Blog

 

15.12.2022

2666. Część zbrodni

„Na widnokręgu góry zdawały się

spalać albo roztapiać,

ale on jechał i jechał w ich stronę”

„Nieprawdą jest, że istnieją

miejsca takie same jak inne. Świat

 jest drżeniem.”

„Uważamy się za inteligentnych,

a w rzeczywistości jesteśmy

tylko uparci.”

[…]

Martwa kobieta została znaleziona na niewielkim terenie nieużytków w kolonii Las Flores. Ubrana była w białą bluzkę z długimi rękawami i w spódnicę koloru żółtego, sięgającą do kolan, o numer za dużą. Znalazły ją dzieci bawiące się na otwartym polu i powiadomiły rodziców. Matka jednego z nich zadzwoniła na policję, która zjawiła się na miejscu pół godziny później. Teren nieużytków przylegał do ulicy Pelaez i ulicy Hermanos Chacón z jednej strony i sięgał aż do rowu nawadniającego, za którym wznosiły się mury mleczarni, opuszczonej już i zdewastowanej. Na ulicy nie było nikogo, policjanci więc w. pierwszej chwili pomyśleli, że to jakiś dowcip. Mimo to zatrzymali się wozem patrolowym na ulicy Pelaez i jeden z nich zapuścił się na teren nieużytków. Bardzo szybko natknął się na dwie klęczące w zaroślach kobiety, które z przykrytymi głowami modliły się. Kobiety z daleka wyglądały na stare, ale nie były stare. Przed nimi leżały zwłoki. Policjant, nie przeszkadzając im w modlitwie, wrócił po własnych śladach i, machając rękoma, przywołał kolegę, który czekał na niego, paląc papierosa w samochodzie. Następnie obaj wrócili (jeden z nich, ten, który został w samochodzie, wyjął pistolet z kabury) tam, gdzie znajdowały się kobiety, i stanęli przy nich, przyglądając się zwłokom. Ten, który trzymał pistolet w ręku, zapytał, czy ją znają. Nie, proszę pana, powiedziała jedna z kobiet. Nigdy jej nie widziałyśmy. Ta mała nie jest stąd.

[…]

Juan de Dios Martinez zaparkował swego szarego, metalizowanego cougara na parkingu zakładu psychiatrycznego. Przyjęła go dyrektorka zakładu, pięćdziesięcioletnia mniej więcej kobieta, o włosach farbowanych na blond; poleciła, by podano mu kawę. Gabinet dyrektorki był ładny i wydał mu się gustownie urządzony. Na ścianach wisiała reprodukcja obrazu Picassa i obrazu Diega Rivery. Juan de Dios Martinez, w oczekiwaniu na dyrektorkę, przez dłuższy czas przyglądał się reprodukcji Diega Rivery. Na biurku stały dwie fotografie: na jednej widać było dyrektorkę, o ileś lat młodszą, obejmującą dziewczynkę patrzącą prosto w obiektyw. Dziewczyn ka miała słodki i nieobecny wyraz twarzy. Na drugim zdjęciu pani dyrektor była jeszcze młodsza. Siedziała obok starszej kobiety, na którą patrzyła z rozbawioną miną. Starsza kobieta, na odwrót, miała poważny wyraz twarzy i patrzyła w obiektyw, jakby zrobienie sobie zdjęcia wydawało się jej czymś niestosownym. Kiedy dyrektorka wreszcie przyszła, śledczy nagle przypomniał sobie, że już od wielu lat nie zrobił sobie żadnego zdjęcia. Jednocześnie zauważył, że dyrektorka nadal jest bardzo ładna. Przez jakiś czas rozmawiali o wariatach. Ci niebezpieczni nie wychodzą poza zakład, poinformowała go dyrektorka. Ale niewielu było niebezpiecznych wariatów. Śledczy pokazał jej portret pamięciowy zrobiony przez rysownika. Dyrektorka przez parę sekund przyglądała się uważnie rysunkowi. Juan de Dios Martinez przyglądał się jej dłoniom. Miała pomalowane paznokcie, palce długie i chyba delikatne w dotyku. Na grzbiecie dłoni widniało kilka piegów, które mógł nawet policzyć. Dyrektorka powiedziała mu, że portret nie jest dobry i że może przedstawiać byle kogo. Później poszli zobaczyć obu wariatów. Przebywali na patio, ogromnym patio, pokrytym gołą ziemią, bez drzew, jak boisko piłkarskie w biednej dzielnicy. Strażnik ubrany w białą koszulkę i w białe spodnie przyprowadził im pierwszego. Juan de Dios Martinez usłyszał,  jak  dyrektorka pyta swego pacjenta o zdrowie. Później rozmawiali o jedzeniu. Wariat powiedział, że mięsa już prawie jeść nie może, ale powiedział to tak pokrętnie, że śledczy nie wiedział, czy narzeka na jakość wyżywienia, czy też powiadamia o jakiejś awersji do mięsa, odczuwanej przypuszczalnie od niedawna. Pani doktor powiedziała coś o proteinach. Wiaterek czasami przelatujący nad patio wichrzył włosy pacjentom. Trzeba wznieść mur, usłyszał słowa pani doktor. Kiedy wiatr wieje, stają się nerwowi, powiedział strażnik ubrany na biało. Następnie przyprowadzono drugiego. Juan de Dios Martinez pomyślał z początku, że to bracia, choć kiedy stanęli obok siebie, szybko zrozumiał, że podobieństwo jest powierzchowne. Może z daleka wszyscy wariaci są do siebie podobni, pomyślał.

[…]

Napaści na kościoły Świętego Rafała i Świętego Tadeusza [niezrównoważonego osobnika oddającego mocz i kał w ławach oraz na ołtarzach kościelnych – przyp. aut.] odbiły się w lokalnej prasie większym echem niż morderstwa kobiet z poprzednich miesięcy. Następnego dnia Juan de Dios Martinez obszedł, z dwoma policjantami, kolonię Kino i kolonię La Preciada, pokazując mieszkań com portret pamięciowy. Nikt nie rozpoznał napastnika. W porze obiadowej policjanci pojechali do centrum, a Juan de Dios Martinez zadzwonił do dyrektorki szpitala psychiatrycznego. Dyrektorka nie zajrzała doga zet i nie wiedziała o tym, co się zdarzyło ostatniej nocy. Juan de Dios zaprosił ją na obiad. Pani dyrektor, ku jego zaskoczeniu, przyjęła zaproszenie, więc umówili się w restauracji wegetariańskiej na ulicy Rio Usumacinta, w kolonii Podesta. Stawiwszy się w nieznanej sobie restauracji, poprosił o stolik dla dwóch osób i zamówił wstępnie whisky, nie wiedząc, że tu nie serwują napojów alkoholowych. Obsługujący go kelner, ubrany w kraciastą koszulę, w sandałach, popatrzył nań jak na chorego albo jak na osobę, która pomyliła restauracje. Lokal sprawił na nim miłe wraże nie. Siedzący przy innych stolikach klienci rozmawiali cichutko i słychać było muzykę szemrzącą niczym woda spływająca po kamiennych płytach. Pani dyrektor, choć dostrzegła go zaraz po wejściu, nie przywitała się, lecz zaczęła rozmawiać z barmanem przygotowującym soki. Dopiero po chwili podeszła do stolika. Miała na sobie szare spodnie i perłowy sweter z dekoltem. Na widok zbliżającej się pani dyrektor Juan de Dios Martinez wstał i podziękował za przyjęcie zaproszenia. Pani dyrektor uśmiechnęła się: miała drobne, regularne zęby, bardzo białe i ostre, co przydawało jej uśmiechowi mięsożernego wyrazu i kłóciło się ze specjalizacją restauracji. Kelner zapytał ich, na co mają ochotę. Juan de Dios Martinez zajrzał do karty, a następnie poprosił, by raczej ona zamówiła coś dla niego. Czekając na dania, opowiedział jej o zajściu w Świętym Tadeuszu. Pani dyrektor wysłuchała go z uwagą, a na koniec zapytała, czy opowiedział jej wszystko. To wszystko, co wiemy, powiedział jej śledczy. Obaj moi pacjenci spędzili noc w szpitalu, poinformowała pani dyrektor. Wiem, odparł. Jak to? Po kościele udałem się do szpitala. Poprosiłem ochroniarza i pielęgniarkę, żeby poprowadzili mnie do pokoju pani pacjentów. Obaj spali. Żadnego śladu moczu na ubraniach. Nie pozwolono im wyjść. To, co mi pan opowiada, jest nielegalne, powiedziała pani dyrektor. Za to oni nie są już podejrzani, stwierdził śledczy. A poza tym nie obudziłem ich. Niczego nie są świadomi. Pani dyrektor przez jakiś czas jadła w milczeniu. A jemu coraz bardziej podobała się muzyka brzmiąca jak szum wody. Powiedział jej to. Chciałbym kupić tę płytę, powiedział. Szczerze jej to powiedział. Pani dyrektor zdawała się nie słuchać. Na deser podano im figi. Juan de Dios Martinez powiedział, że od lat nie jadł fig. Pani dyrektor poprosiła o kawę i chciała zapłacić rachunek, ale jej nie pozwolił. Nie przyszło mu to łatwo. Musiał bardzo nalegać, a pani dyrektor zdawała się całkiem nieczuła na jego prośby. Gdy opuścili restaurację, podali sobie dłonie, tak jakby już nigdy więcej nie mieli się spotkać.

[…]

Pytanie tylko, jak mamy z tym wszystkim skończyć. Masz jakiś pomysł? Tak na już, to postawić policjanta w każdym kościele i czekać na pierwszy ruch Pokutnika, zaproponował Juan de Dios Martinez. Mój brat jest bardzo wierzący, powiedział szef policji, jakby myślał na głos. Muszę go o parę rzeczy popytać. A jak myślisz, Juanie de Dios, gdzie mieszka Pokutnik? Nie wiem, szefie, odparł śledczy, wszędzie może mieszkać, chociaż jeśli ma samochód, to nie sądzę, by mieszkał w Kino. Kiedy Juan de Dios Martinez wrócił o piątej rano do domu, zobaczył, że ma na sekretarce automatycznej nagraną wiadomość od pani dyrektor zakładu psychiatrycznego. Osoba, której pan szuka, informował go głos pani dyrektor, cierpi na sakrofobię.

[…]

W tym okresie dziennik „La Razón” z DF-u [Distrito Federal - z terenu wydzielonego ze stanu Meksyk, potocznie nazwa stolicy miasta Meksyk wraz z obszarem metropolitalnym - przyp. aut.] wysłał Sergia Gonzaleza, by napisał reportaż o Pokutniku. Sergio González miał trzydzieści pięć lat, niedawno się rozwiódł i bardzo potrzebował pieniędzy. W normalnej sytuacji nie przyjąłby zlecenia, był bowiem dziennikarzem działu kultury, a nie kroniki policyjnej. Pisał recenzje książek z dziedziny filozofii, których zresztą nikt nie czytał, ani książek, ani jego recenzji, pisał również, choć sporadycznie, o muzyce i wystawach malarstwa. Od czterech lat był etatowym pracownikiem „La Razón” i może nie żył dostatnio, ale na pewno całkiem znośnie, póki nie doszło do rozwodu, bo od tego czasu brakowało mu pieniędzy na wszystko. W swoim dziale (gdzie nierzadko pisał pod pseudonimem, żeby czytelnicy nie wiedzieli, że wszystkie materiały pisze jedna i ta sama osoba, czyli on) niczego więcej już nie mógł publikować, więc naciskał na szefów innych działów, by zlecali mu jakieś prace ekstra, dzięki którym mógłby związać koniec z końcem. I tak oto pojawiła się propozycja, by pojechał do Santa Teresa, tam przygotował materiał o Pokutniku i wrócił. Reportaż zlecił szef dodatku niedzielnego gazety, który lubił i cenił Gonzaleza, i sądził, że dzięki temu upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu: z jednej strony da zarobić koledze, a z drugiej pozwoli mu na krótkie, trzy-, czterodniowe, wakacje na północy, w regionie słynącym z dobrej kuchni, w miarę czystego powietrza, i o żonie może trochę zapomni. I w ten oto sposób w lipcu 1993 roku Sergio González poleciał do Hermosillo, a stamtąd ruszył autokarem do Santa Teresa. Rzeczywiście, zmiana klimatu fantastycznie mu zrobiła. Niebo nad Hermosillo, intensywnie błękitne, niemal metaliczne, oświetlone od spodu, prawie natychmiast podniosło dziennikarza na duchu. Ludzie na lotnisku, a potem na ulicach, wydali mu się sympatyczni, beztroscy, jakby znalazł się w zupełnie innym państwie i dostrzegał jedynie dobre strony jego mieszkańców. W Santa Teresa, mieście, które na pierwszy rzut oka uznał za miasto uprzemysłowione, z bardzo małym bezrobociem, zatrzymał się w tanim śródmiejskim hotelu El Oasis, na ulicy wybrukowanej jeszcze w połowie XIX wieku, w czasach wielkiej Reformy, a następnie udał się do redakcji „El Heraldo del Norte” i „La Voz de Sonora”, gdzie długo rozmawiał z dziennikarzami prowadzącymi sprawę Pokutnika, którzy poinstruowali go, jak ma trafić do czterech sprofanowanych kościołów. Odwiedził je w ciągu jednego dnia, w towarzystwie taksówkarza, który za każdym razem czekał nań w kruchcie. Zdołał przeprowadzić rozmowę z dwoma księżmi, z kościoła Świętego Tadeusza i Świętej Katarzyny, ale niewiele nowego wnieśli do jego dotychczasowych ustaleń, aczkolwiek proboszcz Świętej Katarzyny zasugerował mu, by miał oczy szeroko otwarte, albowiem profanator kościoła, a teraz już i morderca, nie był największym złem nękającym miasto. Na policji udostępniono mu portret pamięciowy, ponadto udało mu się umówić z Juanem de Dios Martinezem, śledczym zajmującym się tą sprawą.

[…]

W biurze śledczych zastał jedynie dwóch facetów grających w kości i jednego, który im się przyglądał. Wszyscy trzej byli śledczymi. Sergio González przedstawił się i usiadł na krześle, by poczekać, powiedzieli mu bowiem, że Juan de Dios Martínez powinien przyjść lada chwila. Śledczy ubrani byli w kurtki i dresy. Obaj gracze mieli przed sobą filiżanki z czarną fasolą. Po każdym rzucie kośćmi brali ze swoich filiżanek odpowiednią ilość ziaren i kładli je na środku stołu. Gonzalezowi wydało się to dziwne, że dwóch całkiem normalnych mężczyzn gra na ziarna fasoli, ale jego zdziwienie jeszcze bardziej się wzmogło, kiedy zauważył, że niektóre ziarna odłożone na środek stołu podskakują. Przyjrzał się uważnie i rzeczywiście, od czasu do czasu jedno ziarno podskakiwało, może dwa, nie za wysoko, może cztery centymetry w górę, może dwa, ale mimo wszystko to był skok. Gracze nie zwracali uwagi na ziarna fasoli. Wkładali kości, pięć kości do kubka, potrząsali nim i gwałtownie stawiali odwrócony kubek na blacie. Po każdym rzucie, swoim lub przeciwnika, wypowiadali słowa, których González nie zrozumiał. Mówili: ławą dzwońce, poczywaj, a ja pobruszę, przygarść walnąć, otorbisz się, bałwanki cwane, rokokongo, jakby wymawiali imiona jakichś bogów albo wyliczali elementy rytuału, którego sami nie rozumieli, choć wszyscy muszą go przestrzegać. Śledczy siedzący z boku co chwila kiwał potakująco głową. Sergio González zapytał go, czy ta fasola to skaczące fasolki. Śledczy spojrzał nań i przytaknął. Nigdy dotąd nie widziałem tylu skaczących fasolek, powiedział Sergio González. Prawdę mówiąc, po raz pierwszy w życiu widział skaczące fasolki. Kiedy w końcu zjawił się Juan de Dios Martínez, dwóch śledczych nie przerwało gry. Juan de Dios Martínez miał na sobie szary, trochę pognieciony garnitur i ciemnozielony krawat. Usiedli przy jego biurku, jedynym, jak González zdołał zauważyć, na którym panował porządek, i zaczęli rozmawiać o Pokutniku. Śledczy stwierdził, zastrzegając się zarazem, iż ta opinia nie jest przeznaczona do druku, że Pokutnik jest osobą chorą. A na co jest chory, wyszeptał González, zdawszy sobie z miejsca sprawę, że Juan de Dios Martínez nie chce, żeby koledzy słyszeli ich rozmowę. Na sakrofobię, powiedział śledczy. A co to jest, spytał González. Strach przed obiektami sakralnymi i awersja wobec nich, odparł śledczy. Jego zdaniem Pokutnik nie profanował kościołów, zamierzając z premedytacją popełnić morderstwo. To były śmierci przypadkowe, Pokutnik chciał jedynie wyładować swoją wściekłość na świętych obrazach.

[…]

Co to jest ta sakrofobia? spytał Juan de Dios Martínez panią dyrektor. Czy może mnie pani nieco oświecić? Pani dyrektor powiedziała, że nazywa się Elvira Campos, i poprosiła o whisky. Juan de Dios Martínez poprosił o piwo i rozejrzał się po lokalu. Na tarasie akordeonista i towarzysząca mu skrzypaczka usiłowali, z miernym skutkiem, przyciągnąć uwagę mężczyzny ubranego jak farmer. Handlarz narkotykami, pomyślał Juan de Dios Martínez, choć nie mógł go rozpoznać, bo ten siedział tyłem. Sakrofobia to strach przed sacrum, awersja wobec niego, wobec przedmiotów sakralnych, szczególnie wobec przynależnych do twojej religii, powiedziała Elvira Campos. Już chciał sięgnąć po przykład Drakuli, który unikał krzyży, jak mógł, ale pomyślał, że pani dyrektor go wyśmieje. I pani uważa, że Pokutnik cierpi na sakrofobię? Zastanawiałam się nad tym i sądzę, że tak. Parę dni temu zasztyletował księdza i jeszcze jedna osobę, powiedział Juan de Dios Martínez. Akordeonista był bardzo młody, góra dwadzieścia lat, nie więcej, i był okrąglutki jak jabłko. Ale jego ruchy i gesty były właściwe raczej mężczyźnie dwudziestopięcioletniemu, oprócz uśmiechu, a uśmiechał się często i wtedy natychmiast człowiek zdawał sobie sprawę, jak bardzo młody jest ten chłopak i jakim jest żółtodziobem. Nie nosi przy sobie noża po to, żeby atakować kogokolwiek, to znaczy atakować żywą osobę, ale po to, żeby niszczyć kościelne obrazy, powiedziała pani dyrektor. Możemy przejść na ty? spytał Juan de Dios Martínez. Elvira Campos uśmiechnęła się i kiwnęła głową potakująco. Jest pani bardzo atrakcyjną kobietą, powiedział Juan de Dios Martínez. Szczupła i atrakcyjna. Nie lubi pan szczupłych kobiet? spytała pani dyrektor. Skrzypaczka była wyższa od akordeonisty i nosiła czarną bluzkę i czarne rurki. Włosy miała gładkie i długie aż po pas, czasem zamykała oczy, szczególnie w trakcie tych partii, kiedy akordeonista nie tylko grał, ale również śpiewał. Najsmutniejsze w tym wszystkim, pomyślał Juan de Dios Martínez, jest to, że handlarz narkotykami, czy też wygarnirowane plecy domniemanego handlarza, właściwie nie zwracał na muzyków uwagi, zajęty rozmową z mężczyzną o profilu mangusty i z kobietą o kocim profilu. Nie przeszliśmy na ty? zapytał Juan de Dios Martinez. W rzeczy samej, odparła pani dyrektor. I jest pani pewna, że Pokutnik cierpi na sakrofobię? Pani dyrektor powiedziała mu, że przejrzała archiwa szpitala psychiatrycznego, szukając ewentualnej dokumentacji pacjenta o profilu zbliżonym do Pokutnika. Nic nie znalazła. Zero. Na podstawie tego, co pan mówi o jego przypuszczalnym wieku, skłonna byłabym twierdzić, że przebywał wcześniej w szpitalu psychiatrycznym. Chłopak od akordeonu zaczął nagle stepować. Ze swego miejsca nie mogli go słyszeć, ale wykrzywia! twarz w grymasach, szczególnie usta i brwi, a później potargał włosy ręką i wydawało się, że kpi sobie w najlepsze. Skrzypaczka miała zamknięte oczy. Kark handlarza drgnął. Juan de Dios Martinez pomyślał, że chłopak w końcu osiągnął to, co chciał. Przypuszczalnie w jednym ze szpitali w Hermosillo albo w Tijuanie może znajdować się jego dokumentacja. Nie sądzę, aby jego obraz kliniczny wyróżniał się czymś szczególnym. Być może jeszcze do niedawna brał środki uspokajające. Może przestał je brać, powiedziała pani dyrektor.

[…]

Są przypadki dziwniejsze od sakrofobii, powiedziała Elvira Campos, tym bardziej jeśli mamy na uwadze, że żyjemy w Meksyku i że tu religia zawsze była problemem, do tego stopnia, że ośmieliłabym się nawet stwierdzić, iż w gruncie rzeczy wszyscy w Meksyku cierpimy na sakrofobię. Niech pan pomyśli o lęku klasycznym, gefyrofobii. Wiele osób na to cierpi. Co to jest gefyrofobia? To lęk przed mostami. Faktycznie, znałem takiego jednego faceta, no, chłopca, prawdę mówiąc, który zawsze, kiedy przechodził przez most, bał się, że ten się zawali, więc przebiegał jak najszybciej, co było jeszcze bardziej niebezpieczne. To klasyczny lęk, stwierdziła Elvira Campos. Następny klasyk to klaustrofobia. Lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami. I jeszcze jeden: agorafobia. Lęk przed otwartymi przestrzeniami. Te akurat znam, przyznał Juan de Dios Martínez. Kolejny klasyk: nekrofobia. Strach przed zmarłymi, powiedział Juan de Dios Martínez, znałem takich. Jeśli jesteś policjantem, to masz przechlapane. Istnieje również hematofobia, lęk przed krwią. Zgadza się, potwierdził Juan de Dios Martínez. I pekkatofobia, lęk przed popełnieniem grzechu. Ale istnieje jeszcze mnóstwo dziwniejszych lęków. Na przykład klinofobia. Wiesz, co to jest? Pojęcia nie mam, powiedział Juan de Dios Martínez. Lęk przed łóżkami. Można bać się łóżka albo mieć awersję do łóżka? Można, są i tacy. Ale można sobie z tym dać radę, sypiając na podłodze lub nie wchodząc do sypialni. Mamy również tiychofobię, czyli lęk przed włosami. To już nieco bardziej skomplikowane, nieprawdaż? I to jeszcze jak. Znane są przypadki trychofobii, które doprowadziły do samobójstwa. I jest również werbofobia, lęk przed słowami. W tym przypadku najlepiej siedzieć cicho, powiedział Juan de Dios Martínez. To jest jednak bardziej skomplikowane, bo słowa są przecież wszędzie, nawet w milczeniu, które nigdy nie jest całkowitym milczeniem, prawda? Mamy jeszcze westifobię, strach przed odzieżą. Wygląda na dziwną przypadłość, ale jest bardziej rozpowszechniona, niż się wydąje. I oprócz tego strach dość powszedni: jatrofobia, czyli lęk przed lekarzami. Albo gynefobia, czyli strach przed kobietami, na którą to przypadłość cierpią, rzecz naturalna, wyłącznie mężczyźni. Fobia bardzo rozpowszechniona w Meksyku, choć kryjąca się często pod różnymi przebraniami. Czy nie ma w tym aby przesady? Nic a nic: Meksykanie boją się kobiet. Zatkało mnie, przyznał Juan de Dios Martinez. Ponadto są jeszcze dwa lęki, które w gruncie rzeczy są bardzo romantyczne: ombrofobia i talassofobia, czyli strach przed deszczem i lęk przed morzem. I kolejne dwa lęki, również niepozbawione, do jakiegoś stopnia, nutki romantyzmu: antofobia, strach przed kwiatami, i dendrofobia, lęk przed drzewami. Być może niektórzy Meksykanie cierpią na gynefobię, rzekł Juan de Dios Martinez, ale nie wszyscy, niech pani nie panikuje. A co to jest optofobia, jak pan sądzi? spytała pani dyrektor. Opto, opto, coś z oczami, Cholerka, lęk przed oczami? Gorzej: strach przed otwarciem oczu. W sensie przenośnym odpowiada to temu, co przed chwilą powiedział mi pan o gynefobii. W sensie dosłownym powoduje gwałtowne zaburzenia, utratę przytomności, halucynacje wizualne i słuchowe i zachowanie na ogół agresywne. Znam, nie z własnej praktyki, rzecz jasna, dwa przykłady, w których pacjent doprowadził się do samookaleczenia. Wydłubał sobie oczy? Palcami, paznokciami, powiedziała pani dyrektor. A niech to, zareagował Juan de Dios Martinez. Mamy jeszcze, a jakże, pedifobię, strach przed dziećmi, i balistofobię, strach przed kulami. To moja fobia, powiedział Juan de Dios Martinez. No tak, tak sądzę, to całkiem zrozumiałe, skonstatowała pani dyrektor. Kolejna fobia, z tendencją wzrostową, to topofobia, strach przed ruchem i jakąkolwiek zmianą miejsca. Który to lęk może się pogłębiać, jeśli topofobia okazuje się agyrofobią, strachem przed ulicami i przejściem przez ulicę. I nie zapominajmy o chromofobii, strachu przed kolorami, czy też nyktofobii, lęku przed nocą, lub ergofobii, strachu przed pracą. Bardzo rozpowszechnionym lękiem jest decidofobia, lęk przed podejmowaniem decyzji. I lęk, który zaczyna się ostatnio rozpowszechniać: antropofobia, czyli lęk przed ludźmi. Niektórzy Indianie cierpią bardzo wyraźnie na astrofobię, czyli strach przed niektórymi zjawiskami meteorologicznymi, jak błyskawice, grzmoty, pioruny. Ale najgorszymi fobiami, moim zdaniem, są: pantofobia, strach przed wszystkim, i fobofobia, czyli strach przed fobiami. Gdyby przyszło panu cierpieć na jedną z nich, którą by pan wybrał? Fobofobię, odpowiedział Juan de Dios Martinez. Niech się pan dobrze zastanowi, ten lęk ma swoje niedogodności. Jeśli mam wybrać między strachem przed wszystkim a strachem przed własnym strachem, to wybieram to drugie, proszę nie zapominać, że jestem policjantem i gdybym miał się bać wszystkiego, to nie mógłbym w ogóle pracować. Ale jeśli boi się pan własnych lęków, pańskie życie może zamienić się w nieustanne obserwowanie strachu, a jeśli lęki się uaktywniają, w następstwie powstaje mechanizm samonapędzający się, łańcuch, z którego trudno się wyrwać, powiedziała pani dyrektor.

[…]

Tej nocy szef policji w Santa Teresa spał spokojnie. Śnił mu się brat bliźniak. Mieli piętnaście lat, byli biedni, lubili chodzić po wzgórzach pełnych krzaków, gdzie wiele lat później miała powstać kolonia Lindavista. Przeszli przez wąwóz, gdzie czasami dzieciaki chodziły łapać, w porze deszczowej, ropuchy, które były jadowite i trzeba je było zabijać, ciskając w nie kamieniami, choć jego i jego brata interesowały nie ropuchy, tylko jaszczurki. O zmierzchu wracali do Santa Teresa i dzieciaki rozbiegały się na wszystkie strony, jak pokonani żołnierze. Na obrzeżach miasta zawsze był duży ruch, pełno było TIR-ów jadących do Hermosillo albo na północ, albo kursujących do Nogales. Niektóre z nich miały dziwne napisy. „Spieszysz się? Przeleć mnie pod spodem”. Inny głosił: „Przeleć mnie z lewej. Wystarczy...”. A inny: „Jak ci się podobają moje zderzaki?”. We śnie ani on, ani jego brat nie odzywali się, ale tak samo gestykulowali, tak samo stawiali kroki, w tym samym rytmie, tak samo machali rękoma. Brat był już znacznie wyższy od niego, ale nadal byli do siebie podobni. A potem zagłębiali się w pierwsze ulice Santa Teresa i szli po chodnikach, i sen powoli zamieniał się w przyjemną żółtą mgłę.

[…]

Kolejna martwa kobieta została znaleziona w pobliżu szosy do Hermosillo, dziesięć kilometrów od Santa Teresa, dwa dni po tym, jak natrafiono na dało Lucy Annę Sander. Odkrycia dokonało czterech pracowników i siostrzeniec właściciela rancza. Szukali, od ponad dwudziestu godzin, zbiegłego bydła. Pięciu tropicieli jechało konno i siostrzeniec, przekonawszy się, że kobieta nie żyje, wysłał jednego z parobków z powrotem na ranczo, każąc mu powiadomić właściciela, sam zaś pozostał z resztą na miejscu, ze zdumieniem przyglądając się przedziwnemu ułożeniu zwłok. Głowa denatki zakopana była w dziurze. Jakby morderca - niewątpliwie szalony - sądził, że wystarczy zakopać samą głowę. Albo jakby był przekonany, że zasypując głowę ziemią, sprawi, że reszta ciała też pozostanie niewidoczna. Zwłoki leżały głową w dół, z rękami blisko ciała. Brakowało im palców wskazujących i kciuków obu dłoni. Na klatce piersiowej widniały plamy zakrzepłą krwi. Kobieta ubrana była w sukienkę z lekkiej tkaniny koloru fioletowego rozpinaną z przodu. Nie miała rajstop ani butów. W późniejszym raporcie lekarza sądowego stwierdzano, że pomimo licznych ran zadanych nożem w pierś i ramiona, przyczyną zgonu było uduszenie ze złamaniem kości gnykowej. Nie znaleziono śladów zgwałcenia. Sprawę prowadził śledczy José Márquez, który szybko ustalił, że zamordowana kobieta nazywała się América Garda Cifuentes, miała dwadzieścia trzy lata i pracowała jako kelnerka w barze Serafino’s, którego właścicielem był niejaki Luis Chantre, notowany w policyjnych kartotekach jako sutener i mający opinię kapusia.

[…]

W lipcu 1994 roku nie zginęła żadna kobieta, za to pojawił się mężczyzna, który zadawał pytania. Przyjeżdżał w soboty po południu i wyjeżdżał w niedziele w nocy albo nad ranem w poniedziałek. Był średniego wzrostu, miał czarne włosy i brązowe oczy i ubierał się jak kowboj. Na początku chodził w kółko, jakby dokonywał jakichś pomiarów, po głównym placu, ale potem został częstym bywalcem niektórych dyskotek, w szczególności El Pelícano, ale także Domino’s. Nigdy nie pytał o nic wprost. Wyglądał na Meksykanina, ale mówił po hiszpańsku z jankeskim akcentem, słownictwo miał ubogie i nie rozumiał tak uwielbianych przez Meksykanów kalamburów z podtekstem, zresztą kiedy spojrzało mu się w oczy, człowiekowi odechciewało się kalamburów. Przedstawiał się jako Harry Magaña, tak przynajmniej zapisywał swoje imię i nazwisko, ale wymawiał je Magana, co jego rozmówcy często słyszeli jak Macgana, jakby ten pieprzony pedał był potomkiem Szkotów. Gdy zjawił się w Domino’s po raz drugi, zaczął rozpytywać o niejakiego Miguela, a może Manuela, młodego faceta, dwudziestoparoletniego, takiego to a takiego wzrostu, takiej to a takiej budowy, sympatyczny gość ten cały Miguel czy Manuel, dobrze mu z oczu patrzy, ale nikt nic nie wiedział albo nie chciał mu nic powiedzieć. Pewnej nocy zaprzyjaźnił się z jednym z barmanów z dyskoteki i kiedy ten ostatni wyszedł z pracy, Harry Magaña czekał na niego, siedząc w swoim samochodzie. Następnego dnia nie mógł pójść do pracy, gdyż, jak twierdził, miał wypadek. Wszystkich zamurowało, kiedy, cztery dni później, wrócił do Domino’s z opuchniętą, pełną blizn twarzą, brakowało mu trzech zębów, a kiedy unosił koszulkę, by zademonstrować swoje obrażenia, odsłaniał bezlik sińców mieniących się rozmaitymi kolorami na plecach i torsie. Jąder nie pokazał, ale na lewym podobno miał jeszcze ślad po gaszonym papierosie. Zapytali go oczywiście, co to za nieszczęśliwy wypadek go spotkał, a on odparł, że owej pamiętnej nocy pił do późna w towarzystwie Harry’ego Magañi właśnie i że gdy pożegnał się z gringo i skierował się do swojego mieszkania na ulicy Tres Vírgenes, grupka pięciu cwaniaków napadła na niego i spuściła mu tak spektakularne manto.

[…]

Według staruszki, która mieszkała u wylotu zaułka, Isabel była kobietą, jakich dziś już prawie nie ma. Kobietą z krwi i kości. Pewnego dnia pijany sąsiad bil swoją żonę. Wszyscy mieszkańcy zaułka Las Ánimas słyszeli krzyki, już to głośniejsze, już to cichsze, jakby bita kobieta rodziła, jakby był to jeden z tych trudnych porodów, z komplikacjami, przy których umiera w końcu i matka, i aniołek. Tylko że kobieta wcale nie rodziła, tylko była bita. I wówczas staruszka usłyszała kroki i podeszła do okna. W ciemnościach zaułka dostrzegła postać, bez wątpienia postać Isabelity. Inny na jej miejscu odszedłby spokojnie do swojego domu, staruszka zobaczyła jednak, że Krowa się zatrzymuje. Stała bez ruchu, nasłuchując. W tej chwili krzyki nie były zbyt głośne, ale po kilku minutach ich natężenie znów się wzmogło, i przez cały ten czas, pomarszczona staruszka uśmiechnęła się do policjanta, Krowa stała tam bez ruchu, czekając, jak ktoś, kto spaceruje sobie ulicą i nagle słyszy swoją ulubioną piosenkę, najsmutniejszą piosenkę świata dochodzącą z któregoś okna. I okno zostało już zidentyfikowane. W to, co nastąpiło później, trudno uwierzyć. Krowa weszła do domu i po chwili wyszła z niego, wywlekając mężczyznę za włosy. Widziałam to ja, powiedziała staruszka, ale pewnie widzieli to wszyscy, tylko że nikt nic nie powiedział, ze wstydu, przypuszczam. Biła się jak facet i gdyby kobieta pijaka nie wybiegła z domu i nie zaczęła błagać, by, na miłość boską, przestała go okładać, Krowa pewnikiem by go zabiła. Inna sąsiadka zeznała, że była to kobieta agresywna, która późno wracała do domu, prawie zawsze nietrzeźwa, a potem nie wyściubiała nosa z mieszkania do piątej po południu. Epifanio szybko ustalił, że w ostatnim czasie Krowę odwiedzali dwaj mężczyźni, jeden z nich miał ksywkę Mariachi, a drugi Kruk, były okresy, że dzień w dzień zostawali u niej na noc albo przychodzili po nią, ale czasem znikali bez śladu, jakby zapadli się pod ziemię. Przyjaciele Krowy byli prawdopodobnie muzykami, za czym przemawiały nie tylko ksywka pierwszego z nich, ale też i to, że kilkakrotnie widziano ich w zaułku z gitarami pod pachą. Podczas gdy Epifanio zaczął się rozglądać w centrum i przy Madero-Norte, w lokalach, w których grano muzykę na żywo, śledczy Juan de Dios Martínez nadal prowadził czynności dochodzeniowe w zaułku Las Ánimas. Płynące z nich konkluzje byty następujące: 1) Zgodnie z opinią większości kobiet Krowa była dobrym człowiekiem. 2) Krowie nigdy nie brakowało pieniędzy, chociaż nie pracowała. 3) Krowa bywała niebywale agresywna i miała wyrobioną opinię, może nieco prymitywną, ale jednak opinię, na temat tego, co dobre i co złe. 4) Ktoś dawał Krowie pieniądze w zamian za coś.

[…]

W tym samym czasie w jednej z lokalnych stacji telewizyjnych Sonory wystąpiła jasnowidzka Florita Almada, której zwolennicy, a nie było ich znowu tak wielu, nadali przydomek Święta. Florita Almada miała siedemdziesiąt lat i, stosunkowo niedawno, dziesięć lat temu, doznała objawienia. Widziała rzeczy, których nikt nie widział. Słyszała rzeczy, których nikt nie słyszał. I umiała znaleźć spójne wyjaśnienie wszystkiego, co się jej przytrafiało. Zanim została jasnowidzką, była zielarką, i to był jej prawdziwy zawód, tak twierdziła, gdyż jasnowidz to ktoś, kto widzi, a ona czasami nie widziała nic, obrazy były rozmazane, dźwięk niewyraźny, jakby antena, która wyrosła w jej głowie, była źle dostrojona, albo jakby podziurawiły ją kule w jakiejś strzelaninie, albo jakby była wykonana z folii aluminiowej i wiatr bawi! się z nią według własnego widzimisię. Tak więc, chociaż uważała się za jasnowidzkę, albo przynajmniej pozwalała, by jej zwolennicy uznawali ją za jasnowidzkę, sama wierzyła raczej w zioła i kwiaty, zdrową żywność i modlitwę. Osobom cierpiącym na nadciśnienie doradzała, by zrezygnowały z jedzenia jajek i sera, i białego pieczywa, gdyż są to produkty bogate w sód, a sód przyciąga wodę, przez co zwiększa się objętość krwi i podnosi ciśnienie tętnicze. Proste jak drut, mówiła Florita Almada. Choćbyś nie wiem jak lubił jeść na śniadanie jajka po farmersku albo jajka po meksykańsku, jeśli cierpisz na nadciśnienie, lepiej, żebyś przestał jeść jajka. A kiedy już przestanie się jeść jajka, łatwo przestać jeść mięso i ryby i żywić się jedynie ryżem i owocami. To znakomicie robi na zdrowie, żywić się tylko ryżem i owocami, zwłaszcza gdy się przekroczyło czterdziestkę. Krytykowała też nadmierne spożycie tłuszczów. Całkowite spożycie tłuszczów, mawiała, nie powinno nigdy przekroczyć dwudziestu pięciu procent kalorii dostarczanych organizmowi wraz z pożywieniem. Ideałem jest, by spożycie tłuszczów ustaliło się na poziomie nieprzekraczającym piętnastu, dwudziestu procent. Ale pożywienie osób, które pracują, składa się często nawet w osiemdziesięciu czy dziewięćdziesięciu procentach z tłuszczów, a jeśli ich zatrudnienie jest w miarę stale, spożycie tłuszczów wzrasta nawet do stu procent, co zasługuje na zdecydowane potępienie. Natomiast spożycie tłuszczów wśród osób, które pracy nie mają, waha się pomiędzy trzydziestoma a pięćdziesięcioma procentami, co w gruncie rzeczy również jest prawdziwym nieszczęściem, mało, że ci biedni ludzie są niedożywieni, to w dodatku są niedożywieni w sposób godny ubolewania, nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi, ciągnęła Florita Almada, w rzeczywistości bycie niedożywionym już samo w sobie jest nieszczęściem, a bycie niedożywionym w sposób godny ubolewania tak naprawdę nie umniejsza w niczym ani też nie powiększa tego nieszczęścia, być może nie wyraziłam się dość jasno, chcę tylko powiedzieć, że tortilla z chili jest o wiele zdrowsza niż kiełbaski z psa, kota, a może nawet szczura, mówiła, jakby przepraszając za swoje słowa. Z drugiej strony, była przeciwna sektom, uzdrawiaczom i wszelkiej maści niegodziwcom, którzy naciągają prostych ludzi. Botanomancję - sztukę przepowiadania przyszłości z roślin - uważała za zwykłe oszustwo. Wiedziała wszakże bardzo dobrze, o czym mówi, gdyż kiedyś wyjaśniła pewnemu uzdrawiaczowi od A do Z rozmaite odnogi tej wróżbiarskiej sztuki: no więc mamy botanoskopię, która opiera się na formach, ruchu i reakcjach roślin, dzielącą się z kolei na kromiomancję i liknomancję, dla nich podstawowymi roślinami są cebule i pączki rozmaitych kwiatów, które mają zakiełkować lub rozkwitnąć, na dendromancję, sztukę wróżenia z drzew- na filomancję, zajmującą się liśćmi, i ksylomancję, która również wchodzi w skład botanoskopii polega na wróżeniu z drewna i gałęzi, co samo w sobie wydaje się ładne, wydaje się poetyckie, ale raczej nie po to, by przewidywać przyszłość, lecz po to, by złagodzić napięcie powodowane przez epizody z przeszłości i by napełnić energią i pokojem teraźniejszość. Mamy też botanomancję kleromantyczną, dzielącą się z kolei na kiamobolię, wykorzystującą białe ziarnka bobu i jedno czarne, jej odgałęzieniami są również rabdomancja i palomancja, w których używa się drewnianych różdżek i którym ona osobiście nie była przeciwna, w związku z tym nie miała o nich nic do powiedzenia. Nie należało również zapominać o roślinnej farmakologii, zajmującej się zastosowaniem roślin halucynogennych, do której ona sama również nie miała zastrzeżeń. Po to właśnie każdy ma swój rozum. Są ludzie, którym to pomaga i są tacy, zwłaszcza młodzi leserzy skłonni do wpadania w różne uzależnienia, którym szkodzi. Ona wolała nie być ani na tak, ani na nie. Kolejną dyscypliną była botanomancja meteorologiczna, dziedzina nader interesująca, na której znało się bardzo niewielu specjalistów, można ich było policzyć na palcach jednej ręki, polegająca na obserwacji zachowania się roślin. Na przykład: jeśli mak podnosi płatki, to znaczy, że będzie ładna pogoda. Na przykład: kiedy topola zaczyna się trząść, to znaczy, że wydarzy się coś nieprzewidzianego. Inny przykład: jeśli mały kwiatek o białych płateczkach i maleńkim żółtym środku, zwany pijuli, schyla głowę, znaczy to, że będzie upał. Jeszcze jeden przykład: kiedy inny kwiatek, ten, który ma takie żółtawe, a czasami różowe płatki, i który w Sonorze zwany jest, nie mam pojęcia dlaczego, kamforą, a w Sinaloa kruczym dziobem, bo widziany z daleka przypomina radosnego ptaszka, zwija, spryciarz jeden, swoje płatki, to znaczy, że będzie padać. No i na koniec mamy też radiestezję, polegającą niegdyś na wróżeniu za pomocą leszczynowej laski, zastąpionej później wahadełkiem, o której to dyscyplinie Florita Almada nie miała nic do powiedzenia. W życiu albo coś się wie, albo się nie wie, a kiedy się nie wie, najlepiej spróbować się dowiedzieć. Ale póki się nie wie, o wiele lepiej milczeć, chyba że to, co się mówi, ma usprawnić proces uczenia się. Jeśli chodzi o nią samą, tłumaczyła, całe jej życie było właśnie nieustannym procesem zdobywania wiedzy. Nauczyła się pisać i czytać dopiero, gdy miała, by podać okrągłą liczbę, dwadzieścia lat.

[…]

Notowała w zeszycie wrażenia z lektur i przemyślenia na ich temat. Czytała stare magazyny i gazety, czytała programy polityczne, które co jakiś czas rozrzucali we wsi wąsaci młodzieńcy w furgonetkach, i aktualne gazety, czytała nieliczne książki, jakie udało się zdobyć, a mąż zaczął przywozić jej z każdej służbowej podróży do którejś z sąsiednich miejscowości książki, które zdarzało mu się kupować nie na sztuki, lecz na kilogramy. Pięć kilo książek. Dziesięć kilo. Raz przywiózł nawet dwadzieścia kilo. A ona przeczytała je wszystkie, bez wyjątku, i z każdej wyciągnęła jakąś naukę. Czasami czytała magazyny wydawane w mieście Meksyk, czasami czytała książki historyczne, czasami książki religijne, czasami książki nieprzyzwoite, od których się czerwieniła, w samotności, siedząc przy stole, w kręgu rzucanego przez lampę naftową światła, zdającego się tańczyć lub przybierać demoniczne kształty, czasem czytała książki techniczne poświęcone uprawie winorośli lub budowaniu domów z prefabrykatów, czasem czytała horrory i książki o duchach, jednym słowem, wszystko, co boska opatrzność była łaskawa umieścić w zasięgu jej ręki, i ze wszystkich tych książek czegoś się nauczyła, zdarzało się, że niewiele, ale z każdej lektury coś jednak zostawało, drobinka złota pośród góry śmieci, a może raczej, by posłużyć się trafniejszą metaforą, lalka zagubiona, a później odnaleziona w górze obcych śmieci. Tak czy owak, nie była osobą wykształconą, nie miała przynajmniej tego czegoś, co uważa się za klasyczne wykształcenie, za co serdecznie przepraszała, ale z drugiej strony wcale się nie wstydziła tego, kim jest, bo co Bóg odbiera, Matka Boża w inny sposób wynagradza, a człowiek musi tylko pogodzić się ze swoim losem.

[…]

Benito Juarez, cóż za wielki człowiek, jaki prawy, jaki niepospolity, ale też cóż za urocze dziecko, o wiośnie jego życia nigdy nie mówiło się zbyt wiele, po części dlatego, iż niewiele na ten temat było wiadomo, a po części dlatego, że Meksykanie, mówiąc o dzieciach, zawsze mówią głupoty albo popadają w czułostkowość. Ona zaś uważała, że ma na ten temat coś ważnego do powiedzenia. W tych tysiącach książek, które przeczytała, a były wśród nich książki traktujące o historii Meksyku, o historii Hiszpanii, o historii Kolumbii, o historii religii, o historii rzymskich papieży, o rozwoju NASA, znalazła jedynie kilka stron, które z całkowitą, z absolutną wiernością oddawały to, co musiał czuć raczej niż myśleć mały Benito Juarez, kiedy wyruszał, czasem bywało, że i na wiele dni, i na wiele nocy, na poszukiwanie bujnych pastwisk dla swego stada. Strony tej książki w żółtych okładkach przemawiały do niej z tak niezwykłą przejrzystością, że czasem Florita Almada miała wrażenie, iż jej autor przyjaźnił się z Benitem Juarezem, który zwierzył mu się na ucho ze swych dziecięcych przeżyć i emocji. Jeśli to w ogóle jest możliwe. Jeśli możliwe jest oddanie tego uczucia, które ogarnia człowieka, gdy zapada noc i wschodzą gwiazdy, a on jest sam pośród bezkresu i prawdy życia (nocnego życia), zaczynają paradować przed nim, jedna za drugą, jakby się rozwiewały, albo jakby ten, który jest sam pośród nocy, miał się za chwilę rozwiać, albo jakby zarazek jakiejś nieznanej choroby krążył nam w żyłach, a my nie mielibyśmy o tym pojęcia. Co robisz w niebie, księżycu? zapytuje w poemacie pasterz. Co czynisz, powiedz, cichy księżycu? Jeszcze ci więc nie dosyć od nowa deptać nieodmienne ślady? Podobny twemu życiu ziemski żywot pasterza. Wstaje o pierws2ym brzasku; wypędza stada na pola. Wreszcie o zmroku sen mu oczy klei: innej nie zna nadziei. Powiedz księżycu, mówił pasterz, mówiła Florita Almada starannie modulując głos, gdzie zmierza ta moja krótka tułaczka i nieśmiertelne twe szlaki? Człowiek rodzi się w męce i grożą śmiercią same narodziny, tak pisze poeta. I jeszcze: Lecz po co na świat wydawać byt, który trzeba przepraszać, że żyje? I jeszcze: jeśli złem jest istnienie, skąd w nas ten upór trwania? I jeszcze: Oto, czysty księżycu, nasze śmiertelne życie. Lecz ty nie ze śmiertelnych i może skarga moja cię nie tyczy. A potem, jakby zaprzeczając sobie samemu, pisze tak: Jednak, samotny, wieczysty wędrowcze, tak zamyślony, ty może rozumiesz to bytowanie ziemskie, męka, tęsknota - może wiesz, co to znaczy, i umieranie nasze, to ostatnie blednienie twarzy, i jeszcze nikniecie z ziemi, nasze odchodzenie stąd, spośród wiernych, oddanych przyjaciół. A potem: Co znaczy przestwór i ten niezgłębiony bez końca błękit? Albo jak rozumieć tę niezmierzoną samotność? Czym jestem? I jeszcze: Dla mnie złem jest życie. I mówi jeszcze tak: Staruszek siwy i słaby, na wpół odziany i bosy, brnie z ciężką wiązką chrustu na ramionach przez góry, przez doliny, przez ostre głazy, przez piach, gęste krzewy, pod wiatr, w czas burzy, gdy upałem wionie pora lub kostnieje lodem, on brnie, biegnie, zdyszany, przez strumienie, moczary, upada, wstaje, coraz bardziej spieszy, bez wytchnienia, spoczynku, ranny skrwawiony, aż sięgnie nareszcie tego miejsca, gdzie droga i znój znajdują swój cel wyznaczony: przepaść straszną, niezmierną, w którą, gdy runąć - zapomnieniem wszystko. Oto, czysty księżycu, nasze śmiertelne życie. I mówi też: Stado to moje, szczęśliwe, w spoczynku, że nie znasz, sądzę, swojej własnej nędzy. Jak zazdroszczę ci, nie wiesz! Nie to, że od udręki prawie wolne pędzisz, nie dlatego, że męki żadnego bólu nie pomnisz ni lęku. I jeszcze: A ja zasiadam pośród traw, kryty cieniem, nuda - i obrzydzenie, oto, co czuję, oto, czym się dręczę. A potem: Ani nie pragnę niczego, ani mam powód, by za czymś rozpaczać.

[…]

Almada była pod wielkim wrażeniem niewinnego wyrazu twarzy drewnianej lalki i opowieści brzuchomówcy, do którego poczuła od samego początku wielką sympatię, i kiedy nadeszła jej kolej, zwróciła się do niego ze słowami pocieszenia, pomimo dyskretnych ostrzeżeń Reinalda, który uśmiechnął się do niej porozumiewawczo i mrugnął okiem, jakby dając do zrozumienia, że brzuchomówca jest trochę szurnięty i żeby nie brała sobie tego, co mówi, do serca. Ale Florita wzięła sobie to, co mówił, do serca i zapytała go o jego zdrowie, zapytała, ile godzin dziennie sypia, ile posiłków jada, i chociaż odpowiedzi brzuchomówcy były raczej złośliwe, obliczone na wzbudzenie przelotnej sympatii publiczności, wywołanie burzy oklasków, wystarczyły Świętej, by zalecić mu (w dodatku zdecydowanym tonem) wizytę u akupunkturzysty znającego się na kraniopunkturze, technice wręcz znakomitej do leczenia rozmaitych neuropatii mających źródło w ośrodkowym układzie nerwowym. Potem spojrzała na Reinalda, który nerwowo kręcił się na krześle, i zaczęła opowiadać o swojej ostatniej wizji. Mówiła o tym, że widziała martwe kobiety i martwe dziewczynki. Widziała pustynię. Oazę. Jak na tych filmach z francuską Legią Cudzoziemską i Arabami. Widziała miasto. Powiedziała, że w tym mieście zabijano dziewczynki.

[…]

Mniej więcej w tym samym czasie Lalo Cura znalazł na komisariacie kilka książek, nieczytanych przez nikogo i skazanych niechybnie na to, że pożrą je szczury, jeżeli nadal będą leżeć tam, gdzie leżały, na najwyższych półkach regału uginającego się pod ciężarem raportów i kartotek, o których wszyscy zdążyli zapomnieć. Zabrał książki do domu. I choć było ich osiem, najpierw, nie chcąc przesadzać, wziął tylko trzy: Criminal Evidence Johna C. Klottera, The Informer in Law Enforcement Malachiego L. Hameya i Johna C. Crossa oraz Modem Criminal Investigation Harry’ego Sódermana i Johna J. O’Conella, wszystkie w hiszpańskim przekładzie. Któregoś popołudnia opowiedział o tym Epifaniowi, a ten wyjaśnił mu, że książki te przysyłają im z DF-u, czasem z Hermosillo, i że nikt ich nie czyta. Po tej rozmowie nie miał już skrupułów, by zabrać pięć pozostałych. Najbardziej podobało mu się (przeczytane zresztą jako pierwsze) Modem Criminal Investigation. Wbrew temu, co zapowiadał tytuł, książka nie była nowa. Pierwsze meksykańskie wydanie pochodziło z 1965 roku. Wydanie, które miał w rękach, dziesiąte z kolei, z 1992 roku. We wstępie do czwartego wydania, przedrukowanym tutaj, Harry Sóderman ubolewał nad tym, że po śmierci ukochanego przyjaciela, nieodżałowanej pamięci inspektora Johna 0 ’Connella, ciężar wprowadzenia do książki koniecznych poprawek i uzupełnień spoczął wyłącznie na jego barkach. I ciągnął: pracując nad uzupełnianiem (książki), niezwykle boleśnie odczułem brak tak zawsze inspirującej obecności nieodżałowanej pamięci inspektora 0 ’Connella, jego bogatego doświadczenia i nieocenionej pomocy. Najprawdopodobniej, myślał Lalo Cura, czytając książkę w swojej komunałce oświetlonej przez słabiutką żarówkę lub pierwsze promienie słońca wciskające się do środka przez otwarte okno, sam Soderman też od dłuższego czasu nie żyje, a ja nigdy się o tym nie dowiem. Ale to nie miało znaczenia, wręcz przeciwnie, ów brak pewności stawał się dodatkowym impulsem do czytania. I czytał, i czasem śmiał się z tego, co pisali Szwed i gringo, a czasem wpadał w niepomierne zdumienie, jakby ktoś nagle postrzelił go w głowę. W tym samym czasie szybkie rozwiązanie sprawy morderstwa Silvany Pérez sprawiło, iż na chwilę wszyscy puścili w niepamięć wcześniejszą nieudolność policji, wiadomość o zakończeniu śledztwa podały wszystkie stacje telewizyjne z Santa Teresa, a także lokalne gazety. Niektórzy policjanci zdawali się w lepszym humorze niż zazwyczaj. Lalo Cura spotkał w kawiarni grupkę młodych, mających po dziewiętnaście, dwadzieścia lat funkcjonariuszy, którzy rozmawiali o sprawie. Jak to możliwe, zapytał jeden z nich, że Llanos ją zgwałcił, skoro był jej mężem? Pozostali roześmiali się, ale Lalo Cura wziął pytanie na poważnie. Zgwałcił ją, bo użył przemocy, bo zmusił ją do czegoś, czego ona nie chciała, powiedział. W przeciwnym wypadku nie byłby to gwałt. Jeden z młodych policjantów zapytał go, czy ma zamiar studiować prawo. Co, chcesz zostać panem magistrem? Nie, odparł Lalo Cura. Koledzy patrzyli na niego jak na idiotę. Ponadto, o ile wiadomo, w grudniu 1994 roku nie zamordowano już żadnej kobiety i rok dobiegł końca w spokoju.

[…]

Z przyzwyczajenia. Z przyzwyczajenia, Harry, stajemy się ślepi (a przynajmniej niedowidzący), i nagle, kiedy już jest na wszystko za późno, okazuje się, że ta kobieta zaczyna niedomagać w naszych ramionach. Ta kobieta, która troszczy się o wszystkich tylko nie o siebie, zaczyna więdnąć w naszych ramionach. I nawet wówczas nie dociera to do nas, powiedział Ramírez. Czyżbym opowiedział mu swoją historię? pomyślał Harry Magaña. Aż tak nisko upadłem? Rzeczy nie są takie, jakimi je widzisz, szepnął Ramírez. Sądzisz, że rzeczy są takie, jakimi je widzisz, i już, że nie ma żadnego problemu, że nie trzeba stawiać pytań? Nie, odparł Harry Magaña, zawsze trzeba stawiać pytania. Tak jest, zgodził się policjant z Tijuany, zawsze trzeba stawiać pytania i zawsze trzeba zadać sobie pytanie o to, skąd biorą się nasze pytania. A wiesz dlaczego? Bo wystarczy chwila nieuwagi, a nasze pytania prowadzą nas tam, gdzie wcale nie chcieliśmy dotrzeć. Rozumiesz, w czym rzecz, Harry? Nasze pytania są, już z definicji, podejrzane. Ale musimy je stawiać. I to jest najbardziej przejebane ze wszystkiego. Takie jest życie, stwierdził Harry Magaña. Potem meksykański policjant zamilkł i obaj zapatrzyli się na spacerujących aleją przechodniów, czując na rozgrzanych policzkach delikatne podmuchy powiewającego nad Tijuaną wiatru. Wiatru pachnącego olejem napędowym, zeschłymi roślinami, pomarańczami, cyklopowych rozmiarów cmentarzyskiem.

[…]

Co się tyczy Flority Almady, jej drugi występ w telewizji był znacznie mniej spektakularny niż pierwszy. Na wyraźną prośbę Reinalda opowiedziała o trzech książkach własnego autorstwa. Nie były to dobre książki, przyznała, ale biorąc pod uwagę to, że do dwudziestego roku życia pozostawała analfabetką, i tak należy uznać je za duży sukces. Wszystkie rzeczy tego świata, stwierdziła, i tak wydają się maleńkie wobec bezmiaru kosmosu. Co chciała przez to powiedzieć? To mianowicie, że istota ludzka, dokładając starań, jest zdolna przekroczyć własne ograniczenia. Nie chodzi jej oczywiście o to, że jakiś, dajmy na to, wieśniak, z dnia na dzień może zacząć kierować NASA czy nawet pracować w NASA, ale któż może wiedzieć, czyjego syn, otoczony troskliwą ojcowską miłością i mając go za przykład, któregoś dnia nie dostanie tam pracy? Ona całe życie marzyła o tym, by studiować i zostać nauczycielką, gdyż był to, w jej skromnym mniemaniu przynajmniej, najpiękniejszy na świecie zawód, uczyć dzieci, z największą delikatnością otwierać dziecięce oczy choćby nawet na maleńką cząstkę tych wszystkich skarbów rzeczywistości i kultury, które tak naprawdę są jednym i tym samym. Ale chociaż się nie udało, była pogodzona ze światem. Czasem śniła o tym, że jest nauczycielką i że mieszka na wsi. Jej szkoła znajduje się na szczycie wzgórza, z którego rozciąga się widok na wioskę, na białe, a niekiedy też brązowe domki, na ciemnożółte dachy, na których siadują czasem staruszkowie, by spoglądać na ziemiste ulice. Ze szkolnego patio patrzy na dziewczynki spieszące się na lekcje. Czarne włosy upięte w kucyki albo zaplecione w warkocze, albo upięte spinki. Śniade twarze, białe uśmiechy. W oddali wieśniacy pracują w polu, zbierają płody pustyni, wypasają swe stada owiec. Ona rozumie ich słowa, kiedy się witają i kiedy życzą dobrej nocy, jak bardzo dobrze rozumie wszystkie ich słowa, te niezmienne i te, które zmieniają się każdego dnia, o każdej godzinie, o każdej minucie, a ona rozumie je bez najmniejszego problemu. Bo taka właśnie jest natura snu. Są sny, w których wszystko jest na swoim miejscu, są i takie, gdzie nic nie jest na swoim miejscu, a świat przypomina pełną zgrzytów trumnę. Ona jednak jest w zgodzie ze światem, bo chociaż nie skończyła szkoły i nie udało się jej zostać nauczycielką, o czym zawsze marzyła, została zielarką, a niektórzy uważali, że nawet jasnowidzką, i wiele osób było jej wdzięcznych za to, co dla nich zrobiła, nic wielkiego, kilka dobrych rad, drobnych wskazówek, zalecała na przykład swoim klientom, by włączyli do swojej diety błonnik pokarmowy, który nie jest pożywieniem dla człowieka, to znaczy, że nasz przewód pokarmowy nie potrafi go rozłożyć ani wchłonąć, ale ułatwia nam chodzenie do ubikacji, mówiąc innymi słowy, za pozwoleniem Reinalda i szanownej publiczności, ułatwia nam wypróżnienia. Jedynie w układzie pokarmowym zwierząt roślinożernych, ciągnęła Florita, znajdują się substancje zdolne do rozkładania celulozy na czynniki, które mogą zostać przyswojone przez organizm, to znaczy na cząsteczki glukozy. Celuloza i inne podobne substancje to właśnie błonnik pokarmowy. Mimo że błonnik nie podwyższa wartości energetycznej posiłku, jego spożycie jest nader korzystne dla zdrowia. Błonnik, który nie jest wchłaniany, sprawia, że treść pokarmowa podczas pasażu przez jelita nie traci swojej objętości. W ten sposób przyspiesza perystaltykę, a niestrawione resztki szybciej przechodzą przez przewód pokarmowy i zostają łatwiej wydalone. Nie jest dobrze mieć biegunkę, poza nielicznymi wyjątkami, ale załatwianie się raz, dwa razy dziennie sprawia, że człowiek staje się mniej nerwowy, bardziej zrównoważony, osiąga coś w rodzaju duchowego spokoju. Nie chodzi o duchowy spokój pisany wielkimi literami, nie przesądzajmy, ale o taki umiarkowany, promieniujący dobrą energią duchowy spokój . Jak odmienna jest natura błonnika pokarmowego od natury żelaza! Błonnik pokarmowy jest pożywieniem zwierząt roślinożernych, jest drobny i nie odżywia nas, a jedynie zapewnia nam równowagę duchową wielkości skaczącej fasolki. Żelazo natomiast reprezentuje najsurowszą z możliwych surowość w kontaktach z innymi i w kontaktach z nami samymi. O jakim żelazie mówię? O żelazie, z którego kuje się miecze. A może kuło się miecze, o żelazie symbolizującym brak elastyczności. Tak czy inaczej, żelazo zawsze służyło do zadawania śmierci. Król Salomon, ten mądry król Salomon, prawdopodobnie najinteligentniejszy ze wszystkich władców, syn innego władcy, Dawida, tego króla z Las mañanitas, orędownik dzieci, choć wieść głosi, że kiedyś chciał przepołowić dziecko mieczem, ów król Salomon, gdy rozkazał zbudować w Jeruzalem świątynię, stanowczo zabronił używania żelaznych elementów do jej konstrukcji, nawet najmniejszych żelaznych części, zabronił też używania żelaza do obrzezań, praktyki, która, mówiąc między nami, mam nadzieję, że nie obrażę niczyich uczuć, miała może sens w tamtych czasach i na tamtej pustyni, ale przy dzisiejszych możliwościach utrzymania higieny wydaje mi się mocno przesadzona. Uważam, że mężczyźni powinni być obrzezywani po ukończeniu 21 lat, o ile tego chcą, a jeśli nie chcą, to też nic się nie stanie. A wracając do żelaza, ciągnęła Florita, muszę też napomknąć, że ani Grecy, ani Celtowie nie używali go do zbierania ziół leczniczych czy tych mających zastosowanie w magii. Właśnie dlatego, że żelazo uosabiało śmierć, surowość, władzę, które kłócą się z praktykami uzdrowicielskimi. Chociaż na przykład Rzymianie przypisywali żelazu mnóstwo, całą masę pozytywnych właściwości pozwalających łagodzić objawy rozmaitych schorzeń, a nawet je leczyć: mówię tu o takich przypadłościach, jak ugryzienia przez wściekłego psa, krwotoki, dyzenteria czy hemoroidy. Ideę tę przejęło Średniowiecze, w epoce tej sądzono ponadto, iż demony, czarownicy i czarownice uciekają od żelaza. A ja się pytam: jak mieli nie uciekać, skoro za pomocą tego właśnie żelaza ich zabijano? Musieliby być prawdziwymi idiotami, żeby nie czmychać co sił w nogach! W tych ciemnych wiekach praktykowano sztukę przepowiadania przyszłości zwaną sideromancją, wygląda to mniej więcej tak: bierzemy żelazny pręt, rozgrzewamy go do czerwoności w piecu kuźniczym, a potem rzucamy nań źdźbła słomy, które, płonąc, iskrzą się niczym małe gwiazdki. Poza tym dobrze wypolerowane żelazo ma bardzo intensywny blask, sądzono, że ów blask chroni przed zatrutym spojrzeniem czarownic. To dobrze wypolerowane żelazo kojarzy mi się, proszę wybaczyć dygresję, mówiła dalej Florita Almada, ze szkłami ciemnych okularów noszonych przez niektórych naszych przywódców politycznych, niektórych przywódców związkowych, niektórych policjantów. Zastanawiam się, po co zasłaniają oczy? Czyżby mieli za sobą bezsenną noc, podczas której obmyślali, jak to zrobić, by w fabrykach przestrzegano przepisów BHP, by robotnicy dostali podwyżki, by ukrócić przestępczość? Możliwe, nie mówię, że nie. Być może właśnie dlatego, nie mówię, że nie. Ale co, gdybym podeszła do któregoś z nich i zdjęła mu te okulary, i zobaczyła, że nie m a podkrążonych oczu? Na samą myśl o tym ogarnia mnie strach. Ogarnia mnie złość. Wielka złość, drodzy przyjaciele i przyjaciółki. Ale większy jeszcze strach i złość ogarniały ją, i musiała powiedzieć to właśnie w tym miejscu, przed kamerami telewizyjnymi, w tym uroczym programie Reinalda, noszącym tak adekwatny tytuł Godzina z Reinaldem, programie sprawnie zrobionym i niewynaturzonym, przy którym wszyscy mogli się zdrowo pośmiać i spędzić przyjemnie czas, i przy okazji nauczyć się czegoś nowego, gdyż Reinaldo był dobrze wykształconym młodym człowiekiem i zawsze starał się zaprosić do studia kogoś interesującego, a to piosenkarza, a to malarza, emerytowanego połykacza ognia z DF-u, dekoratora wnętrz, brzuchomówcę i jego lalkę, matkę piętnaściorga dzieci, kompozytora romantycznych ballad czy w końcu ją, a ona, wykorzystując tę niepowtarzalną okazję, miała obowiązek mówić o tych ważnych sprawach, nie mogła przecież mówić o sobie, nie mogła ulec tej pokusie własnego ego, własnej próżności, która być może nie była ani próżnością, ani grzechem, ani niczym złym w wypadku siedemnasto-, osiemnastoletniej dziewczyny, ale w przypadku siedemdziesięcioletniej kobiety była czymś wprost niewybaczalnym, mimo że jej życie mogłoby posłużyć za znakomity materiał na kilka powieści albo co najmniej jednej telenoweli, ale niech ją Pan Bóg i Przenajświętsza Panienka bronią przed opowiadaniem o sobie samej, wiem, że Reinaldo mi wybaczy, Reinaldo chce, żebym opowiedziała o sobie, ale jest coś o wiele ważniejszego niż moja skromna osoba i moje tak zwane cuda, które wcale cudami nie są, nie przestanę nigdy tego powtarzać, są za to owocem wieloletnich lektur i wielu lat eksperymentów z roślinami, moje cuda są owocem pracy i obserwacji i być może, podkreślam, b y ć m o ż e, naturalnych zdolności, powiedziała Florita. A potem rzekła: ogarnia mnie wielka złość, ogarnia mnie złość i przerażenie na myśl o tym, co dzieje się w tym pięknym stanie Sonora, w moim rodzinnym stanie, na ziemi, na której przyszłam na świat i na której najprawdopodobniej umrę. A potem powiedziała: mówię o wizjach, które ścięłyby krew w żyłach najbardziej męskiemu z mackos. Widzę w snach zbrodnie, wygląda to tak, jakby eksplodował mi telewizor, a ja widzę w odłamkach ekranu rozproszonych po mojej sypialni przerażające sceny, nigdy niekończący się płacz. Powiedziała też: po tych wizjach nie mogę zasnąć. Próbowałam już wszystkiego, by ukoić nerwy, ale nic nie działa.

[…]

W tym samym mniej więcej czasie Sergio Gonzalez, dziennikarz z DF-u, umocnił swoją pozycję w dziale kulturalnym swojej gazety, co wiązało się z podwyżką, dzięki której mógł nie tylko przesyłać swojej byłej żonie miesięczne alimenty, ale zostawało mu jeszcze sporo pieniędzy, by żyć bez specjalnych wyrzeczeń. Miał też nową kochankę - dziennikarkę z działu zagranicznego, z którą od czasu do czasu sypiał, ale starał się zbyt wiele nie rozmawiać, gdyż różnice charakterów były duże. Nie mógł zapomnieć - i sam nieraz zastanawiał się, dlaczego to wspomnienie nękało go tak uporczywie - dni spędzonych w Santa Teresa ani morderstw kobiet, ani księżobójcy zwanego Pokutnikiem, który zniknął w równie tajemniczy sposób, w jaki się pojawił. Czasami, myślał Sergio, zawód dziennikarza kulturalnego w Meksyku niewiele się różni od zawodu dziennikarza kryminalnego. A redagowanie kronik policyjnych nie różni się zbytnio od pracy w dziale kultury, mimo że wszyscy dziennikarze kryminalni uważali tych od kultury za pedziów (dziennikarze „ciotoralni”, tak ich nazywali), a dla pracowników działu kultury ci od przestępstw byli urodzonymi frajerami. Czasami wieczorem, po skończonej pracy, szedł na kielicha z kilkoma starymi wygami z działu kryminalnego, który był notabene działem zatrudniającym największy odsetek dziennikarzy w zaawansowanym wieku, na drugiej pozycji, chociaż różnica była znaczna, plasował się dział krajowy, a potem sekcja sportowa. Zwykle kończyli w lokalu uczęszczanym przez dziwki, w kolonii Guerrero, wielkim salonie, w którym królował gipsowy posąg Afrodyty wysoki na prawie dwa metry, lokalu, który najprawdopodobniej, myślał Sergio Gonzalez, cieszył się swego rodzaju lubieżną sławą w epoce Tin-Tana, ale który od tamtego czasu tylko coraz bardziej podupadał, jeden z tych trwających w nieskończoność meksykańskich upadków, upadków przetykanych od czasu do czasu jakimś stłumionym śmiechem albo jakimś stłumionym wystrzałem, jakimś stłumionym jękiem skargi. Meksykańskich upadków? A może raczej należałoby powiedzieć latynoamerykańskich?

[…]

Mamy seryjnego mordercę, jak w amerykańskich filmach, stwierdził śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. Musimy zachować daleko idącą ostrożność, powiedział przedstawiciel Izby Handlową. A wiecie, czym różni się seryjny morderca od zwykłego? zapytał śledczy Ángel Fernández. To bardzo proste: seryjny morderca zostawia coś jakby swój podpis, rozumiecie? nie ma motywu, ale zostawia swój podpis, wyjaśnił śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. Jak to nie ma motywu? To co nim powoduje, impulsy elektryczne? zapytał burmistrz. W takich przypadkach trzeba uważać, co się mówi, bo człowiek może się zapędzić nie wiadomo gdzie, a potem gorzko tego żałować, zauważył przedstawiciel Izby Handlowej. Mamy trzy martwe kobiety, powiedział Ángel Fernández, pokazując kciuk, palec wskazujący i środkowy. Gdybyśmy mieli tylko trzy, westchnął Pedro Negrete. Trzy martwe kobiety, którym odcięto prawą pierś i odgryziono sutek lewej, uściślił śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. I co o tym myślicie? zapytał śledczy Ángel Fernández. Ze mamy do czynienia z seryjnym mordercą? domyślił się burmistrz. Ni mniej, ni więcej, powiedział śledczy Ángel Fernández. Raczej mało prawdopodobne, żeby trzech różnych skurwysynów urządziło swoje ofiary w ten sam sposób, dodał śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. Brzmi rozsądnie, zgodził się burmistrz. Ale można by posunąć się jeszcze dalej, powiedział śledczy Ángel Fernández. Jeśli popuścimy wodze wyobraźni, możemy zajść zbyt daleko, ostrzegł przedstawiciel Izby Handlowej. Już widzę, dokąd zmierzacie, powiedział Pedro Negrete. Ale zgadzasz się z nami? zapytał burmistrz. Skoro te trzy kobiety, którym amputowano prawą pierś, zostały zamordowane przez tego samego zabójcę, dlaczego nie mamy wyobrazić sobie, że zamordował on też pozostałe ofiary? zapytał śledczy Ángel Fernández. Logiczny jest nawet... zaczął śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. Kto jest logiczny, morderca? zapytał przedstawiciel Izby Handlowej. Nie tyle on, co jego modus operandi, temu skurwielowi zaczyna naprawdę sprawiać przyjemność to, co robi, odparł śledczy Ernesto Ortiz Rebolledo. Podsumujmy: morderca na początku gwałcił i dusił, co jest, nazwijmy to tak, normalnym sposobem zabijania. Nie udało się go ująć, poczuł się bezkarny i zaczął nadawać swoim morderstwom bardziej osobisty charakter. Przebudziła się w nim bestia. Teraz na ciele każdej ofiary składa coś na kształt podpisu, powiedział śledczy Ángel Fernández.

[…]

Kiedy Epifanio odwiedził Klausa Haasa po raz drugi, dochodziła już północ. Zadzwonił do drzwi i musiał bardzo długo czekać, aż mu otworzą, chociaż w domu paliły się jeszcze światła. Dom znajdował się w zamieszkanej przez klasę średnią kolonii El Cerezal, z parterowymi lub piętrowymi domkami - nie wszystkie były nowe - w kolonii, w której można było chodzić pieszo po chleb albo mleko, spacerować spokojnymi chodnikami w cieniu drzew, z dala od hałasu nie tak znów odległej kolonii Madero i z dala od zgiełku centrum. Drzwi otworzył mu Haas we własnej osobie. Miał na sobie białą koszulę, niewpuszczoną w spodnie, i w pierwszej chwili nie poznał Epifania, a może udawał, że go nie poznaje. Policjant wyciągnął swoją blachę i mignął mu nią przed nosem, jakby się w coś bawili, a potem zapytał, czy już odzyskał pamięć. Haas zapytał go, czego chce. Mogę wejść? spytał Epifanio. Salon był umeblowany ze smakiem, stały w nim fotele i duża biała sofa. Haas wyciągnął z barku butelkę whisky i nalał sobie szklaneczkę. Zapytał Epifania, czy też się napije. Epifanio pokręcił głową. Jestem na służbie, wyjaśnił. Haas zaniósł się dziwnym, urywanym śmiechem. Wyrwało mu się coś, co zabrzmiało jak haaa albo chaaa, albo też krótkie kichnięcie, w każdym razie wydał ten dźwięk tylko raz. Epifanio usiadł na jednym z foteli i zapytał go, czy ma dobre alibi na dzień, w którym zamordowano Estrellę Ruiz Sandoval. Haas obrzucił go badawczym spojrzeniem od stóp do głów i po kilku sekundach powiedział, że czasem nie może sobie nawet przypomnieć, co robił poprzedniej nocy. Zrobił się cały czerwony, przez co brwi sprawiały wrażenie jeszcze bielszych niż w rzeczywistości, jakby z wielkim trudem udawało mu się pohamować wzburzenie. Mam dwóch świadków, którzy twierdzą, że widzieli pana w towarzystwie ofiary. Co to za świadkowie? chciał wiedzieć Haas. Epifanio nie odpowiedział. Rozejrzał się po salonie, na jego twarzy odmalował się wyraz uznania. Musiało to pana fortunę kosztować, stwierdził. Dużo pracuję i trochę pieniędzy zarabiam, odrzekł Haas. Pokaże mi pan wszystko? poprosił Epifanio. Ale co właściwie? zdziwił się Haas. Dom, odparł Epifanio. Niech się pan nie wygłupia, człowieku, jak chce pan przeszukać mój dom, zapraszam ponownie z nakazem sądowym. Na odchodnym Epifanio powiedział jeszcze: jestem pewien, że to pan zabił tę dziewczynę. Tę dziewczynę i pewnie jeszcze wiele innych. Niech się pan nie wygłupia, pokręcił głową Haas. Do zobaczenia wkrótce, powiedział Epifanio, podając mu rękę. Niech się pan nie wygłupia, powtórzył Haas. Prawdziwy facet z jajami z pana, przyznał Epifanio, stojąc w drzwiach. Na miłość boską, niech się pan nie wygłupia, powiedział Haas, niech pan się nie wygłupia i niech mnie pan do jasnej cholery zostawi w spokoju.

[…]

Konferencja prasowa Haasa wywołała mały skandal. Niektórzy dziennikarze zastanawiali się, od kiedy osadzony ma prawo umawiać się z prasą i rozmawiać z nią w więzieniu, jakby więzienie było jego domem, a nie miejscem, gdzie umieszczało go państwo i wymiar sprawiedliwości, żeby zapłacił za swój występek, czy, mówiąc innymi słowy i cytując odpowiednie kodeksy, aby odbył karę. Szeptano, że naczelnik więzienia dostał od Haasa pieniądze. Szeptano, że Haas jest spadkobiercą, jedynym spadkobiercą bardzo bogatej europejskiej rodziny. Plotki głosiły, że Haas śpi na forsie i ma na swych usługach całe więzienie w Santa Teresa. Jeszcze tego samego dnia, gdy odbyła się konferencja prasowa, Sergio zadzwonił pod numer otrzymany od pani adwokat. Odebrał Haas. Sergio nie wiedział, co powiedzieć. Halo? powtórzył Haas. Więc ma pan telefon, zdziwił się Sergio González. Z kim rozmawiam? zapytał Haas. Jestem jednym z tych dziennikarzy, którzy przyszli dziś na spotkanie z panem. Tym z DF-u? powiedział Haas. Tak, potwierdził Sergio González. A spodziewał się pan, że kto odbierze? zapytał Haas. Pana pełnomocnik, przyznał Sergio. No proszę, no proszę, powiedział Haas. Przez chwilę obaj milczeli. Opowiem coś panu, dobrze? odezwał się w końcu Haas. Tu, w więzieniu, przez kilka pierwszych dni bałem się. Myślałem, że więźniowie, jak tylko mnie zobaczą, rzucą się na mnie, rzucą się pomścić śmierć wszystkich tych dziewczyn. Myślałem, wszystko jedno, czy wsadzą mnie do więzienia, czy wyrzucą w sobotnie popołudnie w jednej z tych dzielnic, w kolonii Kino, w kolonii San Damián, w Las Flores. Ze i tak mnie zlinczują. Obedrą ze skóry. Rozumie pan? Tłum, który na mnie pluje, potem mnie kopie, a na końcu obdziera ze skóry. Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć. Ale szybko zorientowałem się, że tu, w więzieniu, nikt nie zamierza obdzierać mnie ze skóry. Przynajmniej nie za to, za co mnie wsadzili. O co w tym chodzi? zastanawiałem się. Czyżby na tych kretynach morderstwa nie robiły wrażenia? Nie, tutaj wszystkich obchodzi to, co dzieje się na zewnątrz, niektórych bardziej, niektórych mniej, ale, ogólnie rzecz biorąc, wszyscy wsłuchują się, by tak rzec, w odgłosy miasta. O co w takim razie chodzi? zapytałem jednego ze współwięźniów. Zapytałem, co sądzi o tych zamordowanych kobietach, o zamordowanych dziewczynkach. Spojrzał na mnie i powiedział, że to same dziwki. To znaczy, że zasługiwały na śmierć? zapytałem go. Nie, odparł więzień. Zasługiwały na to, żeby przelecieć je tyle razy, ile razy przyjdzie ci ochota, ale nie na śmierć. Wówczas spytałem go, czy sądzi, że to ja je zabiłem, a sukinsyn powiedział, że nie, to na pewno nie ty, gringo, jakbym naprawdę był jakimś pieprzonym gringo, chociaż gdzieś w głębi może i nim jestem, ale z pewnością coraz mniej.

[…]

Że w więzieniu wiedzą, że jestem niewinny, odparł Haas. A skąd właściwie to wiedzą? zastanawiał się Haas. Trochę czasu upłynęło, zanim udało mi się tego dowiedzieć. To jest jak hałas, który ktoś słyszy we śnie. A sen, jak wszystkie sny śnione w zamkniętym pomieszczeniu, jest zaraźliwy. Śni się najpierw jednej osobie, ale po chwili już połowa osadzonych śni o tym samym. Ale ten hałas, który ktoś usłyszał, nie jest wcale częścią snu, lecz rzeczywistości. Hałas przynależy do innego porządku rzeczy. Rozumie pan? Ktoś usłyszał we śnie hałas, a potem usłyszeli go wszyscy, lecz ten hałas nie pochodził wcale ze snu, ale z rzeczywistości, hałas był rzeczywisty. Czy pan to rozumie? Czy jest to dla pana jasne, panie dziennikarzu? Wydaje mi się, że tak, odparł Sergio González. Wydaje mi się, że to rozumiem. Tak? Jest pan pewien, że tak? Chce pan powiedzieć, że w więzieniu jest ktoś, kto bardzo dobrze wie, że pan nie mógł popełnić łych morderstw, domyślił się Sergio. W rzeczy samej, przytaknął Haas.

[…]

W ostatnim tygodniu kwietnia znaleziono jeszcze jedną martwą kobietę. Według lekarza sądowego przed śmiercią została dotkliwie pobita. Jednak przyczyną śmierci było uduszenie połączone ze złamaniem kości gnykowej. Ciało porzucono na pustyni, jakieś pięćdziesiąt metrów od pobocznej drogi prowadzącej na wschód, w góry, w miejscu, gdzie od czasu do czasu widywało się lądujące awionetki narcos. Sprawę przydzielono śledczemu Angelowi Fernandezowi. Zamordowana nie miała przy sobie dokumentów umożliwiających identyfikację, a jej zaginięcia nie zgłoszono na żadnym z miejskich komisariatów. Zdjęcie kobiety nie ukazało się w gazetach, mimo iż policja przekazała trzy fotografie jej zmasakrowanej twarzy redakcjom „El Heraldo del Norte”, „La Voz de Sonora” i „La Tribuna de Santa Teresa”.

[…]

Kobieta zadzwoniła ponownie, tym razem podając nazwisko i stanowisko ojca dziewczynek, pomyślała bowiem, że matka, podobnie jak ona zatrudniona na stanowisku operatorki, uważana była za niższą rangą, za kogoś, kogo w każdej chwili można się było pozbyć, z jakiegokolwiek powodu lub nawet bez specjalnego powodu, i tym razem telefonistka kazała jej czekać tak długo, że zabrakło jej monet i połączenie się przerwało. Nie miała więcej pieniędzy. Zrozpaczona wróciła do domu, do drugiej sąsiadki i dziewczynek, i przez jakiś czas wszystkie cztery doświadczały na własnej skórze, czym jest czyściec - tego dłużącego się w nieskończoność, bezsilnego oczekiwania, którego istotą jest bezradność, tak bardzo przecież latynoamerykańskiego, tego tak dobrze znanego uczucia, którego, jeśli się dobrze zastanowić, doświadcza każdy z nas na co dzień, ale bez tego niepokoju, bez tego cienia śmierci krążącego nad okolicą niczym stado sępów i sprawiającego, że wszystko tężeje, zmieniającego zwykły bieg rzeczy, wywracającego wszystko do góry nogami. Kiedy tak czekały, aż ojciec dziewczynek wróci z pracy, sąsiadka pomyślała (by zabić czas i strach), że chciałaby mieć rewolwer i wybiec z nim na ulicę. I co dalej? Wystrzelić kilka razy w powietrze, żeby się uspokoić i wrzasnąć Viva México, żeby dodać sobie animuszu albo żeby poczuć w końcu odrobinę ciepła, a potem wykopać gołymi rękami dziurę w ubitej ziemi i pogrzebać tam samą siebie, spoconą jak mysz, na wieki wieków amen.

[…]

Kiedy opowiedział o tym Edrze Campos, pani dyrektor szpitala psychiatrycznego wysłuchała go w milczeniu, a później, znacznie później, kiedy oboje nadzy odpoczywali w półcieniu sypialni, wyznała mu, że śni jej się czasami, że wszystko rzuca. To znaczy, że rzuca wszystko na amen, bez żadnych półśrodków. Śniło się jej, na przykład, że sprzedaje swoje mieszkanie i dwie inne nieruchomości w Santa Teresa, i samochód, i biżuterię, sprzedaje wszystko, dopóki nie uzbiera pokaźnej kwoty, a później śniło jej się, że wsiada do samolotu i leci do Paryża, a tam wynajmuje mieszkanie, maleńkie mieszkanko powiedzmy między Villiers a Porte de Clichy, a później idzie na wizytę do słynnego lekarza, chirurga plastycznego, który potrafi zdziałać cuda, by zrobił jej lifting, poprawił nos i policzki, by powiększył jej piersi, no i żeby w ogóle, po wyjściu z sali operacyjnej wyglądała na zupełnie inną kobietę, już nie pięćdziesiątkę z okładem, ale na czterdziestkę z okładem, a nawet na świeżą czterdziestkę, nie do poznania, zupełnie nową, odmienioną, odmłodzoną, choć oczywiście przez jakiś czas będzie musiała chodzić cała w bandażach, jak mumia, ale nie mumia egipska, tylko mumia meksykańska, i całkiem jej się to podobało, jak wychodzi na miasto i jedzie na przykład metrem i czuje, że wszyscy paryżanie przyglądają się jej ukradkiem, niektórzy nawet ustępują jej miejsca, wyobrażając sobie okrutne boleści, poparzenia, wypadek drogowy, jakich pewnie doświadczyła ta milcząca, opanowana nieznajoma, a później wysiada z metra i idzie do jakiegoś muzeum lub galerii sztuki, albo do księgarni na Montparnasse, i uczy się francuskiego dwie godziny dziennie, z radością, z entuzjazmem, jaki to piękny język, jaki melodyjny, jest w nim coś takiego, je ne sais quoi, a potem, w deszczowy poranek, zdejmuje bandaże, powolutku, niczym archeolog, który właśnie znalazł nieopisaną do tej pory kość, niczym dziewczynka 0 ślamazarnych ruchach powoli rozpakowująca prezent, jakby chciała, żeby trwało to jak najdłużej, wiecznie?, prawie, aż w końcu spada ostatni bandaż, a gdzie spada?, na podłogę, na dywan albo na drewno, bo podłoga jest najwyższej jakości, a na podłodze wszystkie bandaże wiją się jak węże, a może raczej bandaże otwierają swe senne oczka jak węże, chociaż ona dobrze wie, że to nie są węże, tylko anioły Stróże tych węży, a później ktoś podaje jej lusterko, a ona przygląda się sobie, akceptuje siebie, zgadza się z wyrazem twarzy, w którym odkrywa na nowo cudowność swojego dzieciństwa, miłość ojca i matki, a później podpisuje coś, jakiś papier, dokument, czek i odchodzi ulicami Paryża. Ku nowemu życiu? spytał Juan de Dios Martínez. Chyba tak, odparła pani dyrektor.

[…]

Trzej lekarze sądowi z Santa Teresa nie byli do siebie podobni. Najstarszy z nich, Emilio Garibay, był gruby i rosły i cierpiał na astmę. Zdarzało się, że dostawał ataku astmy w prosektorium, w trakcie sekcji zwłok, ale zupełnie go ignorował. Doña Isabel, jego asystentka, jeśli akurat była w pobliżu, sięgała do kieszeni jego marynarki, wiszącej na wieszaku, po inhalator, a Garibay otwierał usta, niczym pisklę, i pozwalał sobie zaaplikować niezbędną dawkę. Ale kiedy był sam, ignorował atak i nie przerywał pracy. Przyszedł na świat tutaj, w Santa Teresa, i wszystko wskazywało na to, że również tutaj umrze. Jego rodzina należała do wyższej klasy średniej, do właścicieli ziemskich, wielu z nich wzbogaciło się, sprzedając część swoich terenów, kupiły je maquiladoras [sieć fabryk na usługach przemysłu amerykańskiego – przyp. aut.], które w latach osiemdziesiątych zaczęły przenosić się na tę stronę granicy. Ale Emilio Garibay nie wzbogacił się na tym. Albo niezbyt wiele. Oprócz tego, że wykładał na wydziale medycyny, jako lekarz sądowy miał niestety bardzo dużo pracy, więc czasu na inne rzeczy, jak, dajmy na to, prowadzenie interesów, już mu nie starczało. Był ateistą i od wielu lat nie przeczytał żadnej książki, chociaż był właścicielem całkiem zasobnej biblioteki z literaturą z zakresu jego specjalności oraz z książkami z dziedziny filozofii, historii Meksyku i kilkoma powieściami. Czasami wydawało mu się, że nie czyta właśnie dlatego, że jest ateistą. Załóżmy, że nieczytanie jest najwyższym stopniem ateizmu, przynajmniej tego ateizmu, z którym on się utożsamiał. Jeśli nie wierzysz w Boga, jak można wierzyć w jakąś głupią książkę? myślał.

[…]

Mieszkać na tej pustyni, pomyślał Lalo Cura, gdy samochód prowadzony przez Epifania oddalał się od nieużytków, to jakby mieszkać na morzu. Granica między Sonorą a Arizoną to grupa wysp widmowych lub zaczarowanych. Miasta i wsie to statki. Pustynia to bezkresne morze. To miejsce dobre dla ryb, szczególnie dla ryb żyjących w najgłębszych dołach, to nie jest miejsce dla ludzi.

[…]

Haas lubił siadać na ziemi z plecami opartymi o ścianę, na ocienionej części dziedzińca. I lubił rozmyślać. Lubił rozmyślać o tym, że Boga nie ma. Co najmniej trzy minuty. Lubił też rozmyślać o tym, jak mało znaczy ludzka istota. Pięć minut. Gdyby nie istniał ból, myślał, bylibyśmy doskonali. Nic nieznaczący i obojętni na ból. Doskonali, cholera. Ale ból jednak był, istniał, żeby wszystko spieprzyć. A na koniec rozmyślał o luksusie. Luksusie dysponowania pamięcią, luksusie władania jednym albo kilkoma językami, luksusie bycia istotą, która zdolna jest myśleć i nie uciekać w popłochu. Potem otwierał oczy i obserwował, jakby we śnie, kilku z gangu Bizonów naprzeciwko, którzy krążyli po nasłonecznionej części dziedzińca, zupełnie jakby się paśli. Bizony pasą się na więziennym dziedzińcu, myślał, i ta myśl uspokajała go niczym błyskawicznie działający środek na uspokojenie, gdyż zdarzało się, niezbyt często, ale jednak, że Haas budził się w takim nastroju, jakby ktoś wbił mu czubek noża w głowę. Tequila i Tormenta byli przy nim. Czasem czuł się jak pasterz niezrozumiany nawet przez kamienie.

[…]

Tak, ogromne, jakby napompowane, spuchnięte. Jak maski? Tak bym tego nie ujęta, powiedziała Florita, to są twarze, a nie maski czy przebrania, tyle że są spuchnięte, jakby brali za dużo kortyzonu. Kortyzonu? Albo jakiegokolwiek innego kortykosteroidu, od którego się puchnie, powiedziała Florita. To znaczy, że są chorzy? Nie wiem, to zależy. Zależy od czego? Od tego, jak się na nich spojrzy. Czy oni sami uważają siebie za osoby chore? Nie, w żadnym wypadku. A może nie wiedzą, że są chorzy? Z tą wiedzą to różnie bywa. Na tym świecie nikt niczego nie wie na pewno, kochaneczku. Ale oni uważają się za zdrowych? Powiedzmy, że tak. A ich glosy? Czy zdarza się pani słyszeć ich głosy? chciał wiedzieć Sergio (powiedziała do mnie kochaneczku, dziwne, powiedziała kochaneczku). Bardzo rzadko, ale kilka razy słyszałam, jak rozmawiają. I co mówią, Florito? Nie wiem, mówią po hiszpańsku, ale to taki zagmatwany hiszpański, który nie brzmi jak hiszpański, ale nie jest to również angielski, czasem myślę, że mówią w jakimś wymyślonym języku, ale to nie może być wymyślony język, bo rozumiem niektóre słowa, tak że skłonna byłabym stwierdzić, że jednak mówią po hiszpańsku, a oni są Meksykanami, mimo że większość słów przez nich wypowiadanych jest dla mnie niezrozumiała. Powiedziała do mnie kochaneczku, zastanawiał się Sergio. Co prawda tylko raz, ale to wystarczy, żeby uznać, że nie chodzi o językową podpórkę. Gadatliwa staruszka o dobrym sercu.

[…]

Pierwszego czerwca Sabrina Gómez Demetrio, lat piętnaście, dotarła o własnych siłach do szpitala publicznego Gerardo Regueira. Miała liczne rany zadane białą bronią i dwie rany postrzałowe w plecy. Została natychmiast przyjęta na oddział intensywnej terapii, gdzie po kilku minutach zmarła. Przed śmiercią niewiele zdołała powiedzieć: wykrztusiła, jak się nazywa, wybełkotała adres, pod którym mieszka razem z rodzeństwem, i to, że była więziona w chevrolecie suburban. Powiedziała coś o mężczyźnie, który miał mordę świni. Jedna z pielęgniarek usiłujących zatamować jej krwotok, zapytała, czy ten mężczyzna ją porwał. Sabrina Gómez odparła, że strasznie jej smutno, że już nigdy nie zobaczy swoich bliskich.

[…]

Pan Albert Kessler jest uznanym specjalistą, powiedział profesor Garda Correa. Pan Kessler, z tego co mówią, był jednym z pionierów w dziedzinie tworzenia portretów psychologicznych seryjnych morderców. Z tego co wiem, pan Kessler pracował dla FBI, a wcześniej pracował dla Military Police albo US Army Military Intelligence, choć to ostanie brzmi jak oksymoron, bo słowo militarny rzadko łączy się ze słowem inteligencja. Nie, nie, nie czuję się ani urażony, ani zepchnięty na margines w związku z tym, że to nie mnie powierzono to zadanie. Władze stanu Sonora znają mnie bardzo dobrze i wiedzą, że służę tylko i wyłącznie Prawdzie, powiedział profesor Garda Correa. My tu, w Meksyku, z wielką łatwością popadamy w zdumienie. Mnie włosy stają dęba, kiedy widzę lub słyszę, lub czytam w prasie te przymiotniki i te epitety rzucane przez stado szalonych małp, ale nie ma na to sposobu, tacy już jesteśmy, i z wiekiem człowiek się przyzwyczaja, powiedział profesor Garda Correa. Być kryminologiem w tym kraju to jak być kryptografem na biegunie północnym. To jak być dzieckiem w celi pełnej pedofilów. To jak być gawędziarzem w kraju głuchych. To jak być kondomem w królestwie Amazonek. Poniżają cię, nic to, przyzwyczajasz się. Patrzą na ciebie z góry, nic to, przyzwyczajasz się. Znikają twoje oszczędności, oszczędności całego życia, które trzymasz na starość, nic to, przyzwyczajasz się. Twój własny syn cię oszukuje, nic to, przyzwyczajasz się. Musisz nadal pracować, choć zgodnie z prawem powinieneś robić to, na co tylko przyjdzie ci ochota, przyzwyczajasz się. A jeśli na dodatek obniżają ci pensję, przyzwyczajasz się. Jeśli, chcąc sobie dorobić, pracujesz dla niegodziwych adwokatów i skorumpowanych detektywów, przyzwyczajasz się. Ale tego, chłopcy, lepiej nie zamieszczajcie w swoim artykule, bo mogę stracić pracę, powiedział profesor Garcia Correa. Pan Albert Kessler, tak jak już mówiłem, jest uznanym badaczem. O ile mi wiadomo, pracuje z komputerami. Ciekawa praca. Pracuje również jako doradca czy też konsultant przy filmach akcji. Ja żadnego z tych filmów nie widziałem, bo od dawna nie chodzę do kina i hollywoodzkie gówno tylko mnie usypia, ale mój wnuk powiedział mi, że to dobrze zrobione filmy, gdzie zawsze wygrywają ci dobrzy, powiedział profesor Garcia Correa.

[…]

Kessler znów wysiadł z taksówki i odetchnął głęboko atmosferą maquiladoras, robotniczą atmosferą północnego Meksyku. Autobusy dowożące pracowników i te, które odwoziły ich do miasta. Powietrze wilgotne i śmierdzące, jakby palącego się oleju, smagnęło go po twarzy. Wydało mu się, że słyszy śmiechy i muzykę akordeonu, przemieszaną z podmuchami wiatru. Na północ od parku przemysłowego ciągnęło się morze dachów skonstruowanych z materiałów odpadowych. Na południu, za pasmem pojedynczych chałup, znajdowało się coś jakby wysepka światła, w której domyślił się natychmiast kolejnego parku przemysłowego. Zapytał taksówkarza o jego nazwę. Taksówkarz wysiadł z samochodu. To musi być Park Przemysłowy General Sepúlveda, powiedział. Zaczęło się ściemniać. Już od dawna Kessler nie oglądał tak pięknego zmierzchu. Niebo od zachodniej strony zalewał wir kolorów i detektyw przypomniał sobie zmierzch, który oglądał wiele lat temu w Kansas. Nie był dokładnie taki sam, ale pod względem kolorów - identyczny. Byli w drodze, przypomniał sobie, z szeryfem i kolegą z FBI, samochód zatrzymał się na chwilę, być może któryś z trzech musiał wysiąść, żeby się wysikać, i wtedy właśnie to zobaczył. Żywe kolory na zachodzie, kolory niczym gigantyczne tańczące motyle i noc nadciągająca od wschodu jak kuternoga. Idziemy, szefie, powiedział taksówkarz, zanim szczęście nas opuści.

[…]

Były w naszym życiu okresy, kiedy widywałyśmy się codziennie, powiedziała posłanka. W dzieciństwie, kiedy chodziłyśmy do szkoły, nie miałyśmy oczywiście innego wyjścia. Spędzałyśmy razem czas na przerwach, razem się bawiłyśmy, miałyśmy wspólne sekrety. Czasami zapraszała mnie do domu, a ja uwielbiałam tam chodzić, chociaż moi rodzice i dziadkowie nie byli zachwyceni tym, że zadaję się z takimi dziećmi jak Kelly, nie ze względu na samą Kelly, ale na jej rodziców, obawiali się bowiem, że architekt Rivera będzie próbował w jakiś sposób wykorzystać przyjaźń swojej córki, żeby wkraść się w coś, co moja rodzina uważała za najświętszą ze świętości, w żelazny krąg naszej intymności, która oparła się wstrząsom rewolucji i represjom po powstaniu Jeźdźców Chrystusa Króla i wykluczeniu, w którym dusiły się na wolnym ogniu resztki meksykańskiego porfiryzmu, choć właściwie należałoby powiedzieć resztki meksykańskiego iturbidizmu. Żeby mógł pan sobie wyrobić jaki taki pogląd: za Porfrna Diaza moja rodzina miała się całkiem dobrze, ale za cesarza Maksymiliana wiodło się jej o wiele lepiej, a za Iturbide, gdyby cesarstwo Iturbidego przetrwało dłużej bez nagłych zwrotów akcji, przeżyłaby chyba swoje apogeum. Dla mojej rodziny, musi pan o tym wiedzieć, nas, prawdziwych Meksykanów, było bardzo niewielu. Może trzysta rodzin w całym kraju. Tysiąc pięćset, dwa tysiące osób. Cała reszta to albo zawistni Indianie, albo rozżaleni biali, albo inny podejrzany element napływowy, który zjawił się nie bardzo wiadomo skąd, żeby doprowadzić Meksyk do ruiny. W znakomitej większości złodzieje. Karierowicze. Obiboki. Ludzie pozbawieni skrupułów. Architekt Rivera, jak może sobie pan bez trudu wyobrazić, był dla nich chodzącym symbolem społecznego awansu. Sądzili, że jego żona nie jest katoliczką. Najprawdopodobniej, z tego, co mi się obiło o uszy, uważali ją za zwykłą dziwkę. Wie pan, tego typu kwiatki.

[…]

Architektowi Riverze zachciało się nieoczekiwanie i bez uprzedzenia zejść z tego świata i nagle matka Kelly nie tylko została sama, ale na dodatek z masą długów. Najpierw przeniosła Kelly do innej szkoły, a później sprzedała dom w Coyoacan i obie przeprowadziły się do mieszkania w kolonii Roma. Mimo to dzwoniłyśmy do siebie z Kelly, a nawet spotkałyśmy się dwa albo trzy razy. A później wyprowadziły się stamtąd i wyjechały do Nowego Jorku. Pamiętam, że wtedy płakałam dwa dni bez przerwy. Myślałam, że nigdy więcej już jej nie zobaczę. Kiedy miałam osiemnaście lat, zaczęłam studia. Wydaje mi się, że byłam pierwszą kobietą w mojej rodzinie, która znalazła się na uniwersytecie. Pozwolili mi na to chyba tylko dlatego, że zagroziłam, iż w przeciwnym wypadku się zabiję. Najpierw studiowałam prawo, a później dziennikarstwo. Tam zrozumiałam, że jeśli mam żyć, to znaczy mam żyć, będąc tym, kim jestem, będąc Azuceną Esquivel Platą, muszę całkowicie, o sto osiemdziesiąt stopni, zmienić swoją hierarchię wartości, które do tej pory nie różniły się znacząco od tych wyznawanych przez moją rodzinę. Byłam, tak jak Kelly, jedynaczką, a moi najbliżsi powoli gaśli i umierali jeden po drugim. A w mojej naturze nie leży, jak może się pan domyślać, ani powolne dogasanie, ani umieranie. Za bardzo lubiłam życie. Za bardzo podobało mi się to, co życie mogło mi dać, mnie i tylko mnie, a na co w pełni, swoim zdaniem, zasługiwałam. Na uniwersytecie zaczęłam się zmieniać. Poznałam zupełnie innych ludzi. Na prawie - młode wilki PRI, na dziennikarstwie - młode psy gończe meksykańskiej polityki. Od wszystkich czegoś się nauczyłam. Moi profesorowie bardzo mnie lubili. Z początku wywoływało to moją konsternację. Dlaczego akurat ja? Ja, która sprawiałam wrażenie, jakbym zjawiła się prosto z rancza sprzed początków XIX wieku? Czy miałam w sobie coś niezwykłego? Byłam szczególnie atrakcyjna czy inteligentna? (Słupia nie byłam, to prawda, ale nie byłam też jakoś szczególnie inteligentna. Dlaczego więc wzbudzałam sympatię moich profesorów? Czy dlatego, że jestem ostatnią z rodu Esquivel Plata, w której płynie krew, nie woda? A nawet jeśli tak było, to co z tego, dlaczego to właśnie miałoby mnie wyróżniać? Mogłabym napisać traktat o tajnych pokładach meksykańskiej uczuciowości. Ależ my jesteśmy pogmatwani. Jacy prości i zwyczajni wydajemy się innym lub chcemy się wydawać, a w istocie rzeczy jak bardzo jesteśmy pogmatwani. Tacy nijacy jesteśmy, my, Meksykanie, a z tego gmatwania się wobec samych siebie i wobec innych potrafimy robić taki cyrk.

[…]

W wieku lat dziewiętnastu zaczęłam mieć kochanków. Moja seksualna legenda jest znana w całym Meksyku, ale legendy nigdy nie są prawdziwe, a w Meksyku są jeszcze mniej prawdziwe niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Pierwszy raz poszłam do łóżka z facetem z ciekawości. Jak pan słyszy, z ciekawości. Ani z miłości, ani z podziwu, ani ze strachu, jak czyni to cała reszta kobiet. Mogłam równie dobrze iść z nim do łóżka z litości, bo chłopak, z którym postanowiłam to zrobić, tak naprawdę wzbudzał głównie litość, ale prawda jest taka, że zrobiłam to z ciekawości. Po dwóch miesiącach zostawiłam go, odeszłam z innym, z palantem, który sądził, że uda mu się zrobić rewolucję. Ziemia meksykańska nader często wydaje na świat palantów tego typu. Chłopców kosmicznie wręcz głupich, arogantów, którzy, gdy napotykają na swej drodze taką Esquivel Platę, tracą głowę, chcą za wszelką cenę natychmiast ją przelecieć, jak gdyby sam akt wzięcia takiej kobiety jak ja był czynem równie bohaterskim co zdobycie Pałacu Zimowego. Pałacu Zimowego! Oni, którzy nie są nawet zdolni skosić trawnika w Daczy Letniej. Tak czy siak, tego też szybko zostawiłam, teraz jest dość znanym dziennikarzem i za każdym razem, kiedy się upije, opowiada, że był moją pierwszą miłością. Kochanków, którzy przyszli później, miałam albo dlatego, że byli dobrzy w łóżku, albo dlatego, że się nudziłam, a oni byli zabawni albo bystrzy, albo tak bardzo dziwni, że bawili tylko i wyłącznie mnie. Przez jakiś czas, co zapewne pan wie, byłam osobą w pewien sposób związaną z uniwersytecką lewicą. Raz nawet pojechałam na Kubę. Potem wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, mój mąż, również związany z lewicą, wstąpił do PRI [Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, centroprawicowej partii meksykańskiej – przyp. aut.]. Zaczęłam pracować jako dziennikarka. W niedzielę chodziłam do domu, do mojego dawnego domu, gdzie dogorywała powoli moja rodzina, i snułam się tam po korytarzach, po ogrodzie, przeglądałam stare albumy ze zdjęciami, czytałam pamiętniki nieznanych mi przodków, które bardziej niż pamiętniki przypominały mszały, albo spędzałam długie chwile, siedząc nieruchomo nad kamienną studnią na patio, pogrążona w pełnym oczekiwania milczeniu, paląc papierosa za papierosem, nie myśląc o niczym, a czasem nawet nie mogąc sobie niczego przypomnieć. Prawda jest taka, że się nudziłam. Chciałam coś robić, ale nie bardzo wiedziałam co. Kilka miesięcy później się rozwiodłam. Moje małżeństwo nie przetrwało nawet dwóch lat. Oczywiście moja rodzina próbowała mnie od tego odwieść, zagrozili, że mnie wydziedziczą, zostawią na ulicy, argumentowali - i w tym akurat, trzeba przyznać, mieli całkowitą rację - że będę pierwszą z Esquivelów, która rozerwie uświęcony węzeł małżeński, mój wuj, ksiądz, dziewięćdziesięcioletni staruszek, chciał ze mną porozmawiać, takie nieformalne pogadanki umoralniające, ale wówczas, kiedy najmniej się tego spodziewali, obudził się we mnie potwór dowodzenia albo, jak to teraz pięknie nazywają, potwór liderowania, i ustawiłam ich wszystkich razem i każdego z osobna, na swoich miejscach. Jednym słowem: w tych murach stałam się tym, kim jestem i kim pozostanę aż do śmierci. Powiedziałam im, że skończyły się już czasy świętoszkowatości i innych tego typu pierdoł. Powiedziałam, że nie będę w mojej rodzinie dłużej tolerować nieudaczników. Powiedziałam, że majątek i znaczenie Esquivelów rok po roku nic tylko topnieją i że jak tak dalej pójdzie, mój syn i moje wnuki, o ile mój syn wdał się we mnie, a nie w nich, nie będą mieli gdzie głowy złożyć. Powiedziałam, że kiedy ja mówię, nie chcę słuchać żadnego szemrania. Powiedziałam, że jeśli komuś coś się nie podoba, to może sobie iść, że tam są drzwi, a Meksyk jest duży i dla wszystkich wystarczy miejsca. Powiedziałam, że począwszy od tej burzliwej nocy (bo rzeczywiście gdzieś nad miastem rozszalała się burza i widzieliśmy za oknami pioruny), skończyły się szczodrobliwe jałmużny dla kościoła, który obiecywał nam niebo, ale tu, na ziemi, żył z naszej krwawicy od ponad stu lat. Powiedziałam im, że już nigdy nie wyjdę za mąż, i ostrzegłam, że usłyszą z moich ust znacznie gorsze rzeczy. Powiedziałam im, że umierają powoli, a ja nie chcę, żeby umierali.

[…]

Kessler ponownie zaczął przyglądać się rozkawałkowanemu krajobrazowi czy też będącemu w trakcie ustawicznego rozpadania się na kawałki, niczym puzzle układające się i rozsypujące co sekundę, i powiedział temu, który prowadził, by zawieźli go do El Chile, największego, znacznie większego od miejskiego wysypiska, nielegalnego wysypiska w Santa Teresa, tam gdzie wywoziły odpadki nie tylko ciężarówki z maquiladoras, ale również śmieciarki zakontraktowane przez miasto, jak również śmieciarki niektórych prywatnych firm, pracujących jako podwykonawcy albo w strefach nieobsługiwanych przez służby publiczne, i samochód wówczas wyjechał z nieutwardzonej drogi, i jakby zawracał, jakby z powrotem jechał do kolonii La Vistosa i na szosę, ale później skręcił, w węższą drogę, równie przygnębiającą, gdzie nawet zarośla pokryte były grubą warstwą pyłu, jakby w okolicy spadła bomba atomowa i nikt tego nie zauważył, poza poszkodowanymi, pomyślał Kessler, ale poszkodowani się nie liczą, bo zwariowali albo już nie żyją, nawet jeśli przechodzą obok i na nas patrzą, oczy i spojrzenia wzięte prosto z westernu, zarówno ze strony Indian, jak i ze strony złych, to pewne, nie ma wątpliwości, to znaczy, spojrzenia wariatów, spojrzenia ludzi żyjących w innym wymiarze, i których spojrzenia nas niekoniecznie dotykają, dostrzegamy je, ale nas nie dotykają, nie przywierają do naszej skóry, przenikają nas, pomyślał Kessler, podczas gdy dawał znak, by opuszczono szybę. Nie, proszę jej nie opuszczać, powiedział jeden ze śledczych. Dlaczego? Zapach, cuchnie śmiercią. Pachnie nieprzyjemnie. Dziesięć minut później dojechali do wysypiska.

[…]

To były niesamowite czasy. Byłyśmy młode, nie ciążyły na nas poważniejsze obowiązki, byłyśmy niezależne i nie brakowało nam pieniędzy. To właśnie wtedy Kelly uznała, że imieniem, które najbardziej do niej pasuje, jest właśnie Kelly. Ja z rozpędu mówiłam do niej jeszcze Luz Maria, ale inni zwracali się do niej Kelly, póki któregoś dnia sama nie zwróciła mi uwagi. Powiedziała: Azuceno, Luz María Rivera nie podoba mi się, nie podoba mi się, jak brzmi, wolę Kelly, wszyscy tak do mnie mówią. Czy ty też mogłabyś? A ja odparłam: nie ma sprawy, chcesz, żebym cię nazywała Kelly, proszę bardzo. I od tej chwili zaczęłam do niej mówić Kelly. Z początku wydawało mi się to śmieszne. Typowo amerykański idiotyzm. Ale później zdałam sobie sprawę, że to imię rzeczywiście do niej pasuje. Może dlatego, że Kelly miała w sobie coś z Grace Kelly. A może dlatego, że Kelly to krótkie imię, dwie sylaby, a Luz Maria jest nieco dłuższe, a może dlatego, że Luz Maria nasuwa religijne skojarzenia, a Kelly nie nasuwało żadnych skojarzeń albo kojarzyło się z jakąś fotografią. Gdzieś pewnie jeszcze mam jej listy podpisane Kelly R. Parker. Wydaje mi się, że nawet czeki podpisywała w ten sposób. Kelly Rivera Parker. Są tacy, którzy wierzą, że imię jest przeznaczeniem. Nie sądzę, żeby tak było. Ale gdyby tak było, wybierając właśnie to imię, Kelly w jakiś sposób postawiłaby pierwszy krok w stronę niewidzialności, w stronę koszmaru. Pan wierzy w to, że w imieniu kryje się przeznaczenie? Nie, odpowiedział Sergio, i lepiej, żebym w to nie wierzył. Dlaczego? westchnęła bez cienia ciekawości. Bo mam zwykłe i proste imię, powiedział Sergio, patrząc w czarne okulary swojej gospodyni. Posłanka przez chwilę trzymała głowę w dłoniach, jakby skronie pękały jej z bólu. Powiedzieć coś panu? Wszystkie imiona są zwykłe i proste, wszystkie są pospolite. Na jedno wychodzi, czy masz na imię Kelly czy Luz María. I tak wszystkie imiona przemijają. Należałoby uczyć tego dzieci od pierwszej klasy, ale nie mamy odwagi tego zrobić.

[…]

Żyła jak Oscar Wilde, ponad swoje możliwości. I co najbardziej niewiarygodne w tym wszystkim, nigdy nie mąciło jej to optymizmu. No dobrze, raz, dwa razy widziałam ją wściekłą, rozjuszoną, ale zawsze przechodziło jej to po kilku minutach. Innym jej przymiotem, i tym się nie różniłyśmy, była spolegliwość wobec przyjaciół. Choć, na dobrą sprawę, niekoniecznie to musi być przymiot. Ale ona taka już była, przyjaciel czy przyjaciółka to była dla niej rzecz święta, nigdy nie odmówiła pomocy przyjacielowi. Kiedy wstąpiłam do PRI, w moim otoczeniu doszło do lekkiego rokoszu, żeby jakoś to nazwać. Część zaprzyjaźnionych ze mną od lat dziennikarzy nagle przestała się do mnie odzywać. Inni, ci gorsi, nie przestali ze mną rozmawiać, ale przede wszystkim zaczęli gadać 0 mnie za moimi plecami. Ten kraj stuprocentowych mężczyzn, jak pan dobrze wie, zawsze pełen był tchórzliwych mięczaków. Jeśli się tego nie wie, trudno zrozumieć historię Meksyku. Ale Kelly zawsze była po mojej stronie, nigdy nie kazała mi się tłumaczyć, nigdy słowem się nie odezwała na ten temat. Reszta, jak pan dobrze wie, twierdziła, że wstąpiłam dla kariery. Jasne, że wstąpiłam dla kariery. Tyle że można robić karierę na różne sposoby, a ja zmęczyłam się już wołaniem na puszczy. Chciałam władzy, nie będę zaprzeczać. Chciałam mieć wolne ręce, żeby coś w tym kraju zmienić. I temu też nie zaprzeczam. Chciałam poprawić publiczną służbę zdrowia i publiczną oświatę i dorzucić swoje ziarnko do tego, by Meksyk był lepiej przygotowany do wejścia w wiek XXI. Jeśli to jest robienie kariery, to tak - chciałam zrobić karierę.

[…]

Człowiek myśli, że, siedząc w strukturach władzy, może cośkolwiek poprawić. Najpierw myślisz, że możesz cokolwiek polepszyć, działając poza nimi, a później sądzisz, że jeśli będziesz w środku, rzeczywiście uda ci się coś zmienić. A przynajmniej sądzisz, że znalazłszy się tam, w środku, będziesz miał większą swobodę działania. Nic bardziej mylnego. Są rzeczy, których nie da się zmienić ani z zewnątrz, ani od środka. I tu zaczyna się rzecz najzabawniejsza. I najbardziej niewiarygodna w tej całej historii (wszystko jedno, czy historii naszego smutnego Meksyku, czy naszej smutnej Ameryki Łacińskiej). Tu zaczyna się rzecz nie-wiary-godna. Kiedy ktoś popełnia błędy od środka, błędy tracą na znaczeniu. Błędy przestają być błędami. Błędy, walenie głową w mur, przekształcają się w polityczne cnoty, w polityczne ryzyko, w polityczną obecność, w medialne punkty na twoją korzyść. Być i błądzić, w godzinę prawdy, a takimi godzinami są wszystkie godziny, przynajmniej te od ósmej wieczorem po piątą rano, to stany tak do siebie przystające jak przycupnąć i przeczekać. Nieważne, że nic nie robisz, nieważne, że coś pieprzysz, ważne, że jesteś. A gdzie? No właśnie tam, tam, gdzie należy być. Oto, jak przestałam być znaną postacią, a stałam się dawna. Byłam kobietą atrakcyjną, mówiłam, co chciałam, nie szczypałam się, dinozaury z PRI zrywały boki z moich gaf, młode wilki z PRI uważały mnie za jedną ze swoich, lewe skrzydło partii, bez wyjątku, z radością przyjmowało każdą moją kolejną wpadkę. Ja z kolei nie zdawałam sobie sprawy z połowy moich potknięć. Rzeczywistość jest jak naćpany alfons.

[…]

Przez chwilę zastanawiał się nad moją propozycją, a może raczej szukał odpowiednich słów, by przekazać mi to, co miał mi przekazać. Kiedy się wreszcie odezwał, powiedział tylko, że nie chce, bym niepotrzebnie traciła czas, i nie będzie mnie narażać na zbędne wydatki. Że uważa sprawę za zamkniętą. Chce pan powiedzieć, że Kelly nie żyje? krzyknęłam. Mniej więcej, powiedział, ani na jotę nie tracąc swego zwykłego opanowania. Jak to mniej więcej? krzyczałam. Albo się żyje, albo się jest martwym, do cholery! W Meksyku można być mniej więcej martwym, odparł poważnym tonem. Przez chwilę miałam ochotę go spoliczkować. Cóż za zimny, opryskliwy facet. Nie, powiedziałam mu, wyraźnie wymawiając każdą sylabę, ani w Meksyku, ani w żadnej innej części świata nie można być mniej więcej martwym. Niech pan przestanie gadać jak przewodnik turystyczny. Albo moja przyjaciółka żyje, i w takim wypadku chcę, żeby pan ją odnalazł, albo jest martwa i wtedy chcę, by odnalazł pan jej morderców. Loya się uśmiechnął. Z czego się pan śmieje? zapytałam. Rozbawił mnie ten przewodnik turystyczny. Mam dość tego, że Meksykanie zachowują się, jakbyśmy się wszyscy znaleźli na stronach Pedro Páramo, powiedziałam. Być może tak właśnie jest, powiedział Loya. Nie, nie, zapewniam pana, że tak nie jest, odparłam. Przez chwilę Loya nie odzywał się, siedział ze skrzyżowanymi nogami, w pełnej godności postawie, jakby namyślał się nad moimi słowami. To może trwać całe miesiące, a nawet lata, powiedział w końcu. A poza tym pewnie nie pozwolą mi pracować. Kto panu nie pozwoli? Pani ludzie, pani koledzy z partii. Ja będę nad wszystkim czuwać, będę pana wspierać przez cały czas, zapewniłam go. Mam wrażenie, że przecenia pani swoje możliwości, powiedział Loya. Oczywiście, że przeceniam swoje możliwości, gdyby tak nie było, nigdy nie zaszłabym tak daleko, do jasnej cholery, zirytowałam się. Loya znów się zamyślił. Przez chwilę myślałam, że zasnął, ale oczy miał szeroko otwarte. Jeśli pan się nie podejmie tego zlecenia, znajdę kogoś innego, powiedziałam, nie patrząc mu w twarz. Po chwili wstał. Odprowadziłam go do drzwi. Będzie pan dla mnie pracował? Zobaczę, co da się zrobić, ale nic pani nie obiecuję, powiedział i zniknął na ścieżce prowadzącej na ulicę, gdzie stali mój goryl i mój szofer, przerzucający się sprośnymi kalamburami, niczym dwa zombi.

[…]

Ostatni przypadek roku 1997 był dość podobny do przedostatniego, z tą różnicą, iż torba ze szczątkami znaleziona została nie. na zachodnim krańcu miasta, ale na krańcu wschodnim, przy nieutwardzonej drodze, która biegła, by tak rzec, równolegle do linii granicznej, a później rozgałęziała się i znikała, dochodząc do pierwszych gór i pierwszych wąwozów. Ofiara, zdaniem lekarzy sądowych, nie żyła już od dłuższego czasu. Miała mniej więcej osiemnaście lat i mierzyła metr pięćdziesiąt osiem, metr sześćdziesiąt. Ciało było obnażone, ale w torbie znaleziono parę skórzanych butów na wysokim obcasie, dobrej jakości, co dało asumpt do przypuszczeń, iż ofiara była dziwką. Znaleziono również białe majtki typu tanga. Zarówno ta sprawa, jak i poprzednia zostały zamknięte po trzech dniach śledztwa prowadzonego z rozpędu i mechanicznie. Święta Bożego Narodzenia minęły w Santa Teresa normalnie i jak zwykle. Tradycyjnie organizowano posadas, rozbijano piñatas, pito tequilę i piwo. Nawet z najbiedniejszych ulic dochodził śmiech. Niektóre z tych ulic tonęły w całkowitych ciemnościach i podobne były do czarnych dziur, a śmiechy dobywające się nie wiadomo skąd były jedynymi znakami, jedynymi sygnałami, dzięki którym zarówno mieszkańcy, jak i przybysze mogli się nie zgubić.

Roberto Bolano, 2666. Część zbrodni

Pięcioksiąg w wydaniu zbrodni Roberto Bolano - chilijskiego pisarza i poety - przenosi nas niemal wyłącznie do Santa Teresa, do miasta na pogranicze pomiędzy meksykańskim stanem Sonora a amerykańską już Arizoną chcąc nie chcąc do północno-zachodniego Meksyku w lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. W wielowątkowej narracji przekaz narratora skupia się na smutnych losach seryjnie mordowanych kobiet i małoletnich dziewcząt przez zdeprawowanego mordercę, którego tożsamości w wirze hipotez nie udaje się ustalić nawet wytrawnemu specjaliście od psychopatologii. W sposób mistrzowski Bolano ukazuje społeczeństwo meksykańskie, w tym zwłaszcza skorumpowane elity biznesowe, zapóźnioną w rozwoju biedotę miejską i nieudolne służby porządkowe mające panować nad spokojem i bezpieczeństwem jednostki. W tej dojmującej bezradności i pod pręgierzem bezprzykładnego chaosu do głosu dochodzą atawistyczne instynkty i pogmatwane półprawdy, które jedynie obnażają ludzką w nas zwierzęcość.



powrót ››