyjający, słońce świeci, można wyjść z domu, usiąść sobie w parku, otworzyć książkę Valery'ego, najczęściej czytanego pisarza przez pisarzy meksykańskich, najprawdopodobniej, a potem udać się do przyjaciół i pogadać sobie. Twój cień jednak już za tobą nie podąża. W którymś momencie opuścił cię ukradkiem. Udajesz, że tego nie zauważasz, ale przecież zauważyłeś, twój pieprzony cień już nie idzie za tobą, no, ale można to sobie jakoś wytłumaczyć, a to pozycją słońca na niebie, a to stopniem zamroczenia, do jakiego można się doprowadzić, nie chroniąc głowy przed słońcem, ilością spożyte¬ go alkoholu, ruchem, który jest jak ruch podziemnych zbiorników bólu, strachem przed najbardziej przypadkowymi rzeczami, chorobą w zaczątku, dumą zranioną, pragnieniem, żeby być punktualnym przynajmniej raz w życiu. Prawda jest taka, że twój cień się zgubił, a ty o nim na chwilę zapominasz. I tak, bez cienia, stajesz na czymś w rodzaju sceny i zaczynasz tłumaczyć albo reinterpretować lub też opiewać rzeczywistość. Ta scena to właściwie proscenium, w którego głębi znajduje się ogromna rura, coś jakby kopalnia albo wejście do kopalni gigantycznych rozmiarów. Powiedzmy, że to jaskinia. Ale możemy również powiedzieć, że to kopalnia. Z wylotu kopalni dochodzi niezrozumiały hałas. Onomatopeje, fonemy wściekłe albo uwodzicielskie, albo uwodzicielsko wściekłe, a rów¬ nie dobrze może to tylko szmery i szepty, i jęki. Prawdą jest, że nikt naprawdę nie widzi wejścia do kopalni. Jakaś maszyna, gra świateł i cieni, sztuczki z czasem ukrywają rzeczywisty zarys tego wlotu przed spojrzeniami widzów. W istocie rzeczy tylko widzowie znajdujący się najbliżej proscenium, tuż przy fosie orkiestrowej, mogą dostrzec za gęstą siatką kamuflującą zarys czegoś, nie prawdziwy zarys, ale jednak, przynajmniej jakiś zarys. Reszta publiczności nie widzi nic poza proscenium i rzec by można, że wcale nie chce czegokolwiek widzieć. Ze swej strony intelektualiści bez cienia zawsze odwróceni są plecami, a tym samym, chyba że mieliby oczy z tyłu głowy, nie mogą nic zobaczyć. Słyszą tylko hałasy dochodzące z dna kopalni. I tłumaczą je albo reinterpretują, albo odtwarzają. Ich praca, to bardziej niż oczywiste, jest żadna. Uciekają się do retoryki tam, gdzie czują nadciągający huragan, usiłują być elokwentni tam, gdzie wyczuwają dziką furię, próbują poddać się dyscyplinie metryki tam, gdzie jest tylko głucha i zbyteczna cisza. Mówią ćwir, hau, miau, bo nie potrafią wyobrazić sobie zwierzęcia przeogromnych rozmiarów lub braku tego zwierzęcia. Scena, na której pracują, z drugiej strony, jest bardzo ładna, bardzo dobrze pomyślana, śliczniutka, ale jej rozmiary z upływem czasu stają się coraz mniejsze. To kurczenie się sceny żadną miarą jej nie deprecjonuje. Po prostu jest coraz mniejsza i mniejsza, widownia również staje się coraz mniejsza, i widzów, rzecz jasna, jest coraz mniej. Obok tej sceny istnieją, oczywiście, inne sceny. Nowe sceny, które wyrosły z upływem czasu. Jest scena malarstwa, ogromna, z małą ilością widzów, za to, by tak rzec, eleganckich, bez wyjątku. Jest scena kina i telewizji. Tu publiczność jest ogromna, widownia zawsze pełna, a proscenium rozrasta się szybko z roku na rok. Zdarza się, że aktorzy ze sceny intelektualistów przechodzą jako goście specjalni na scenę telewizji.  Na tej scenie mamy to samo wejście do kopalni,  z maleńką odmianą perspektywy, choć być może to siatka kamuflująca jest gęstsza i, paradoksalnie, obdarzona tajemniczym humorem, który jednak śmierdzi. Ten humorystyczny kamuflaż poddaje się, oczywiście, przeróżnym interpretacjom, które w ostatecznym rozrachunku, dla ułatwienia życia publiczności lub zbiorowemu oku publiczności, sprowadzają się do dwóch wariantów. Zdarza się, że intelektualiści na stale zadomawiają się na telewizyjnym proscenium. Z wejścia do kopalni wciąż dochodzą ryki, wciąż opacznie interpretowane przez intelektualistów. W rzeczywistości ci, którzy teoretycznie powinni najlepiej władać językiem, nawet nie są zdolni go wzbogacać. Ich najpiękniejszymi słowami są słowa pożyczone od widzów z pierwszego rzędu. Tych widzów nazywa się zwykle „biczownikami". Są chorzy i od czasu do czasu wymyślają okrutne słowa, a ich wskaźnik umieralności jest wysoki. Kiedy dzień pracy dobiega końca, teatry są zamykane, a wejścia do kopalni zasłania się wielkimi stalowymi płytami. Intelektualiści idą sobie. Księżyc jest pyzaty, a nocne powietrze tak czyste, iż wydaje się, że można je jeść. W niektórych lokalach rozbrzmiewają piosenki, których nuty docierają na ulice. Niejeden intelektualista zbacza z drogi i wchodzi do jednego z tych lokali, i pije mezcal. I wówczas myśli, co to będzie, jeśli któregoś dnia on... Ale nie. Nic nie myśli, tylko pije i śpiewa. Czasami któremuś z nich wydaje się, że widzi kultowego niemieckiego pisarza. W rzeczywistości zobaczył tylko cień, czasami widział tylko swój własny cień, który co noc wraca do domu, żeby intelektualista nie zwariował do końca lub się nie powiesił. Ale on zarzeka się, że widział niemieckiego pisarza i na tym przekonaniu buduje swoje własne szczęście, swój własny ład, swój zawrót głowy, sens własnej balangi. Następnego dnia jest pogodnie. Słoneczko grzeje, ale nie pali. Można wyjść z domu w miarę spokojnie, wlokąc swój cień, usiąść w parku i poczytać Valery'ego. I tak do samego końca.

[…]

Później obdzwonili pozostałe hotele i motele. W żadnym z nich Archimboldi się nie zatrzymał. Przez jakiś czas myśleli, że Amalfitano ma rację, że trop Almendra przypuszczalnie był wytworem jego chorej wyobraźni, że podróż Archimboldiego do Meksyku istniała tylko w pokrętnych urojeniach Świni [przydomek osoby, dzięki, której znaleźli się w Meksyku – przyp. aut.]. Resztę dnia spędzili na lekturze i piciu i żadnemu nich nie chciało się wychodzić z hotelu.

[…]

Niebo o zachodzie słońca przypominało mięsożerny kwiat.

[…]

Espinoza przypomniał sobie wówczas, że wczorajszego wieczoru jeden ze studentów opowiedział im historię zamordowanych kobiet. Pamiętał jedynie, że chłopak mówił, iż było ich ponad dwieście i że musiał powtórzyć to dwu- czy też trzykrotnie, bo ani on, ani Pelletier nie chcieli dać wiary jego słowom. A niedawanie wiary, pomyślał Espinoza, jest pewną formą przesady. Widzisz coś pięknego i nie wierzysz własnym oczom. Opowiadają ci coś o naturalnym uroku Islandii... ludziach kąpiących się w ciepłych źródłach, pośród gejzerów, w rzeczywistości widziałeś to już na zdjęciach, ale równie dobrze mówisz, że nie możesz dać temu wiary... Choć jak najbardziej wierzysz, oczywiście... Przesada jest formą dobrze wychowanego podziwu... Dajesz powód, żeby twój współrozmówca powiedział: to prawda... A ty wtedy mówisz: to niewiarygodne. Najpierw nie możesz w to uwierzyć, a potem wydaje ci się to niewiarygodne. Przypuszczalnie właśnie to powiedzieli sobie Pelletier i Espinoza po słowach studenta, zdrowego, silnego i czystego chłopaka, zapewniającego ich, że zginęło ponad dwieście kobiet. Ale nie w krótkim okresie, pomyślał Espinoza. Od 1993 albo 1994 do dziś... I być może liczba zamordowanych jest jeszcze większa. Dwieście pięćdziesiąt, może nawet trzysta. Chłopak powiedział, po francusku, nigdy nie będzie wiadomo. Chłopak, który przeczytał powieść Archimboldiego przetłumaczoną przez Pelletiera i zdobytą dzięki sprawności jednej z internetowych księgarń. Nie mówi dobrze po francusku, pomyślał Espinoza. Ale można źle mówić w jakimś języku albo w ogóle nim nie władać, a mimo to radzić sobie z czytaniem w tym języku. W każdym razie wiele martwych kobiet.

[…]

Myślałem, że już wiesz - stwierdził Morini. A jak umarł? - spytałam.  W wypadku - powiedział Morini - wyszedł na przechadzkę, chciał narysować mały wodospad nieopodal sanatorium,  wspiął się na skałę i poślizgnął się. Odnaleziono ciało na dnie wąwozu, pięćdziesiąt metrów niżej. Nie, to niemożliwe - rzekłam. Możliwe, możliwe - odparł Morini. Sam wyszedł na spacer? Nikt go nie pilnował? Nie był sam - powiedział Morini - towarzyszyła mu pielęgniarka i jeden z tych sanatoryjnych osiłków, z tych, co to w sekundę potrafią unieszkodliwić wariata w szale. Zaśmiałam się, po raz pierwszy zaśmiałam się, usłyszawszy zwrot wariat w szale, a Morini, po drugiej stronie linii telefonicznej, zawtórował mi śmiechem, choć tylko przez chwilę. Tak naprawdę te atletyczne, sanatoryjne osiłki to personel pomocniczy - powiedziałam mu. No dobrze, czyli towarzyszyła mu pielęgniarka i jedna osoba z personelu pomocniczego- odparł. - Johns wspiął się na skałę, a osiłek wspiął się za nim. Pielęgniarka, na prośbę Johnsa, usiadła na pniu ściętego drzewa i niby zajęła się czytaniem książki. Johns, dotarłszy na szczyt, zaczął rysować swą lewą ręką, którą nauczył się poruszać całkiem sprawnie. Pejzaż obejmował wodospad, góry, skalne urwisko, las i pielęgniarkę, która niczego nieświadoma czytała książkę. Wtedy doszło do wypadku. Johns wstał, poślizgnął się i choć atletyczny osiłek usiłował go przytrzymać, malarz spadł w przepaść.

[…]

Że jest tutaj - powiedział Pelletier i pokazał saunę, hotel, kort tenisowy, siatkę ogrodzenia, opadłe liście, które pewnie tam dalej leżą, na nieoświetlonej części hotelowego terenu. Espinozie włosy stanęły dęba. Cementowe pudło z sauną zdało mu się bunkrem z trupem w środku. Wierzę ci - powiedział i rzeczywiście wierzył w to, co przyjaciel mu powiedział. Archimboldi tu jest - powiedział Pelletier - i my tu jesteśmy, i nigdy bliżej niego nie byliśmy i nie będziemy. Nie wiem, jak długo będziemy ze sobą, pisała Norton w liście. Ani Moriniego jak sądzę), ani mnie to nie obchodzi. Kochamy się i jesteśmy szczęśliwi. Wiem, że wy to zrozumiecie.

Roberto Bolano, 2666. Część krytyków

Pięcioksiąg w części pierwszej krytyków Roberta Bolano, chilijskiego pisarza, poety i prozaika przenosi nas w tym bodajże i następnym już razem do ścisłego centrum Europy Zachodniej (do Niemiec, Anglii, Francji, Hiszpanii i Włoch) oraz do Santa Teresa w Meksyku, w czym generalnie w lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Czwórka przyjaciół-intelektualistów zafascynowanych twórczością Benna Archimboldiego, którego prawie nikt nie znał w sensie osobiście próbuje budować coraz bliższe relacje między sobą w kolejnych a jednak płonnych nadziejach odnalezienia ich pisarza niemieckojęzycznego pośród żywych z krwi i kości. W ujęciu dalekowzrocznym powieść w tej pierwszej odsłonie stanowi też zgrabną paralelę przywołującą mit o "wędrującym" Ulissesie z elementami platońskiego dystychu myślenia, gdzie złudne cienie zwodzą spierzchnięte zamysły.



powrót ››