Blog

 

10.12.2022

2666. Część Fate'a

„słowa służą raczej

sztuce ukrywania

niż sztuce ujawniania.”

[…]

Kiedy wszystko się zaczęło? W którym momencie się zanurzyłem? Ciemne azteckie jezioro, jakby znajome. Zły sen. Jak się stąd wydostać? Jak odzyskać panowanie nad sytuacją? A potem inne pytania: naprawdę chciałem się wydostać? Naprawdę chciałem zostawić wszystko za sobą? I pomyślał także: ból już nie jest ważny. I jeszcze: być może wszystko zaczęło się od śmierci mojej matki. I jeszcze: ból nie jest ważny, o ile nie urośnie tak, że stanie się nie do zniesienia. I jeszcze: kurwa, boli, kurwa, boli. Nieważne, nieważne. Otoczony duchami. Quincy Williams miał trzydzieści lat, kiedy zmarła jego matka. Sąsiadka zadzwoniła do niego do pracy. Mój drogi - powiedziała - Edna umarła. Zapytał kiedy. Usłyszał szlochanie kobiety po drugiej stronie i inne głosy, prawdopodobnie również kobiece. Zapytał jak. Nikt nie odpowiedział, a on odłożył słuchawkę. Wykręcił numer domowy matki. Kto mówi? - rozległ się jakiś choleryczny kobiecy głos. Pomyślał: moja matka jest w piekle. Znów się rozłączył. Zadzwonił raz jeszcze. Odebrała młoda kobieta. Mówi Quincy, syn Edny Miller - powiedział.

[…]

Pasażerowie z przodu już nie rozmawiali o duchach, tylko o kimś, kogo nazywali Bobbym. Rzeczony Bobby mieszkał w Jackson Tree, w stanie Michigan i miał chatkę nad jeziorem Huron. Któregoś dnia Bobby wypłynął na nie łódką, która zatonęła. Jakimś cudem złapał się dryfującego po jeziorze pnia, pnia, rzec by można, opatrznościowego, i tak próbował doczekać świtu. Ale z nadejściem nocy woda stawała się coraz zimniejsza, a Bobby przemarzł do szpiku kości i zaczął tracić siły. Czuł się coraz słabszy i chociaż kilka razy usiłował przywiązać się paskiem do pnia, nie udało mu się. Jak się o tym opowiada, wydaje się to całkiem proste, ale w rzeczywistości wcale nie tak łatwo przywiązać własne ciało do dryfującego pnia. W końcu zrezygnował, pomyślał o swoich ukochanych (wspomnieli tu o jakimś Jigu, podobne imię mógł nosić przyjaciel, pies, a nawet tresowana żaba) i z całej siły uchwycił się pnia. I wtedy zobaczył na niebie światło. Pomyślał naiwnie, że to helikopter wysłany na jego poszukiwanie, i zaczął krzyczeć. Jednak prędko uświadomił sobie, że latający helikopter wydaje odgłos śmigieł, a światło, które spostrzegł, wcale takiego dźwięku nie wydawało. Kilka sekund później zorientował się, że to samolot. Olbrzymi pasażerski samolot, który spada i za chwilę rozbije się dokładnie tam, gdzie on dryfuje uczepiony swego pnia. Nagle opuściło go całe zmęczenie. Zobaczył samolot tuż nad swoją głową. Płonął. Samolot wbił się w wodę trzysta metrów od Bobby'ego, który usłyszał dwie eksplozje, a może nawet więcej. Poczuł potrzebę podpłynięcia do miejsca katastrofy i tak też uczynił, bardzo powoli, bo niełatwo sterować pniem niczym kołem ratunkowym. Samolot rozpadł się na dwie części i tylko jedna z nich unosiła się jeszcze na powierzchni. Zanim zdołał podpłynąć, Bobby zobaczył, jak maszyna ginie w wodach jeziora, teraz na powrót ciemnych. Chwilę później nadleciały helikoptery ratunkowe. Ocalono tylko Bobby'ego, a ratownicy poczuli się oszukani, dowiedziawszy się, że nie podróżował wcale samolotem, że wybrał się na ryby i jego łódź zatonęła. W każdym razie było o nim głośno przez czas jakiś, podsumował mężczyzna, który opowiadał tę historię.

[…]

Bar znajdował się w sąsiedztwie opuszczonej działki porośniętej chwastami i dzikimi kwiatami, zza których wyzierały resztki konstrukcji stojącego tu niegdyś budynku. Na bocznej ścianie sąsiedniego domu Fate dostrzegł mural, który go zaintrygował. Był okrągły, niczym tarcza zegarowa, tyle że zamiast cyfr wymalowano na nim scenki z robotnikami miejscowych fabryk. Dwanaście scenek przedstawiających dwanaście etapów procesu produkcji. We wszystkich powtarzała się ta sama postać: czarny nastolatek, a może czarny mężczyzna, wysoki i rachityczny, który jeszcze nie zostawił za sobą, a może nie chciał zostawić za sobą, swojego dzieciństwa, w każdej ze scenek miał inne ubranie, za każdym razem jednak nieodmiennie za małe, i pełnił tu funkcję, którą można by w pierwszej chwili utożsamić z funkcją błazna, gościa, który pojawia się po to, żeby nas rozśmieszyć, chociaż, przyglądając mu się uważnie, dochodziło się do wniosku, że pojawia się nie tylko po to, by nas rozśmieszyć. Całość sprawiała wrażenie dzieła wariata. Ostatniego obrazu wariata. W środku zegara, tam, gdzie zbiegały się wszystkie scenki, literami jak z żelatyny namalowano słowo: s t r a c h .

[…]

Kiedy się obudził, zobaczył Seamana piszącego długopisem. Leżały przy nim cztery bardzo grube księgi i kilka teczek pełnych papierów. Do pisania wkładał okulary. Fate zauważył, że trzy z opasłych ksiąg to słowniki, czwarte tomiszcze zaś nosi tytuł Skrócona encyklopedia francuska. Fate nigdy o niej nie słyszał, ani na studiach, ani w żadnym innym momencie swojego życia. Przez okno zaglądało słońce. Odsunął koc, którym był przykryty, i usiadł na kanapie. Zapytał Seamana, co się stało. Stary spojrzał na niego znad okularów i zaproponował filiżankę kawy. Seaman miał przynajmniej metr osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, ale chodził nieco przygarbiony, przez co sprawiał wrażenie niższego. Zarabiał na życie, wygłaszając wykłady, z reguły niezbyt dobrze płatne, zapraszały go bowiem albo instytucje oświatowe działające w gettach, a niekiedy również niewielkie postępowe uniwersytety niedysponujące wystarczającym budżetem. Przed kilku laty wydał książkę Wieprzowe żeberka Barry'ego Seamana, w której zebrał wszystkie znane sobie przepisy na wieprzowe żeberka, głównie pieczone lub z grilla, okraszając opisy dań ciekawymi, a czasem nawet ekstrawaganckimi anegdotkami dotyczącymi miejsca, gdzie nauczył się je przyrządzać, oraz kto i w jakich okolicznościach go tego nauczył. Najciekawszą część książki stanowił przepis na żeberka wieprzowe z puree ziemniaczanym, a może jabłkowym, które przygotował w więzieniu, zdobywając składniki i przyrządzając potrawę w miejscu, gdzie gotowanie, jak wiele innych rzeczy, było zabronione. Książka nie była może bestsellerem, ale dzięki niej znów zrobiło się o Seamanie głośno, a on zaczął nawet pokazywać się w telewizji, w którymś z porannych programów, gotując na żywo swoje sławetne żeberka. Teraz znowu popadł w zapomnienie, ale mimo wszystko nadal wygłaszał swoje wykłady i podróżował po całym kraju, czasami w zamian za bilet w jedną i drugą stronę i trzysta dolarów.

[…]

Wyruszyli wypożyczonym samochodem do parku Rebeca Holmes, odległego o jakieś dwadzieścia przecznic. Mieli jeszcze chwilę, zaparkowali więc samochód na obrzeżach parku i postanowili rozprostować nogi. Park Rebeca Holmes był duży, a w jego centralnej części, otoczony resztkami płotku, znajdował się plac zabaw dla dzieci noszący imię Memoriał Temple A. Hoffman, na którym nie spotkali ani jednego bawiącego się dziecka. W gruncie rzeczy plac zabaw, nie licząc dwóch szczurów, które na ich widok uciekły spłoszone, był zupełnie pusty. Obok kępy dębów wznosiła się altanka w stylu kojarzącym się ze wschodem, przywodząca na myśl i:osyjską cerkiew w miniaturze. Zza altanki dochodziły dźwięki rapu. Nienawidzę tego gówna - powiedział Seaman - napisz o tym w swoim artykule bardzo wyraźnie. Czemu? - zapytał Fate. Skierowali się w stronę altanki i zobaczyli przy niej staw, teraz zupełnie wyschnięty. W suchej glinie widniały ślady sportowych butów Nike. Fate pomyślał o dinozaurach i znów zrobiło mu się niedobrze. Okrążyli altankę. Po drugiej stronie, tuż obok zarośli, zobaczyli stojący na ziemi magnetofon, z którego dochodziła muzyka. W pobliżu nie było nikogo. Seaman powiedział, że nie lubi rapu, bo proponuje on samobójstwo jako jedyne możliwe wyjście. I nie jest to nawet samobójstwo sensowne. Wiem, wiem, trudno wyobrazić sobie samobójstwo mające sens. Zwykle go przecież nie ma. Chociaż ja widziałem, a może raczej byłem blisko dwóch samobójstw, które miały sens. Tak sądzę. Możliwe jednak, że nie mam racji, powiedział. W jaki sposób rap nakłania do samobójstwa? -  zapytał Fate. Seaman nie odpowiedział. Prowadził go na skróty, pomiędzy drzewami, w kierunku trawnika. Na chodniku trzy dziewczynki skakały na skakance. Śpiewana przez nie piosenka wydała się Fate'owi w najwyższym stopniu dziwaczna. Opowiadała o kobiecie, której amputowano nogi, ręce i język. Była w niej również mowa o systemie kanalizacyjnym w Chicago i szefie kanalizacji, a może pracowniku służb miejskich, zwanym Sebastianem D'Onofrio, po czym następował refren,  powtarzające  się w kółko słowo Chi-Chi-Chi-Chicago. Wspominano coś o wpływie księżyca, Potem kobiecie wyrastały drewniane nogi i ręce z drutu, i język ze splecionych chwastów i trawy. Zupełnie zbity z tropu Fate zapytał o swój samochód, a stary odpowiedział mu, że zostawili go z drugiej strony parku Rebeca Holmes. Przeszli przez ulicę, rozmawiając o sporcie. Potem, sto metrów dalej, weszli do kościoła. Tam, z ambony, Seaman opowiedział o swoim życiu. Przedstawił go wielebny Ronald K Foster, a zrobił to w sposób pozwalający się domyślać, że Seaman gościł tu już wcześniej. Będę mówił na pięć tematów, ni mniej ni więcej, uprzedził Seaman, pięć tematów i kropka. Pierwszy temat to NIEBEZPIECZEŃSTWO. Drugi - PIENIĄDZE.  Trzeci - JEDZENIE. Czwarty - GWIAZDY. Piąty – POŻYTEK. Słuchacze uśmiechnęli się, niektórzy pokiwali głowami na znak aprobaty, jakby mówili prelegentowi, że się zgadzają, że i tak nie mają nic lepszego do roboty, niż go wysłuchać. […] Byłem w Algierii i byłem w Chinach, siedziałem w niezliczonych więzieniach w Stanach Zjednoczonych. I nic nie jest warte więcej niż matka. Będę to powtarzał do znudzenia tutaj i wszędzie, i o każdej godzinie, powiedział szorstkim tonem. Później jeszcze raz poprosił o wybaczenie, odwrócił się do ołtarza, by w końcu znów stanąć twarzą do słuchaczy. Jak wiecie, powiedział, Marius Newell został zamordowany. Zginął z rąk czarnego, takiego jak wy, takiego jak ja, pewnej nocy w Santa Cruz, w Kalifornii. Ostrzegałem go. Marius, nie wracaj do Kalifornii, tam aż roi się od policjantów, którzy depczą nam po piętach. Ale nie posłuchał mnie. Lubił Kalifornię. Lubił przechadzać się w niedzielę skalistym wybrzeżem i wdychać zapach Pacyfiku. Kiedy obaj siedzieliśmy w więzieniu, czasem dostawałem od niego pocztówki, pisał, że śniło mu się, iż wdycha ten zapach. To dziwne, nie znałem wielu czarnych, którzy by tak bardzo lubili morze. Nie znałem właściwie żadnego, tym bardziej w Kalifornii. Ale ja rozumiem, co Marius chciał powiedzieć, rozumiem, co to dla niego znaczyło. Tak naprawdę, to mam swoją teorię na ten temat, wyjaśniającą, dlaczego my, czarni, nie lubimy morza. To znaczy lubimy je. Ale nie tak bardzo jak inni. No, ale moja teoria nie ma teraz nic do rzeczy. Marius zapewniał,  że w Kalifornii dużo się zmieniło. Teraz jest o wiele więcej czarnych policjantów, na przykład. Miał rację. To rzeczywiście się zmieniło. Ale są kwestie, w których nie zmieniło się zupełnie nic. Chociaż są takie, że owszem, i trzeba to było uczciwie przyznać. I Marius to przyznawał, i wiedział, że była w tym również nasza zasługa. My, Czarne Pantery, przyczyniliśmy się do tej zmiany. Dorzuciliśmy nasze ziarnko piasku, albo i całą wywrotkę. Przyczyniliśmy się do tej zmiany. Przyczyniła się też matka Mariusa i inne czarne matki, które w nocy, miast spać, płakały, wyobrażając sobie piekielne wrota. A Marius postanowił wrócić do Kalifornii i przeżyć tam resztę swoich dni, spokojnie, nie wadząc nikomu, być może nawet chciał założyć rodzinę i mieć dzieci. Zawsze powtarzał, że swojego pierworodnego syna nazwie Frank, na cześć towarzysza, który zmarł w więzieniu Soledad. Szczerze mówiąc, musiałby mieć przynajmniej trzydziestu synów, żeby uczcić przyjaciół, którzy zginęli. Albo dziesięciu, i każdemu z nich nadać po trzy imiona. Albo pięciu, i każdemu nadać po sześć imion. Ale prawda jest taka, że nie miał nawet jednego, bo pewnej nocy, gdy szedł ulicą w Santa Cruz, zginął z rąk czarnego mężczyzny. […] Mówił o gwiazdach sportu. To-inny rodzaj gwiazd, powie dział, i porównał je do gwiazd kina, chociaż sprecyzował, że życie gwiazdy sportu jest zazwyczaj znacznie krótsze niż życie gwiazdy filmowej. Życie gwiazdy sportu, w najlepszym wypadku, trwa zwykle piętnaście lat, podczas gdy życie gwiazdy kina, również w najlepszym wypadku, może trwać nawet czterdzieści albo pięćdziesiąt lat, jeśli rozpocznie się karierę odpowiednio wcześnie. Natomiast życie którejkolwiek z gwiazd widocznych z pobocza szosy numer 80, w drodze z Des Moines do Lincoln, zwykło trwać miliony lat, co więcej, niewykluczone, że gwiazda ta zgasła już przed milionami lat, co przyglądającemu się jej podróżnemu być mo że nawet przez myśl nie przeszło. Gwiazda, na którą patrzy, może być żywa, ale może też być martwa. W gruncie rzeczy, jeśli się dobrze temu przyjrzeć, kwestia ta przestaje mieć znaczenie, gdyż gwiazdy, te, które widzimy w nocy, żyją w królestwie ułudy. Są ułudą, dokładnie tak samo jak ułudą są sny. I tak nasz podróżny, który właśnie złapał gumę i zatrzymał się na poboczu szosy numer 80, nie może być pewien, czy to, na co patrzy pośród bezkresnej nocy, jest prawdziwą gwiazdą czy wręcz przeciwnie, jest tylko snem. W pewnym sensie ten stojący na poboczu podróżny też jest częścią tego snu, snu, który odrywa się od innego snu, tak samo jak kropla wody odrywa się od większej kropli wody, którą nazywa my falą. Doszedłszy do tego punktu, Seaman zaznaczył, że gwiazda to jedno, a meteoryt - zupełnie co innego. Meteoryt nie ma nic wspólnego z gwiazdą, powiedział. Meteoryt, zwłaszcza wtedy, gdy jego trajektoria prowadzi go wprost ku zderzeniu z Ziemią, nie ma nic wspólnego z gwiazdą ani ze snem, a jedynie, być może, z pojęciem odrywania się, czegoś w rodzaju odrywania się, tyle że na opak. Potem zaczął mówić o rozgwiazdach, opowiedział, że Marius Newell, nie wiadomo jakim sposobem, za każdym razem, gdy spacerował po którejś z kalifornijskich plaż, znajdo wał rozgwiazdę. Wyjaśnił, że rozgwiazdy znajdowane na plaży zwykle są już martwe, to trupy wyrzucane przez morze na brzeg, chociaż zdarzają się oczywiście wyjątki. Newell, powiedział, zawsze potrafił odróżnić mar twe rozgwiazdy od żywych. Nie wiadomo jak, ale odróżniał. I martwe zostawiał na brzegu, a żywe zwracał morzu, wrzucał w pobliżu skał, żeby przynajmniej dać im szansę.  Tylko raz zabrał rozgwiazdę do domu i włożył do akwarium ze słoną wodą Pacyfiku.[…] Ktoś mówi: to gwiazda kina. Ten ktoś używa metafory. Ktoś mówi: niebo jest usiane gwiazdami. Kolejna metafora. Jeśli komuś przy łożą prosto w szczękę, nokautując go, mówi się, że zobaczył gwiazdy. Kolejna metafora. Metafory to nasz sposób, by zatracić się w ułudzie albo trwać w bezruchu w morzu pozorów. W tym sensie metafora jest czymś w rodzaju koła ratunkowego. I nie należy zapominać, że są koła ratunkowe, co unoszą się na powierzchni, ale są i takie, co idą na dno jak siekiera.  O tym nigdy nie należy zapominać. A prawda jest taka, że istnieje tylko jedna gwiazda i ta gwiazda nie jest żadnym pozorem ani metaforą, nie Wyłania się z żadnego snu ani żadnego koszmaru. Znajduje się tam, na zewnątrz. Mam na myśli słońce. To słońce, ku naszemu nieszczęściu, jest jedyną gwiazdą. Kiedyś, w młodości oglądałem taki fiIm science fiction. Statek kosmiczny zbacza z kursu i zaczyna zbliżać się ku słońcu. Najpierw astronauci odczuwają nieznośny ból głowy. Potem pocą się jak myszy i zrzucają z siebie skafandry,  ale i tak pot nie przestaje lać się z nich strumieniami i zaczynają się odwadniać. Pole grawitacyjne słońca przyciąga ich nieuchronnie. Pod wpływem ciepła powłoka statku zaczyna się topić. Siedzący w swym fotelu widz sam zaczyna odczuwać ten skwar nie do zniesienia. Już nie pamiętam zakończenia. Zdaje mi się, że w ostatniej chwili udaje się astronautom wyjść cało z opresji i sprowadzić statek z powrotem na właściwy kurs, w kierunku Ziemi, a słońce zostaje z tyłu, olbrzymie słońce, szalona gwiazda pośród bezbrzeżnego kosmosu.

[…]

Kiedy Fate spał, w telewizji pokazano reportaż o obywatelce Stanów Zjednoczonych zaginionej w Santa Teresa, w stanie Sonora na północy Meksyku. Reporter pochodzenia meksykańskiego, Jack Medina, wspominał o długiej liście kobiet zamordowanych w Santa Teresa, z których wiele kończyło w zbiorowej mogile na cmentarzu, nikt bowiem nie zgłaszał się po ciała. Medina mówił z pustyni.  Za nim widać było drogę i, o wiele dalej, wzniesienie, które Medina pokazywał w którymś momencie programu, tłumacząc, że to Arizona. Wiatr rozwiewał czarne pros te włosy reportera, który miał na sobie koszulę z krótkim rękawem. Potem na ekranie ukazywały się montażownie i głos Mediny z offu wyjaśniał, że tu, w strefie przygranicznej, bezrobocie praktycznie nie istnieje. Ludzie stojący w kolejce na wąskim chodniku. Furgonetki po kryte drobniusieńkim kurzem, brązowym jak kupa niemowlęcia. Zagłębienia terenu niczym kratery pierwszej wojny światowej, powoli zmieniające się w wysypiska śmieci. Uśmiechnięta twarz faceta niemającego więcej niż dwadzieścia lat, chudego i ciemnowłosego, o wydatnych szczękach, którego Medina przedstawiał z offu jako poliero, coyote, przemytnika-przewodnika, przerzucającego przez granicę nielegalnych imigrantów. Medina wymawiał imię. Imię młodej dziewczyny. Potem pojawiały się ulice miejscowości w Arizonie, skąd dziewczyna pochodziła. Domy z rachitycznymi ogródkami i ogrodzenia ze splecionego drutu w kolorze brudnego srebra. Rozżalona twarz matki. Zmęczona płaczem. Twarz oj ca, wysokiego, barczystego mężczyzny, który patrzył prosto w kamerę i nic nie mówił. Za tymi dwiema postaciami rysowały się cienie trzech nastolatek. Nasze trzy pozostałe córki, mówiła matka po angielsku z wy raźnym akcentem. Trzy dziewczynki, najstarsza nie miała jeszcze piętna stu lat, rzucały się do ucieczki w cień domu.

[…]

Fate otworzył książkę tego białego, który był nauczycielem w Sandhurst, i zaczął czytać od strony 361. Natrafił na taki oto fragment: ,,Już za deltą Nigru wybrzeże Afryki zwraca się wreszcie z powrotem w kierunku południowym, i tam właśnie, w Kamerunie, handlarze z Liverpoolu za inicjowali nową gałąź handlu. Znacznie bardziej na południe, nabrzeże rzeki Gabon na północ od przylądka Lopez około roku 1780 zyskało na znaczeniu jako region niewolniczy. Wielebny ojciec John Newton uważał, iż region ów: «zamieszkiwała ludność najbardziej humanitarna i moralna ze wszystkich, jakie spotkał w Afryce», być może dlatego, że «miała ona w owym czasie najmniejszy kontakt z Europejczykami». Ale naprzeciw wybrzeża Holendrzy od dawna wykorzystywali wyspę Corisco (co po portugalsku znaczy «błyskawica»)jako ośrodek handlu, chociaż nie był to handel niewolnikami". Potem obejrzał ilustrację, w książce było ich całkiem sporo, przedstawiającą portugalski fort na Costa de Oro, zwany Elmina, zdobyty przez Duńczyków w 1637 roku. Przez trzysta pięćdziesiąt lat Elmina był ośrodkiem wywozu niewolników. Nad fortem i nad niewielką pomocniczą warownią zbudowaną na szczycie wzgórza powie wała flaga, której Fate nie potrafił zidentyfikować. Cóż to za królestwo miało taką flagę? zaczął się zastanawiać, a potem oczy mu się zamknęły i usnął z książką na kolanach.

[…]

W dziewiętnastym wieku, w połowie, a może u schyłku dziewiętnastego wieku, społeczeństwo przepuszczało zwykle śmierć przez filtr słów. Kiedy czyta się ówczesne kroniki, można wysnuć wniosek, że zbrodni ani wykroczeń nie popełniano niemal wcale, a pojedynczy morderca zdolny był wstrząsnąć całym krajem. Nie chcieliśmy mieć śmierci w domu, w naszych snach ani fantazjach, jednak faktem jest, że popełniano przeraźliwe zbrodnie, wszelkiej maści gwałty, ćwiartowanie zwłok, a nawet seryjne morderstwa. Oczywiście większość seryjnych morderców nie została nigdy ujęta, proszę sobie przypomnieć najsłynniejszy kazus epoki. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim był Kuba Rozpruwacz. Wszystko przepuszczano przez filtr słów, dopasowany odpowiednio do naszego strachu. Co robi dziecko, kiedy się boi? Zamyka oczy. Co robi dziecko, które zostanie zgwałcone i zamordowane? Zamyka oczy. I krzyczy oczy wiście, ale najpierw zamyka oczy. Do tego służyły słowa. To zastanawiające, bo przecież wszystkie archetypy szaleństwa i ludzkiego okrucieństwa nie zostały wymyślone przez ludzi z tamtej epoki, ale przez ich przodków. To Grecy, jeśli można się tak wyrazić, wymyślili zło, dostrzegli zło, które wszyscy nosimy w sobie, ale świadectwa i dowody tego zła już nas nie poruszają, wydają się nam błahe, nieczytelne. To samo można powiedzieć o szaleństwie. To Grecy rozpostarli wachlarz, chociaż teraz ten wachlarz nic nam nie mówi. Powie pan: wszystko się zmienia. No tak, wszystko się zmienia, ale archetypy zbrodni się nie zmieniają, po dobnie jak nie zmienia się nasza natura. Możliwym wyjaśnieniem jest to, że społeczeństwo w tamtych czasach było ograniczone. Mówię o wieku XIX, o wieku XVIII, o wieku XVII. Tak, było ograniczone. Większość ludzkich istot znajdowała się poza społeczeństwem. W wieku XVII, na przykład, podczas każdego rejsu statku z niewolnikami umierało przy najmniej dwadzieścia procent ładunku, to znaczy ludności kolorowej transportowanej na sprzedaż, dajmy na to, w Wirginii. I to nikogo nie wzruszało, nie ukazywało się wielkimi literami w nagłówkach gazet w Wirginii, nikt nie domagał się, by powiesić kapitana statku przewożące go niewolników. Jeśli zaś plantator w napadzie obłędu mordował swojego sąsiada, by następnie skoczyć na konia i pogalopować do domu, gdzie ledwo zeskoczywszy z konia, zabijał żonę, w sumie dwie ofiary, społeczeństwo Wirginii przez co najmniej pół roku sparaliżowane było strachem, a legendę o mordercy na koniu przekazywano z pokolenia na pokolenie. Weźmy na przykład Francuzów. W roku 1871 podczas Komuny Paryskiej zginęło tysiące osób i nikt nie uronił z tego powodu ani jednej łzy. W tym samym mniej więcej czasie uliczny szlifierz zabił pewną kobietę i matkę (nie matkę tej kobiety, lecz swoją własną matkę, mój drogi przyjacielu), a później został zastrzelony przez policję. Wiadomość nie tylko trafiła na łamy wszystkich francuskich gazet, ale również została podana przez inne dzienniki europejskie, a wzmianka o tym ukazała się nawet w nowojorskim „Examinerze". Odpowiedź: zabici komunardzi nie należeli do społeczeństwa, czarnoskórzy przewożeni na statkach nie należeli do społeczeństwa, należeli do niego natomiast i kobieta zabita w jednym z prowincjonalnych miast francuskich, i grasujący w Wirginii morderca na koniu, to znaczy, to, co im się przytrafiło, było opisywalne, czytelne.

[…]

Otworzył na chybił trafił książkę eksprofesora z Sandhurst i przeczytał akapit: ,,Wielu kapitanów statków niewolniczych uznawało swoją_ misję za zakończoną z chwilą dostarczenia niewolników do Indii Zachodnich, aczkolwiek rzadko udawało im się uzyskanie należnej zapłaty na tyle szybko, by w rejs powrotny wyruszyć z ładunkiem cukru; handlarze i kapitanowie nigdy nie byli pewni ceny, jaką zdołają uzyskać w porcie docelowym za towar prze wieziony własnym sumptem; plantatorzy latami mogli zwlekać z uiszczeniem należności za niewolników. Niekiedy w zamian za niewolników europejscy kupcy woleli weksle zamiast cukru, indyga, bawełny czy imbiru, w Londynie ceny tych towarów były bowiem nieprzewidywalne lub wręcz niskie". Jakie piękne nazwy, pomyślał. Indygo, cukier, imbir, bawełna. Czerwonawe kwiaty indygowca. Ciemnoniebieska masa z miedzianymi pobłyskami. Kobieta cała w indygo, kąpiąca się pod prysznicem.

[…]

Fate przejechał obok płaskiego wzniesienia, a przynajmniej takie od niósł wrażenie. Wzniesienie było rozległe, całkowicie płaskie w górnej części i od jednego krańca do drugiego mogło mieć z pięć kilometrów, co najmniej. Tuż przy drodze pojawił się wąwóz. Fate wyszedł z samo chodu, zostawiwszy włączone światła, i długo sikał, głęboko oddychając chłodnym powietrzem. Później droga zeszła ku dolinie, która wydała mu się na pierwszy rzut oka ogromna. Miał wrażenie, że chyba na samym końcu doliny widzi jakieś światło, chociaż mogło to być cokolwiek. Konwój ciężarówek jadących bardzo powoli, pierwsze światła jakiegoś miasteczka. A równie dobrze to tylko chęć wydostania się z tej ciemności przypominającej mu do pewnego stopnia jego dzieciństwo i młodość. Pomyślał, że kiedyś, kiedy był jeszcze dzieckiem, a może już nie, przy śnił mu się ten pejzaż, nie taki ciemny, nie taki pustynny, ale na pewno podobny. Jechał autobusem ze swoją matką i siostrą swojej matki, z Nowego Jorku do miejscowości nieopodal Nowego Jorku, więc całkiem niedaleko. Siedział przy oknie, za którym ciągnął się niezmiennie ten sam pejzaż, budynki i autostrady, gdy nagle, zamiast nich, pojawiły się drzewa i pola. W tej właśnie chwili, a może nieco wcześniej, zaczęło zmierzchać, a on patrzył na drzewa, na lasek, który w jego oczach ogromniał. I wówczas wydawało mu się, że widzi mężczyznę idącego skrajem zagajnika. Stawiał duże kroki, jakby nie chciał, żeby noc go zaskoczyła. Zaczął zastanawiać się, kim jest ten człowiek. Mógł być pewien tylko tego, że to nie jakiś cień, lecz mężczyzna, bo miał na sobie koszulę i maszerował, poruszając szybko ramionami. Samotność tego człowieka była tak bezmierna, że Fate pamiętał, iż bardzo chciał przy tulić się do matki, żeby już dłużej nie patrzeć, ale zamiast to zrobić, miał nadal oczy szeroko otwarte, dopóki autobus nie zostawił za sobą lasu i nie ukazały się znowu budynki, fabryki, magazyny ciągnące się wzdłuż szosy. Samotność doliny, przez którą teraz jechał, panująca w niej ciemność, była bardziej dojmująca. Wyobraził sobie, że to on maszeruje poboczem. Ciarki przeszły mu po plecach. W pamięci stanęła mu urna z prochami matki i kubek kawy wyniesiony od sąsiadów i nieoddany, kawy wystygłej pewnie na amen, i taśmy wideo matki, których nikt już nie będzie oglądał. Chciał zatrzymać samochód i przeczekać do świtu. Ale instynkt podpowiedział mu, że Murzyn śpiący w wynajętym samochodzie na poboczu drogi w Arizonie to nie najlepszy pomysł.

[…]

Droga powrotna wydała mu się krótsza. Przez jakiś czas jechał, starając się nie spuścić z oczu tylnych świateł samochodu dziennikarzy, dopóki nie zobaczył, już na wyasfaltowanych ulicach Santa Teresa, jak parkują przy jakimś barze. Zatrzymał się przy nich i zapytał, co dalej. Idziemy coś zjeść, powiedział jeden z dziennikarzy. Fate nie był głodny, ale mimo wszystko uznał, że napije się z nimi piwa. Jeden z dziennikarzy nazywał się Chucho Flores i pracował w lokalnej gazecie i w rozgłoś ni radiowej. Drugi, ten, który uderzał w gong podczas walki treningowej na ranczu, nazywał się Angel Martinez Mesa i pisał do sportowej gazety wydawanej w stolicy. Martinez Mesa był niskiego wzrostu i wyglądał na pięćdziesięciolatka, Chucho Flores był tylko trochę niższy od Fate'a, miał trzydzieści pięć lat i uśmiech nie schodził mu z ust. Fate czuł, że relacja między Floresem a Martinezem Mesą była relacją ucznia okazującego cały czas wdzięczność wobec obojętnego raczej mistrza. Obojętność Martineza Mesy nie była wszakże wyrazem jego pychy ani poczucia wyższości, ale zmęczenia. Zmęczenia, które dostrzec można było nawet w sposobie ubierania się wskazującym na całkowitą abnegację, garnitur cały w tłustych plamach, nieczyszczone buty, wprost przeciw nie niż jego uczeń, który ubrany był w markowy garnitur, w markowy krawat ze złotymi spinkami w mankietach, i który pewnie postrzegał samego siebie jako mężczyznę eleganckiego i przystojnego. Podczas gdy Meksykanie jedli mięso z rusztu z frytkami, Fate myślał o tatuażu Garcii. Później porównał samotność rancha, z którego przed chwilą wy jechał, z samotnością mieszkania swojej matki. Pomyślał o jej prochach, które nadal tam stały. Pomyślał o zmarłej sąsiadce. Pomyślał o dzielnicy Barry'ego Seamana. I to wszystko, co stawało mu przed oczyma, podczas gdy Meksykanie jedli, zdało mu się beznadziejnie smutne.

[…]

Fate zszedł po schodach i wsiadł do samochodu. W środku panował nieznośny upal, więc otworzył okna. Nie wiedząc czemu, jeszcze raz pomyślał o matce, o sposobie, w jaki go pilnowała, kiedy był mały. Zapalił silnik, a jeden z albinosków wstał i spojrzał na niego. Fate uśmiechnął się i pomachał mu ręką. Chłopczyk upuścił piłkę i stanął na baczność jak żołnierz. Kiedy samochód Fate'a, opuszczając parking, by skierować się na południe, mijał chłopca, ten uniósł prawą rękę do czapki i stał tak, dopóki samochód nie zniknął mu z oczu. Już na szosie Fate znów sobie przypomniał o matce. Zobaczył, jak idzie, zobaczył jej plecy, zobaczył jej kark i głowę wpatrzoną w ekran telewizora, usłyszał jej śmiech, zobaczył, jak pochylona nad zlewem zmywa naczynia. Ale jej twarz pozostawała cały czas w cieniu, jakby w jakiś sposób była już martwa albo jakby chciała mu powiedzieć, bez słów, samymi gestami, że twarze nie są ważne ani na tym, ani na tamtym świecie. W Sonora Resort nie napotkał żadnego dziennikarza i musiał zapytać recepcjonisty, jak dojechać do Areny. Dotarłszy na miejsce, zauważył spore poruszenie. Zapytał czyścibuta, który rozłożył się ze swoimi przyrządami w jednym z korytarzy, co się dzieje, a czyścibut odpowiedział mu, że amerykański bokser już się zjawił. Zobaczył Counta Picketta na środku ringu, w garniturze, pod krawatem, z przyklejonym do ust szerokim i pewnym siebie uśmiechem. Fotoreporterzy strzelali zdjęcia, a dziennikarze zgromadzeni wokół ringu zwracali się do niego po imieniu i zasypywali pytaniami. Jak myślisz, kiedy będziesz walczył o tytuł? Czy to prawda, że Jesse Brentwood boi się ciebie? Ile dostałeś za przybycie do Santa Teresa? Czy możesz po twierdzić, że wziąłeś potajemny ślub w Las Vegas? Menedżer Picketta stal obok niego. To właśnie ten gruby i niziutki jegomość odpowiadał na większość pytań. Dziennikarze meksykańscy zadawali mu pytania po hiszpańsku, zwracając się doń po imieniu, Sol, seńor Sol, i seńor Sol odpowiadał im po hiszpańsku, niekiedy zwracając się do dziennikarzy meksykańskich również po imieniu. Jeden z amerykańskich dzienni karzy, duży gość o kwadratowej twarzy, zapytał go, czy organizowanie walki Pickettowi w Santa Teresa jest politycznie poprawne.

[…]

O co im chodziło, do jasnej cholery? - zapytał Fate Chucha Floresa, gdy jedli śniadanie w barze znajdującym się w pobliżu Arena del Norte. O morderstwa kobiet - powiedział Chucho Flores, ociągając się. To idzie falami. Co jakiś czas przychodzi następna fala i znowu stają się newsem i dziennikarze podchwytują temat. Ludzie też podchwytują temat i gadają, i historia toczy się jak śniegowa kula, i rośnie lawinowo, dopóki nie pojawi się słońce i pieprzona kula się nie roztopi, i wszyscy zapominają, i wracają do pracy. Wracają do pracy? - spytał Fate. Te cholerne morderstwa są jak strajk, przyjacielu, cholerny dziki strajk. Przyrównanie morderstw kobiet do strajku wydało się Fate'owi dziw ne. Ale przytaknął głową i nic nie powiedział. To miasto przez duże ,,M", nic mu nie brakuje - powiedział Chucho Flores. Mamy wszystko. Fabryki, maquiladoras, bardzo niską stopę bezrobocia, jedną z najniższych w Meksyku, kartel kokainowy, nieustający napływ ludzi znajdujących tu pracę, imigrantów z Ameryki Środkowej, założenia urbanistyczne pozostające daleko w tyle za rzeczywistym przyrostem naturalnym, mamy pieniądze, no1mamy też nędzę, mamy wyobraźnię i biurokrację,  przemoc, mamy też ochotę pracować w spokoju. Brakuje nam tylko jednego - zakończył Chucho Flores. Ropy naftowej, pomyślał Fate, ale nie powiedział tego na głos. Czego wam brakuje? - zapytał. Czasu - odparł Chucho Flores. Brakuje nam cholernego czasu.

[…]

Prezydent Meksyku w najlepszym przypadku sięgał prezydentowi Stanów do ramion. Czasem głowa prezydenta Meksyku sięgała kilka centymetrów ponad pępek naszego prezydenta. Taka była tradycja. A teraz meksykańska klasa wyższa zmienia się. Są coraz bogatsi i zazwyczaj szukają żon po drugiej stronie północnej granicy. Nazywają to poprawianiem rasy. Karzeł meksykański wysyła swego syna karła na studia uniwersyteckie do Kalifornii. Dzieciak ma pieniądze i niczego sobie nie żałuje, a to robi wrażenie na niektórych studentkach. Tyle idiotek, ile przypada na metr kwadratowy jakiegokolwiek uniwersytetu w Kalifornii, nigdzie indziej nie uświadczysz. Efekt: dzieciak uzyskuje dyplom i zdobywa żonę, która przeprowadza się z nim do Meksyku. W ten oto sposób wnuki meksykańskiego karła przestają być karłami, stają się osobnikami wzrostu średniego, w dodatku wybiela im się skóra. Wnuki owe, kiedy przychodzi na to czas, odbywają tę samą podróż inicjacyjną co ich ojciec. Amerykański uniwersytet, amerykańska żona, coraz wyższe dzieci. Meksykańska klasa wyż sza, w gruncie rzeczy, na własny rachunek i ryzyko robi to, co robili Hiszpanie, tyle że na odwrót. Hiszpanie, lubieżni i niezbyt przewidujący, wymieszali się z Indiankami, gwałcąc je, nawracając siłą na swoją religię, wierząc, że w ten sposób cały kraj się wybieli. Hiszpanie wierzyli w białe go bękarta. Wierzyli w siłę swojego nasienia. Ale się pomylili. Nie jesteś w stanie zgwałcić tylu osób. To matematycznie niemożliwe. Ciało tego nie wytrzyma. Padasz. Poza tym gwałcili od dołu w górę, podczas gdy najpraktyczniej, co jest udowodnione, jest gwałcić od góry w dół. System Hiszpanów sprawdziłby się, gdyby potrafili zgwałcić również wszystkie swoje bękarty w każdym pokoleniu - i córki, i wnuczki, i prawnuczki. Bo kiedy liczysz sobie siedemdziesiąt lat i ledwo się trzymasz na nogach, akurat gwałty ci w głowie. A efekty jakie są, takie są. Na sienie Hiszpanów mających się za mocarzy rozmyło się w amorficznej masie tysięcy Indian. Pierwsze bękarckie pokolenie, to, co odziedziczyło po połowie krwi z każdej rasy, zajęło się tworzeniem kraju, byli sekretarzami, żołnierzami, drobnymi kupcami, założycielami nowych miast. I gwałcili nadal, ale owoc już od tamtej chwili zaczął stawać się coraz gorszy, zgwałcone bowiem przez nich Indianki rodziły mieszańców z jeszcze mniejszym procentem białej krwi.

[…]

A czego się pani boi? - zapytał Fate. Wszystkiego. Kiedy zajmujesz się tematem zabójstw kobiet w Santa Teresa, bardzo szybko zaczynasz bać się wszystkiego. Bać się, że cię pobiją. Bać się, że cię porwą. Że będą cię torturować. Oczywiście, w miarę jak nabierasz doświadczenia, oswajasz się z tym strachem. Ale ja nie mam doświadczenia. Brak mi doświadczenia. Wręcz cierpię na brak do świadczenia. Można by nawet rzec, gdyby w ogóle istniało takie pojęcie, że przysłano mnie tutaj jako tajną dziennikarkę. Wiem wszystko, co związane jest z tematem zabójstw. Ale w gruncie rzeczy jestem zupełnie zielona. Chcę powiedzieć, że jeszcze tydzień temu to nie był mój temat. Nie byłam wprowadzona, nic o tym nie pisałam i nieoczekiwanie, choć wcale się o to nie prosiłam, położono przede mną dossier zamordowanych i przekazano mi sprawę. A ciekaw jest pan dlaczego? Fate skinął głową. Bo jestem kobietą, a my, kobiety, nie możemy odrzucić zlecenia. Oczywiście już wiedziałam, jaki los i jaki koniec spotkał mojego poprzednika. Wszyscy w redakcji wiedzieliśmy. Sprawa była głośna i być może słyszał pan o niej. - Fate pokręcił głową. Oczywiście został zabity. Za dużo się dowiedział i został zabity. Nie tu, w Santa Teresa, ale w DF-ie. Policja twierdzi, że był to jeszcze jeden rabunek z tragicznym finałem. A chce pan wiedzieć, jak to się stało? Wsiadł do taksówki. Taksówka ruszyła. Przy którymś skrzyżowaniu się zatrzymała i wsiadło do niej dwóch mężczyzn. Przez jakiś czas jeździli od bankomatu do bankomatu, czyszcząc kartę kredytową mojego poprzednika. Później wyjechali do strefy podmiejskiej i tam go zadźgali.

[…]

Dzięki Bogu ja jestem jeszcze młoda. Jest pani bardzo młoda - potwierdził Fate. Ale i tak się boję. I potrzebuję towarzystwa. Dziś rano przejeżdżałam samochodem niedaleko więzienia w Santa Teresa i prawie dostałam ataku histerii. Jest takie okropne? Jest jak sen - powiedziała Guadalupe Roncal. To więzienie wydaje się żywe. Żywe? Nie wiem, jak to wyjaśnić. Żywsze niż na przykład budynek mieszkalny - powiedziała. O wiele bardziej żywe. Wygląda, i proszę się nie dziwić temu, co powiem, jak poćwiartowana kobieta. Jak poćwiartowana kobieta, ale jeszcze żywa. I w e w n ą t r z tej kobiety żyją więźniowie. Rozumiem - powiedział Fate.

[…]

Fate natomiast, kiedy studiował na nowojorskim uniwersytecie, nie upijał się i nie chodził na kurwy (tak naprawdę, nigdy nie był z kobietą, której musiałby za to zapłacić), lecz w czasie wolnym od zajęć praco wał i czytał. Raz w tygodniu, w soboty, uczęszczał na warsztaty literackie i przez jakiś czas, niedługo, nie więcej niż kilka miesięcy, wyobrażał sobie, że być może mógłby pisać powieści i opowiadania, dopóki literat prowadzący warsztaty nie poradził mu, żeby poświęcił się raczej dziennikarstwu.

[…]

Niebo było intensywnie niebieskie i pokiereszowane jedynie chmurami o cylindrycznym kształcie, tworzącymi się na wschodzie i kierującymi się ku miastu. Wyglądają jak rury - powiedział Fate, stojąc w otwartych drzwiach recepcji. To cirrusy - stwierdził recepcjonista - kiedy staną nad miastem, znikną. To ciekawe - rzekł Fate, nie ruszając się z progu - cirrus pochodzi z greckiego skirrhós, co oznacza twardy i kiedyś oznaczano tak guzy, guzy twarde, ale te chmury nijak nie są twarde. Rzeczywiście - powiedział recepcjonista - to chmury z górnych warstw atmosfery, jeśli opadną nieco albo pójdą nieco w górę, niewiele, natychmiast znikają.

[…]

Zobaczył, jak tym samym przejściem wchodzi sprzedawca piwa, nucąc piosenkę. Kobieta trzymająca się pod boki zaśmiewała się z tego, co mówił jej niziutki facet z wąsikiem. Niziutki typ krzyczał, ale jego głosu właściwie nie było słychać. Ujrzał grupkę mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie, jakby rozmawiali, tylko poruszając szczękami (a te wyrażały jedynie pogardę albo obojętność). Jakiś facet, patrząc w podło gę, mówił sam do siebie i chichotał. Wszyscy wydawali się szczęśliwi. Dokładnie w tej właśnie chwili, jakby doznał objawienia, Fate zrozumiał, że niemal wszyscy zebrani w Arena del Norte wierzyli, że Merolino Fernandez wygra walkę. Ale skąd brała się ta pewność? Przez sekundę wydawało mu się, że wie, ale odpowiedź wymknęła mu się jak prze ciekająca przez palce woda. Tym lepiej, pomyślał, bo nieuchwytny cień tej idei (jeszcze jednej idiotycznej idei) mógłby zniszczyć go za jednym zamachem.

[…]

Kolację zjedli w lokalu noszącym nazwę Król Taco. Przed wejściem świecił neon przedstawiający chłopca w dużej koronie na głowie, dosiadające go osła, który co jakiś czas wierzgał, próbując chłopca zrzucić. Chłopiec nigdy nie spadał, choć w jednym ręku trzymał taco, a w drugim coś w rodzaju berła, które też mogło służyć za bat. Wnętrze było urządzone niczym McDonald's, tylko bardziej krzykliwie. Krzesła nie były plastikowe, ale wiklinowe. Stoły drewniane. Podłoga wyłożona była dużymi zielonymi płytkami. Niektóre przedstawiały pustynne pejzaże albo scenki z życia Króla Taco. Z sufitu zwisały pińatas również ilustrujące przygody małego króla, z nieodłącznym osiołkiem. Niektóre ze scenek przedstawiały rozbrajająco swojskie obrazki: chłopczyk, osiołek i jednooka staruszka, albo chłopczyk, osiołek i studnia, albo chłopczyk, osiołek i garnek fasoli. Inne scenki nie bały się skrajności: na jednych można było zobaczyć chłopca spadającego z osłem w przepaść,  na innych chłopca z osłem spętanych na stosie pogrzebowym, na jednym można było nawet zobaczyć, jak chłopiec grozi swemu osiołkowi, przystawiając mu pistolet do skroni. Jakby Król Taco nie było nazwą restauracji, ale bohatera komiksu, którego Fate nigdy nie miał okazji przeczytać. Niemniej wraże nie, że trafiło się do McDonalda, wcale nie było ulotne. Być może bardzo młode kelnerki i równie młodzi kelnerzy ubrani w mundury wojskowe (Chucho Flores skomentował, że ubrani są jak f e d e r a l n i) pogłębiali to wrażenie. Nie była to armia zwycięska, bez dwóch zdań. Choć młodzi ludzie uśmiechali się do klientów, w oczach ich widać było straszliwe zmęczenie. Niektórzy z nich sprawiali wrażenie ludzi zabłąkanych na pustyni, jaką był lokal Król Taco. Inni, piętnasto-, czternastolatki, usiłowali bezskutecznie zabawiać żartami swoich klientów, samotnych facetów albo męskie pary o wyglądzie urzędników czy policjantów, facetów, którzy patrzyli na nastolatków wzrokiem wskazującym, że nie są w na stroju do żartów. Niektóre dziewczyny miały łzy w oczach i ich twarze wyglądały na nierzeczywiste, widziane jakby we śnie.

[…]

Seanse z prawdziwego zdarzenia odbywały się tylko w dawnych salach kinowych, powiedział Charly Cruz, tylko w starych kinach, pamiętasz je? te ogromne sale, w których serce podchodziło ci do gardła, kiedy światła gasły tuż przed projekcją. To były porządne sale, najprawdziwsze kina, coś, co tylko z kościołem można było porównać, sufity wysoko nad głową, ogromne rubinowe kotary, kolumny, korytarze wyłożone starymi, przetartymi dywanami, loże, miejsca na parterze lub na galerii, czyli jaskółce, budynki wzniesione w latach, w których kino było jeszcze prze życiem religijnym, powszednim, a mimo wszystko religijnym, gmachy, które z biegiem lat burzono, by w ich miejscu wybudować banki, super markety, multikina. Przetrwało ich tylko kilka, powiedział Charly Cruz, dziś wszystkie kina to multikina, z małymi ekranikami, małymi salkami, wygodnymi siedzeniami. W starej sali kinowej z prawdziwego zdarzenia mieścić się może siedem maleńkich sal multikina. Albo dziesięć. Albo piętnaście, to zależy. I nie ma już tego przepaścistego doznania, nie ma tego z a w r o t u głowy przed pierwszymi kadrami filmu,  już nikt nie czuje się sam na widowni multikina. A później, tak to Fate zapamiętał, zaczął rozprawiać o końcu s a c r u m . Trudno powiedzieć, gdzie ów koniec się zaczął, Charly'emu Cruzowi było wszystko jedno gdzie, może w kościołach, kiedy księża odłożyli na bok mszę po łacinie, a może w rodzinach, kiedy ojcowie (ścięci przerażeniem, uwierz mi, brother) opuścili matki. Wnet koniec sacrum dotarł do kina. Zburzono wielkie kina i zbudowano plugawe pudełka zwane multikinami, kinami praktycznymi, kinami funkcjonalnymi. Katedry padły od stalowej kuli ekip wyburzeniowych. Aż tu ktoś wymyślił wideo. Telewizor to nie to samo co ekran kinowy. Salon w twoim domu, to nie to samo co stara, prawie bezkresna widownia. Ale jeśli dobrze się temu przyjrzeć, to właściwie najbardziej tę widownię przypomina. Przede wszystkim dlatego, że za pośrednictwem wideo możesz sobie obejrzeć film sam. Zasłaniasz okna w mieszkaniu i włączasz telewizor. Wsuwasz taśmę wideo i siadasz w fotelu. Po pierwsze: być samemu. Mieszkanie duże czy małe, nieważne, bo jeśli poza tobą nie ma w nim nikogo więcej, ono i tak się powiększa. Po drugie: starannie przygotować tę chwilę, to znaczy wypożyczyć film, kupić napoje, które zamierzasz pić, i wiktuały, które będziesz spożywać, określić godzinę, o której usiądziesz przed swoim telewizorem. Po trzecie: nie odbierać telefonu, nie reagować na dzwonek do drzwi, i być gotowym na spędzenie półtorej godziny albo dwóch godzin czy też godziny i czterdziestu pięciu minut w całkowitej i niczym niezmąconej samotności. Po czwarte: mieć pod ręką pilota, na wypadek, gdybyś chciał zobaczyć jakąś scenę kilka razy. I to wszystko. Od tego momentu wszystko zależy wyłącznie od filmu i od ciebie. Jeśli wszystko przebiega bez zakłóceń, bo nie zawsze przebiega bez zakłóceń, znowu można poczuć obecność sacrum. Człowiek wsadza głowę w swoją własną pierś, otwiera oczy i patrzy, skończył Charly Cruz, niemal smakując każdą sylabę.

[…]

Czym jest dla mnie sacrum? zastanowił się Fate. Nieokreślonym bólem, odczuwanym przeze mnie po śmierci mojej matki? Poznaniem tego, co nieuniknione? A może tą dziwną kolką, jaką czuję w żołądku, kiedy patrzę na tę kobietę? I dlaczego w ogóle czuję tę kolkę, żeby jakoś to nazwać, kiedy ona na mnie patrzy, a nie, kiedy patrzy na mnie jej koleżanka? Bo uroda jej koleżanki nie jest już taka oczywista, pomyślał Fate. Z czego wniosek, że sacrum dla mnie to uroda, to śliczna młoda kobieta, o perfekcyjnych rysach. A jeśli znienacka, w samym środku tej restauracji tyleż dużej, co cuchnącej, pojawiłaby się najpiękniejsza aktorka Hollywood, czy nadal czułbym tę kolkę w żołądku za każdym razem, gdy ukradkiem mój wzrok napotykałby jej wzrok, czy też raczej na odwrót, niespodziewane pojawienie się niezwykłej piękności, piękności jaśniejącej uznaniem swojej urody, złagodziłoby kolkę, a urodzie dziewczyny przywróciłoby rzeczywisty wymiar urody tej nieco dziwnej dziewczyny, która pod koniec tygodnia wychodzi w nocy na miasto z trzema dość specyficznymi znajomymi i z koleżanką, wyglądającą raczej na kurewkę? A kim to ja niby jestem, żeby sądzić, że Rosita Mendez wygląda na kurewkę? pomyślał Fate.

[…]

Na jednej z cementowych ścian okalających parking Charly'ego widniał barwny mural. Miał kilka metrów długości, ze trzy metry wysokości i przedstawiał Matkę Boską z Guadalupe na tle przebogatego krajobrazu pełnego rzek, lasów, kopalń złota i srebra, szybów naftowych, ogromnych pól kukurydzy, bezkresnych łanów pszenicy i łąk, na których pasły się stada krów. Matka Boska miała rozpostarte ramiona, jakby w akcie ofiarowania całego tego bogactwa, niczego w zamian nie żądając. Ale w jej twarzy Fate, mimo iż był pijany, natychmiast dostrzegł coś, co mu nie pasowało. Jedno oko Matki Boskiej było otwarte, a drugie zamknięte.

[…]

Być może Rosa Mendez wspomniała, że kino jest jej pasją, i wówczas Oscar Amalfitano zapytał ją, czy wie, co to jest ruch pozorny. Ale odpowiedzi, jakżeby inaczej, nie udzieliła jej koleżanka, tylko Charly Cruz, który powiedział, że ruch pozorny to złudzenie ruchu spowodowane trwaniem obrazów na siatkówce oka. W rzeczy samej - odparł Oscar Amalfitano - obrazy przez ułamek sekundy pozostają na siatkówce. I wówczas jej ojciec, zostawiwszy w spokoju Rosę Mendez, która być może powiedziała, o kurwa, bo jej niewiedza była wielka, ale wielka też była jej umiejętność wpadania w zadziwienie i chęć do nauki, zapytał bezpośrednio Charly'ego Cruza, czy wie, kto odkrył to zjawisko trwania obrazu, a Charly Cruz odpowiedział mu, że nie może sobie przypomnieć nazwiska, ale pamiętał, że był to jakiś Francuz. Na co ojciec odparł: Właśnie, Francuz, który nosił nazwisko profesor Plateau. Który, odkrywszy zasadę, rzucił się niczym rekin w wir eksperymentów z przeróżnymi artefaktami konstruowanymi przez niego samego w celu stworzenia wrażenia ruchu poprzez sekwencje nieruchomych obrazów następujących po sobie z dużą szybkością. I tak oto narodził się zoetrop [urządzenie do animacji przed filmem; nazwa zoetrope została skomponowana z greckiego rdzenia słów ζω? zoe , „życie” i τρ?πος tropos , „obracanie się” jako tłumaczenie „koła życia” – przyp. aut.] Wie pan, co to jest? - spytał Oscar Amalfitano. Jak byłem dzieckiem, miałem zoetrop - przyznał się Charly Cruz. I miałem również magiczny krążek. Magiczny krążek - powtórzył Oscar Amalfitano. Nader interesujące. Pamięta go pan? Mógłby mi go pan opisać? Mógłbym panu go zrobi ć choćby teraz - powiedział Charty Cruz. Potrzebuję tylko brystolu, dwóch kredek i nitki, o ile dobrze pamiętam. Ach, skądże,  nie, nie, skądże,  nie ma takiej potrzeby – zaoponował Oscar Amalfitano - dobry opis całkowicie mi wystarczy. W pewnym sensie wszyscy mamy miliony magicznych krążków latających lub wirujących nam w mózgu. Czyżby? - zdziwił się Charty Cruz. O kurwa - powiedziała Rosa Mendez. Proszę bardzo. To był śmiejący się pijaczek. To było narysowane na jednej stronie krążka. A na drugiej narysowana była cela, to znaczy kraty więzienne. Kiedy krążek zaczynał wirować, śmiejący się pijaczek znajdował się wewnątrz celi. Co żadną miarą nie jest powodem do śmiechu, nieprawdaż? - za pytał Oscar Amalfitano. Nie jest - westchnął Charty Cruz. A mimo to pijaczek (a propos, dlaczego mówi pan na niego pija-czek, a nie pijak?) śmiał się, być może dlatego, że on nie wiedział, że siedzi w więzieniu.

[…]

Fate długo stał w ciemnościach, wyglądając przez firanki na patio wysypane żwirem i przesuwające się nieustannie światła jadących szosą TIR-ów. Myślał o Chuchu Floresie i Charlym Cruzie. Znów zobaczył cień domu Charly'ego Cruza padający na ugór. Usłyszał śmiech Charly'ego Cruza i zobaczył Rosę Mendez leżącą na łóżku w pokoju ascetycznym i wąskim jak cela zakonnika. Pomyślał o Coronie, o spojrzeniu Corony, o tym, jak spojrzał na niego Corona. Pomyślał o wąsaczu, który przyłączył się do nich w ostatniej chwili i który nic 'nie mówił, a później przy pomniał sobie jego głos, kiedy uciekali, przejmujący jak krzyk ptaka. Kiedy zmęczył się już staniem, przesunął krzesło i usiadł, by dalej wyglądać przez okno. Czasami myślał o mieszkaniu matki i wspominał betonowe podwórka, na których dzieci wrzeszczały i bawiły się. Gdyby pozwolił opaść powiekom, zobaczyłby białą sukienkę, którą targał wiatr z ulic Harlemu, podczas gdy śmiechy, niepokonane, rozpierzchały się po ścianach, biegły po chodnikach, świeże i ciepłe jak biała sukienka. Poczuł, że sen go morzy, wciskając mu się przez uszy albo unosząc się z wnętrza piersi. Ale nie chciał pozwolić opaść powiekom i wolał wpatrywać się w patio, w obie latarnie oświetlające fasadę motelu, cienie rozdzierane przez snopy samochodowych świateł, podobnych ogonom komet pośród ciemności.

[…]

Kiedy Fate usłyszał zbliżające się kroki, pomyślał, że są to kroki olbrzyma. Podobne skojarzenie nasunęło się pewnie Guadalupe Roncal, bo ciało jej wykonało ruch, jakby za chwilę miała zemdleć, choć nie doszło do tego, bo złapała wpierw za rękę, a później za klapę strażnika więziennego. Ten, zamiast się odsunąć, objął ją ramieniem. Fate poczuł przytulające się ciało Rosy. Usłyszał głosy. Jakby więźniowie krzyczeli, dodając komuś animuszu. Usłyszał śmiechy i przywoływania do porządku, i czarne chmury ze wschodu napłynęły nad więzienie, i powietrze jakby pociemniało. Znowu rozległy się kroki. Usłyszał śmiechy i prośby. Nagle jakiś głos zaintonował piosenkę. Można było pomyśleć, że to śpiew drwala ścinającego drzewa. Głos nie śpiewał po angielsku. Z początku Fate nie potrafił określić, w jakim języku śpiewał, póki Rosa nie szepnęła mu, że to niemiecki. Śpiew stawał się coraz głośniejszy. Fate'owi przeszło przez myśl, że być może to wszystko mu się śni. Drzewa padały jedno za drugim. Jestem olbrzymem, który zbłądził w środku lasu. Ale ktoś przyjdzie mi z pomocą. Rosa przetłumaczyła mu gorzkie żale głównego podejrzanego. Drwal, poliglota, pomyślał Fate, bez żadnego problemu przechodzi z angielskiego na hiszpański i na dodatek śpiewa po niemiecku. Jestem olbrzymem, który zbłądził w głębi spalonego lasu. Ale tylko ja wiem, jaki los mnie czeka. I znów rozległy się kroki i śmiechy, i dodające otuchy okrzyki, i pocieszające słowa więźniów i strażników eskortujących więźnia. A później zobaczyli ogromnego faceta o bardzo jasnych włosach, który wszedł do sali, schylając głowę w obawie, by nie walnąć w sufit, i uśmiechał się, jakby przed chwilą zrobił komuś psikusa, śpiewając po niemiecku pieśń zbłąkanego drwala, po czym obrzucił wszystkich inteligentnym i kpiarskim spojrzeniem. Strażnik, który go eskortował, zapytał Guadalupe Roncal, czy ma go przykuć do krzesła, Guadalupe Roncal pokręciła przecząco głową, a funkcjonariusz poklepał olbrzyma po ramieniu i wyszedł, strażnik stojący obok Fate'a i obu kobiet również wyszedł, przed wyjściem szepcąc jeszcze coś na ucho Guadalupe Roncal, i zostali sam na sam z więźniem. Dzień dobry - przywitał ich po hiszpańsku olbrzym [domniemany seryjny morderca kobiet – przyp. aut.]. Usiadł i wyciągnął nogi pod stołem, a jego stopy ukazały się po drugiej stronie. Miał na nogach czarne sportowe buty i białe skarpetki. Guadalupe Roncal cofnęła się o krok. Pytajcie, o co chcecie - powiedział olbrzym. Guadalupe Roncal uniosła dłoń do ust, jakby osłaniała się przed ja kimś trującym gazem, i nie wiedziała, o co zapytać.

Robert Bolano, 2666. Część Fate’a

Pięcioksiąg w części Fate’a, Roberta Bolano Ávalos, chilijskiego powieściopisarza, poety i autora opowiadań, przenosi nas do Stanów Zjednoczonych Ameryki i do meksykańskiego miasteczka Santa Teresa, gdzie też odbywa się zasadniczy zrąb akcji, w tym odcinku generalnie wciąż w toku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Czarnoskóry Quincy Williams (Oskar Fate) to obiecujący dziennikarz niszowego tudzież haarlemskiego dziennika nowojorskiego. Dostając nietypowe zlecenie na wykonani relacji z amerykańsko-meksykańskiej gali bokserskiej mającej mieć miejsce w nadgranicznej Santa Teresie odkrywa, że dzieje się tutaj daleko więcej niż mógłby sobie obiecywać ambitny felietonista. To tajemnicze zniknięcia młodych kobiet i ich okrutne potem seryjne morderstwa stopniowo toczą jego gryzipiórczą dociekliwość...



powrót ››