Blog

 

03.12.2022

2666. Część Amalfitiana

„…widział nieuzasadnione obrazy,

obrazy skupiające w sobie

całe osierocenie świata,

fragmenty, fragmenty.”

[…]

Miał książki, które trzymał od ponad dwudziestu pięciu lat. Nie za wiele. Wszystkie stare. Miał książki, które kupił mniej więcej dziesięć lat temu i które spokojnie mógł pożyczać, zgubić, dać się z nich okraść, było mu to obojętne. Miał książki przesyłane mu od czasu do czasu przez nieznanych nadawców w pieczołowicie opakowanych i zalakowanych paczkach, których nawet już nie otwierał. Miał patio idealnie nadające się, by posiać na nim trawę i posadzić kwiaty, choć nie wiedział, jakie kwiaty by się do tego najbardziej nadawały, nie żadne kaktusy czy kaktusowate, ale prawdziwe kwiaty. Miał czas (tak mu się przynajmniej wydawało), żeby poświęcić się uprawianiu ogródka. Miał drewniany plot, którego sztachety aż się prosiły, by je pomalować. Miał miesięczną pensję.

[…]

Dwa lata później, gdy Lola odchodziła, wciąż miała przy sobie ten sam nóż. Pretekstem, jakim się posłużyła, był wyjazd do Mondragón, nieopodal San Sebastian, gdzie w domu wariatów przebywał jej ulubiony poeta. Amalfitano słuchał jej argumentów przez całą noc, podczas której Lola pakowała plecak i zapewniała go, że wkrótce wróci do domu, do niego i do córki. Lola, zwłaszcza ostatnio, powtarzała często, że poznała poetę osobiście, a stało się to na imprezie, na której była kiedyś w Barcelonie, jeszcze zanim w jej życiu pojawił się Amalfitano. Na tej imprezie - nazywanej przez Lolę dziką imprezą, spóźnioną imprezą, której pomysł pojawił się niespodziewanie w samym środku letnich upałów i w sznurze samochodów z zapalonymi czerwonymi światłami - poszła z nim do łóżka i kochali się przez całą noc, Amalfitano wiedział jednak, że to nieprawda, nie tylko dlatego, że poeta był homoseksualistą, ale i dlatego, że o jego istnieniu dowiedziała się właśnie od Amalfitana, od którego dostała też w prezencie jedną z jego książek. Później Lola zakupiła dzieła wszystkie poety i zaczęła dobierać sobie przyjaciół spośród tych znajomych, którzy święcie wierzyli, że ów poeta jest istotą oświeconą, poza¬ ziemską, prawdziwym wysłannikiem Boga; znajomych, dopiero co wypisanych z domu wariatów w Sant Boi lub totalnie odjechanych wskutek niezliczonych kuracji odwykowych. Tak naprawdę Amalfitano wiedział, że wcześniej czy później jego żona uda się w podróż do San Sebastian, wolał więc uniknąć dyskusji, zaoferować jej część swych oszczędności, poprosić, by wróciła po kilku miesiącach i zapewnić ją, że będzie się opiekował małą. Lola jakby go nie słyszała.

[…]

Tydzień później Amalfitano otrzymał list od Loli, ze stemplem poczty w Pampelunie. W liście pisała mu, że dotychczasowa podróż pełna była doświadczeń miłych i niemiłych. Przeważały doświadczenia miłe. Doświadczenia niemiłe, z drugiej strony, można było określić jako niemiłe, co do tego nie było najmniejszej wątpliwości, aczkolwiek być może nie jako doświadczenia. To wszystko, co się nam może niemiłego przydarzyć, pisała Lola, natrafi na naszą podniesioną gardę, bo Imma to wszystko już przeżyła. Przez dwa dni, pisała Lola,  pracowałyśmy w Leridzie w przydrożnej restauracji, której szef jest również właścicielem sadu jabłkowego. Sad był ogromny, a na drzewach wisiały już zielone jabłka. Niebawem miał się zacząć zbiór jabłek i właściciel poprosił je, by zostały do tego czasu. Imma rozmawiała z nim, podczas gdy Lola czytała tomik poety z Mondragón (w plecaku miała wszystkie dotąd opublikowane przez niego książki), siedząc przy namiocie, w którym obie spały, rozstawionym w cieniu topoli, jedynej topoli, jaką widziała w tej okolicy pełnej sadów, obok garażu nieużywanego od dawna. Imma szybko wróciła i nie chciała powiedzieć, co jej zaproponował właściciel restauracji. Następnego dnia, nie żegnając się z nikim, znowu wyszły na drogę, by łapać okazję. W Saragossie nocowały u starej przyjaciółki Immy z czasów studenckich. Lola była bardzo zmęczona, więc poszła wcześnie spać i przez sen usłyszała śmiechy, a później podniesione głosy i pretensje, niemal wszystkie padały z ust Immy, chociaż niektóre wykrzykiwała jej przyjaciółka. Mówiły o innych czasach, o walce przeciwko frankizmowi, o więzieniu dla kobiet w Saragossie. Mówiły o dziurze, o bardzo głębokim wykopie, z którego można było wydobywać ropę albo węgiel, o podziemnej dżungli, o jakimś komando złożonym z kobiet samobójczyń. Od tego momentu w liście Loli następował gwałtowny zwrot. Ja nie jestem lesbijką, pisała, nie wiem, dlaczego ci to mówię, nie wiem, dlaczego traktuję cię jak dziecko i mówię ci o tym. Homoseksualizm jest oszustwem, to akt gwałtu dokonany na nas w czasie naszego dorastania, pisała. Imma o tym wie. Wie o tym, wie o tym, jest zbyt mądra, żeby sobie tego nie uświadamiać, ale nic nie może zrobić, może tylko pomóc.

[…]

Później Lola przywoływała tę noc, kiedy kochała się z poetą, który przebywał majestatycznie i półtajemnie w szpitalu psychiatrycznym w Mondragón. Jeszcze był wolny, jeszcze nie został zamknięty w żadnym zakładzie. Mieszkał w Barcelonie,  w domu filozofa homoseksualisty, i razem organizowali co tydzień albo co dwa tygodnie imprezy. Ja wtedy nic jeszcze o tobie nie wiedziałam. Nie wiem, czy już przyjechałeś do Hiszpanii, czy byłeś we Włoszech lub we Francji, czy w jakiejś zapadłej dziurze w Ameryce Łacińskiej. Imprezy tego filozofa homoseksualisty były słynne w całej Barcelonie. Mówiono, że poeta i filozof byli kochankami, ale tak naprawdę nie wyglądali jak kochankowie. Jeden miał dom, idee i pieniądze, a drugi legendę, wiersze i żarliwość zagorzałych wyznawców, żarliwą psią wierność, psów z poprzetrącanymi gnatami, które przewędrowały całą noc albo całą młodość w deszczu, w niekończącej się ulewie łupieżu Hiszpanii, by w końcu znaleźć kąt, gdzie mogą złożyć głowę, choćby tym schronieniem miał być kubeł cuchnącej wody, z co nieco swojskim smrodkiem. Nadszedł dzień, kiedy los się do mnie uśmiechnął i znalazłam się na jednej z tych imprez. Przesadą byłoby twierdzić, że osobiście poznałam filozofa. Widziałam go. W kącie salonu gadał z innym poetą i z jeszcze innym filozofem. Miałam wrażenie, że ich poucza. I wówczas wszystko stało się jakieś sztuczne. Zaproszeni goście oczekiwali pojawienia się poety. Oczekiwali, że wda się w bójkę z którymś z nich. Albo walnie kupę na środku salonu, na turecki dywan, który wyglądał jak wydeptany dywan z Baśni tysiąca i jednej nocy, dywan przetrzepany, który niekiedy nabierał cech lustra ukazującego nas wszystkich do góry nogami.

[…]

Pewnej nocy, nie czekając, aż opuści kawiarnię i odejdzie w pośpiechu, przysiadłam się do niego. Powiedziałam, że wiem, co tu robi. A kim ty jesteś? spytał przerażony. Uśmiechnęłam_ się i powiedziałam, że kimś takim jak on. Spojrzał na mnie jak na wariatkę.  Nie jest tak, jak myślisz, nie jestem wariatką, jestem kobietą w pełni władz umysłowych. Roześmiał się. Może nie jesteś wariatką, ale tak się zachowujesz, powiedział. Potem gestem poprosił o rachunek i kiedy już wstawał, by odejść, zwierzyłam mu się, że ja też czekam na poetę. Usiadł natychmiast, jakby ktoś przystawił mu pistolet do skroni. Zamówiłam rumianek i opowiedziałam mu swoją historię. On wyznał, że też pisze wiersze i chce pokazać je poecie. Nie musiałam go o nic pytać, od razu było widać, że jest homoseksualistą i że jest bardzo samotny. Pokaż mi je, powiedziałam i wyrwałam mu zeszyt z rąk. Nie pisał źle, jedynym jego problemem było to, że pisał tak samo jak poeta. To wszystko nie mogło ci się przytrafić, zawyrokowałam, za młody jesteś, nie mogłeś tyle wycierpieć. Na jego twarzy pojawił się grymas, jakby chciał mi powiedzieć, że ma w nosie, czy mu wierzę, czy nie. Liczy się to, czy są dobrze napisane. Nie, odparłam, wiesz dobrze, że nie to się liczy. Nie, nie, nie, powtarzałam, a on w końcu przyznał mi rację. Nazywał się Jordi i dziś wykłada być może na jakimś uniwersytecie albo pisze recenzje dla „La Vanguardii" albo „El Periódico".

[…]

Tak naprawdę to ona wymyśliła ten plan. Przejdziemy górami do Francji, jak pielgrzymi. Dotrzemy do Saint-Jean-de-Luz i tam wsiądziemy w pociąg. Pociąg powiezie nas przez pola, o tej porze roku najpiękniejsze na świecie, do Paryża. Będziemy mieszkać w schroniskach, taki jest plan Immy. Ona i ja będziemy pracować, sprzątając albo opiekując się dziećmi w bogatych dzielnicach Paryża, a ty w tym czasie będziesz pisać wiersze. Wieczorami będziesz nam czytać swoją poezję, a w nocy będziesz się ze mną kochać. Taki jest plan Immy, dopracowany w każdym szczególe. Po trzech lub czterech miesiącach zajdę w ciążę i to będzie najbardziej wiarygodny dowód, że nie jesteś końcem dynastii. Niech nie mają złudzeń wraże rody! Popracuję jeszcze parę miesięcy, ale kiedy przyjdzie czas, Imma będzie pracować za nas dwie. Będziemy prorokami żebrakami albo prorokami dziećmi, podczas gdy oczy Paryża wpatrzone będą w co innego, w modę, w kino, w hazard, w literaturę francuską i północnoamerykańską, w gastronomię, w produkt krajowy brutto, w eksport broni, w produkcję masowych porcji znieczulenia, to wszystko, co w sumie będzie tylko scenografią pierwszych miesięcy naszego płodu. Później, w szóstym miesiącu ciąży, wrócimy do Hiszpanii, ale tym razem nie przekroczymy granicy w !run, ale w La Jonquera albo Portbou, na terytorium Katalonii. Poeta popatrzył na nią z ciekawością (i z ciekawością spojrzał także na Immę, która nie odrywała oczu od jego wierszy, wierszy napisanych przez niego jakieś pięć lat temu, o ile dobrze pamiętał) i ponownie wypuścił dym z ust, nadając im dziwaczne kształty, jakby podczas swego długiego pobytu w Mondragón poświęcił się jedynie doskonaleniu tej szczególnej sztuki.

[…]

A to cieka¬ we, powiedział Gorka, podążając wzrokiem za ptakami skąpanymi w złotawym blasku pory wieczornej i sztucznego oświetlenia. W którym to było roku? spytał lekarz. W 1979 albo w 1978, nie pamiętam dobrze, odparła Lola ledwo słyszalnym głosem. Proszę nie traktować moich pytań jako nazbyt wścibskich, rzekł lekarz [obłąkanych w zakładzie psychiatrycznym – przyp. aut.], rzecz w tym, że piszę biografię naszego drogiego przyjaciela i im więcej faktów z jego życia uzbieram, tym lepiej, ziarnko do ziarnka, nieprawdaż? Nadejdzie dzień, kiedy stąd wyjdzie, stwierdził Gorka, wygładzając sobie brwi, nadejdzie dzień, kiedy czytelnicy hiszpańscy będą musieli uznać go za jednego z wielkich, nie twierdzę, że zostanie mu przyznana jakaś nagroda, skądże znowu, Księcia Asturii pewno nawet nie niuchnie, tak jak i Cervantesa, nie mówię już o tym, że nie rozsiądzie się w fotelu członka Akademii Królewskiej, sukces zawodowy w dziedzinie literatury odnoszą w Hiszpanii karierowicze, oportuniści i włazidupy, za przeproszeniem. Ale nadejdzie dzień, kiedy on stąd wyjdzie. To fakt. Nadejdzie dzień, kiedy ja też stąd wyjdę. I wszyscy moi pacjenci, i pacjenci moich kolegów. Nadejdzie dzień, kiedy wszyscy, nareszcie, wyjdziemy z Mondragonu i ta zacna instytucja o eklezjastycznym rodowodzie i celach dobroczynnych opustoszeje. I wówczas moja biografia nabierze znaczenia, i będę mógł ją opublikować, tymczasem zaś, i myślę, że panie to zrozumieją, moim obowiązkiem jest zbieranie informacji o faktach, datach, nazwiskach, sprawdzanie anegdot, wśród których zdarzają się nader wątpliwego gustu, a nawet raniące uczucia, ale są  i zabawne opowieści, teraz obracające się wokół chaotycznego środka grawitacji, jakim jest nasz obecny tu przyjaciel, lub tego, co on pragnie nam przedstawić, swój ład, unaoczniony ład o charakterze werbalnym, skrywający, poprzez strategię, którą pojmuję, ale której celowości nie znam, nieład werbalny, który, gdybyśmy go doświadczyli, choćby nawet jedynie jako widzowie teatralnej realizacji, wstrząsnąłby nami do granic wytrzymałości. Panie doktorze, jest pan cudowny, powiedziała Lola. Imma zazgrzytała zębami. Lola już się szykowała, by opowiedzieć doktorowi o swym heteroseksualnym doświadczeniu z poetą, ale przyjaciółka uniemożliwiła jej to, podszedłszy blisko niej i kopnąwszy czubkiem buta w kostkę.

[…]

Kierowca nazywał się Larrazabal i choć to było tylko nazwisko, nie chciał Loli powiedzieć, jak ma na imię. Larrazabal i kropka, tak jak zwracają się do mnie moi kumple, powiedział. Później opowiedział Loli, że nie po raz pierwszy robi to na cmentarzu. Przedtem był tu już ze swoją sympatią, i był z jakąś babką poznaną w dyskotece, i z dwiema kurwami z San Sebastian. Kiedy szykowali się już do wyjścia z cmentarza, chciał dać Loli pieniądze, ale ich nie przyjęła. Długo rozmawiali, siedząc w samochodzie. Larrazabal zapytał ją, czy ma w zakładzie psychiatrycznym kogoś bliskiego, i Lola opowiedziała mu swoją historię. Larrazabal powiedział, że nigdy nie przeczytał żadnego wiersza. I dodał, że nie może zrozumieć obsesji Loli na punkcie poety. A ja nie zrozumiem twojej obsesji na punkcie pieprzenia się na cmentarzu, odparła Lola, ale to nie znaczy, że muszę cię od razu osądzać. Fakt, zgodził się Larrazabal, każdy ma jakiegoś fizia. Zanim Lola wysiadła z samochodu, tuż przed głównym wejściem do zakładu psychiatrycznego, Larrazabal wsunął niepostrzeżenie do jej torebki banknot o wartości pięciu tysięcy peset. Lola spostrzegła to, ale nic nie powiedziała i została sama w szpalerze drzew, przed żelazną bramą domu wariatów, gdzie przebywał poeta, który najzwyczajniej w świecie miał ją w nosie.

[…]

Szaleństwo jest zaraźliwe, pomyślał Amalfitano, siedząc na podłodze swego ganku, podczas gdy niebo zaczęło nagle zaciągać się chmurami i już nie było widać księżyca ani gwiazd, ani błędnych świateł, które, jak głosi fama, można obserwować gołym okiem, nie używając lornetek ani teleskopów, w tym regionie północnej Sonory i południowej Arizony. Szaleństwo jest zaraźliwe, to prawda, a przyjaciele, zwłaszcza kiedy człowiek jest sam, są na wagę złota. Tych samych słów użyła Lola, kiedy przed laty opowiadała Amalfitanowi w liście bez nadawcy o swoim przypadkowym spotkaniu z Larrazabalem, które skończyło się tym, że Bask zmusił ją, by przyjęła w formie pożyczki dziesięć tysięcy peset i obiecała, że wróci tu nazajutrz, zanim wsiadł do samochodu, wskazując czekającej niecierpliwie kurwie, by też wsiadła. Tej nocy Lola, choć korciło ją, by położyć się w otwartej krypcie, spała w swojej niszy, szczęśliwa, bo sprawy zaczynały przybierać pomyślny obrót. O świcie wstała, umyła się cała, używając mokrej ściereczki, umyła zęby, uczesała się, włożyła czyste ubranie i wyszła na drogę, by autostopem dostać się do Mondragón.

[…]

Kiedy stanęły przed bramą, Lola wysiadła z samochodu, a kobieta wjechała do środka sama. Lola jakiś czas snuła się przy ogrodzeniu szpitala. Usłyszała tętent koni i domyśliła się, że gdzieś, pewnie za lasem, znajduje się klub jeździecki lub stadnina. W pewnej chwili dostrzegła czerwone dachy jakiegoś budynku, który nie miał nic wspólnego ze szpitalem psychiatrycznym. Wróciła po własnych śladach. Stanęła znów przy części płotu, skąd miała najlepszy widok na park. Kiedy słońce wzniosło się trochę wyżej, zobaczyła pacjentów, którzy zbitą grupką wychodzili z pawilonu z dachówką, a potem rozpełzali się po parkowych ławkach, zaczynali sięgać po papierosy i palić. Wydawało się jej, że widzi poetę. Szedł w towarzystwie dwóch innych pacjentów, miał na sobie dżinsy i białą koszulkę, o wiele za luźną. Lola zaczęła mu machać, z początku nieśmiało, jakby miała zesztywniałe z zimna ramiona, później bardziej nachalnie, kreśląc dziwne znaki w chłodnym jeszcze powietrzu, starając się, by dawane przez nią znaki osiągnęły dokładność promieni laserowych, próbowała przekazać mu telepatycznie całe zdania. Gdy upłynęło pięć minut, zorientowała się, że poeta wstaje z ławki, a jeden z wariatów z całej siły kopie go w nogę. Z trudem powstrzymała się, by nie wrzasnąć na cały głos. Poeta odwrócił się i oddał napastnikowi. Wariat zdążył usiąść, więc otrzymał kopnięcie w klatkę piersiową i padł rażony jak ptaszek. Ten, który siedział obok niego i palił, wstał i ruszył za poetą, kopiąc go w tyłek i waląc w plecy przez dziesięć metrów, mniej więcej. Później wrócił spokojnie na swoje miejsce, gdzie kopnięty wracał do siebie, masując sobie tors, szyję i głowę, całkiem na wyrost, bo kopniaka dostał tylko w klatkę piersiową. W tym momencie Lola przestała dawać znaki. Jeden z wariatów na ławce zaczął się onanizować. Drugi, ten, który przesadnie okazywał objawy bólu, zaczął czegoś szukać w jednej z kieszeni, by w końcu wydobyć z niej papierosa. Poeta podszedł do nich. Loli wydawało się, że słyszy jego śmiech. […] Być może, mówiła Lola w swoim liście do Amalfitana, to moje szaleństwo się śmiało. Tak czy owak, jej to szaleństwo było czy nie, poeta podszedł do pozostałej dwójki i coś im powiedział. Nie odpowiedział mu żaden z obu wariatów. Lola widziała ich: wariaci patrzyli w ziemię, życie tętniące na powierzchni ziemi, pośród źdźbeł trawy i pod małymi grudkami. Ślepe życie, gdzie wszystko było jasne jak woda. Poeta za to najprawdopodobniej przyglądał się twarzom swoich towarzyszy w nieszczęściu, najpierw jednemu, później drugiemu, szukając jakiegoś znaku, który oznajmiłby mu, że może bezpiecznie znów usiąść na ławce. Co w końcu zrobił. Uniósł rękę na znak rozejmu albo poddając się i usiadł między nimi. Uniósł rękę, jakby trzymał strzępy flagi. Poruszył palcami, każdym palcem z osobna, jakby były one flagą w płomieniach, flagą tych, którzy nigdy się nie poddają. I usiadł pośrodku, i popatrzył na tego, który się onanizował, i szepnął mu coś do ucha. Tym razem Lola nie usłyszała go, ale wyraźnie widziała, jak lewa ręka poety zagłębia się w mrok szlafroka sąsiada. A później zobaczyła, jak wszyscy trzej palą. I zobaczyła mistrzowskie kółka z dymu wylatujące z ust i nosa poety.

[…]

Przyzwoity gość ten Larrazabal. Zaoferował jej swoje mieszkanie. Zaoferował się, że może codziennie rano zawozić ją do szpitala psychiatrycznego w Mondragón, gdzie studiował entomologię największy i najbardziej oszukany (największy marzyciel) poeta Hiszpanii. Zaoferował pieniądze, niczego w zamian nie żądając. Raz zaprosił ją wieczorem do kina. Kiedy indziej poszedł z nią wieczorem do pensjonatu, gdzie chciała się dowiedzieć, czy są jakieś wieści od Immy. Kiedyś, w sobotni świt, po całej nocy miłosnych zmagań, oświadczył jej się i nie poczuł się ani obrażony, ani ośmieszony, kiedy Lola przypomniała mu, że zapomniał, iż już jest mężatką. Przyzwoity gość ten Larrazabal. Kupił jej spódnicę na ulicznym targowisku i kupił też marko¬ we dżinsy w sklepie w centrum San Sebastian. Opowiedział jej o matce, którą kochał nad życie, i o swoich braciach, z którymi nie czuł żadnego związku. Nie poruszyło to Loli, albo i poruszyło, ale nie tak, jak tego oczekiwał. Dla niej te dni były jak długie lądowanie na spadochronie po długim locie w przestworzach. Przestała już jeździć codziennie do Mondragón, ograniczając się do wizyt składanych co trzeci dzień, i wyglądała przez ogrodzenie, nie łudząc się, że zobaczy poetę, ale co najmniej jakiś znak, o którym z góry wiedziała,  iż go nigdy nie zrozumie albo może i zrozumie, ale wiele, wiele lat później, kiedy to wszystko nie będzie już miało najmniejszego znaczenia.

[…]

Dwa lata po wysłaniu tego listu, siedem lat po opuszczeniu Amalfitana i córki, Lola wróciła do domu i nie zastała nikogo. Przez trzy tygodnie pytała pod starymi adresami, które zdołała zapamiętać, o nowe miejsce zamieszkania męża. Jedni nie otwierali drzwi, bo jej nie rozpoznawali albo już zdążyli zapomnieć. Inni przyjmowali ją na progu, z przesadną ostrożnością albo dlatego, że Lola po prostu pomyliła adres. Niewielu wpuściło ją do środka, proponując małą kawę albo herbatę, ale Lola grzecznie za nie dziękowała, bo chyba chciała jak najszybciej spotkać się z córką i z Amalfitanem. Z początku poszukiwania były deprymujące i irrealne. Rozmawiała z ludźmi, których nawet ona sama nie pamiętała. Nocowała nieopodal Ramblas w pensjonacie, w którym w maleńkich pokoikach gnieździli się gastarbeiterzy. Odniosła wrażenie, że miasto się zmieniło, ale nijak nie potrafiła powiedzieć, na czym te zmiany polegają. Wieczorami, po całodziennej wędrówce, siadała na schodach kościoła, by odpocząć, i słyszała rozmowy wchodzących i wychodzących ludzi, w większości turystów. Czytała książki po francusku o Grecji, o czarach, o zdrowym stylu życia. Czasami czuła się jak Elektra, córka Agamemnona i Klitajmestry, snująca się incognito po Mykenach, morderczyni wmieszana w plebs, w tłum, morderczyni, której psychiki nikt nie rozumie, ani specjaliści z FBI, ani przechodnie rzucający w jej dłonie litościwy grosz. Czasami zaś była raczej matką Medona i Strofiosa, szczęśliwą matką przyglądającą się z okna, jak bawią się jej dzieci, a w tle lazurowe niebo mocuje się w uścisku białych ramion Morza Śródziemnego. Szeptała: Pylades, Orestes i w tych dwóch imionach mieściły się twarze wielu mężczyzn, ale nie Amalfitana, mężczyzny, którego teraz szukała.

[…]

Przez jakiś czas Lola milczała, przypominając sobie z fotograficzną dokładnością każdą część ciała swojego dziecka, każdy jego gest, każdy wyraz zdziwienia lub strachu, a później powie¬ działa, że Benoit jest inteligentnym i wrażliwym chłopcem i że jej syn jako pierwszy dowiedział się, że ona umiera. Amalfitano zapytał, kto mu o tym powiedział, chociaż właściwie domyślał się odpowiedzi.  Nikt mu nic nie musiał mówić, powiedziała Lola, sam się domyślił. Świadomość, że matka umiera, musi być dla dziecka czymś okropnym, powie¬ dział Amalfitano. Jeszcze okropniejsze jest okłamywanie dziecka, dzieci nie wolno nigdy okłamywać, powiedziała Lola. Piątego dnia rano, kiedy zauważyła, że zaczynają jej się kończyć przywiezione z Francji lekarstwa, Lola powiedziała, że musi już jechać.

[…]

Dzisiaj jeszcze zostań, powiedział Amalfitano. Późno się zrobiło. Nie ma już żadnego pociągu do Barcelony, skłamał. Nie jadę pociągiem, powiedziała Lola. Pojadę autostopem. Amalfitano spuścił głowę i powiedział, że może jechać, kiedy chce. Lola pocałowała go w policzek i wyszła. Następnego dnia Amalfitano wstał o szóstej rano i włączył radio, żeby mieć pewność, że na żadnej z okolicznych dróg nie odnaleziono ciała zgwałconej autostopowiczki. Cisza i spokój. Ten domniemany obraz Loli towarzyszył mu jednak przez wiele lat, niczym wspomnienie Wynurzające się z hukiem spod lodu arktycznych mórz, choć w rzeczywistości Amalfitano nic nie widział, więc nic nie mógł wspominać, jedynie cień swojej byłej żony rzucany przez uliczne latarnie na fasady sąsiednich budynków, a potem ten sen: Lola oddalająca się jedną z dróg wyjazdowych z Sant Cugat, idąca poboczem drogi, drogi mało uczęszczanej, bo kierowcy, chcąc zaoszczędzić czas, wybierali nową, płatną autostradę, kobieta przekrzywiona od targania ciężkiej walizki, bez lęku, idąca bez lęku poboczem.

[…]

Rzeczoną książką był Testament geometryczny Rafaela Diestego, opublikowany przed Ediciones del Castro w La Coruńi w roku 1975, dzieło rzeczywiście poświęcone geometrii, dziedzinie przez Amalfitana znanej dość słabo, podzielone na trzy części, z której pierwsza nosiła tytuł Wstęp do Euklidesa, Łobaczewskiego i Riemanna, druga poświęcona była Ruchom w geometrii, trzecia zaś Trzem demonstracjom V  postulatu,  niewątpliwie  najbardziej  enigmatycznej, Amalfitano bowiem nie miał najmniejszego pojęcia, co to jest V postulat i na czym polega, a poza tym w ogóle go to nie interesowało, aczkolwiek to ostatnie można było złożyć nie tyle na karb jego braku ciekawości, bo tej mu nie brakowało, raczej nawet zbywało, ile na karb upału, doskwierającego wieczorami miastu Santa Teresa, suchemu i pylistemu upałowi, upałowi skwaszonego słońca, przed którym trudno było się schronić, chyba że mieszkało się w niedawno zbudowanym domu, z klimatyzacją, ale to nie był jego przypadek. Opublikowanie książki możliwe było dzięki skrzyknięciu się części przyjaciół autora, przyjaciół, którzy zostali unieśmiertelnieni, jakby chodziło o pamiątkowe zdjęcie po jakiejś imprezie, na stronie 4, tam gdzie zazwyczaj zostają umieszczone dane wydawcy. I tam stało: ,,Wydanie tej książki to hołd, jaki Rafaelowi Diestemu oddają: Ramón BALTAR DÓMINGUEZ, Isaac DIAZ PARDO, Felipe FERNANDEZ ARMESTO, Ferroin FERNANDEZ ARMESTO, Francisco FERNANDEZ DEL RIEGO, Alvaro GIL VARELA, Domingo GARCIA SABELL, Valentfn PAZ ANDRADE i Luis SEONE LÓPEZ" Amalfitanowi wydało się rzeczą co najmniej dziwną drukowanie nazwisk przyjaciół wersalikami, podczas gdy nazwisko osoby, której oddawano hołd, podane było minuskułą. Na skrzydełkach podkreślano, iż niniejszy Testament geometryczny to w istocie rzeczy trzy książki, ,,każda stanowiąca odrębną całość, choć wszystkie są funkcjonalnie ze sobą powiązane z uwagi na intencjonalność wywodu", dalej zaś stwierdzano: ,,niniejsze dzieło Diestego, ukoronowanie jego przemyśleń i badań nad Przestrzenią, której pojęcie, siłą rzeczy, musi pojawić się w każdej merytorycznej i rygorystycznej dyskusji o fundamentach Geometrii". W tym momencie Amalfitanowi przypomniało się nagle, że Rafael Dieste był poetą. Poetą galisyjskim, oczywiście, albo od dawna osiadłym w Galicii. I jego przyjaciele, i mecenasi wydania też byli Galisyjczykami, rzecz jasna, albo od dawna osiadłymi w Galicii, gdzie Dieste przypuszczalnie był nauczycielem akademickim na uniwersytecie w La Coruńi lub Santiago de Compostela, a może nawet nie akademickim, ale zwykłym nauczycielem w liceum, uczącym geometrii piętnasto- lub szesnastolatków i spoglądającym przez okno na ciągle zachmurzone zimą niebo w Galicii i rzęsisty deszcz. Na tylnym skrzydełku znaleźć można było więcej informacji o Diestem. Podano tam, że: ,,w twórczości Rafaela Diestego, różnorodnej, acz niezbyt obfitej, bo samoograniczającej się zgodnie z imperatywami osobistego procesu, w którym kreacja poetycka z jednej strony, z drugiej zaś spekulatywna były spolaryzowane, na tej samej osi, obecnie prezentowana książka ma swoje bezpośrednie poprzedniczki w Nowym traktacie paralelistycznym (Buenos Aires, 1958) i w pracach wydanych stosunkowo niedawno: Wariacje na temat Zenona z Elei i Czym jest aksjomat?, ten ostatni kontynuowany - w tym samym tomie -  przez Ruchliwość i Podobieństwo.

[…]

Amalfitano miał dziwaczne .przemyślenia na ten temat. Nie miał ich ciągle, więc być może nazywanie ich przemyśleniami to przesada. Były to raczej odczucia. Przemyślenia-gry. Jakby podchodził do okna i usilnie starał się dojrzeć za nim pozaziemski pejzaż. Wierzył (albo chciał wierzyć w to, że wierzy), iż kiedy jesteś w Barcelonie, ci, co znajdują się i egzystują w Buenos Aires lub nie istnieją. Różnica czasu jest tylko przykrywką dla tego znikania. Gdy wybierałeś się na przykład w niespodziewaną podróż do miasta, które teoretycznie nie powinno istnieć czy też nie miało dość dużo czasu,  by wznieść się i poprawnie złożyć w całość, zachodzi zjawisko zwane jet lagiem [definicyjnie zmęczenie, ból głowy, problemy ze snem itp., pojawiające się u osoby, która podróżując samolotem, szybko przekroczyła kilka stref czasowych – przyp. aut.]. Nie ze względu na twoje zmęczenie, ale na zmęczenie tych, którzy w tej chwili powinni byli spać, a przez twoją podróż nie mogą. Coś podobnego wyczytał pewnie w jakiejś powieści lub jakimś opowiadaniu science fiction, a potem o tym zapomniał. Te przemyślenia czy odczucia, czy też może rojenia miały, w gruncie rzeczy, pewien aspekt pozytywny. Zmieniały ból innych w pamięć osobistą. Zmieniały ból, który jest długi i naturalny i który zawsze zwycięża, w pamięć jednostkową, która jest ludzka i krótka i która zawsze się wymyka. Zmieniały barbarzyńską opowieść o niesprawiedliwościach i krzywdach, niespójne wycie bez początku ani końca w dobrze skonstruowaną historię, w której zawsze można było popełnić samobójstwo. Zmieniały ucieczkę w wolność, nawet jeśli owa wolność miała posłużyć tylko temu, by dalej uciekać. Zmieniały chaos w porządek, choćby nawet za cenę czegoś, co powszechnie określa się mianem poczytalności.

[…]

Na czym polega eksperyment? zapytała Rosa. Jaki eksperyment? zapytał Amalfitano. Ten z rozwieszaniem książki, powiedziała Rosa. To nie jest eksperyment w ścisłym tego słowa znaczeniu, powiedział Amalfitano. Ale dlaczego tam wisi? powiedziała Rosa. Nagle przyszło mi to do głowy, powiedział Amalfitano, ale pomysł pochodzi od Duchampa -wywiesić na dworze podręcznik do geometrii i przekonać się, czy nauczy się tego i owego o prawdziwym życiu. Kompletnie ją zniszczysz, powiedziała Rosa. Nie ja, powiedział Amalfitano, natura. Z dnia na dzień coraz bardziej ci odbija, powiedziała Rosa. Amalfitano uśmiechnął się. Nigdy nie widziałam, żebyś robił coś podobnego książce, powiedziała Rosa. To nie jest moja książka, powiedział Amalfitano. Na jedno wychodzi, powiedziała Rosa, teraz jest twoja. To ciekawe, powiedział Amalfitano, niby masz rację, ale ja tego tak nie czuję, że jest moja, poza tym mam wrażenie, nieomal pewność, że nie robię jej krzywdy. W takim razie wyobraź sobie, że jest moja, i zdejmij ją ze sznurka, powiedziała Rosa, sąsiedzi pomyślą, że jesteś stuknięty. Którzy sąsiedzi? Ci, co ponabijali na ogrodzenie kawałki szkła? Nie wiedzą nawet, że istniejemy, powiedział Amalfitano, i są sto razy bardziej stuknięci niż ja. Nie, nie ci, powiedziała Rosa, ci drudzy, oni mają świetny widok na nasz ogródek. Zaczepiali cię kiedyś? zapytał Amalfitano. Nie, powiedziała Rosa. W takim razie nie ma sprawy, powiedział Amalfitano, nie martw się głupstwami, w tym mieście wyprawia się znacznie gorsze rzeczy niż wieszanie książek na sznurku. To nie ma nic do rzeczy, powiedziała Rosa, nie jesteśmy barbarzyńcami. Daj sobie spokój z tą książką, wyobraź sobie, że nie istnieje, zapomnij o niej, powiedział Amalfitano, przecież nigdy nie interesowałaś się geometrią.

[…]

Wychodząc z Uniwersytetu w Santa Teresa albo siedząc na ganku swojego domu, albo czytając prace studentów, Amalfitano wspominał czasami swojego ojca, który był zagorzałym kibicem boksu. Ojciec Amalfitana uważał, że wszyscy Chilijczycy to pedały. Dziesięcioletni Amalfitano odpowiadał mu: ale tatusiu, pedałami są raczej Włosi, przypomnij sobie drugą wojnę światową. Ojciec Amalfitana spoglądał na wygłaszającego podobne opinie syna ze śmiertelną powagą. On sam czuł się bardziej Włochem niż Chilijczykiem, bo jego ojciec, dziadek Amalfitana, urodził się w Neapolu. W każdym razie lubił mówić o boksie, a właściwie lubił mówić o walkach, o których jedynie czytał w szczegółowych sprawozdaniach publikowanych w specjalistycznych pismach albo w działach sportowych gazet. Dzięki temu mógł mówić o braciach Loayza, Mariu i Rubenie, siostrzeńcach Taniego, i o Godfreyu Stevensie, królu pedałów o słabym ciosie, i o Umberto Loayzie, również siostrzeńcu Taniego, o znacznym, ale niezbyt celnym ciosie, o Arturze Godoyu, cwaniaku i cierpiętniku, o Luisie Vicentinim, Włochu z Chillan, świetnie zbudowanym, ale dla którego nieszczęściem okazało się przyjście na świat w Chile, i o Estanislao Loayzie, pseudonim Tani, któremu ukradli tytuł mistrza  świata  w Stanach  Zjednoczonych w najgłupszy z możliwych sposobów, kiedy sędzia w pierwszej rundzie nadepnął mu na nogę i złamał Taniemu kostkę. Wyobrażasz sobie? mówił ojciec Amalfitana. Nie, nie mogę sobie tego wyobrazić, odpowiadał Amalfitano. No to pokażę ci, walcz z cieniem koło mnie, a ja nadepnę ci na nogę, mówił ojciec Amalfitana. Może lepiej nie, mówił Amalfitano. Nie bój się człowieku, nic ci się nie stanie, mówił ojciec Amalfitana. Może kiedy indziej, mówił Amalfitano. Nie, nie, musimy to zrobić teraz, mówił jego ojciec. I wówczas Amalfitano zaczynał walczyć z cieniem i ruszać się z zaskakującą zwinnością wokół ojca, od czasu do czasu wypuszczając lewe proste albo prawe sierpowe, i nagle jego ojciec przysuwał się nieznacznie i stawał mu na stopie i już było po wszystkim, Amalfitano stawał jak wryty albo starał się wejść w klincz, albo robił unik, ale tak czy siak, kostka była złamana. Ja myślę, że sędzia zrobił to specjalnie, mówił ojciec Amalfitiana. Nie da się głupim nadepnięciem spieprzyć komuś kostki. Później następowały inwektywy: wszyscy bokserzy chilijscy są pedała­ mi, wszyscy mieszkańcy tego zasranego kraju są pedałami, wszyscy bez wyjątku, można ich oszukać, można ich kupić, zdejmują raz-dwa portki, kiedy prosi się ich tylko o to, żeby zdjęli zegarek. Na co Amalfitano, który mając dziesięć lat, nie czytał gazet sportowych, ale pisma poświęcone historii, przede wszystkim historii wojennej, odpowiadał, że to miejsce zarezerwowane jest raczej dla Włochów i że ma na myśli drugą wojnę światową. Jego ojciec wówczas zapadał w milczenie, spoglądając na syna ze szczerym podziwem i z dumą, jakby zastanawiając się, skąd, u diabła, wzięło się to dziecko, a później milczał jeszcze przez chwilę, a później mówił mu po cichu, jakby wyznawał jakiś sekret, że Włosi są odważni indywidualnie. I przyznawał,  że w tłumie tylko robią z siebie idiotów. I konkludował, że to właśnie daje jeszcze nadzieje.

[…]

Wniosek z tego taki, myślał Amalfitano, wychodząc przez drzwi frontowe ze szklanką whisky w dłoni i zatrzymując się na ganku, a potem wyglądając na ulicę i widząc zaparkowane na niej samochody, samochody porzucone na kilka godzin, które pachniały, albo tylko tak mu się zdawało, złomem i krwią, a potem odwracając się i kierując, nie wchodząc do domu, do tylnej części ogrodu, gdzie pośród całkowitej ciszy i w ciemnościach czekał na niego Testament geometryczny, że dla niego była jeszcze jakaś, choćby nawet nikła, nadzieja, w jego żyłach płynęła bowiem włoska krew, poza tym był indywidualistą i w dodatku osobą wykształconą. I może nawet nie był tchórzem. Mimo że nie przepadał za boksem. Ale wtedy książka Diestego powiewała na wietrze i bryza osuszała czarną chustką kropelki potu perlące się na jego czole, i Amalfitano zamykał oczy i starał się przywołać jakikolwiek obraz swojego ojca, bezskutecznie. Kiedy wracał do domu, nie przez tylne, lecz przez frontowe drzwi, wystawiał szyję ponad ogrodzenie i spoglądał na ulicę, w jedną i w drugą stronę. Były noce, kiedy miał wrażenie, że ktoś go śledzi.

[…]

Dom znajdował się w kolonii Lindavista, osiedlu wyższej klasy średniej, zabudowanym parterowymi lub co najwyższej jednopiętrowymi domami z ogródkami. Strona przylegająca do popękanego od naporu korzeni dwóch olbrzymich drzew chodnika była ocieniona i przyjemna, choć za niektórymi płotami można było dostrzec niszczejące złomy, jakby ich mieszkańcy uciekli z nich w popłochu, nie mając czasu nawet na sprzedaż swej własności, z czego można było wnioskować, że nietrudno było, wbrew temu, co mówiła pani profesor Perez, wynająć tu dom. Dziekan Wydziału Filozofii i Filologii, któremu przedstawiła Amalfitana na drugi już dzień pobytu w Santa Teresa, nie przypadł mu zbytnio do gustu. Nazywał się Augusto Guerra i miał białawą i tłustą cerę grubasa, ale naprawdę był chudy i gruzłowaty. Nie sprawiał wrażenia zbyt pewnego siebie, aczkolwiek usiłował to pokryć tonem oświeconego prostactwa podlanego żołnierskim sosem. A i nie zanadto wierzył w filozofię, tym samym więc i w nauczanie filozofii, dziedzinę w najzwyklejszym odwrocie wobec naporu cudów obecnych i przyszłych, jakimi obdarza nas nauka, powiedział Amalfitanowi, na co ten grzecznie spytał, czy o literaturze ma identyczną opinię. Nie, bo właśnie, właśnie, literatura ma przed sobą przyszłość, literatura i historia, stwierdził Augusto Guerra, niech pan weźmie pod uwagę biografie, przedtem nie było ani podaży, ani popytu na biografie, a dziś wszyscy czytają wyłącznie biografie. Uwaga, uwaga: powiedziałem biografie, nie autobiografie. Ludzie pragną poznawać życie innych ludzi, życie sobie współczesnych sław, tych co osiągnęli sukces i zdobyli sławę, lub też tych, którzy byli o krok od jednego czy drugie¬ go, i pragną też wiedzieć, co robili onegdajsi świerzbowce, może się czegoś nauczą jeszcze, choć nie są wcale gotowi, by tyle się nagimnastykować. Amalfitano grzecznie zapytał, co oznacza słowo świerzbowce, którego nigdy przedtem nie słyszał. Czyżby? zapytał Augusto Guerra. Przysięgam, powiedział Amalfitano. Wówczas dziekan przywołał panią profesor Perez i powiedział jej: pani Silvio kochana, czy zna pani znaczenie słowa świerzbowce? Pani profesor Perez uwiesiła się ramienia Amalfitana, jakby byli narzeczeńską parą, i szczerze przyznała, że nie ma najmniejszego pojęcia, choć samo słowo, jako takie, nie całkiem było jej obce. Ale dobrana parka imbecylów, pomyślał Amalfitano. Słowo świerzbowce, powiedział Augusto Guerra, posiada, jak tyle innych wyrazów w n a s z y m języku, wiele znaczeń. Przede wszystkim oznacza pasożyta wywołującego chorobę zwaną świerzbem, charakteryzującą się swędzeniem skóry, powstawaniem wskutek drapania pęcherzyków, krostek, strupków. To swędzenie, zwane świerzbieniem, wywołuje u nieszczęśników dotkniętych świerzbem chęć ustawicznego drapania, rzecz jasna. Z tego biorą się również przenośne znaczenia świerzbienia, jak na przykład o kimś, kto nie może wytrzymać, żeby czegoś nie powiedzieć, nie zdradzić jakiejś tajemnicy, mówimy, że go język świerzbi, o kimś, kto ma ochotę kogoś uderzyć, z kimś walczyć, mówimy, że go ręka świerzbi. Można powiedzieć, że określa to ludzi niespokojnych, którzy się kręcą, wiercą i drapią, którzy nie potrafią ustać w miejscu i drażnią przypadkowych obserwatorów. Sama choroba, świerzb, bierze się oczywiście z Europy, bo to tam ludzie zarażają się tą chorobą w publicznych toaletach lub w tych okropnych latrynach francuskich, włoskich i hiszpańskich. I z tego znaczenia bierze się ostatnie znaczenie, znaczenie guerrańskie, jak byśmy rzec mogli, określające podróżników, żądnych przygód intelektualnych, tych, którzy nie mogą intelektualnie ustać w miejscu, tych, których świerzbi mentalnie. Aha, powiedział Amalfitano.

[…]

Tej nocy głos [wewnętrzny czy też omam – przyp. aut.] już więcej się nie odezwał, Amalfitano zaś bardzo źle spał, spał snem zmąconym, cały czas wiercił się i szamotał, jakby ktoś drapał go po rękach i nogach, cały zlany potem, chociaż o piątej nad ranem lęk minął i we śnie ukazała mu się Lola machająca mu zza dużych prętów parkowego ogrodzenia (on był po drugiej stronie) i dwie twarze przyjaciół, których lata całe nie widział i których przypuszczalnie nigdy  już nie zobaczy, i pokój pełen książek filozoficznych pokrytych kurzem, co bynajmniej nie odbierało im wspaniałości. O tej samej godzinie policja Santa Teresa znalazła ciało nastolatki przysypane ziemią na niezabudowanej działce na przedmieściach, a silny wiatr nadciągający od zachodu uderzył we wschodnie zbocza gór, gnając przez Santa Teresa wznosił kurzawę, płachty gazet i kartonowe pudła wyrzucone na ulicę i powie¬ wał praniem rozwieszonym przez Rosę w tylnym ogrodzie, jakby wiatr, ten młody i pełen energii wiatr o tak krótkim żywocie, przymierzał to koszule i spodnie Amalfitana i wślizgiwał się w majtki jego córki, i czytał niektóre strony Testamentu geometrycznego, sprawdzając, czy przypadkiem nie ma tam czegoś, co mogłoby mu się później przydać, czegoś,  co wytłumaczyłoby mu pejzaż tak osobliwych ulic i domów, po których galopował, lub też wytłumaczyłoby mu istotę jego wietrzności.

[…]

Tej nocy Amalfitano nie położył się spać aż do późna. Jak tylko dotarł do domu, poszedł do tylnego ogrodu, by sprawdzić, czy książka Diestego jest na swoim miejscu. Podczas drogi powrotnej pani profesor Perez starała się być miła i zagaić rozmowę interesującą dla całej czwórki, ale jej syn usnął niedługo po tym, jak zaczęli zjeżdżać w dół, a chwilę później Rosa, opierając twarz na szybie, zrobiła to samo. Wkrótce i Amalfitano poszedł za przykładem córki. Śnił mu się kobiecy głos i nie był on głosem pani profesor Perez, ale głosem Francuzki mówiącym mu o znakach i liczbach, i o czymś, czego Amalfitano nie rozumiał i co głos z jego snu nazywał „rozmontowaną historią" czy też „historią rozłożoną i złożoną na nowo", mimo że było jasne, iż historia złożona na  nowo zmieniała  się w coś zupełnie innego, w komentarz na marginesie, w erudycyjny przy¬ pis, w wybuch śmiechu, który nie mógł wybrzmieć do końca i przeskakiwał ze skały andezytowej na skałę riolitową, a ·potem na tuf, i z tego zbioru prehistorycznych skał wyłaniało się coś na kształt lustra, smutne amerykańskie zwierciadło bogactwa i nędzy i nieustannych bezużytecznych metamorfoz, płynące na wodzie zwierciadło, którego żaglami był ból. A potem Amalfitano zaczął śnić co innego i nie słyszał już żadnego głosu, co prawdopodobnie świadczyło o tym, że spał głęboko i śniło mu się, że zbliża się do jakiejś kobiety, kobiety składającej się jedynie z pary nóg w głębi ciemnego korytarza, a potem usłyszał, że ktoś śmieje się z jego chrapania, syn pani profesor Perez, i pomyślał: no i dobrze.

[…]

A głos powiedział: jesteś? jesteś? a Amalfitana powiedział: nie, i na dodatek pokręcił przecząco głową. Nie, nie wezmę nóg za pas. I to nie moje plecy, i nie podeszwy moich butów będą ostatnią rzeczą, jaką będziesz widzieć, o ile w ogóle widzisz. A głos powiedział: z tym widzeniem to jest tak, że widzieć, widzieć, to, po prawdzie, nie widzę. Albo niewiele. I tak już nieźle zapieprzam, żeby się tu utrzymać. To znaczy gdzie? powiedział Amalfitano. W twoim domu, jak sądzę. To jest mój dom, powiedział Amalfitano. Tak, rozumiem, powiedział głos, ale spróbujmy się odprężyć. Jestem odprężony, powiedział Amalfitano,  jestem  u siebie.  I pomyślał: dlaczego każe mi się odprężyć? A głos powiedział: uważam, że dziś zapoczątkowana została długa i, mam nadzieję, zadowalająca znajomość. Ale aby to uzyskać, niezbędne jest zachowanie spokoju, tylko spokój niezdolny jest do zdrady. A Amalfitano powiedział: a cała reszta nas zdradza? A głos: tak, w gruncie rzeczy tak, ciężko to przyznać, to znaczy chcę powiedzieć, że ciężko to przyznać wobec ciebie, ale taka jest najprawdziwsza prawda. Etyka nas zdradza? Poczucie obowiązku nas zdradza? Uczciwość nas zdradza? Ciekawość nasz zdradza?  Miłość nas zdradza? Odwaga nas zdradza? Sztuka nas zdradza? Właśnie tak, powiedział głos, wszystko, wszystko nas zdradza, czy też raczej ciebie zdradza, to oczywiście nie to samo, ale na nasz użytek na jedno wychodzi, poza spokojem, jedynie spokój nas nie zdradza, co zresztą, pozwól, że ci to powiem, niczego nie gwarantuje. Nie, powiedział Amalfitano, odwaga nas nigdy nie zdradza. I miłość do dzieci też nie. Czyżby? powiedział głos. Nie, powiedział Amalfitana, czując nagle opanowujący go spokój. A później, szeptem, jak wszystko, co do tej pory powiedział, zapytał się, czy spokój, w tym przypadku, to antonim szaleństwa. A głos mu powiedział: nie, żadną miarą, ty po prostu boisz się, że zwariujesz, ale nie myśl już o tym, wcale nie wariujesz, po prostu prowadzisz niezobowiązującą rozmowę. A więc nie wariuję, powiedział Amalfitano. Nie, absolutnie, powiedział głos. A więc ty jesteś moim dziadkiem, powiedział Amalfitano. Dziadzią, powiedział głos. A więc wszystko nas zdradza, nie wyłączając ciekawości i uczciwości, i tego, co najbardziej kochamy. Tak, powie¬ dział głos, ale nie rozpaczaj, bo tak naprawdę to jest bardzo zabawne.

[…]

Zastanowił się nad możliwością, że szaleństwo, jeśli rzeczywiście go dotknęło, pogłębi się i wówczas jego entuzjazm zmieni się w ból i bezsilność i przede wszystkim stanie się przyczyną bólu i bezsilności jego córki. Jakby miał rentgen w oczach, prześwietlił swoje konto bankowe i obliczył, że za jego oszczędności Rosa mogłaby wrócić do Barcelony i jeszcze zostałoby jej na dobry początek. Dobry początek czego? na to wolał nie odpowiadać.  Zobaczył siebie w szpitalu psychiatrycznym w Santa Teresa lub w Hermosillo, jak od czasu do czasu przyjmuje wizyty pani profesor Perez, jedynej odwiedzającej go osoby, i otrzymuje sporadycznie listy od Rosy z Barcelony, gdzie córka by pracowała, skończyła studia,  poznała  jakiegoś  katalońskiego chłopaka, odpowiedzialnego i  czułego, który by się  w niej zakochał i szanowałby ją i byłby dla niej miły, i z którym w końcu Rosa by zamieszkała i chodziła wieczorami do kina i podróżowała do Włoch albo do Grecji, w lipcu albo w sierpniu, i ta perspektywa nie wydała mu się wcale taka zła. Później rozważył inne możliwości. Oczywiście, powiedział sobie, nie wierzy w duchy ani w zjawy, choć ze spędzonego na południu Chile dzieciństwa pamiętał, że ludzie opowiadali o strzydze mechonie czyhającej na jeźdźców z gałęzi drzewa, z której skakała na koński zad, obejmowała od tyłu huaso albo pasterza, albo przemytnika, trzymając go mocno niczym kochanka doprowadzająca swoimi uściskami do obłędu tak  jeźdźca, jak i konia, którzy umierali z przerażenia albo roztrzaskiwali się na dnie wąwozu, albo na przykład takie stwory jak ptak colocolo, błędnice, chonchones, i wszystkie te gnomy, potępione dusze, inkuby i sukuby, i inne pomniejsze demony zamieszkujące obszar od Kordylierów po Andy, duchy, w które on nie wierzył akurat nie ze względu na swe wykształcenie filozoficzne (Schopenhauer, daleko nie szukając, wierzył w duchy, a Nietzschemu najpewniej ukazał się jakiś duch, przyprawiając go o obłęd), ale ze względu na swą orientację materialistyczną. Wykluczył więc, przynajmniej do czasu wyczerpania innych tropów, hipotezę związaną z duchami.

[…]

Amalfitano przyznał, że mezcal jest rzeczywiście wyśmienity. Już go nie produkują, powiedział Marco Antonio [syn, rektora uczelni w Santa Teresa – przyp. aut.], podobnie jak tylu innych rzeczy w tym zasranym kraju. I, po chwili, patrząc Amalfitanowi prosto w oczy, powiedział: mamy przejebane, sądzę, że już pan to zauważył, panie profesorze. Nieprawdaż? Amalfitano powiedział, że sytuacja rzeczywiście nie napawa zbytnim optymizmem, nie precyzując, co właściwie ma na myśli, ani nie wchodząc w szczegóły. To wszystko rozpada się w rękach, powiedział Marco Antonio Guerra. Politycy nie potrafią rządzić. Klasa średnia myśli tylko o tym, jak znaleźć się w Stanach Zjednoczonych, i wciąż przybywa ludzi do pracy w maquiladoras [termin odnoszący się do fabryk państw NAFTA, opierających działalność na imporcie i eksporcie z USA – przyp. aut.]. Wie pan, co ja bym zrobił? Nie, powiedział Amalfitano. Puściłbym kilka z dymem. Kilka czego? zapytał Amalfitano. Kilka maquiiadoras. No nie wiem, powiedział Amalfitano. Wyprowadziłbym też wojsko na ulicę, a właściwie nie na ulicę, tylko na drogi, żeby przestało tu docierać nienażarte dziadostwo. Rogatki na drogach? zapytał Amalfitano. Tak jest, nie widzę innego sposobu. Ale być może istnieją inne rozwiązania, powiedział Amalfitano. Ludzie nie mają już za grosz szacunku, powiedział Marco Antonio Guerra. Szacunku dla innych ani szacunku dla siebie samych. Amalfitano spojrzał w stronę baru. Trzech kelnerów, szemrając, patrzyło na ich stół z ukosa. Myślę, że najlepiej będzie, jak sobie stąd pójdziemy, powiedział Amalfitano. Marco Antonio Guerra przyjrzał się uważnie kelnerom i wykonał w ich stronę obsceniczny gest, a potem się roześmiał. Amalfitano chwycił go za ramię i pociągnął za sobą na parking. Noc już zapadła, a nad żelaznym rusztowaniem świecił ogromny napis z długonogim komarem. Odnoszę wrażenie, że ci ludzie coś do pana mają, powiedział Amalfitano. Spokojnie, panie profesorze, powiedział Marco Antonio Guerra, mam przy sobie broń.

[…]

Niedługo po epizodzie w restauracji Komary Amalfitano znowu spotkał syna dziekana Guerry. Tym razem chłopak ubrany był w dżinsy, chociaż się ogolił i pachniał wodą toaletową Calvina Kleina. Wszystko na nic, i tak wyglądał jak kowboj, brakowało mu tylko kapelusza. Sposób, w jaki zaczepił Amalfitana, był zaskakujący i niepozbawiony tajemniczości. Amalfitano szedł wcale nie krótkim korytarzem wydziału, wyludnionym o tej porze i ciemnawym, kiedy nagle z kąta wyskoczył Marco Antonio Guerra, jakby specjalnie przygotował ten kawał w bardzo złym guście albo chciał go napaść. Amalfitano podskoczył z przerażenia i jednocześnie odruchowo zamachnął się. To ja, Marco Antonio Guerra, powiedział syn dziekana przy drugim uderzeniu. Ostatecznie jeden drugiego rozpoznał i uspokoili się, i razem ruszyli w drogę ku wyłaniającej się z głębi korytarza poświacie, która skojarzyła się synowi dziekana ze świadectwami tych, co byli w stanie śpiączki lub śmierci klinicznej i mówią, że widzieli ciemny tunel, a na końcu tunelu biały lub diamentowy poblask, a niektórzy nawet poświadczają obecność zmarłych i ukochanych osób, które trzymają ich za rękę albo ich uspokajają, albo proszą, żeby nie szli dalej, bo moment lub ułamek sekundy, w którym następuje zmiana, jeszcze nie nadszedł. A co pan o tym sądzi, panie profesorze? Czy ludzie o krok od śmierci wymyślają takie głupoty, czy rzeczywiście tak jest? Czy to tylko sen konających? Czy to możliwe, by dochodziło do takich rzeczy? Nie wiem, powiedział sucho Amalfitano, bo jeszcze nie całkiem ochłonął ze strachu ani nie miał ochoty powtarzać ostatniego spotkania. No dobra, powiedział młody Guerra, jeśli chce pan znać moje zdanie, to ja uważam, że to nieprawda. Ludzie widzą to, co chcą widzieć, a to, co chcą widzieć, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ludzie są tchórzami do samego końca. Mówię to panu w zaufaniu: istota ludzka, z grubsza rzecz ujmując, najbardziej ze wszystkiego przypomina szczura.

[…]

Dowód numer 2, bez wątpienia najbardziej dla Amalfitana interesujący, zatytułowany był Jest synem Araukanki i zaczynał się następująco: ,,Po przybyciu Hiszpanów Araukanowie ustanowili dwie drogi łączności z Santiago: telepatię i adkintuwe Lautaro [Adkintuwe, brzmiał: ,,Hiszpanie po wielu latach zdołali odkryć jego istnienie, ale nigdy nie potrafili go przetłu­maczyć", zaś ,,Lautaro”, czyli szybki dźwięk gdzie taras po grecku oznacza szybki – przyp. narratora] z uwagi na swoje nadzwyczajne zdolności telepatyczne został razem z matką przewieziony na północ i oddany do dyspozycji Hiszpanów. W ten oto sposób Lautaro przyczynił się do klęski Hiszpanów. W związku z tym, że telepaci mogli być eliminowani, a tym samym łączność mogła zostać przerwana, stworzono adkintuwe. Dopiero po 1700 roku Hiszpanie odkryli system przesyłania wiadomości za pomocą poruszania gałęziami. Fakt, że Araukanie wiedzieli wszystko, co działo się w mieście Concepción, zbił Hiszpanów z tropu. Choć udało im się odkryć istnienie adkintuwe, nigdy nie zdołali go przetłumaczyć. Istnienie telepatii nawet im przez myśl nie przeszło, a na karb „konszachtów z diabłem" składali to, iż tubylcy wiedzieli, co się dzieje w Santiago. Ze stolicy rozchodziły się trzy linie adkintuwe: jedna prowadziła pomniejszymi pasmami przez Kordyliery, druga brzegiem morza, a trzecia doliną centralną. Człowiek pierwotny nie znał języka, porozumiewał się za pomocą wysyłanych z mózgu emisji, tak jak robią to zwierzęta i rośliny. Kiedy do porozumiewania się zaczął używać dźwięków, mimiki i gestów, zaczął tracić dar telepatii, co doprowadziło go do zamknięcia się w miastach i oddalenia od natury. Aczkolwiek Araukanie znali dwa rodzaje pisma,  Prom, czyli pismo węzełkowe i Adentunemul pismo trójkątowe, nigdy nie zbagatelizowali telekomunikacji; wprost przeciwnie, wyszkolili wybranych Kiigas, których rodziny zostały rozparcelowane po całej Ameryce, wyspach Pacyfiku i skrajnym południu, tak aby nigdy nie zostali zaskoczeni przez wroga. Dzięki telepatii zawsze utrzymywali kontakt z emigrantami z Chile, którzy wpierw osiedlili się na północy Indii, gdzie nazywano ich Aryjczykami, stamtąd udali się na pola pierwotnej Germanii, skąd przemieścili się na południe na Peloponez, skąd podróżowali do Chile, tradycyjnym szlakiem przez Indie i Ocean Spokojny. W następnym akapicie i bez żadnego związku Kilapan pisał: ,,Killenkusi była kapłanką Machi, jej córka Kinturay miała przejąć po niej tę funkcję lub poświęcić się szpiegostwu; wybrała to drugie i miłość do Irlandczyka; rozwiązanie to dawało jej nadzieję na urodzenie syna, który wychowałby się pośród Hiszpanów tak jak Lautaro i Metys Alejo i tak jak oni mógłby pewnego dnia dowodzić hufcami tych, którzy pragnęli wygnać najeźdźców z Maule, bowiem prawo Admapu zabrania Araukanom walczyć poza Yekmonchi. Jej nadzieja ziściła się i wiosną 60 1777 roku w miejscu zwanym Palpal owa araukańska kobieta znosiła bóle porodowe na stojąco, gdyż tradycja głosiła, że nie może słaba kobieta wydać na świat silnego syna. Narodził się syn, przyszły Wyzwoliciel Chile.

[…]

Ja pana rozumiem, powiedział mu Marco Antonio Guerra. To znaczy, sądzę, że pana rozumiem, o ile oczywiście się nie mylę. Pan jest taki jak ja, i ja jestem taki jak pan. Jest nam źle. Żyjemy w otoczeniu, w którym się dusimy. Udajemy, że niby nic się nie dzieje, ale się dzieje. A co się dzieje? No to, że się dusimy, do cholery. Pan wyładowuje się jak może. Ja spuszczam wpierdol albo pozwalam, by mi wpierdolili. I nie mówię o zwykłym wpierdolu, ale o apokaliptycznej naparzance. Zdradzę panu sekret. Czasami wychodzę w nocy i odwiedzam bary, których pan nie może sobie nawet wyobrazić. Tam udaję pedzia. Ale nie byle jakiego pedzia, tylko pedzia wyrafinowanego, zadzierającego nosa, ironicznego, taką margerytkę rzuconą przed wieprze, najgorsze wieprze z całej Sonory. Oczywiście żadnym tam pedziem nie jestem, mogę to panu uroczyście przysiąc na grób mojej zmarłej matki. Ale i tak udaję, że jestem. Pierdolonym, zarozumiałym pedałem, w dodatku bogatym, który patrzy na wszystkich z góry. I wtedy następuje to, co musi nastąpić. Dwa albo trzy sępy proponują, byśmy wyszli z baru. I zaczyna się naparzanka Wiem, że tak będzie, i mam to gdzieś. Czasem to oni wychodzą pokiereszowani, zwłaszcza kiedy mam przy sobie pistolet. Czasem ja. Mam to gdzieś. Potrzebuję tych cholernych wyjść. Nierzadko moi przyjaciele, ci nieliczni moi przyjaciele, chłopaki w moim wieku, które pokończyły już studia, mówią, że powinienem na siebie uważać, że jestem jak bomba zegarowa, że jestem masochistą. Jeden, którego bardzo kochałem, powiedział, że tylko ktoś taki jak ja może pozwolić sobie na takie rzeczy, bo i tak, kiedy wpakuję się w kłopoty, zawsze wyciągnie mnie tatuś. Czysty przypadek, nic więcej. Nigdy o nic nie prosiłem mojego ojca.

[…]

Tej nocy, kiedy wzniosłe słowa młodego Guerry pobrzmiewały jeszcze w zakamarkach jego mózgu, Amalfitanowi przyśniło się, że widzi, jak na dziedzińcu z różowego marmuru pojawia się ostatni komunistyczny filozof dwudziestego wieku. Mówił po rosyjsku. A dokładnie rzecz ujmując, śpiewał jakąś piosenkę po rosyjsku, podczas gdy jego cielsko przemieszczało się, zataczając się w stronę części dziedzińca pokrytej majoliką z intensywnie czerwonymi żyłkami, wybrzuszającą się na regularnej płaszczyźnie dziedzińca niczym swoisty krater lub latryna. Ostatni komunistyczny filozof ubrany był w ciemny garnitur i błękitny krawat, a włosy miał szpakowate. Aczkolwiek sprawiał wrażenie, że może w każdej chwili runąć jak długi, jakimś cudem utrzymywał równowagę. To nie była wciąż ta sama piosenka,  bo czasami wtrącał słowa angielskie lub francuskie z zupełnie innych piosenek, ballad popowych, z tang, melodii opiewających pijaństwo lub miłość. Te wtręty były jednak krótkie i sporadyczne, i bardzo szybko podejmował swoją piosenkę po rosyjsku, Amalfitano nie rozumiał jej słów (chociaż w snach, tak jak w Ewangeliach, człowiek obdarzony jest darem języków), ale wyczuwał w niej ogromny smutek, opowieść albo żałosny śpiew nadwołżańskiego przewoźnika, który płynie przez całą noc i rozpacza przy księżycu nad smutnym losem człowieka, który rodzi się, by umrzeć. Kiedy ostatni filozof komunizmu w końcu docierał do krateru czy latryny, Amalfitano z przerażeniem stwierdzał, że jest to Borys Jelcyn. To ma być ostatni filozof komunizmu? Chyba musiałem już do końca zwariować, skoro śnią mi się takie absurdy. Między snem a stanem ducha Amalfitana panowała jednak pełna harmonia. Nie był to koszmar. I wprawiał go, w dodatku, w rodzaj błogostanu, lekkiego jak piórko. A Borys Jelcyn patrzył na Amalfitana z ciekawością, jakby to Amalfitano zjawił mu się we śnie, a nie on we śnie Amalfitana. I mówił mu: wysłuchajcie moich słów z uwagą, towarzyszu. Wytłumaczę wam, jak wygląda trzecia noga ludzkiego stołu. Zaraz wam wytłumaczę. A później zostawcie mnie w spokoju. Życie to podaż i popyt. Wszystko sprowadza się do tego. Ale tak nie można żyć. Niezbędna jest trzecia noga, żeby stół nie wylądował na śmietniskach historii, które to z kolei lądują nieustannie na śmietniskach nicości. Zakonotujcie więc. Oto równanie: podaż+popyt+magia. A czym jest magia?  Magia to epika, to również seks i opary dionizyjskie, i zabawa. A później Jelcyn siadał na kraterze czy też latrynie i pokazywał Amalfitanowi urwane palce i opowiadał mu o swoim dzieciństwie na Uralu i na Syberii, i o białym tygrysie błądzącym po ośnieżonym bezkresie.

Roberto Bolano, 2666. Cześć Amalfitana

Pięcioksiąg w części Amalfitiana Roberta Bolano, chilijskiego pisarza, eseisty i poety, przenosi nas w swej kolejnej historii do Francji i głównie katalońskiej Hiszpanii oraz w znacznej mierze również do Santa Teresa w pobliże granicy meksykańsko-amerykańskiej, generalnie zaś w lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia. To przede wszystkim historia Oskara Amalfitiana, uniwersyteckiego profesora filozofii z Chile, ale i w jego wspomnieniach także żony Loli oraz córki Rosy. Z dala od ukochanej Barcelony w dusznej atmosferze meksykańskiego „światka” Oskar Amalfitiano popada w coraz głębsze przygnębienie i na stępującą wraz z duchami przodków depresję urojeniową, której materialnym synonimem staje się rozwieszona na pospolitym sznurze bieliźnianym książka z geometrii trygonometrycznej. Czy w tym akurat szaleństwie była jakaś ozdrowieńcza dlań metoda?



powrót ››