Blog

 

22.12.2022

2666. Część Archimboldiego

„Codzienność, mimo wszystko, znowu

stawała się spokojna,

niedostrzegalna.”

„Literatura i sława

to śmiertelni adwersarze.”

„…człowiek z marginesu, artysta

wiecznie rozżarzony, ktoś,

kto już nigdy nie zobaczy

gruzów przemienionych w świetlne

stuły…”

[…]

Jego matka była jednooka. Miała bardzo jasne włosy i była jednooka. Jej dobre oko było niebieskie i łagodne, jakby nie była zbyt inteligentna, ale za to poczciwa, do przesady. Jego ojciec był kuternogą. Stracił nogę w czasie wojny i spędził miesiąc w szpitalu wojskowym, nieopodal Dureń, przekonany, że już się z tego nie wykaraska, i patrząc, jak ranni, którzy mogli się ruszać (on nie mógł!), kradli papierosy rannym, którzy nie mogli się ruszać. A kiedy i jemu chcieli ukraść papierosy, złapał za szyję złodzieja, piegowatego typa o wydętych policzkach, szerokich plecach i szerokich biodrach, i powiedział mu: stop! tytoń żołnierza rzecz święta! Wówczas piegus oddalił się i zapadła noc, a ojciec nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś go obserwuje. W sąsiednim łóżku leżała mumia. Miała oczy czarne jak dwie głębokie studnie. Chcesz zapalić? Mumia nie odpowiedziała. Dobrze jest sobie zapalić - powiedział i zapalił papierosa, i spróbował pośród bandaży wymacać usta. Mumia się wzdrygnęła. Może niepalący, pomyślał, i zabrał papierosa. Księżyc oświetlił koniec papierosa, który zabrudzony był czymś w rodzaju białej pleśni. Wtedy raz jeszcze włożył go mumii w usta, mówiąc: pal, pal, zapomnij o wszystkim. Oczy mumii nie odrywały się od niego, może, pomyślał, to kompan z batalionu, który mnie rozpoznał. Ale dlaczego się do mnie nie odzywa? Chyba nie może mówić, pomyślał. Nagle spod bandaży zaczął wydobywać się dym. Gotuje się, pomyślał, gotuje się, gotuje. Dymiło mumii z uszu, z gardła, z czoła, z oczu nawet, mimo to nieodmiennie wpatrywały się w niego, szybko więc zaczął dmuchać, wyjął mumii papierosa z ust i jeszcze trochę podmuchał na obandażowaną głowę, póki dym całkiem nie zniknął. Zgasił papierosa na podłodze i zasnął. Gdy się obudził, mumii już obok nie było. Gdzie jest mumia? zapytał. Umarł dziś rano, poinformował ktoś z pobliskiego łózka. On wówczas, w oczekiwaniu na śniadanie, zapalił papierosa. Kiedy go wypisano, udał się, kulejąc, do miasta Duren. Tam wsiadł do pociągu, który wywiózł go do innego miasta.

[…]

W roku 1920 urodził się Hans Reiter. Nie wyglądał na niemowlę, ale na wodorost. Canetti i wydaje mi się, że również Borges, dwóch całkiem odmiennych ludzi, powiedzieli, że tak jak morze jest symbolem albo zwierciadłem Anglików, las jest metaforą, gdzie mieszkają Niemcy. Z tej reguły wyłamał się Hans Reiter od chwili urodzin. Nie lubił ziemi, a tym bardziej lasów. Nie lubił również morza czy też tego, co większość śmiertelników nazywa morzem, a co w rzeczywistości jest tylko powierzchnią morza, falami podnoszonymi przez wiatr, które z wolna przeistaczały się w metaforę klęski i szaleństwa. On zaś lubił dno morza, tę inną ziemię, pełną równin, które nie były równinami, i dolin, które nie były dolinami, i przepaści, które nie były przepaściami.

[…]

Trzyletni Hans Reiter był wyższy od wszystkich trzylatków w swoim miasteczku i wyższy od każdego czterolatka, i nie wszystkie pięciolatki były wyższe od niego. Z początku jego chód był niepewny, ale miejscowy lekarz orzekł, że to wskutek wysokiego wzrostu, i zalecił, by dziecku dawano więcej mleka, żeby dostarczyć niezbędne dla kości wapno. Lekarz mylił się jednak. Hans Reiter miał niepewny chód dlatego, że poruszał się po powierzchni ziemi tak jak początkujący nurek po dnie morza. W rzeczywistości żył, jadł, spał i bawił się na dnie morza. Z mlekiem nie było problemu, jego matka miała trzy krowy i kury, i dziecko odżywiane było dobrze. Kuternoga [ojciec – przyp. aut.] przypatrywał się czasami synowi chodzącemu po polach i zastanawiał się, czy w jego rodzime był kiedykolwiek tak wysoki chłop. Brat jednego z prapradziadków albo pradziadka, przypominał sobie, służył pod rozkazami Fryderyka Wielkiego, w regimencie złożonym wyłącznie z mężczyzn o wzroście przekraczającym metr osiemdziesiąt lub metr osiemdziesiąt pięć. Ten regiment, czy też luksusowy batalion, miał zazwyczaj duże straty, jego żołnierze stanowili bowiem łatwy cel, łatwo było ich trafić. Zdarzyło się nawet, myślał, patrząc na syna niezgrabnie poruszającego się skrajem sąsiednich ogrodów, że pruski regiment stanął naprzeciwko swojego rosyjskiego odpowiednika, regimentu złożonego z chłopów metr osiemdziesiąt albo metr osiemdziesiąt pięć w zielonych mundurach Rosyjskiej Gwardii Imperialnej, i ruszyli do boju, i śmiertelność była przerażająca, nawet kiedy regimenty obu wojsk się cofnęły, oba regimenty olbrzymów kontynuowały walkę wręcz, która ustała dopiero wtedy, gdy dowodzący generałowie wydali nieodwołalny rozkaz odwrotu na nowe pozycje. […] Sześcioletni Hans Reiter był wyższy od wszystkich sześciolatków, wyższy od wszystkich siedmiolatków, wyższy od wszystkich ośmiolatków, wyższy od wszystkich dziewięciolatków i połowy dziesięciolatków. A poza tym, mając sześć lat, ukradł po raz pierwszy książkę. Książka nosiła tytuł: Zwierzęta i rośliny wybrzeża europejskiego. Schował ją pod łóżkiem, choć w szkole nikt po książce nie płakał. W tamtym też okresie zaczął nurkować. W roku 1926. Pływać zaczął, gdy miał lat cztery, i zanurzał głowę pod wodę i otwierał oczy, a później matka go strofowała, bo chodził przez cały dzień z zaczerwienionymi oczami i obawiała się, że ludzie widząc go, pomyślą, że dzieciak płacze przez calutki dzień. Ale nurkować nauczył się dopiero, gdy miał sześć lat. Owszem, wkładał głowę, zanurzał się z metr i otwierał oczy, i patrzył. To potrafił. Ale nurkować nie. Gdy miał lat sześć, uznał, że metr to za mało, i rzucił się na łeb na szyję prosto na samo dno morza. Książkę Zwierzęta i rośliny wybrzeża europejskiego miał calusieńką w głowie, jak to się mówi, i podczas nurkowania przerzucał powoli stronę po stronie. W ten sposób odkrył Laminaria digitata, algę osiągającą ogromne rozmiary, zbudowaną z mocnej łodygi i szerokiego liścia, tak jak podawał opis w książce, w kształcie wachlarza, z którego odchodziły pasemka, w rzeczywistości wyglądające jak palce. Laminaria digitata jest wodorostem mórz zimnych, takich jak Bałtyk, Morze Północne i Atlantyk. Spotyka się ją w dużych skupiskach, na najniższym poziomie odpływu i przy brzegach skalistych. Odpływ zazwyczaj odsłania lasy tych wodorostów. Kiedy Hans Reiter zobaczył po raz pierwszy las tych wodorostów, tak się wzruszył, że zaczął pod wodą płakać. Trudno pewnie pojąć, jak człowiek może płakać, nurkując pod wodą z otwartymi oczyma, ale nie zapominajmy, że Hans miał wówczas zaledwie sześć lat, jak również, że w jakiejś mierze był dzieckiem szczególnym.

[…]

Laminaria digitata jest koloru jasnobrązowego i podobna jest do Laminaria hypeitorea, o łodydze dość wiotkiej, i do Saccorhiza polyschides, obdarzonej łodygą o bulwiastych obrzmiałościach. Obie te algi jednak rosną w głębokich wodach i choć niekiedy, w letnie południe, Hans Reiter odpływał jak najdalej od plaży lub skał, gdzie zostawiał ubranie, a później nurkował, nie zdołał ich nigdy zobaczyć, mógł jedynie wyobrazić je sobie, tam na dnie, ten spokojny i cichy las. W owym czasie zaczął rysować w zeszycie wszelkiego rodzaju wodorosty. Narysował Chorda filum, algę składającą się z długich, wąziutkich sznureczków, które jednak mogą osiągnąć osiem metrów długości. Nie mają odgałęzień i wyglądają na bardzo delikatne, ale w rzeczywistości są bardzo silne. Rosną poniżej linii odpływu. Narysował również Leathesia difformis, algę złożoną z krągławych bulw koloru oliwkowobrązowego, rosnącą na skałach i innych algach. Ma dziwny wygląd. Na własne oczy żadnej nigdy nie widział, ale wiele razy mu się śniły. Narysował Ascophyllum nodosum, wodorost o brunatnym kolorze, o chaotycznej budowie, wzdłuż liści porośnięty jajeczkowatymi pęcherzykami. Pośród wodorostów Ascophyllum nodosum istnieją algi męskie i algi żeńskie, wytwarzające owoce podobne do rodzynek. U męskiej są żółte. U żeńskiej zielonkawe. Narysował Laminaria sacckarina, algę składająca się z jednego długiego liścia w kształcie paska. Kiedy jest sucha, można na jej powierzchni dostrzec kryształki słodkiej substancji, mannitolu. Rośnie na wybrzeżach skalistych, przyczepiona do różnorodnych trwałych obiektów, choć nierzadko porywana jest przez morze. Narysował Padina pavonía, rzadki wodorost niewielkich rozmiarów o kształcie wachlarza. To gatunek występujący w ciepłych wodach, który można znaleźć od południowych wybrzeży Wielkiej Brytanii po Morze Śródziemne. Nie istnieją gatunki pokrewne. Narysował Sargassum vulgare, wodorost rosnący na skalistych i kamienistych plażach Morza Śródziemnego, który pomiędzy liśćmi ma małe, szypułkowate narządy rozrodcze. Można spotkać ją zarówno na wodach płytkich, jak i na dużych głębokościach. Narysował Porpkyra umbilicalis, szczególnie piękny wodorost, osiągający dwadzieścia centymetrów długości, barwy czerwonawopurpurowej. Rośnie w Morzu Śródziemnym, w Atlantyku, w kanale La Manche i w Morzu Północnym. Istnieje wiele gatunków Porphyra i wszystkie są jadalne. Spożywają je przede wszystkim Walijczycy.

[…]

Walijczycy to świnie - odpowiedział Kuternoga na pytanie swego syna. Absolutne świnie. Anglicy to też świnie, ale nie takie jak Walijczycy. Chociaż tak naprawdę jedni i drudzy to takie same świnie, ale Anglicy starają się wyglądać, jakby nie byli aż takimi świniami, a że potrafią dobrze udawać, w końcu rzeczywiście tak wyglądają. Szkoci są większymi świniami od Anglików i tylko trochę mniejszymi od Walijczyków. Francuzi są takimi samymi świniami jak Szkoci. Włosi to prosiaki. Prosiaki gotowe zeżreć swoją matkę maciorę. O Austriakach można powiedzieć to samo: świnie, świnie, świnie. Nie wierz nigdy Węgrowi. Nie wierz nigdy Czechowi. Liżą ci rękę, a jednocześnie już żrą ci mały palec. Nie wierz nigdy Żydowi: ten zeżre ci kciuk, a na dodatek obślini ci całą rękę. Bawarczycy to też świnie. Kiedy rozmawiasz z Bawarczykiem, mój synu, pamiętaj, żeby mieć pas mocno zapięty. Z Nadreńczykami lepiej w ogóle nie rozmawiać: ani się obejrzysz, a już ci nogę będą chcieli uciąć. Polacy wyglądają jak kury, ale wystarczy, że wyrwiesz im cztery piórka, a zobaczysz, jak wychodzi spod nich świńska szczecina. Z Rosjanami nie inaczej. Wyglądają jak zgłodniałe psy, ale w rzeczywistości są zgłodniałymi świnia­ mi, świniami gotowymi zeżreć każdego, bez pytania, natychmiast, bez najmniejszej skruchy. Serbowie są jak Rosjanie, ale w pomniejszeniu. To świnie przebrane za psy chihuahua. Psy chihuahua to miniaturowe pieski, niewiele większe od wróbelka, które żyją na północy Meksyku i pojawiają się czasem w filmach amerykańskich. Amerykanie to świnie, oczywiście. Kanadyjczycy to też świnie, wielkie bezlitosne świnie, choć najgorszymi świniami w Kanadzie są świnie francusko-kanadyjskie, tak jak najgorszy­ mi świniami w Ameryce są świnie irlandzkie. Turcy? Ta sama banda. To świnie sodomistyczne, tak jak świnie saksońskie i świnie westfalskie. Co się tyczy Greków, to mogę jedynie powiedzieć, że niczym się nie różnią od Turków: świnie włochate i sodomistyczne. Tylko Prusacy wychodzą z tego cało. Ale Prusy już nie istnieją. Gdzie są Prusy? Widzisz je? Bo ja nie. Czasem wydaje mi się, że wszyscy zginęli na wojnie. Czasem, na odwrót, wydaje mi się, że kiedy leżałem w szpitalu, w tym obskurnym, świńskim szpitalu, Prusacy masowo wyemigrowali, jak najdalej stąd. Czasem idę sobie na skalne urwisko i patrzę na Bałtyk, i usiłuję odgadnąć, dokąd odpłynęły statki Prusaków. Do Szwecji? Do Norwegii? Do Finlandii? Niemożliwe: to ziemie świń. Wobec tego dokąd? Na Islandię, na Grenlandię? Usiłuję zgadnąć i nie potrafię. Gdzie wobec tego są Prusacy? Podchodzę na skraj urwiska i szukam ich na szarym horyzoncie.

[…]

We Wsi Grubasów, bo jakżeby inaczej, pełno było zwierząt i dużo jatek. Czasem, już w drodze powrotnej, poruszając się jak nurek, widział mieszkańców Wsi Grubasów wałęsających się z nudów po uliczkach Osady Błękitnych Kobiet albo Osady Czerwonych Mężczyzn i myślał, że być może mieszkańcy tych dwóch miejscowości, którzy teraz są widmami, zginęli z rąk groźnych i niezrównanych w sztuce zabijania przybyszy ze Wsi Grubasów, aczkolwiek do niego akurat nic nie mieli, między innymi dlatego, że był nurkiem, to znaczy nie był z tego świata, w którym bywał jedynie  jako eksplorator lub gość. Kiedy indziej nogi prowadziły go w kierunku zachodnim, dzięki czemu mógł przejść się główną ulicą Osady Jajo, która z każdym rokiem coraz bardziej oddalała się od skalistego urwiska, jakby domy same się poruszały, usiłując znaleźć bezpieczniejsze miejsce bliżej nizin i lasów. Za Osadą Jajo leżała Osada Świnia, osada, do której, jak mniemał, nigdy nie zachodził jego ojciec i gdzie było bardzo dużo chlewów i stad najradośniejszych świń w tej części Prus, które zdawały się pozdrawiać wędrowca, nie bacząc na jego status społeczny czy też wiek lub stan cywilny, przyjacielskim chrząkaniem, muzycznym niemal, albo bez niemal, całkowicie muzycznym, podczas gdy miejscowi zatrzymywali się, bez ruchu, z kapeluszami w dłoniach albo zakrywając sobie nimi twarz, przez skromność czy też ze wstydu, nie wiadomo. A dalej jeszcze leżała Wieś Gadatliwych Dziewcząt, dziewcząt, które chodziły na zabawy i huczne tańce do jeszcze większych miasteczek, których nazwy młodemu  Hansowi  Reiterowi  natychmiast wylatywały z głowy, dziewcząt, które paliły na ulicy i rozmawiały o marynarzach z dużego portu służących na statkach, które nazywały się tak i tak i których nazwy młodemu Hansowi Reiterowi natychmiast wylatywały z głowy, dziewcząt, które chodziły do kina i oglądały strasznie wzruszające filmy, grane przez aktorów, którzy byli najprzystojniejszymi mężczyznami na całej ziemi, i przez aktorki, które, o ile tylko ktoś chciał być modny, należało naśladować i których nazwiska młodemu Hansowi Reiterowi natychmiast wylatywały z głowy. Kiedy wracał do domu, jak nocny nurek, matka pytała go, gdzie był przez cały dzień, a młody Hans Reiter mówił, co mu ślina na język przyniosła, oprócz prawdy. Jednooka patrzyła nań wówczas swym niebieskim okiem i dzieciak wytrzymywał to spojrzenie, patrząc jej głęboko w oko swymi szarymi oczami, a z kąta nieopodal kominka kuternoga patrzył na oboje swymi niebieskimi oczami i wyspa Prusy zdawała się na trzy, cztery sekundy wynurzać z otchłani.

[…]

Ale wysoce sobie cenił również odwagę i kiedy zobaczył, że jakieś dziecko tonie, choć z początku wydawało mu się, że to wodorost, bez wahania skoczył, by dziecko uratować, mimo że przy owych skałach morze było szczególnie wzburzone. I jeszcze coś trzeba koniecznie podkreślić, a mianowicie to, że omylnym Voglem (pomylić opalone dziecko o blond włosach z wodorostem) ta noc, kiedy już było po wszystkim, mocno wstrząsnęła. W łóżku i po ciemku Vogel raz jeszcze rekapitulował wszystkie wydarzenia tego dnia, tak jak to zawsze czynił, to znaczy z niepomiernym zadowoleniem, kiedy nagle znowu zobaczył tonące dziecko i znów zobaczył siebie, jak przygląda się mu i waha się, czy chodzi o istotę ludzką, czy też o wodorost. Sen odbiegł go natychmiast. Jak mógł pomylić dziecko z wodorostem? zastanawiał się. I dalej: gdzie dziecko może być podobne do wodorostu? I dalej: czy jest coś, co łączy dziecko z wodorostem? Przed zadaniem sobie czwartego pytania Vogel pomyślał, że być mo­ że jego berliński lekarz ma jednak rację, podejrzewając, że coraz większy z niego wariat, no, może nie wariat w pełnym tego słowa znaczeniu, co to, to nie, ale że na pewno zaczyna już wkraczać na ścieżkę, żeby to jakoś określić, wariactwa, bo jednak dziecko, myślał, nie ma nic wspólnego z wodorostem i osoba, która patrząc ze skał, myli dziecko z wodorostem, jest osobą, która nie wszystkie klepki ma w porządku, nie żeby od razu wariat, bo wariatom brakuje piątej klepki, jak najbardziej, ale jednak ktoś, kto z klepkami ma nie do końca w porządku, wobec czego powinien bardziej zważać na wszystko, co ma związek z jego zdrowiem mentalnym. I wiedząc, że już tej nocy nie zaśnie, zaczął myśleć o chłopcu, którego uratował. Był chudy, przypomniał sobie, bardzo wysoki jak na swój wiek i mówił diablo źle i niewyraźnie. Kiedy zapytał chłopca, co się stało, ten odpowiedział mu: Ninstało. Co? - zapytał Vogel. Co mówisz? Ninstało - powtórzył chłopak. I Vogel zrozumiał, że „ninstało" znaczy: nic się nie stało.

[…]

Po raz drugi młody Hans Reiter bliski był utonięcia zimą, kiedy towarzyszył rybakom w przybrzeżnych połowach naprzeciwko Osady Błękitnych Kobiet. Zmierzchało już i rybacy zaczęli rozmawiać o światełkach poruszających się na dnie morza. Jeden z nich powiedział, że to zmarli rybacy szukający drogi do swoich wsi, do swych cmentarzy na stałym lądzie. Inny powiedział, że to świecące porosty, porosty, które świecą tylko raz w miesiącu, jakby w jedną noc rozładowywały wszystko, co żmudnie gromadziły przez trzydzieści dni. Inny powiedział, że to gatunek anemonu występujący jedynie w tej części wybrzeża i że świecą jedynie anemony żeńskie, aby zwabić anemony męskie, choć w zasadzie, to znaczy na całym świecie, anemony są obojnacze, ani męskie, ani żeńskie, ale i męskie, i żeńskie w jednym ciele, jakby rozum usnął, a kiedy się obudził, część anemonu bzyknęła tę drugą część, jakby w jednym mogli istnieć mężczyzna i kobieta jednocześnie albo pedał i mężczyzna w przypadku anemonów sterylnych. Inny jeszcze powiedział, że to ryby elektryczne, dość szczególny gatunek, przy których należy zachować daleko idącą ostrożność, bo jak wpadną w twoje sieci, niczym się nie różnią od pozo­ stałych ryb, ale po ich zjedzeniu ludzie chorowali z powodu strasznych porażeń prądem w żołądku, które mogły nawet w pewnych okolicznościach spowodować śmierć. I podczas gdy rybacy prowadzili swoje rozmowy, Hans Reiter pchany nieodpartą ciekawością lub szaleństwem, czasem doprowadzającymi go do robienia rzeczy, których lepiej byłoby nie robić, wypadł, z całkowitą premedytacją i bez uprzedzenia,  za burtę  i popłynął na dno za światłami czy też za światłem owych, czy też owej szczególnej ryby, a rybacy z początku w ogóle się nie przejęli, nie zaczęli krzyczeć ani jęczeć, bo wszystkim dobrze znane były niekonwencjonalne zachowania młodego Reitera, niemniej, kiedy po iluś sekundach nie dostrzegli na powierzchni jego głowy, jednak się przejęli, bo choć byli niewykształconymi Prusakami, to przecież byli ludźmi morza i wiedzieli, że nikt nie potrafi wytrzymać pod wodą bez oddychania dwóch minut (lub coś koło tego), w każdym razie na pewno nie dzieciak, choćby nie wiadomo jak wysoki, którego płuca nie są na tyle silne, by wytrzymały taką próbę. I w końcu dwóch z nich rzuciło się w wody tego ciemnego morza, morza stada wilków, i zanurzyło się przy łodzi, usiłując wypatrzeć ciało młodego Reitera, bez skutku, więc musieli wynurzyć się i zaczerpnąć powietrza, ale przed ponownym zanurkowaniem zapytali tych na kutrze, czy smarkacz już wypłynął. I wtedy, pod presją przeczącej odpowiedzi, znowu zniknęli wśród ciemnych fal, nasuwających skojarzenia z leśnymi zwierzętami, tym razem w towarzystwie trzeciego rybaka, który przedtem się wstrzymał przed skoczeniem do wody, i to właśnie on zobaczył na głębokości pięciu metrów ciało młodego Reitera unoszące się niczym oderwany od podłoża wodorost, bielusieńki w morskiej przestrzeni, i to on złapał chłopca pod pachy i wyciągnął go, i to on zmusił młodego Reitera do zwymiotowania całej wody, którą zdążył wchłonąć.

[…]

W wieku trzynastu lat Hans Reiter zarzucił naukę. Było to w roku 1933, czyli w roku dojścia Hitlera do władzy. W wieku lat dwunastu zaczął naukę w szkole we Wsi Gadatliwych Dziewcząt. Ale  szkoła z różnych względów, z których każdy był jak najbardziej usprawiedliwiony, nie podobała mu się, do tego stopnia, że ociągał się w drodze, która nie była dlań horyzontalna czy  też  akcydentalnie  horyzontalna lub zygzakowato horyzontalna, ale pionowa, przedłużonym  spadkiem ku morskiemu dnu, gdzie wszystko, drzewa, trawa, bagna, zwierzęta, płoty, przeistaczało się w morskie owady albo skorupiaki, w życie zawieszone i c u d z e, w rozgwiazdy morskie i w kikutnice, których ciało, młody Reiter to wiedział, jest tak drobne, że nie mieści się w nim żołądek zwierzęcia,  wobec  tego żołądek  rozlokowuje  się w nogach, które z kolei są ogromne i tajemnicze, to znaczy zawierają (a przynajmniej zawierały dla niego) jakąś zagadkę, bo kikutnica zwana czasem pająkiem morskim ma osiem nóg, po cztery z każdej strony, a ponadto jeszcze parę nóg znacznie mniejszych, w rzeczywistości nieporównywalnie mniejszych i zbytecznych, na skraju najbliższym  głowy, i nogi, czy też malusieńkie nóżki, młodemu Reiterowi zdawały się nie tyle noga­ mi, ile łapkami, jakby kikutnica, w wyniku długiego procesu ewolucyjnego, rozwinęła w końcu ramiona, a w następstwie parę rąk, ale jeszcze nie wiedziała, że je ma. Ile jeszcze czasu kikutnica nie będzie wiedziała, że ma ręce?

[…]

Był to rok, w którym wygrał Hitler. W owym roku, zanim wygrał Hitler, do wsi Hansa Reitera zawitała grupa agitacyjna. Grupa ta najpierw przy­ była do Wsi Gadatliwych Dziewcząt, gdzie zorganizowała, zakończony pełnym sukcesem, wiec w kinie, a następnie  udała się do Osady Świnia i Osady Jajo, wieczorem zaś dotarła do wsi Hansa Reitera, zachodząc do gospody, gdzie siadła i napiła się piwa, pośród rolników i rybaków, przynosząc, głosząc i objaśniając dobrą nowinę narodowego socjalizmu, partii, która doprowadzi do wskrzeszenia Niemiec z popiołów i również wskrzeszenia Prus z popiołów, w szczerej i swobodnej atmosferze, aż nagle ktoś, jakiś gaduła przypuszczalnie, wspomniał, że mieszka tu kuternoga, jedyny, który wrócił żywy z frontu, bohater, twardziel, Prusak całą gębą, aczkolwiek  może nieco leniwy,  krajan,  który opowiada  takie  historie z wojny, że człowiek dostaje gęsiej skórki, historie, które sam przeżył, na to sąsiedzi z wioski zwracali szczególną uwagę, sam je przeżył, są autentyczne,  mało że autentyczne,  ale ten, co je opowiadał, sam  je przeżył,  i wówczas jeden z członków grupy agitacyjnej, mężczyzna o niby wielkopańskich manierach (należy to szczególnie podkreślić, jego towarzyszy nie cechowały bowiem, w żadnej mierze, owe wielkopańskie maniery, byli to ludzie pospolici i zwyczajni, osobnicy gotowi napić się piwa, najeść ryby i kiełbas, i popierdywać, i śmiać się, i śpiewać, osobnicy ci, należy to zaznaczyć i powtórzyć nie raz i nie dwa razy, bo tego wymaga uczciwość, nie mieli tych manier, wprost przeciwnie, mieli gminne maniery prostego ludu, maniery handlarzy krążących od wsi do wsi, pomiędzy ludem prostym, bo i z ludu przecież się wywodzą i pośród ludu żyją, a kiedy umierają, pamięć o nich zanika w pamięci ludu) powiedział, że może, ale tylko może, warto poznać szeregowca Reitera, a następnie zapytał, z jakie­ go to powodu szeregowiec Reiter nie jest obecny w gospodzie, otóż to, gwarząc sobie z towarzyszami narodowosocjalistycznymi, którym na sercu leży wyłącznie dobro Niemiec, i jeden z wioskowych mieszkańców, taki jeden, co to miał jednookiego konia, którym zajmował się bardziej niż szeregowiec Reiter swoją jednooką żoną, powiedział, że wzmiankowany nie jest w gospodzie, bo nie ma pieniędzy nawet na kufel piwa, skutkiem czego członkowie grupy agitacyjnej powiedzieli, że jak to, że jeszcze by tego brakowało, że oni postawią piwo szeregowcowi Reiterowi, i wówczas ten o wielkopańskich pretensjach wskazał palcem jednego z miejscowych i powiedział mu, by poszedł do domu szeregowca Reitera i przyprowadził go do gospody, co miejscowy zrobił natychmiast, ale kiedy wrócił pięt­ naście minut później, poinformował wszystkich tam zebranych, że szeregowiec Reiter nie chce przyjść, tłumacząc się, że nie ma odpowiedniej odzieży, by zostać przedstawionym tak znamienitym przybyszom jak osoby wchodzące w skład  grupy,  pomijając  zresztą fakt, że został sam z córką, bo jednooka nie wróciła jeszcze z pracy, i że jego córka, co zrozumiałe samo przez się, nie może zostać sama w domu, który to argument członków grupy (którzy byli świniami) wzruszył niemal do łez, bo byli  nie  tylko świniami,  ale  i  mężczyznami  sentymentalnymi, i los tego weterana i wojennego inwalidy poruszył ich do żywego, poza osobnikiem o niby-wielkopańskich manierach, który wstał i oznajmiwszy, na dowód swej umysłowej ogłady, że skoro Mahomet nie przychodzi do góry, góra pójdzie do Mahometa, nakazał miejscowemu  wieśniakowi, by zaprowadził go do domu kuternogi, zarazem nakazując swoim towarzyszom z grupy pozostać w gospodzie, tylko on i wieśniak, i w ten oto sposób ów członek partii narodowosocjalistycznej zabrudził sobie buty błotem zalegającym ulice wioski i podążył za wieśniakiem, dochodząc niemal do skraju lasu, tam, gdzie stał dom Reiterów, któremu, nim wszedł do środka, przypatrzył się przez chwilę okiem znawcy, jakby szacował charakter pater familias po harmonii lub sile kształtu domu albo jakby jego szczególne zainteresowanie wzbudzały wiejskie budowle tej części Prus, a później weszli do środka i rzeczywiście, w drewnianej kołysce spała dziewczynka licząca sobie trzy lata, i rzeczywiście kuternoga stał w łachmanach, bo jego wojskowy płaszcz i jedyna para w miarę przyzwoitych spodni tego właśnie dnia leżały w cebrzyku albo wisiały jeszcze mokre na podwórzu, co zresztą nie stanowiło żadnej przeszkody w serdecznym przywitaniu gości, kuternoga pewnie z początku czuł się zaszczycony.

[…]

A zatem w roku 1933 Hans Reiter opuścił szkołę, bo nauczyciele zarzucili mu brak zainteresowania i wagarowanie, co zresztą było absolutną prawdą, więc jego rodzice i krewni znaleźli mu robotę na kutrze, z którego po trzech miesiącach został przez szypra wyrzucony, bo młodego Reitera bardziej interesowało wpatrywanie się w dno morza niż pomaganie mu w zarzucaniu sieci, a później pracował jako parobek w gospodarstwie, ale stamtąd też go szybko wyrzucono za lenistwo, i jako kopacz torfu i pomocnik rolnika, który woził swoje warzywa na handel aż do Szczecina, i z tych miejsc też go wyrzucono, bo więcej z nim było kłopotu niż pożytku, aż w końcu udało się znaleźć młodemu Reiterowi pracę w wiejskiej rezydencji pruskiego barona, znajdującej się wśród lasów, na  brzegu jeziora o czarnych wodach, w tym samym domu, w którym pracowała również jednooka, a do jego obowiązków należało ścieranie kurzu z mebli i z obrazów, i z ogromnych zasłon, i z gobelinów, i odkurzanie różnych pokojów o tajemniczych nazwach, przywołujących kolejne epoki sekretnej sekty, pokojów, gdzie kurz odkładał się nieuchronnie i które ponadto należało przewietrzać, by usunąć z nich woń stęchlizny i zapuszczenia, napełniającą je co jakiś czas, i również ścieranie kurzu z książek w ogromnej bibliotece barona, nader rzadko czytającego egzemplarze z własnych zbiorów, z książek starych, przechowanych przez ojca barona, które w spadku przekazał mu dziadek barona, zdaje się jedyny z całego, rozległego, rodu, który czytał książki i zaszczepił w swoich potomkach miłość do książek, miłość przekładającą się nie na ich lekturę, ale na, i owszem, konserwację biblioteki, zachowaną dokładnie w tym samym stanie, bez najmniejszych zmian, w jakim pozostawił ją dziadek barona. I Hans Reiter, który w życiu swoim nie widział tylu zgromadzonych w jednym miejscu książek, ścierał z nich kurze, książka po książce, obchodził się z nimi delikatnie, ale też ich nie czytał, bo, poniekąd, jego książka o życiu morskim całkowicie mu wystarczała, a po części, w oba­ wie, że nagle może pojawić się baron, rzadko zresztą zajeżdżający do swej wiejskiej rezydencji z racji obowiązków w Berlinie i w Paryżu, aczkolwiek od czasu do czasu zajeżdżał tam jego siostrzeniec, syn przedwcześnie zmarłej młodszej siostry barona i malarza, osiadłego na południu Francji i znienawidzonego przez barona, młodzieniec dwudziestoletni, który zwykł spędzać w wiejskiej rezydencji mniej więcej tydzień, kompletnie sam, nikogo właściwie nie absorbując, zamykając się w bibliotece na czas nieograniczony, by tam oddawać się lekturze, popijając przy tym koniak i w końcu zasnąć w fotelu.

[…]

A dlaczego to młody Reiter znał lepiej niż reszta służby dwudziestoletniego Hugona Haidera? Ano z bardzo prostej przyczyny. Albo z dwóch prostych przyczyn, które splecione lub zestawione dawały pełniejszy, choć zarazem bardziej złożony obraz siostrzeńca barona. Przyczyna pierwsza: to on widział go w bibliotece, podczas odkurzania miotełką książek, to on widział, ze szczytu ruchomej drabiny bibliotecznej, śpiącego, posapującego i chrapiącego siostrzeńca barona, gadającego do siebie, ale nie pełnymi zdaniami, jak to zwykła czynić słodka Lotte [siostra Hansa Reitera – przyp. aut.], ale monosylabami, strzępami słów, partykułami obelg, w obronnym odruchu, jakby we śnie zaraz miał go ktoś zabić. To on również przeczytał tytuły książek, które czytał siostrzeniec barona. Większość z nich to były książki historyczne, co by znaczyło, że siostrzeniec barona uwielbiał historię albo się nią interesował, co młodemu Hansowi Reiterowi, w pierwszym odruchu, wydało się obrzydliwe. Przez całą noc pić koniak, palić i czytać książki historyczne. Obrzydlistwo. Co kazało mu postawić sobie pytanie: i po to tyle ciszy? I słyszał również jego słowa, kiedy z powodu byle hałasu, mysiego skrobania czy też delikatnego chrobotu, jaki wyda­ je książka w skórzanej oprawie, gdy jest z powrotem wsuwana między dwie sąsiednie książki, budził się, słowa całkowitego niezadowolenia, jakby świat przewrócił się do góry nogami, słowa całkowitego niezadowolenia, a nie słowa zakochanego, słowa cierpiącego,  słowa  dochodzące z pułapki. Druga przyczyna była jeszcze istotniejsza. Młody Hans Reiter towarzyszył, niosąc bagaże, Hugonowi Haiderowi, podczas jednego z wielu odwrotów, kiedy ów podejmował decyzję o natychmiastowym wyjeździe z rezydencji wobec nagłego najazdu kuzynki. Dwie drogi prowadziły z wiejskiej rezydencji do stacji kolejowej we Wsi Gadatliwych Dziewcząt. Pierwsza, dłuższa, wiodła przez Osadę Świnię i Osadę Jajo, wzdłuż morza i nieopodal skalistych urwisk. Druga, znacznie krótsza, biegła ścieżką pośród rozległego lasu porosłego dębami, bukami i jaworami, wychodząc na skraj Wsi Gadatliwych Dziewcząt, tuż przy opuszczonej przetwórni owoców i warzyw, nieopodal dworca. 0braz jest następujący: Hugo Haider idzie przed Hansem Reiterem, niesie w ręku kapelusz i uważnie przygląda się leśnemu sklepieniu, ciemnemu brzuchowi, w którym poruszają się milczące zwierzęta i ptaki, zupełnie przezeń nierozpoznawalne. Dziesięć metrów za nim idzie Hans Reiter z walizką siostrzeńca barona, na tyle ciężką, że co jakiś czas musi ją sobie przerzucić do drugiej ręki. Nagle obaj słyszą chrząkanie dzika lub zwierzęcia, które za dzika biorą. Równie dobrze to tylko pies. Równie dobrze usłyszeli daleki odgłos silnika samochodowego tuż przed awarią. Te dwie ostatnie opcje są wysoce nieprawdopodobne, ale nie niemożliwe. Na pewno obaj,  nie  porozumiewając się ze sobą, przyspieszają kroku i nagle Hans Reiter potyka się i upada, i spada również walizka, i otwiera się, i jej zawartość wysypuje się na ciemną ścieżkę biegnącą przez ciemny bór. I pośród ubrań Hugona Haidera, który oddala się, nie zauważywszy upadku, młody i wyczerpany Hans Reiter dostrzega srebrne sztućce, świeczniki, szkatułki z laki, medaliony zapomniane w niezliczonych pomieszczeniach wiejskiej rezydencji, które siostrzeniec barona przypuszczalnie zastawiał albo za bezcen sprzedawał w Berlinie.

[…]

Można rzec, aczkolwiek mocno nadwerężając pojęcie, że Haider był pierwszym przyjacielem, jakiego miał Hans Reiter. Gdy przybywał do wiejskiej rezydencji, spędzał z nim coraz więcej czasu, sam na sam w zaciszu biblioteki, sam na sam na rozmowach i przechadzkach po parku otaczającym posiadłość. Haider poza tym był pierwszym, który zdołał skłonić go do przeczytania czegoś innego niż Zwierzęta i rośliny wybrzeża europejskiego. Nie przyszło mu to łatwo. Najpierw zapytał go, czy umie czytać. Hans Reiter powiedział, że tak. Następnie zapytał go, czy przeczytał jakąś dobrą książkę. Z emfazą wypowiedział ostatnią część zdania. Hans Reiter powiedział, że tak. Że ma dobrą książkę. Haider zapytał, co to za książka. Hans Reiter powiedział, że to Zwierzęta i rośliny wybrzeża europejskiego. Haider powiedział, że to prawdopodobnie jest książka popularnonaukowa, a on miał na myśli dobrą książkę literacką. Hans Reiter powiedział, że nie wie, jaka jest różnica między dobrą książką popurnakwą (popularnonaukową) a dobrą książką leracką (literacką). Haider powiedział mu, że różnica jest w pięknie, w pięknie opowiadanej historii i w pięknie słów użytych do opowiedzenia tej historii. Natychmiast przystąpił do przytaczania przykładów. Mówił mu o Goethem i Schillerze, mówił mu o Hólderlinie i Kleiście, mówił mu wspaniałości o Novalisie. Powiedział mu, że on przeczytał wszystkich tych autorów i że za każdym razem, kiedy do nich wracał, kończyło się to płaczem.

[…]

Kiedy ja byłem w twoim wieku - powiedział Haider z ewidentną przesadą - czytałem Goethego do znudzenia, choć Goethe, oczywiście, jest nieskończony, no cóż, czytałem Goethego, Eichendorffa, Hoffmana i zaniedbałem historię, rów­ nie potrzebną, żeby, jak to się mawia, nóż i obu stron naostrzyć. A później, gdy się zmierzchało i słuchali trzasku ognia w kominku, usiłowali uzgodnić, która z książek ma być pierwszą przeczytaną przez Hansa Reitera, i nie doszli do żadnych ustaleń. W końcu, już po zmroku, Haider powiedział, żeby wziął sobie do czytania, co chce, a książkę oddał mu za tydzień. Młody służący się zgodził, że jest to najlepsze rozwiązanie. Niebawem drobne przywłaszczenia, których siostrzeniec barona dopuszczał się w wiejskiej rezydencji, nasiliły się, z powodu, jak mówił, karcianych długów i honorowych zobowiązań wobec pewnych dam, których nie mógł opuścić. Nieudolność, z jaką Haider próbował zacierać ślady po swych kradzieżach, była monstrualna, więc młody Hans Reiter postanowił przyjść mu z pomocą. Zasugerował Haiderowi, żeby aby nikt nie odkrył braku wyniesionych przedmiotów, zlecał służbie urządzanie przeprowadzek pod byle pretekstem, opróżnianie pokoi celem ich wywietrzenia, wnoszenie z piwnic starych kufrów, by później je znosić. Jednym słowem: wszystko należało przestawiać. Zasugerował mu również, biorąc później aktywny w tym udział, by poświęcić się rzadkim okazom, plądrowaniu staroci naprawdę starych,  a tym samym zapomnianych, takich jak, na pozór bezwartościowe, dia­ demy, które należały do jego babki lub prababki, laski ze szlachetnego drewna, ze srebrnymi rączkami, biała broń, której jego przodkowie używali w wojnach napoleońskich albo przeciw Duńczykom czy też Austriakom.

[…]

Przypadek czy też demon sprawił, że książką, którą Hans Reiter wziął do czytania, był Parsifal Wolframa von Eschenbacha. Kiedy Haider zobaczył go z książką, uśmiechnął się i powiedział, że jej nie zrozumie, ale powiedział również, że wcale się nie dziwi, że sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę, w każdym razie, powiedział, nawet jeśli jej nigdy nie zrozumie, jest to książka w sam raz dla niego, jak najbardziej, w takiej samej mierze jak Wolfram von Eschenbach jest właśnie tym autorem, w którym odnajdzie łudzące podobieństwo do własnej osoby albo do swego ducha, lub do tego, kim chciałby być, ale niestety nigdy nie będzie, choćby brakowało mu tylko tyciu, tyciusieńko, powiedział Haider, niemal sklejając opuszki kciuka i palca wskazującego. Wolfram, odkrył Hans, powiedział o sobie: uciekałem od liter. Wolfram, odkrył Hans, zrywa ze wzorem rycerza dworskiego, wobec czego odmawia mu się (albo on sam sobie odmawia) nauki, szkoły klerków. Wolfram, odkrył Hans, w odróżnieniu od trubadurów i minezingerów, odrzuca służenie damie. Wolfram, odkrył Hans, deklaruje, że nie jest biegły w sztuce, ale nie po to, by uznano go za ignoranta, ale po to, by powiedzieć, że czuje się wolny od ciężaru łacinników i że jest rycerzem laickim i niezależnym. Laickim i niezależnym. Rzecz jasna istnieli średniowieczni poeci niemieccy ważniejsi od Wolf­ rama von Eschenbacha. Friedrich von Hausen jest jednym z nich, Walter von der Vogelweide kolejnym. Ale duma Wolframa jam uciekał od liter, jam nie jest biegły w sztuce"), duma, która odwraca się plecami, duma, która mówi „umrzyjcie, ja będę żył", przydaje mu takiego blasku oszołamiającej tajemnicy, okrutnej obojętności, że przyciąga to młodego Hansa tak jak gigantyczny magnes przyciąga maleńki gwoździk. Wolfram nie miał posiadłości. Tym samym Wolfram podporządkowany był służbie wasalnej. Wolfram miał kilku protektorów, hrabiów, którzy przyznawali widzialność swoim wasalom, a przynajmniej niektórym ze swych wasali. Wolfram powiedział: ,,moim stylem służba tarczy''. I pod­ czas gdy Haider opowiadał to wszystko o Wolframie, jakby, rzec by można, przybliżając mu miejsce zbrodni, Hans przeczytał od początku do końca Parsifala, czasem na głos, gdy przebywał na polu albo gdy przemierzał drogę z domu do pracy, i nie tylko go zrozumiał, ale również mu się spodobał. A najbardziej mu się podobało, doprowadzając go do łez, aż się skręcał ze śmiechu i tarzał po trawie, że Parsifal czasem dosiadał konia (,,moim stylem służba tarczy") pod zbroją ubrany w swój strój wariata.

[…]

Zdrowi ludzie unikają kontaktu z ludźmi chorymi. Zasada ta dotyczy niemal wszystkich. Hans Reiter był wyjątkiem. Nie bał się zdrowych ani chorych. Nigdy się nie nudził. Był usłużny i miał cześć bezgraniczną dla czegoś tak niejasnego, nieostrego, poddającego się wszelkim przeinaczeniom, jak przyjaźń. Chorzy, ponadto, zawsze są bardziej interesujący niż zdrowi. Słowa ludzi chorych, nawet tych, którzy mogą je tylko wybełkotać, zawsze są bardziej interesujące od słów ludzi zdrowych. A ponadto każda zdrowa osoba jest przyszłą osobą chorą. Pojęcie czasu, ach, pojęcie czasu u chorych, cóż za skarb ukryty w pustynnej jaskini. Chorzy ponadto gryzą naprawdę, podczas gdy osoby zdrowe zachowują się, jakby gryzły, ale tak naprawdę przeżuwają jedynie po­ wietrze. Ponadto, ponadto, ponadto.

[…]

Kiedyś, wyjaśniwszy im użyteczność maszyny wytwarzającej sztuczne chmury, Haider niespodziewanie zapytał Nisę [japoński przyjaciel Haidera – przyp. aut.], czy jego praca w Niemczech polega na tym, na czym Nisa mówi, że polega, czy też, tak naprawdę, jest tajnym agentem. Pytanie, zadane znienacka, całkowicie zaskoczyło Nisę i z początku nie do końca je zrozumiał. Później, kiedy Haider wyjaśnił mu z powagą, na czym polega misja tajnego agenta, Nisę ogarnął paroksyzm śmiechu, jakiego Hans nigdy w życiu nie widział, i to tak silny, że nagle padł nieprzytomny na stół i Hans z Haiderem musieli go zanieść na rękach do łazienki, gdzie zdołali go ocucić, oblewając mu twarz wodą. Nisa za dużo nie mówił, co mogło wynikać z jego skrytości, choć rów­ nie dobrze nie chciał ranić ich uszu swoją kaleką niemczyzną. Niemniej jednak od czasu do czasu mówił bardzo interesujące rzeczy. Mówił na przykład, że zen to góra, która gryzie własny ogon. Mówił, że językiem, którego się uczył, był angielski, ale został wysłany do Berlina z powodu, nie pierwszej zresztą, pomyłki ministerstwa. Mówił, że samurajowie są jak ryby w wodospadzie, ale że i tak najlepszym samurajem w historii była kobieta. Mówił, że jego ojciec poznał chrześcijańskiego zakonnika, który mieszkał na wysepce Endo, parę mil od Okinawy, nie ruszając się z niej przez piętnaście lat, i że wyspa była wulkaniczna i nie było na niej wody. Kiedy opowiadał te i podobne rzeczy, zazwyczaj się uśmiechał. Haider, ze swej strony, przekomarzał się z nim, twierdząc, że Nisa jest sintoistą, że podobają mu się tylko kurwy niemieckie, że poza niemieckim i angielskim potrafi poprawnie mówić i pisać również po fińsku, szwedzku, norwesku, duńsku, niderlandzku i rosyjsku. Kiedy Haider o tym mówił, Nisa śmiał się powoli, chi, chi, chi, i pokazywał Hansowi zęby, i oczy mu się świeciły.

[…]

Niekiedy jednak trio [Haider, Niso i Kans Reiter – przyp. aut.] siedzące na jednym z tarasów restauracyjnych lub wokół ciemnego stolika w teatrzyku kabaretowym pogrążało się ni stąd, ni zowąd w milczeniu. Jakby nagle zamieniali się w kamień, zapominali o czasie, skupieni całkowicie do wewnątrz, jakby nie bacząc na otchłań życia powszedniego, otchłań ludzi, otchłań rozmowy, postanawiali pochylić się nad regionem jakby jeziornym, regionem późnoromantycznym, gdzie granice odmierzano od zmierzchu do zmierzchu, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut trwających wieczność, niczym minuty skazanych na śmierć, niczym minuty rodzących skazanych na śmierć, które rozumieją, że więcej czasu nie znaczy więcej wieczności, a mimo to z całej duszy pragną więcej czasu, a kwileniem tym były ptaki przelatujące tu co jakiś czas i z jakże niezwykłym spokojem, podwójny pejzaż jeziorny, niczym zbytkowne narośle albo jak bicie serca. A później, co normalne, porażeni wyłaniali się z milczenia i znów rozmawiali o wynalazkach, o kobietach, o filologii fińskiej, o budowie dróg w geografii Rzeszy.

[…]

Od października 1939 roku do czerwca 1940 przyszło im tam tkwić bez ruchu. Naprzeciw mieli Linię Maginota, choć skryci wśród lasów i ogrodów nie mogli jej zobaczyć. Życie płynęło błogo: żołnierze słuchali radia, jedli, pili piwo, pisali listy, spali. Co poniektórzy mówili o dniu, kiedy będą musieli ruszyć prosto na betonowe fortyfikacje obronne Francuzów. Ci, którzy słuchali, śmiali się nerwowo, robili kawały, opowiadali sobie rodzinne historie. Pewnej nocy ktoś im powiedział, że Dania i Norwegia skapitulowały. Tej samej nocy Hansowi przyśnił się ojciec. Zobaczył kuternogę, jak okutany w swój stary wojskowy płaszcz patrzy na Bałtyk, zastanawiając się, gdzie się podziała wyspa Prusy.

[…]

Podczas stacjonowania jego pułku w Normandii Reiter pływał, niezależnie od pogody, przy urwiskach skalnych Portbail lub nieopodal Ollonde czy też na północ od Carteret. Jego batalion stacjonował w miasteczku Besneville. Rano wychodził z bronią i z chlebakiem, gdzie miał ser, chleb i pół butelki wina, i ruszał na wybrzeże. Tam wybierał sobie skałę na odludziu i po wielogodzinnym pływaniu i nurkowaniu kładł się na swej skale, jadł, pił i czytał po raz kolejny Zwierzęta i rośliny wybrzeża europejskiego. Czasami trafiał na rozgwiazdy, w które wpatrywał się tak długo, jak długo wytrzymywały jego płuca, by w końcu ich dotknąć, tuż przed wypłynięciem na powierzchnię. Kiedyś zobaczył zagubioną w lesie wodorostów parę ryb kostnych, Gobius paganeus, za którą przez jakiś czas płynął (las wodorostów wyglądał jak włosy zmarłego olbrzyma), póki nie ogarnął go dziwny, potężny strach i nie musiał natychmiast wypłynąć, w przeciwnym bowiem razie, gdyby został jeszcze pod wodą, ów strach na pewno ściągnąłby go na dno. Czasem czuł się tak dobrze, drzemiąc na wilgotnej płycie skalnej, że nie miał ochoty wracać do swojego batalionu. I niejednokrotnie zastanawiał się nad tym całkiem serio, żeby zdezerterować, żyć jak włóczęga w Normandii, znaleźć jaskinię, odżywiać się dzięki miłosierdziu chłopów lub dzięki drobnym kradzieżom, jakich by się dopuszczał, ale których nikt by nie zgłaszał. Miałby oczy nocno-widza, pomyślał. Po jakimś czasie z mojego ubrania zostałyby tylko strzępy, a w końcu żyłbym golutki. Nie wróciłby już nigdy do Niemiec. I w końcu utonąłby i umarł, promieniejąc szczęściem.

[…]

Pewnej nocy zbudzono przed świtem wybranych żołnierzy z jego ba­ talionu, rozkazano im wsiąść do dwóch furgonów, które ruszyły w stronę gór. Żołnierze, zająwszy miejsca na ławkach w budzie furgonu, natychmiast zasnęli. Reiter nie mógł zasnąć. Siedząc tuż przy wyjściu, odsunął brezentową płachtę przykrywającą budę i zaczął wpatrywać się w krajobraz. Jego oczy nocno-widza, niezmiennie zaczerwienione, pomimo kropli, które aplikował sobie codziennie rano, dostrzegły ciąg małych ciemnych dolin ciągnących się pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi. Od czasu do czasu wojskowe ciężarówki mijały lasy ogromnych świerków groźnie zbliżających się do skraju drogi. W dali, na niższej górze, zauważył sylwetkę zamku albo twierdzy. O świcie zdał sobie sprawę, że to las. Widział wierzchołki albo formacje skalne, które wyglądały jak statki tuż przed zatonięciem, z uniesionym dziobem niczym wściekły koń, niemal w pionie. Widział ciemne ścieżki na stokach gór prowadzące donikąd, ale nad którymi przelatywały na dużych wysokościach czarne ptaszyska, które mogły być jedynie ptakami padlinożernymi. Przed południem dotarli do zamku. Zastali w nim tylko trzech Rumunów i pełniącego obowiązki majordomusa oficera SS, który natychmiast przydzielił im zadania, poczęstowawszy ich wpierw szklanką zimnego mleka i pajdą chleba,  odrzuconych  przez niektórych żołnierzy z gestem obrzydzenia. Wszyscy, poza czwórką żołnierzy wyznaczonych do warty, wśród nich Reiter, którego oficer SS uznał za nienadającego się do prac porządkowych w zamku, odłożyli broń w kuchni i wzięli się do zamiatania, mycia, odkurzania lamp i ścielenia łóżek w wybranych pokojach. Około trzeciej po południu zaczęli się zjeżdżać zaproszeni goście. Jednym z nich był generał von Berenberg, szef dywizji. Razem z nim przyjechali: pisarz Rzeszy Herman Hoensch oraz dwóch oficerów sztabowych 79 Dywizji. Osobnym samochodem przyjechał rumuński generał Eugen Entrescu, wschodząca gwiazda armii swego kraju, liczący sobie wówczas trzydzieści pięć lat, a towarzyszyli mu: młody, dwudziestotrzyletni erudyta Pavel Popescu i poznana przez obu Rumunów poprzedniej nocy na przyjęciu w ambasadzie Niemiec baronówna von Zumpe, która właściwie powinna była jechać w samochodzie von Berenberga, ale galanteria  Entrescu i wesoły, kpiarski charakter Popescu przeważyły szalę na rzecz przyjęcia ich zaproszenia, wspartego zresztą całkiem racjonalnym argumentem, że baronówna w ich samochodzie będzie miała więcej miejsca niż w samochodzie niemieckim.

[…]

Zobaczył przed sobą piękną kobietę, dużo piękniejszą niż w dniu, w którym ją poznał. Parę kroków od niej, w oczekiwaniu, stali: generał Entrescu, który nie mógł powstrzymać uśmiechu, i młody erudyta Popescu, który parokrotnie wykrzyknął: to fantastyczne, fantastyczne, miecz przeznaczenia raz jeszcze ucina łeb hydrze przypadku.

[…]

Tego wieczoru, podczas kolacji, prowadzili rozmowy o krypcie, ale rozmawiano również na inne tematy. Rozmawiano o śmierci. Hoensch stwierdził,  że  śmierć jest złudzeniem w ciągłym tworzeniu,  ale  że w r z e c z y w i s t o ś c i nie istnieje. Oficer SS powiedział, że śmierć jest potrzebą: nikt, kto jest przy zdrowych zmysłach, powiedział, nie zgodził­ by się na świat pełen żółwi albo świat pełen żyraf. Śmierć, konkludował, jest regulatorem. Młody erudyta Popescu powiedział, że śmierć, według mądrości Wschodu, jest tylko stanem przejściowym. Choć nie do końca jest jasne, powiedział, a przynajmniej dla niego nie jest do końca jasne, w którą s t r o n ę, ku jakiej rzeczywistości ów stan przejściowy prowadzi. Pytanie brzmi - powiedział - dokąd. Odpowiedź - odparł sam sobie - brzmi: tam, dokąd zaprowadzą mnie moje zasługi. General Entrescu stwierdził, że to najmniej istotna sprawa, bo najważniejszy jest ruch, dynamika ruchu, co ludzi i wszystkie żywe istoty, łącznie z karaluchami, upodabnia do wielkich gwiazd. Baronówna von Zumpe powiedziała, i być może była jedyną osobą wypowiadającą się szczerze, że śmierć to okropny kłopot. Generał von Berenberg wolał nie wyrażać swojej opinii, tak jak i dwaj oficerowie sztabowi.

[…]

Nikt z zasiadających przy owej kolacji, rzecz jasna, nigdy na oczy nie widział żadnego z obrazów Konrada Haidera, poza oficerem SS, który uznał malarza za artystę zdegenerowanego i wielkie nieszczęście, nie­ wątpliwie, dla rodziny von Zumpe. Później rozmawiano o sztuce, o heroizmie w sztuce, o martwych naturach, o zabobonach i symbolach. Hoensch powiedział, że kultura to łańcuch tworzony z ogniw sztuki heroicznej i zabobonnych interpretacji. Młody erudyta Popescu powie­ dział, że kultura jest symbolem i że wizerunkiem tego symbolu jest koło ratunkowe. Baronowa von Zumpe powiedziała, że kultura to przede wszystkim rozkosz, to, co rozkosz sprawia i dzięki czemu się rozkoszy doznaje, a cała reszta to hochsztaplerstwo. Oficer SS powiedział, że kultura to zew krwi, który lepiej słychać w nocy niż za dnia, a poza tym, dodał, to deszyfrator przeznaczenia. Generał von Berenberg powiedział, że dla niego kultura to Bach i to mu po prostu wystarcza. Jeden zje o oficerów sztabowych powiedział, że dla niego to Wagner i że również mu to wystarcza. Drugi oficer sztabowy powiedział, że kultura dla niego to Goethe i że jemu również, wtórując wypowiedzi pana generała, to w zupełności wystarcza, a bywa, że i tego aż nadto. Życie człowieka porównywalne jest jedynie z życiem innego człowieka. Życia starcza człowiekowi, powie­ dział, jedynie na to, by świadomie cieszyć się dziełem innego człowieka. Generał Entrescu, któremu słowa wypowiedziane przed chwilą przez oficera sztabowego wydały się mocno zabawne, powiedział, że dla niego, wprost przeciwnie, kultura to życie, nie życie jednego tylko człowieka i nie dzieło jednego tylko człowieka, ale życie w ogóle, jakakolwiek jego oznaka, choćby i najpospolitsza, a później zaczął mówić o pejzażach służących za tło w obrazach niektórych malarzy Renesansu i stwierdził, że takie pejzaże można zobaczyć w każdym  zakątku  Rumunii,  i zaczął mówić o madonnach i rzekł, że w tym właśnie momencie ma przed oczyma oblicze madonny cudowniejsze od wszystkich madonn malarzy włoskiego Renesansu (baronówna von Zumpe pokraśniała), a w końcu zaczął rozprawiać o kubizmie i malarstwie nowoczesnym i stwierdził, że byle poniszczona ściana albo jakakolwiek zbombardowana ściana jest bardziej intrygująca niż najsłynniejsze płótno kubistyczne, nie wspominając już o surrealizmie, powiedział, który całkiem blednie przy najbanalniejszym śnie byle rumuńskiego chłopa analfabety. Po tych słowach zapadła krótka cisza, krótka acz wymowna, jakby z ust generała Entrescu padło słowo grubiańskie albo przekleństwo lub słowo niesmaczne czy też obraźliwe dla niemieckich gości, bo przecież to on (on i Popescu) byli autorami pomysł4, by przyjechać w odwiedziny do tego ponurego zamczyska. Cisza, którą przerwała nieoczekiwanie baronówna von Zumpe, pytając go, tonem głosu, którego diapazon sięgał od naiwności po rozwiązłość, o czym też śnią rumuńscy chłopi i skąd on wie, co też śni się tym tak wyjątkowym chłopom. Na co generał Entrescu odpowiedział, śmiejąc się szczerze, śmiechem otwartym i srebrzystym, śmiechem, który w eleganckich krę­ gach Bukaresztu został okrzyknięty, nie bez nutki dwuznaczności, jako jedyny w swoim rodzaju śmiech nadczłowieka, a następnie, patrząc baronównie von Zumpe prosto w oczy, powiedział, że nic, co przydarza się jego ludziom (odnosząc się do swoich żołnierzy, w większości chłopów), nie jest mu obce. Wkradam się do ich snów - powiedział - wkradam się do ich najwstydliwszych myśli, jestem w każdym drżeniu, w każdym dygocie ich dusz, przenikam do ich serc, śledzę najgłębsze myśli, obserwuję ich irracjonalne odruchy, niewyrażalne emocje, śpię w ich płucach latem, zimą zaś w ich mięśniach, i to wszystko robię bez najmniejszego trudu, wcale tego nie chcąc, nie prosząc się o to i o to nie zabiegając,  bez żadnego przymusu i tylko powodując się wiarą i miłością.

[…]

Wśród tych ostatnich był oficer sztabowy, generał Entrescu i baronówna von Zumpe, a do tych pierwszych zaliczali się intelektualista Popescu, pisarz Hoensch  i oficer SS, z tą  różnicą, że o ile Popescu zapewniał, iż Dracula, w rzeczywistości Vlad Tepes, zwany Palownikiem, był Rumunem, o tyle Hoensch i oficer SS zapewniali, iż Dracula był germańskim szlachcicem, który opuściwszy Niemcy w wyniku oskarżenia o zdradę lub urojoną nielojalność, osiadł z grupką wiernych sobie ludzi w Transylwanii, na długo przed przyjściem na świat Vlada Tepesa, którego istnienia i siedmiogrodzkiego pochodzenia nie negowali, ale którego metody, uwidocznione w jego przydomku czy też pseudonimie, niewiele, by nie rzec nic, wspólnego miały z metodami Draculi, który był nie tyle palownikiem, ale dusicielem, czasem podrzynaczem gardeł, i którego życie na, określmy to tak, obczyźnie, było nieustannym zawrotem głowy, nieustanną pokutą otchłanną. Dla Popescu za to Dracula był jedynie rumuńskim patriotą, który stawiał opór Turkom, za co też wszystkie nacje europejskie, do pewnego stopnia, powinny być mu wdzięczne. Historia jest okrutna, powiedział Popescu, okrutna i paradoksalna: człowiek powstrzymujący imperialny impet Turków przeistacza się, za sprawą drugorzędnego pisarza angielskiego, w potwora, w opilca pragnącego jedynie ludzkiej krwi, podczas gdy naprawdę jedyną krwią, jaką Tepes pragnął przelewać, była krew turecka. W tym momencie Entrescu, który mimo alkoholu obficie pitego przezeń podczas kolacji i nadal suto spożywanego do deserów nie sprawiał wrażenia pijanego - w istocie rzeczy zdawał się, wespół z afektowanym oficerem SS, przytykającym zaledwie usta do kieliszka, najtrzeźwiejszy z całej grupy- powiedział, że nic w tym dziwnego, o ile ktoś beznamiętnie rozpatruje wielkie, historyczne zdarzenia (nawet historyczne zdarzenia in blanco, aczkolwiek tego ostatniego, rzecz jasna, nikt nie zrozumiał), że bohater przeistacza się w potwora lub też w łotra najgorszego autoramentu albo całkowicie, wcale tego nie pragnąc, odchodzi w cień, w taki sam sposób, w jaki łotr lub też człek nieszczególny albo mierny, ale dobroduszny, po wiekach staje się światłem mądrości, magnetycznym światłem zdolnym przyciągnąć miliony istot ludzkich, nie uczyniwszy nic, co usprawiedliwiałoby tak ogromną adorację, mało, nawet się o to nie starając czy nawet tego nie pragnąc (choć nie ma człowieka, nawet pośród najgorszych szubrawców, który przez sekundę nie marzyłby o panowaniu nad ludźmi i nad czasem). Czy Jezus Chrystus - postawił sobie pytanie - kiedykolwiek miał to, co dziś nazywamy wizją świata? Czy Jezus Chrystus, który bez­ sprzecznie wiedział wszystko, wiedział, że ziemia jest okrągła, że na wschodzie mieszkają Chińczycy (zdanie to wypluł z siebie, jakby wypowiedzenie tych kilku słów sprawiało mu zbyt wiele trudu), a na zachodzie ludy prymitywne Ameryki? I sam sobie odpowiedział, że nie, aczkolwiek, oczywiście, mieć jakąś ideę świata nie jest, do pewnego stopnia, rzeczą trudną, bo wszyscy przecież ją mają, zazwyczaj zamkniętą w granicach własnej wsi, ograniczoną do swojego terenu,  do rzeczy namacalnych i przeciętnych, jakie każdy z nas ma przed oczyma, i ta idea świata, licha, ograniczona, pełna rodzimego brudu, potrafi przetrwać i z czasem zyskać autorytet i elokwencję. I wtedy zupełnie nieoczekiwanie generał Entrescu zmienił temat i zaczął mówić o Józefie Flawiuszu, człowieku inteligentnym, zdrajcy, przezornym, pochlebcy, szulerze, którego wizja świata była znacznie bardziej złożona i bardziej przenikliwa od wizji świata Chrystusa, ale nie tak wnikliwa jak wizja świata tych, którzy, ponoć, pomogli mu przetłumaczyć jego Dzieje na grekę, to znaczy pomniejszych filozofów greckich, opłacanych jakiś czas przez wielkiego beneficjenta, którzy nadali formę jego pisanym raportom, przydali elegancji pospolitości, przekształcili bełkot panicznego i śmiertelnego strachu Józefa Flawiusza w coś dystyngowanego, wykwintnego i wytwornego. A później Entrescu zaczął na głos wyobrażać sobie tych opłacanych filozofów, widział ich, jak włóczą się po ulicach Rzymu i na drogach prowadzących ku morzu, widział ich, jak siedzą na poboczach tych dróg, owinięci w opończe i konstruują mentalnie wizję świata, widział, jak jedzą w portowych tawernach, ciemnych lokalach pachnących owocami morza i przyprawami, winem i smażeniną, aż w końcu zaczęli znikać, w ten sam sposób w jaki zaczął znikać Dracula w swej zbroi skąpanej we krwi i w strojach skąpanych we krwi, Dracula stoicki, Dracula, który czytał Senekę albo z lubością słuchał niemieckich minezingerów i którego czyny na wschodzie Europy porównywalne były tylko z czynami opisanymi w Pieśni o Rolandzie. Zarówno z historycznego, to znaczy politycznego punktu widzenia, westchnął Entrescu, jak i z punktu widzenia symbolicznego, to znaczy poetyckiego.

[…]

A jak wygląda spojrzenie pełne absolutnego strachu? - zapytał go Popescu. Lekarz parę razy beknął, pomościł się w fotelu i odparł, że było to spojrzenie litości, ale pustej litości, jakby po tajemniczej morskiej tułacz­ ce ostał się jedynie bukłak, jakby litość była bukłakiem wypełnionym wodą, na przykład, w rękach tatarskiego jeźdźca, który galopując, zagłębia się w step, a  my widzimy  go,  jak  maleje,  maleje, w końcu  znika, a później jeździec wraca albo duch jeźdźca wraca, albo jego cień lub wizja, i wiezie z sobą pusty bukłak, już bez wody, bo podczas podróży wypił wszystko, albo wypili wszystko, on ze swym koniem, i bukłak teraz jest pusty, to normalny bukłak, pusty bukłak, widać rzeczą nienormalną jest bukłak wzdęty od wody, ale bukłak wzdęty od wody, monstrualny bukłak wzdęty od wody nie przyciąga strachu, nie wzbudza go, tym bardziej go nie odgranicza, za to pusty bukłak, owszem, i właśnie to ujrzał w twarzy matematyka, strach absolutny.

[…]

W trakcie marszu Kruse szepnął, że w tych korytarzach jest coś dziwne­ go. Zapytali go, co takiego wydaje mu się dziwne, i Kruse odparł, że nie ma szczurów. To i lepiej, stwierdził Wilke, nienawidzę szczurów. Reiter i Neitzke zgodzili się z nim. Ja też nie lubię szczurów, powiedział Kruse; ale w korytarzach zamków, szczególnie w tych starych zamkach, zawsze są szczury, a tutaj nie natrafiliśmy na żadnego. Pozostali w milczeniu zastanawiali się nad uwagą Krusego i po jakimś czasie powiedzieli, że nie jest pozbawiona sensu. Nie spotkać ani jednego szczura rzeczywiście mogło wydawać się nader dziwne. W końcu zatrzymali się, latarką oświetli drogę za sobą i przed sobą, sufit korytarza i podłogę wijącą się niczym cień. Żadnego szczura. To i lepiej. Zapalili cztery papierosy i każdy opowiedział, co by zrobił z baronówną von Zumpe w łóżku. A potem znów zaczęli krążyć w milczeniu, aż się spocili i Neitzke powiedział, że powietrze jest zepsute.

[…]

W końcu, minąwszy inne punkty czuwania pogrążone w ciemnościach i w śnie, dotarli tam, gdzie od początku chcieli dotrzeć, do oświetlonego dziewięcioma świecami pokoju baronówny von Zumpe, z górującym nad nim portretem żołnierza-mnicha lub wojownika o skupionej i udręczonej postawie eremity, na którego twarzy, wiszącej metr nad łóżkiem, można było dostrzec wszystkie dolegliwości abstynencji, pokuty i powściągliwości.

[…]

Szczerze mówiąc, ale nikomu tego nie powtarzaj - powiedziała dziewczyna [o imieniu Ingeborg – przyp. aut.] - ja nie wierzę w armię. A w co wierzysz? - spytał Reiter. W niewiele rzeczy - odparła dziewczyna, zastanowiwszy się chwilę nad odpowiedzią. Czasem nawet zapominam o tych rzeczach, w które wierzę. Niewiele ich, bardzo mało, a tych r czy, w które nie wierzę, dużo, bardzo dużo, tyle ich, że potrafią przysłonić rzeczy, w które naprawdę wierzę. W tej chwili, na przykład, nie pamiętam żadnej z nich. Wierzysz w miłość? - spytał Reiter. Nie, całkiem szczerze, nie - odparła dziewczyna. A w szlachetność? - zapytał Reiter. Co ty, mniej niż w miłość - powiedziała dziewczyna. Wierzysz w zachody słońca - spytał Reiter - w gwiaździste noce, w przejrzyste poranki? Nie, nie, nie - powiedziała dziewczyna z miną autentycznego obrzydzenia - nie wierzę w żadną taką szmirę. Masz rację - powiedział Reiter. A w książki? Jeszcze mniej - odparła dziewczyna - a poza tym w moim domu są tylko książki nazistowskie, polityka nazistowska, historia nazistowska, ekonomia nazistowska, mitologia nazistowska, poezja nazistowska, po­ wieści nazistowskie, nazistowskie sztuki teatralne. […] gdy już zleźli cały park i wszystkie jego zakamarki, dziewczyna przypomniała sobie, że są dwie takie rzeczy, na które, w sumie, mógłby przysiąc. Chcesz wiedzieć jakie? Naturalnie, że chcę! - odparł Reiter. Nie będziesz się śmiać, jak ci to powiem? Nie będę się śmiać - powiedział Reiter. Pierwszą są burze - rzekła dziewczyna. Burze? - spytał mocno zdziwiony Reiter. Tylko silne burze, kiedy niebo staje się czarne, a powietrze szare. Gromy, błyskawice, pioruny i zabici chłopi po uderzeniu w stajnię - powiedziała dziewczyna. Tak, rozumiem - rzekł Reiter, który szczerze nie lubił burz. A ta druga rzecz. Aztekowie - odpowiedziała dziewczyna. Aztekowie? - zapytał Reiter zdziwiony jeszcze bardziej niż przy burzach. Tak, tak, Aztekowie - potwierdziła dziewczyna - ci, co żyli w Meksyku przed przybyciem Cortesa, ci od piramid. Aztekowie, mówisz, właśnie ci Aztekowie - rzekł Reiter. To jedyni Aztekowie - powiedziała dziewczyna - ci, co żyli w Tenochtitlan i w Tlatelolco i składali ofiary z ludzi, i mieszkali w dwóch nadjeziornych miastach. Mówisz, że żyli w dwóch nadjeziornych miastach? - powiedział Reiter. Właśnie - odparła dziewczyna.

[…]

No więc tak właśnie to sobie wyobrażam - powiedziała dziewczyna, zamazując butem mapę - jezioro Azteków. Ale o wiele ładniejsze. Komarów nie ma, przez cały rok miła temperatura, dużo piramid, tak dużo i tak wielkie, że nie sposób ich zliczyć, piramidy nakładające się, piramidy skrywające inne piramidy, a wszystkie w czerwieni krwi poświęcanych tam codziennie ludzi. A później wyobrażam sobie Azteków, ale pewnie ciebie to już nie interesuje - powiedziała dziewczyna. Interesuje mnie - odparł Reiter, który nigdy wcześniej nie myślał o Aztekach. To bardzo dziwni ludzie - powiedziała dziewczyna - jeśli spojrzysz im w oczy i przyjrzysz im się uważnie, to bardzo szybko dociera do ciebie, że to wariaci. Ale nie są zamknięci w domu wariatów. A może są. Ale przecież gołym okiem widać, że nie są. Aztekowie ubierają się bardzo elegancko, bardzo starannie dobierają codziennie swoje ubrania, można by rzec, że godzinami nie wychodzą z garderoby, dobierając najodpowiedniejszą odzież, a później nakładają na głowy kapelusze ozdobione drogocennymi pióropuszami i bransolety na ramiona i nogi, poza naszyjnikami i obrączkami, i zarówno mężczyźni, jak i kobiety malują sobie twarze, a później wychodzą na przechadzki brzegiem jeziora, nie rozmawiając ze sobą, całkowicie pochłonięci obserwowaniem pływających po jeziorze lodzi, których pasażerowie, jeśli nie są Aztekami, wolą spuścić wzrok i kontynuować łowienie ryb albo jak najszybciej się stamtąd oddalić, niektórzy bowiem Aztekowie mają okrutne zachcianki i pospacerowawszy jak filozofowie, wchodzą do piramid, które są w środku  puste, a wewnątrz przypominają katedry, a jedynym źródłem oświetlenia jest światło zenitalne, światło przefiltrowane przez duży kamień obsydianowy, to znaczy światło ciemne i błyszczące. A przy okazji, widziałeś kiedykolwiek obsydian? - spytała dziewczyna. Nie, nigdy - odparł Reiter - a może widziałem, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Natychmiast zdałbyś sobie z tego sprawę - powiedziała dziewczyna. Obsydian to czarny albo bardzo ciemnozielony skaleń, rzecz sama w sobie ciekawa, bo skalenie są raczej białe lub żółtawe. Najważniejszymi skaleniami są: ortoklaz, albit i labrador, to tak, żebyś wiedział. Ale moim ulubionym skaleniem jest obsydian. No dobrze, wracajmy do piramid. Na ich szczycie znajduje się kamień ofiarny. Zgadniesz,  jaki  to kamień? Obsydian - odpowiedział Reiter.

[…]

Po przekroczeniu rzeki Boh dywizja przekroczyła Dniepr i ruszyła w głąb półwyspu krymskiego. Reiter walczył w Perekopie i w wielu wsiach położonych w pobliżu Perekopu, miasta, którego nazwy nigdy nie poznał, ale po którego niebrukowanych ulicach chodził, odsuwając nogą trupy, rozkazując starcom, kobietom i dzieciom, by ukryli się w domu i nie wychodzili. Czasami czuł się zamroczony. Czasami czuł, że przy gwałtownym wstawaniu oczy zachodzą mu mgłą, robiło mu się ciemno przed oczami, widział tylko maleńkie ziarniste punkciki podobne do deszczu meteorytów. Ale meteoryty poruszały się w dziwny sposób. Albo w ogóle się nie poruszały. To były nieruchome meteoryty. Czasem rzucał się do ataku, razem ze swymi towarzyszami, by zdobyć pozycje wroga, nie zachowując najmniejszych środków ostrożności, dzięki czemu zyskał sławę chojraka i śmiałka, choć on szukał wyłącznie kuli, dzięki której pokój zagościłby w jego sercu. Pewnej nocy zaczął zupełnie niechcący rozmawiać z Wilkem o samobójstwie.

[…]

Czego boi się Iwanow? zastanawiał się Anski w swoich zeszytach [którymi Hans Reiter zaczytywał się na swej kwaterze wojennej nad Dnieprem – przyp. aut.]. Nie fizycznego niebezpieczeństwa, bo przecież jako stary bolszewik często ocierał się o aresztowanie, więzienie i zesłanie,  i choć nie sposób było o nim powiedzieć, że jest człowiekiem odważnym, trudno było również stwierdzić, nie rozmijając się z prawdą, iż jest podszyty strachem. Strach Iwanowa miał charakter literacki, to znaczy jego strach był tym strachem, jakiego doświadcza większość obywateli, którzy nagle pewnego (czy też niepewnego)  dnia  postanawiają przekształcić   uprawianie   literatury, a przede wszystkim fikcji, w integralną część swego życia. Strach przed tym, że mogą być kiepscy. A również strach przed brakiem uznania. Ale przede wszystkim strach przed tym, że mogą być kiepscy. Strach przed tym, że ich trud i zapał pójdą w zapomnienie. Strach przed postawieniem kroku, który nie zostawia śladu. Strach przed elementami przypadku i natury zacierającymi zbyt płytkie ślady. Strach przed kolacją w pojedynkę i przed tym, że nikt nie zauważy ich obecności. Strach przed niedocenieniem. Strach przed porażką i ośmieszeniem się. Ale przede wszystkim strach przed tym, że jest się kiepskim. Strach przed znalezieniem się, nieodwracalnie i na zawsze, w piekle kiepskich pisarzy. Irracjonalne lęki, myślał Anski, szczególnie jeśli strachliwi pokrywają swoje lęki p o z o r a m i. Co znaczyło to samo, co powiedzieć, że raj dobrych pisarzy, według tych kiepskich, zaludniony był przez pozory. I że znamienitość (lub świetność) danego dzieła obraca się wokół pozorów. Pozorów, które oczywiście zmieniały się, w zależności od epoki i kraju, ale które zawsze pozostawały tym, czym były, pozorami, rzeczami, które niby są, ale nie są, powierzchnią, a nie głębią, czystym gestem, a nawet gest mylony był z wolą, włosy i oczy, i usta Tołstoja, i wiorsty przejechane konno przez Tołstoja i kobiety rozdziewiczone przez Tołstoja, na gobelinie spalonym przez płomień pozorów.

[...]

Tylko seks? Tylko seks? Anski kilkakrotnie zadaje pytanie w notkach pisanych na marginesie. Pisze o swoich rodzicach. Pisze o Doblinie. Pisze o homoseksualizmie i impotencji. Kontynent amerykański seksu, mówi. Żartuje na temat seksualności Lenina. Pisze o moskiewskich narkomanach. O chorych. O mordercach dzieci. Pisze o Józefie Flawiuszu. Jego słowa o historyku przesiąknięte są melancholią, ale równie dobrze melancholia ta jest udawana. Wobec kogo jednak Anski udaje, jeśli jest przekonany, że nikt nie będzie czytać jego zeszytu? (Jeśli wobec Boga, wówczas Anski traktuje Boga z niejaką pobłażliwością, być może dlatego, że Bóg nie zagubił się na Kamczatce, marznąc i głodując, a on owszem). Pisze o młodych rosyjskich Żydach, którzy wywołali rewolucję, a teraz (to pewnie zostało napisane w 1939 roku) padają jak muchy. Pisze o Juriju Piatakowie, zamordowanym w 1937 roku, po drugim procesie moskiewskim. Wspomina nazwiska, które Reiter widzi po raz pierwszy w życiu. Później, parę stron dalej, znowu je wymienia. Jakby sam obawiał się ich zapomnieć. Nazwiska, nazwiska, nazwiska. Tych, którzy przeprowadzili rewolucję, tych, którzy zostaną pożarci przez tę rewolucję, która już nie była tą sama, ale inną, nie snem, ale koszmarem sennym ukrywającym się za powiekami snu.

[…]

W zeszycie Anskiego pojawia się, a Reiter po raz pierwszy ma możność coś o nim przeczytać, zanim po latach zobaczy jakikolwiek jego obraz, włoski malarz Arcimboldo, Giuseppe albo Joseph lub Josepho czy też Josephus Arcimboldo lub  Arcimboldi  albo  Arcimboldus,  urodzony w 1527 roku i zmarły w 1593. Kiedy jestem smutny albo znudzony, mówi Anski w zeszycie, choć trudno wyobrazić sobie nudzącego się Anskiego, nieustannie uciekającego przez dwadzieścia cztery godziny, myślę o Giuseppem Arcimboldzie i smutek i nuda znikają niczym w wiosenny poranek przy stawie, niedostrzegalne kroki poranka rozwiewającego wonie unoszące się znad brzegu, znad szuwarów. Pojawiają się również zapiski dotyczące Courbeta, którego Anski uznaje za paradygmat rewolucyjnego artysty. Wyśmiewa się, na przykład, z manichejskiej wizji, w jakiej jawi się Courbet niektórym malarzom radzieckim. Usiłuje wyobrazić sobie obraz Courbeta Powrót z konferencji,  na  którym widać grupę księży i hierarchów eklezjastycznych całkiem pijanych, płótno odrzucone przez Salon i Salon Odrzuconych, co okrywa hańbą, zdaniem Anskiego, odrzuconych odrzucających. Los Powrotu z konferencji wydaje mu się nie tylko wzorcowy i poetyczny, ale i proroczy: bogaty katolik kupuje obraz i od razu po przyjściu z nim do domu przystępuje do jego spalenia.

[…]

Kiedy Anskiemu trudno już było wytrzymać, wracał do Arcimbolda. Lubił przypominać sobie obrazy Arcimbolda, o którego życiu nie wiedział lub udawał, że nie wie prawie nic, i które najpewniej nie było tak burzliwe jak życie Courbeta, ale na którego obrazach odnajdował coś, co Anski z braku lepszego słowa określał jako prostota, co pewnie nie przypadłoby do gustu znawcom i egzegetom Arcimboldiowskiego dzieła. Technika mediolańczyka była dlań uosobieniem radości. Końcem pozorów. Arkadią przed człowiekiem. Nie wszystkie obrazy, pewnie, bo na przykład Pieczeń, obraz odwracalny, bo zawieszony w jeden z możliwych sposobów, przedstawia bez wątpienia dużą metalową misę z pieczonymi mięsiwami, pośród których dostrzec można prosiaka, królika i ręce, przypuszczalnie kobiece lub dziewczęce, usiłujące przykryć mięsa, by nie ostygły, zawieszony  zaś  na  odwrót  przedstawiał  popiersie,  w hełmie i zbroi, żołnierza uśmiechającego się zadowolonym i zuchwałym uśmiechem, w którym brakuje kilku zębów, okrutny uśmiech starego najemni­ ka patrzącego na ciebie, a jego spojrzenie jest jeszcze okrutniejsze niż uśmiech, jakby coś o tobie wiedział, pisze Anski, coś, czego ty nawet nie podejrzewasz, obraz ten wydawał mu się obrazem grozy. Prawnik (sędzia albo wysokiej rangi urzędnik z głową zrobioną z drobnej zwierzyny, ciało zaś z książek) też wydawał mu się obrazem grozy. Ale obrazy przedstawiające cztery pory roku były czystą radością. Wszystko we wszystkim, pisze Anski. Jakby Arcimboldo nauczył się tylko jednej lekcji, ale za to najważniejszej. I tu Anski sam zadaje kłam swemu brakowi zainteresowania życiem malarza i pisze, że kiedy Leonardo da Vinci opuszcza Mediolan w roku 1516, przekazuje swemu uczniowi Bemadinowi Luiniemu swoje zapiski i część rysunków, do których z czasem młody Arcimboldo, przyjaciel syna Luiniego, najpewniej zaglądał i które studiował. Kiedy jestem smutny i przybity, pisze Anski, zamykam oczy i przeżywam obrazy Arcimbolda, i smutek, i przybicie znikają, jakby wiatr silniejszy od nich, wiatr m e n t o l o w a t y, nagle wtargnął na ulice Moskwy.

[…]

Rozpalił w piecu i rzucił się w ubraniu na łóżko. Ale nie mógł zasnąć. Zaczął myśleć o pozorach, o których pisał Anski w swoim zeszycie, i zaczął myśleć o sobie. Czuł się wolny, tak wolny jak nigdy wcześniej, i choć niedożywiony, a tym samym słaby, czuł się również na siłach, by przedłużyć ów impuls wolności i niezależności, dopóki się da. Jednak nie dawała mu spokoju myśl, iż to wszystko jest być może jedynie pozorem. Pozór to siła okupująca rzeczywistość, rzekł sobie, nawet tej najskrajniejszej i obrzeżnej rzeczywistości. Żyje w ludzkich duszach i w ich gestach, w woli i w bólu, w sposobie, w jaki człowiek porządkuje swoje wspomnienia, i w sposobie, w jaki człowiek porządkuje swoje priorytety. Pozór rozprzestrzeniał się na wysokich salonach i w me­ linach. Narzucał normy, powstawał przeciwko własnym normom (w powstaniach, które mogły być krwawe, co nie znaczy, że przez to przestawały być pozorne), narzucał nowe normy. Narodowy socjalizm był absolutnym królestwem pozorów. Miłość, po­ myślał, z reguły jest kolejnym pozorem. Moja miłość do Lotte nie jest pozorem. Lotte jest moją siostrą, jest mała i myśli, że jestem olbrzymem. Ale miłość, ta zwyczajna i normalna miłość, miłość w stadle, ze śniadania­ mi i z kolacjami, z zazdrością i z pieniędzmi, i ze smutkiem, to teatr, to znaczy pozór. Młodość to pozory siły, miłość to pozory pokoju. Ani młodość ani siła, ani miłość, ani pokój nie mogą być nam przyznane, powie­ dział sobie, wzdychając, a i ja nie mogę przyjąć takiego prezentu. Jedynie włóczęgostwo Anskiego nie jest pozorem, pomyślał, jedynie czternaście lat Anskiego nie jest pozorem. Anski przeżył cale swoje życie we wkurzającej niedojrzałości, bo rewolucja, prawdziwa i jedyna, jest również niedojrzała.

[…]

Na jednej ze ścian jakiś żołnierz napisał Heil Hitier, na innej wypisane było coś w rodzaju listu miłosnego. Na piętrze ktoś zabawiał się, rysując na ścianach i, o dziwo, na suficie, scenki rodzajowe z życia Niemców w Kostekinie. I tak w jednym z rogów narysowany był las i pięciu Niemców, rozpoznawalnych po czapkach, którzy zbierali drewno albo polowali na ptaki. W innym rogu dwóch innych Niemców kochało się, podczas gdy trzeci podglądał ich, kryjąc się za drzewem. W innym czterech Niemców leżało, śpiąc po kolacji, i rozpoznać można było leżący przy nich szkielet psa. W ostatnim rogu pojawiał się Reiter z długą, jasną brodą, wyglądający z okna chałupy Anskich, podczas gdy na zewnątrz defilowały: słoń, żyrafa,  nosorożec i kaczka. W środku fresku, żeby jakoś to nazwać, rozpościerał się wybrukowany plac, plac wymyślony, jakiego nigdy Kostekino nie miało, pełen kobiet ze zjeżonymi włosami lub zjaw kobiet, które rzucały się z jednego krańca, wrzeszcząc wniebogłosy, podczas gdy dwóch niemieckich żołnierzy dozorowało prace młodych Ukraińców wznoszących kamienny pomnik o kształcie jeszcze dość tajemniczym. Rysunki były toporne i naiwno-dziecięce, perspektywa zaś prerenesansowa, ale rozmieszczenie każdego elementu pozwalało domyślać się ironii, a tym samym znacznie większego sekretnego mistrzostwa, niż to się zdawało na pierwszy rzut oka.

[…]

Ale żołnierze odchodzili od zmysłów z głodu i ze strachu i zabili go [generała rumuńskiego Entrescu – przyp. aut.], a później przybili do krzyża. Musieliście się nieźle napracować, żeby zbić taki duży krzyż - stwierdził Reiter. Zbiliśmy krzyż, zanim zabiliśmy generała - odparł Rumun. Nie wiem, po co zbiliśmy ten krzyż, ale zbiliśmy go, nim zaczęliśmy pić. I Rumuni wrócili do ładowania swoich łupów na wozy, i niektórzy Niemcy zaczęli im pomagać, a inni postanowili przejść się z powrotem do zamku i sprawdzić,  czy w piwnicach nie pozostało coś do picia, i ukrzyżowany znowu został sam. Na odchodnym Reiter zapytał Rumunów, czy znali może niejakiego Popescu, takiego, co zawsze towarzyszył generałowi i przypuszczalnie pracował jako sekretarz generała. No tak, kapitan Popescu - powiedział jeden z Rumunów, potakując głową i z takim tonem w głosie, z jakim zapewne przytaknąłby, mówiąc kapitan Ionescu czy inny Escu. Ten to już jest w Bukareszcie. Gdy oddalali się w stronę chaszczy, zostawiając za sobą tumany kurzu, Reiterowi zdało się, że widzi czarne ptaki krążące nad esplanadą, z której śledził bieg wojny generał Entrescu. Jeden z Niemców, siedzący tuż przy karabinie maszynowym, zaczął zastanawiać się na głos, śmiejąc się, co powiedzą Ruskie, jak zobaczą tego ukrzyżowanego. Nikt nie odpowiedział. Zaznając klęski po klęsce, Reiter wrócił w końcu do Niemiec. W maju 1945 roku. W wieku dwudziestu pięciu lat, po dwumiesięcznym ukrywaniu się w lesie, poddał się amerykańskim żołnierzom i został internowany w obozie jenieckim pod Ansbach. Tam po raz pierwszy od dłuższego czasu wziął prysznic i spożył coś zjadliwego. Połowa jeńców wojennych spała w barakach wzniesionych przez czarnych żołnierzy północnoamerykańskich, druga zaś połowa spała w ogromnych namiotach. Co dwa dni w obozie pojawiali się goście, którzy sprawdzali,  zgodnie   z   porządkiem   alfabetycznym,   dokumenty   jeńców. Z początku stawiali na dworze stół, jeńcy podchodzili po kolei do stołu i odpowiadali na pytania. A później czarni żołnierze, przy pomocy grupki Niemców, postawili specjalny, trzyizbowy barak, i od tego momentu kolejki stawały przed tym budynkiem. Reiter nie znał nikogo w obozie. Jego towarzysze z 79, a później z 303 Dywizji zginęli lub zostali radzieckimi jeńcami albo, jak on, zdezerterowali. To, co pozostało z dywizji, kierowało się w stronę Pilzna, w Protektoracie, kiedy Reiter, pośród kompletne­ go zamętu, oddalił się samowolnie. W obozie jenieckim pod Ansbach usiłował trzymać się na uboczu. Wśród jeńców byli i tacy, którzy wieczorem śpiewali. Czarni strażnicy przyglądali się im ze swych punktów obserwacyjnych i śmiali się, ale że nikt z nich, rzecz jasna, nie rozumiał śpiewanych słów, pozwalali im śpiewać aż do pory nocnej. Jeszcze inni chodzili w kółko z jednego krańca obozu na drugi, trzymając się pod ręce i rozmawiając na najcudaczniejsze tematy. Mówiono, że niebawem dojdzie do pierwszych tarć pomiędzy Sowietami a aliantami. Snuto domysły na temat okoliczności śmierci Hitlera.

[…]

Kiedy Reiter mógł już opuścić obóz jeniecki, udał się do Kolonii. Tam zamieszkał wpierw w barakach znajdujących się nieopodal stacji kolejowej, a później w piwnicy dzielonej z weteranem jednej z dywizji pancernych, typem milczącym, który miał połowę twarzy spaloną i mógł całymi dniami nic nie jeść, i z jeszcze innym współlokatorem, ongiś pracującym jakoby w gazecie, człowiekiem, w przeciwieństwie do weterana, miłym i skorym do rozmów. Weteran czołgista miał pewnie trzydzieści, może trzydzieści pięć lat, zaś były dziennikarz liczył sobie około sześćdziesięciu, choć obaj czasem potrafili zachowywać się jak dzieci. W czasie wojny dziennikarz napisał cykl artykułów opisujących heroiczne życie w wybranych dywizjach pancernych zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie i nawet zachował wycinki, które błądzący w chmurach czołgista miał okazję przeczytać z aprobatą. Czasem otwierał usta i mówił: Ottonie, uchwyciłeś istotę tego, czym jest życie czołgisty. Dziennikarz, przybierając pełen skromności wyraz twarzy, odpowiadał mu: Gustawie, nie masz większej nagrody jak właśnie twoje, starego czołgisty, zapewnienie, iż nie we wszystkim się pomyliłem. Nie pomyliłeś się w niczym, Ottonie - odpowiadał czołgista. Dziękuję, Gustawie, za miłe słowa - odpowiadał dziennikarz. Obaj pracowali dorywczo dla miasta przy odgruzowywaniu albo sprzedając rzeczy znalezione w ruinach. Przy dobrej pogodzie jechali na wieś i dzięki temu Reiter przez tydzień lub dwa miał piwnicę dla siebie same­ go. Pierwsze dni pobytu w Kolonii poświęcił na zdobycie biletu kolejowe­ go, żeby wrócić do swej wsi. Później znalazł pracę jako portier w barze obsługującym klientelę złożoną z żołnierzy amerykańskich i angielskich nieżałujących napiwków i dla których czasem wykonywał jakieś ekstra­ prace, znalezienie mieszkania, na przykład, w konkretnej dzielnicy albo zapoznanie z dziewczynami, albo skontaktowanie ich z osobami pracującymi na czarnym rynku. I tak został w Kolonii.

[…]

Wieczorami, przed wyjściem do pracy, Reiter upewniał się, że Ingeborg niczego nie zabraknie, żeby nie musiała schodzić na ulicę, oświetlając sobie schody jedynie świeczką, choć w głębi ducha wiedział, że Ingeborg (a i jemu też) brakuje tylu rzeczy, iż jego zapobiegliwość już w chwili upewniania się była całkowicie zbyteczna. Na początku ich wspólne życie nie dopuszczało seksu. Ingeborg była bardzo słaba i ochotę miała jedynie na gadanie, a kiedy zostawała sama i akurat nie brakowało świec, na czytanie. Reiter czasem szedł do łóżka z dziewczynami pracującymi w barze. Nie były to randki zbyt roznamiętnione, raczej wprost przeciwnie. Kochali się, jakby rozmawiali o futbolu, czasem nawet nie przestając palić albo nie wyjmując nawet z ust amerykańskiej gumy do żucia, która zaczynała być w modzie, i było to dobre na nerwy, guma do żucia i tak uprawiany seks, bezosobowo, choć sam akt daleki był od aktu bezosobowego, raczej stając się aktem obiektywnym, jakby z chwilą obnażenia się do nagiej cielesności ubojni cała reszta była czczą teatralnością. Zanim zaczął pracę w barze, Reiter sypiał z innymi dziewczynami, na dworcu w Kolonii czy też w Solingen albo w Remscheid lub w Wuppertalu, z robotnicami czy z wieśniaczkami, które lubiły, by mężczyźni (pod warunkiem oczywiście, że wyglądają na zdrowych)  spuszczali  im się w ustach. W niektóre wieczory Ingeborg prosiła Reitera, by opowiedział jej te przygody, tak je nazywała, i Reiter zapalał papierosa i opowiadał jej te przygody. Te dziewczyny z Solingen myślały, że nasienie ma witaminy - mówiła Ingeborg - tak samo jak dziewczyny, które miałeś na dworcu w Kolonii. Świetnie je rozumiem - mówiła Ingeborg - ja też przez jakiś czas kręciłam się po dworcu w Kolonii i rozmawiałam z nimi, i zachowywałam się jak one. To ty też robiłaś loda nieznajomym, uważając, że nasienie cię wy­ żywi? - spytał Reiter. Ja też - odparła Ingeborg. Pod warunkiem że mieli zdrowy wygląd, pod warunkiem że nie wyglądali na przeżartych syfilisem czy rakiem - powiedziała Ingeborg. Wieśniaczki wałęsające się po dworcu, robotnice, wariatki, które się zgubiły albo uciekły ze swych domów, wszystkie byłyśmy przekonane, że nasienie to cudowne pożywienie, ekstrakt wszelkiego typu witamin, najlepszy sposób, żeby nie zachorować na grypę - powiedziała Ingeborg. Czasem w nocy, przed zaśnięciem, skulona w jakimś kąciku dworca kolońskiego, myślałam o tej pierwszej dziewczynie ze wsi, która wpadła na ten pomysł, na ten absurdalny pomysł, chociaż są lekarze, i to lekarze o pewnym prestiżu, twierdzący, iż można wyleczyć się z anemii, spożywając codziennie nasienie - powiedziała Ingeborg. Ale ja myślałam o tej wiejskiej dziewczynie, o tej doprowadzonej do ostateczności dziewczynie, która w wyniku empirycznej dedukcji doszła do tego samego wniosku. Wyobrażałam ją sobie, jak chodzi oszołomiona po cichym mieście i przygląda się ruinom, i mówi sobie pod nosem, że właśnie tak zawsze wyobrażała sobie miasto. I wyobrażałam ją sobie, jak uwija się pracowicie niczym mrówka, zawsze uśmiechnięta, i pomaga każdemu, kto ją o to poprosi,  i że jest ciekawska, więc chodzi po wszystkich ulicach i placach, i rekonstruuje sobie oblicze miasta, w którym, w gruncie rzeczy, zawsze chciała mieszkać. Ale podczas owych nocy wyobrażałam ją sobie również umarłą z powodu jakiejś choroby, choroby, która spowodowała agonię niezbyt wolną, ale i niezbyt szybką. Agonię rozsądną, czas niezbędny po to, by przestała już ciągnąć druty i przepoczwarzać się we własną poczwarkę, we własne udręki.

[…]

Oczywiście zdarzało im się śmiać, choć nie zawsze z tego samego. Reitera śmieszył na przykład brandenburski sąsiad wpadający do rury w schodach. Ingeborg mówiła, że Brandenburczyk to dobry człowiek, że dla każdego ma jakieś miłe słowo, a poza tym nie mogła zapomnieć kwiatów, którymi ją obdarowywał. Reiter ostrzegał ją wówczas, że nie należy zanadto ufać dobrym ludziom. Większość z nich, mówił, to zbrodniarze wojenni, którzy powinni zostać powieszeni w miejscach publicznych, na samo wyobrażenie sobie tego Ingeborg dostawała dreszczy. Jak ktoś, kto potrafił codziennie zdobyć i wpiąć sobie kwiat do butonierki, może być zbrodniarzem wojennym? Ingeborg za to potrafiła śmiać się z rzeczy lub zdarzeń na pierwszy rzut oka zupełnie abstrakcyjnych. Śmiała się czasem z rysunków, jakie wilgoć kreśliła na ścianach mansardy. Na gipsie lub tynku widziała długie kolumny samochodów wyjeżdżających z czegoś w rodzaju tunelu, który nazywała, bez żadnego powodu, tunelem czasu. Kiedy indziej śmiała się z karaluchów pojawiających się co jakiś czas w domu. Lub z ptaków obserwujących Kolonię z poczerniałych gzymsów najwyższych w mieście budynków. Czasem nawet śmiała się z własnej choroby, choroby nieposiadającej swojej nazwy (to bardzo ją śmieszyło), a którą obaj lekarze zajmujący się Ingeborg, jeden z nich klient baru, gdzie pracował Reiter, a drugi stary mężczyzna o białych włosach, białej brodzie, obdarzony głosem energicznym i teatralnym, opłacany przez Reitera butelka­ mi whisky, i, zdaniem Reitera, najprawdopodobniej zbrodniarz wojenny, zdiagnozowali wstępnie jako przypadłość pomiędzy chorobą nerwową a chorobą płuc.

[…]

Reiter powiedział dziewczynie, że być może jest poszukiwany przez policję amerykańską i policję niemiecką lub też jego nazwisko widnieje na listach podejrzanych. Człowiek, którego zabił, nazywał się Sammer i był mordercą Żydów. Wobec tego nie popełniłeś żadnego morderstwa, chciała mu powiedzieć, ale Reiter nie dał jej dokończyć. Zdarzyło się to w obozie jenieckim - powiedział Reiter. Nie wiem, za kogo mnie wziął Sammer, ale nieustannie coś mi opowiadał. Denerwował się, bo Amerykanie mieli go przesłuchać. Na wszelki wypadek zmienił nazwisko. Podawał się za Zellera. Ale mnie się wydaje, że Amerykanie nie szukali Sammera. I nie szukali również Zellera. Dla Amerykanów Zeller i Sammer byli obywatelami niemieckimi poza wszelkimi podejrzeniami. Amerykanie szukali zbrodniarzy wojennych o pewnej randze, ludzi z obozów zagłady, oficerów SS, grubych ryb partyjnych. A Sammer był niewiele znaczącym urzędnikiem.

[…]

Poprosiłem ich, by pomogli mi odnaleźć rodziców. A potem obóz jeniecki zaczął pustoszeć, w miarę jak pojawiali się nowi goście. Ale ja wciąż tam siedziałem. Jeden z kolegów powiedział mi, że straże są czysto symboliczne. Żołnierze Murzyni mieli co innego na głowie i zanadto się nami nie przejmowali. Pewnego dnia rano wmieszałem się w kolumnę jeńców wychodzących z obozu i wyszedłem bez żadnego problemu. Przez jakiś czas jeździłem od miasta od miasta. Byłem w Koblencji. Pracowałem w oddawanych właśnie do użytku kopalniach. Głodowałem. Odnosiłem wrażenie, że widmo Sammera jest przyklejone do mojego cienia. Pomyślałem, że ja też zmienię nazwisko. Dotarłem w końcu do Kolonii i pomyślałem, że cokolwiek miałoby mi się teraz przytrafić, już mi się przytrafiło wcześniej, i że nie muszę wlec za sobą śmierdzącego cienia Sammera. Raz mnie zatrzymano. Po jakiejś awanturze w barze. Zjawili się ci z PM [polisi militer - policja wojskowa, żandarmeria - przyp. aut.] i wzięli mnie razem z grupką klientów do komisariatu. Usiłowali znaleźć moje nazwisko w jakichś aktach, ale nic nie znaleźli i puścili mnie wolno.

[…]

To aż tak po mnie to widać? pomyślałem. Aż tak po mnie widać, że jestem mordercą? Ja, rzecz jasna, nie czułem się mordercą. Radzę ci, zmień nazwisko - powiedziała stara. - Posłuchaj mojej rady. Byłam wróżką wielu dygnitarzy SS i wiem, co mówię. Nie popełniaj typowego idiotyzmu angielskich kryminałów. Co masz na myśli? - spytałem. Angielskie kryminały - odparła stara - magnes angielskich kryminałów, który najpierw zaraził amerykańskie kryminały, później francuskie kryminały, po czym niemieckie i szwajcarskie. A na czym polega ten idiotyzm? - spytałem. Na dogmacie - powiedziała staruszka - na dogmacie, który można streścić w następujących słowach: morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni. Zaśmiałem się. Nie ma z czego się śmiać - powiedziała staruszka - lepiej posłuchaj mojej rady, bo jestem jedną z niewielu osób w Kolonii, które cię lubią. Przestałem się śmiać. Poprosiłem, by sprzedała mi Judith i dzieła Novalisa.

[…]

W tym okresie Reiter skończył swoją pierwszą powieść. Zatytułował ją Ludicke i zmuszony był zapuścić się w najodleglejsze zaułki Kolonii w poszukiwaniu kogoś, kto by udostępnił odpłatnie maszynę do pisania, uznał bowiem, że nie poprosi o jej wypożyczenie żadnego ze znajomych, to znaczy nikogo, kto wie, że nazywa się Hans Reiter. W końcu znalazł starszego mężczyznę, posiadacza starej, francuskiej maszyny do pisania, który, choć jej nie wynajmował, dla pisarzy czynił wyjątek. Kwota, jakiej sobie zażyczył, była wysoka, i z początku Reiter pomyślał, że powinien jednak udać się na dalsze poszukiwania, ale kiedy zobaczył maszynę, wspaniale utrzymaną, bez grama kurzu, z wszystkimi czcionkami gotowymi odbić swój ślad na papierze, uznał, że stać go na taki luksus. Stary żądał pieniędzy z góry. Tej samej nocy w barze Reiter poprosił i otrzymał kilka pożyczek od dziewczyn. Następnego dnia wrócił do starego i pokazał pieniądze, na co stary wyciągnął z szuflady biurka zeszycik i zapytał go o nazwisko. Reiter powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy. Nazywam się Benno von Archimboldi. Stary spojrzał mu w oczy i rzekł, żeby nie był taki cwaniak i podał swoje prawdziwe nazwisko. Nazywam się Benno von Archimboldi, proszę pana - powiedział Reiter-i jeśli sądzi pan, że trzymają się mnie żarty, to ja już sobie pójdę. Przez chwilę obaj milczeli. Oczy starego były ciemnobrązowe, choć w słabym świetle pokoju raczej wyglądały na czarne. Oczy Archimboldiego były niebieskie i stary zobaczył w nich oczy młodego poety, oczy zmęczone, zmaltretowane, zaczerwienione, ale młode i w pewnym sensie czyste, choć stary już dawno temu przestał wierzyć w czystość. Ten kraj - powiedział Reiterowi, który tego wieczoru przeistoczył się, być może, w Archimboldiego - zamierzał rzucić w otchłań wiele krajów w imię czystości i woli. Dla mnie, jak pan rozumie, czystość i wola to czyste pedalstwo. Dzięki czystości i woli staliśmy się wszyscy, proszę to dobrze zrozumieć, wszyscy, wszyscy, krajem tchórzy i zabójców, co w sumie na jedno wychodzi. Teraz płaczemy i biczujemy się, i mówimy: nie wiedzieliśmy! Nie mieliśmy o tym pojęcia! to naziści! my zachowalibyśmy się zupełnie inaczej! Potrafimy jęczeć. Potrafimy wywołać żal i litość. Mogą z nas drwić,  proszę bardzo. Mamy to gdzieś,  dopóki  nam współczują i nam przebaczają. Przyjdzie czas i na to, żeby przerzucić długi most amnezji.

[…]

Ja byłem pisarzem - powiedział stary. Ale przestałem nim być. Tę maszynę do pisania podarował mi mój ojciec. Czuły i mądry ojciec, który zdołał dożyć dziewięćdziesięciu trzech lat. Człowiek przede wszystkim dobry. Człowiek, który, rzecz jasna, wierzył w postęp. Biedny ten mój ojciec. Wierzył w postęp i oczywiście w immanentną dobroć istoty ludzkiej. Ja też wierzę w immanentną dobroć istoty ludzkiej, ale to nic nie znaczy. Morderca, w głębi, jest dobry. My, Niemcy, dobrze o tym wiemy. I co z tego? Mogę przez całą noc pić z mordercą i być może, kontemplując jutrzenkę, zaczniemy obaj śpiewać jedno z dzieł Beethovena. I co z tego? Morderca, opierając się na moim ramieniu, może zapłakać. Normalne. Niełatwo być mordercą. Obaj dobrze o tym wiemy. Nie jest to wcale łatwe. Wymaga czystości i woli, woli i czystości. Czystości kryształu i żelaznej woli. Nawet ja mogę oprzeć głowę na ramieniu mordercy i zapłakać,   i wyszeptać mu Czułe słówka jak „bracie", ,,kamracie", ,,towarzyszu niedoli". W tym momencie morderca jest dobry, bo jest immanentnie dobry, a ja jestem idiotą, w związku z tym, że jestem immanentnym idiotą, i obaj jesteśmy sentymentalni, gdyż nasza kultura ciąży ku sentymentalizmowi. Ale kiedy dzieło się skończy, a ja zostanę sam, morderca otworzy okno do mego pokoju, podejdzie swoimi kroczkami pielęgniarza i podetnie mi gardło, tak że nie zostanie najmniejsza kropla krwi. Biedny ten mój ojciec. Byłem pisarzem, byłem pisarzem, ale mój nienasycony i zniedołężniały mózg zżerał mi wnętrzności. I tak, sęp mojego własnego Prometeusza albo Prometeusz mojego własnego sępa, zdałem sobie pewnego dnia sprawę, że mogę publikować wspaniałe artykuły w gazetach i pismach, a nawet wydawać książki niepomniejszające przy­ najmniej wartości papieru, na którym byłyby drukowane. Ale zrozumiałem zarazem, że nigdy nie zdołam przekroczyć progu czy nawet zbliżyć się do tego, co zwykliśmy nazywać arcydziełem. Powie mi pan, że literatura to nie tylko arcydzieła, bo pełno w niej dzieł tak zwanych pomniejszych. Też tak sądziłem. Literatura to rozległy las, arcydzieła zaś to jeziora, drzewa ogromne lub nader egzotyczne, Wykwintne i wymowne kwiaty czy też ukryte groty, ale las składa się również z drzew pospolitych i zwyczajnych, chaszczy, kałuż, roślin pasożytniczych, grzybów i dzikich kwiatuszków. Myliłem się. Dzieła pomniejsze w rzeczywistości nie istnieją. Chcę powiedzieć: autor pomniejszego dzieła nie nazywa się Pipsiński czy Piprztycki. I jedni, i drudzy istnieją, bez wątpienia, i męczą się, i pracują, i publikują w gazetach i pismach, i od czasu do czasu nawet Wydają książkę niepomniejszającą wartości papieru, na którym została wydrukowana, ale te książki lub artykuły, jeśli przyjrzy się pan temu uważnie, nie zostały napisane przez nich.

[…]

Każde pomniejsze dzieło ma swego autora sekretnego, a każdy autor sekretny jest z definicji pisarzem arcydzieł. Kto napisał takie to a takie dzieło pomniejsze? Bez wątpienia pisarz pomniejszy. Żona tego pisarza pomniejszego może zaświadczyć, widziała go, jak siedzi przy stole pochylony nad niezapisanymi kartkami papieru, jak się skręca i przesuwa pióro po kartce. Wygląda na naocznego i bezspornego świadka. Ale widziała tylko zewnętrzną powłokę. Skorupkę literatury. Pozory - powiedział stary były pisarz Archimboldiemu, a Archimboldi wspomniał Anskiego. Bo tym, który rzeczywiście pisze owo dzieło pomniejsze, jest pisarz sekretny, który przystaje jedynie na dyktat arcydzieła.

[…]

Jednym słowem: najważniejsze jest doświadczenie. Nie powiem panu, że nie nabywa się doświadczenia poprzez stale obcowanie z biblioteką, ale doświadczenie przewyższa bibliotekę. Doświadczenie to matka nauki, zwykło się mawiać. Kiedy byłem młody i wydawało mi się jeszcze, że osiągnę sukces w świecie literatury, poznałem wielkiego pisarza. Wielkiego pisarza, który przypuszczalnie napisał jedno arcydzieło, choć moim zdaniem wszystko, co napisał, było arcydziełem.

[…]

Zanim Archimboldi się z nim pożegnał, mężczyzna, który wynajął mu maszynę do pisania, powiedział: Jezus to arcydzieło. Złoczyńcy to dzieła pomniejsze. Co oni tam robią? Przecież są tam nie po to, żeby jeszcze bardziej uwznioślić ukrzyżowanie, jak sądzą niektóre niewinne duszyczki, ale po to, żeby je skryć.

[…]

Któregoś ranka doszła korespondencja z Hamburga. List był podpisany przez pana Bubisa, znamienitego wydawcę, a w treści roiło się od peanów chociaż bez popadania w przesadę, powiedzmy, że pochwały zawarto między wierszami - nad Ludicke, dziełem, którego wydaniem wyraził zainteresowanie, o ile, oczywiście, pan Benno von Archimboldi nie znalazł jeszcze na nie wydawcy, w takim wypadku byłoby mu bardzo przykro, albowiem powieść ma wiele atutów i w jakimś sensie jest nowatorska, wszak to książka, którą on, Bubis, przeczytał z najwyższym zainteresowaniem i za której publikację wysupłałby pewną kwotę, aczkolwiek zważywszy na stan rynku wydawniczego w Niemczech, zaliczka może wy­ nieść tylko tyle a tyle, kwotę tak śmieszną, dobrze o tym wie, to suma, której piętnaście lat wcześniej na pewno by nie wymienił, lecz w zamian gwarantował staranne wydanie i dotarcie z książką do każdej dobrej księgarni, nie tylko w Niemczech, także w Austrii i Szwajcarii, gdzie znak Bubisowego wydawnictwa wciąż cieszył się estymą w gronie demokratycznych księgarzy, był symbolem oficyny niezależnej i sumiennej.

[…]

Przez cały dzień rozmyślał nad przyczyną zmiany nazwiska. W barze wszyscy wiedzieli, że nazywa się Hans Reiter. Znajomi z Kolonii wiedzieli, że nazywa się Hans Reiter. Gdyby władze w końcu postanowiły ścigać go za zabójstwo Sammera, nie brakowałoby im tropów prowadzących do Reitera. Dlaczego więc przyjmować jakieś nom de plume [inaczej: pseudonim literacki – przyp. aut.]. Może Ingeborg miała rację, pomyślał Archirnboldi,  może w głębi serca żywię przekonanie, że będzie o mnie głośno, a przybranie pseudonimu to pierwsze postanowienie na poczet bezpieczeństwa w przyszłości. A może jednak wszystko to oznacza coś zupełnie inne­ go. Może, może, może...

[…]

Rytm pracy był w każdym razie jeśli nie szalony, to intensywny, i kiedy Archimboldi pojawił się w wydawnictwie, w pierwszej chwili pomyślał, że pan Bubis, sprawiający wrażenie wyjątkowo zapracowanego, go nie przyjmie. Ostatecznie jednak po dziesięciu minutach oczekiwania został poproszony do gabinetu, którego Archimboldi miał już nigdy nie zapomnieć, gdzie książki i rękopisy z braku miejsca na półkach gromadziły się na podłodze, tworząc stosy i wieżyczki, niektóre stojące ledwo ledwo, tak przechylone, że niekiedy wydawały się przechodzić w arkady, chaos odzwierciedlający świat, różnorodny i niesamowity pomimo wojen i niesprawiedliwości, bibliotekę wspaniałych książek, które Archimboldi całym sercem pragnąłby przeczytać, pierwsze wydania wielkich autorów z ich własnoręczną dedykacją dla pana Bubisa, książki zdegenerowanej sztuki, znów wprowadzane w obieg, książki wydane we Francji i książ­ ki wydane  w Anglii, broszurowe  wydania  z Nowego Jorku, z Bostonu i z San Francisco, a także amerykańskie periodyki o legendarnych tytułach, dla młodego biednego pisarza stanowiące skarb, absolutny szczyt bogactwa, i przeistaczające gabinet Bubisa w coś na kształt jaskini Ali Baby. Archimboldi miał również nie zapomnieć pierwszego pytania, które Bubis zadał mu zaraz po wstępnych grzecznościach. Jakie jest pana prawdziwe nazwisko? Bo oczywiście tak pan się nie nazywa? To moje prawdziwe nazwisko - odpowiedział Archimboldi. Ale Bubis nie dawał za wygraną: Czy sądzi pan, że czas spędzony w Anglii i moja siwa głowa zamieniły mnie w bałwana? Nikt się tak nie nazywa. Benno von Archimboldi... Już samo imię Benno wzbudza podejrzenia.

[…]

Schodząc po ciemnych schodach budynku, baronówna [obecnie sekretarka Bubisa – przyp. aut.] powiedziała, już per ty, że rozpoznała go i jest przekonana, że i on ją rozpoznał. Od razu, baronówno - potwierdził Archimboldi. Tylko że minęło wiele lat - powiedziała von Zumpe - a ja się zmieniłam. Na pewno nie z wyglądu, baronówno - powiedział Archimboldi, idąc tuż za nią. Za to nie pamiętam twojego imienia i nazwiska - przyznała baronówna. Byłeś synem jednej z naszych pracownic, pamiętam to dobrze, twoja matka pracowała u nas w chatce leśnej, ale nie przypominam sobie imienia. Archimboldiego bawił sposób, w jaki baronówna określała swoje gniazdo rodzinne. Leśna chatka kojarzyła się z domkiem dla lalek, chałupą, bezpieczną przystanią, miejscem, gdzie zatrzymał się czas i które stanowiło nieodłączną część dzieciństwa,  dobrowolnego, zmyślonego, acz z pewnością bezpiecznego i szczęśliwego. Obecnie, baronówno, nazywam się Benno von Archimboldi - podkreślił. Cóż - skomentowała baronówna - zdecydowałeś się na dalece wykwintne imię. Nieco źle brzmiące, ale bezsprzecznie mający swój sznyt.

[…]

Powiedziawszy to, Archimboldi zamilkł, a baronówna stwierdziła, że taki koniec nie rozczarowałby dziarskiego generała. Po czym dodała, że pomimo przypisywanych mu sukcesów wojskowych Entrescu zawsze był zerem pod względem zarówno taktycznym, jak i strategicznym. Jako kochanek natomiast wręcz przeciwnie, nie miała lepszego ani wcześniej, ani później. Nie z racji rozmiarów fiuta - postawiła sprawę jasno baronówna, żeby rozwiać ewentualne wątpliwości, jakie mogłyby w tym momencie najść Archimboldiego leżącego obok w łóżku - lecz ze względu na swoiście zoomorficzne cechy. Gdy mówił, był zabawniejszy od kruka, w łóżku natomiast zamieniał się w istnego diabła morskiego. Kontynuując ów wątek, Archimboldi stwierdził, nie bacząc na zbyt wątłą podstawę, jaką była krótka wizyta Entrescu i jego świty na karpackim zamku, że krukiem jest przede wszystkim generalski sekretarz, niejaki Popescu, opinia ta natychmiast jednak została odrzucona przez baronównę, dla której Popescu był po prostu kakadu, kolorową papużką frunącą za plecami lwa. Tylko że lew pozbawiony był pazurów, a nawet gdyby je miał, nie mógłby ich użyć, a i kłów nie miał, by kogokolwiek nimi rozszarpać, miał tylko nieco kuriozalną świadomość własnego losu, losu lub koncepcji losu, w pewnym sensie będącej echem losu i koncepcji losu Byrona, poety, którego Archimboldi, w wyniku owych zbiegów oko­ liczności, zdarzających się tylko w bibliotekach publicznych, czytał, i którego to poety, w jego mniemaniu, żadną miarą nie można było porównywać, odwołując się do echa, z losem budzącego obrzydzenie generała Entrescu, przy okazji nadmieniając, że koncepcja losu nie jest czymś, co można oddzielić od losu jednostki (nieszczęsnej jednostki), bo to ta sama rzecz: los, materia, na tyle nieuchwytna, iż w końcu nieodwracalna, to jednocześnie koncepcja własnego losu, do której każdy z nas w końcu dochodzi.

[…]

Twórczość Archimboldiego, proces tworzenia lub codzienność, w której proces ten łagodnie się rozwijał, okrzepła i nabrała czegoś, co z braku lepszego słowa możemy nazwać pewnością siebie. Owa „pewność siebie" oczywiście nie oznaczała zniknięcia wątpliwości, a pisarz nie uwierzył znienacka, że jego dzieło stanowi jakąś wartość, Archimboldi miał bowiem wizję literatury (słowo wizja również jest tu zbyt górnolotne) podzieloną na trzy zbiory, które wiążą się ze sobą tylko w jeden, jakże subtelny, sposób. Pierwszy zbiór zawierał książki, które czytał już co najmniej raz i uważał za wspaniałe, a niekiedy za potwornie wspaniałe, tak jak twórczość Doblina, pozostającego jednym z jego ulubionych autorów, albo jak wszystkie dzieła Kafki. W drugim zbiorze znajdowały się książki epigonów oraz tych, których nazywał Hordą i zasadniczo postrzegał jako swoich przeciwników. W trzecim zbiorze znajdowały się jego własne książki oraz plany kolejnych dzieł, traktowanych już to niczym zabawa, już to niczym interes, zabawa jako satysfakcja, którą sprawiało mu pisanie, satysfakcja podobna do tej, jaką detektyw odczuwa przed zdemaskowaniem mordercy, interes zaś o tyle i w tym znaczeniu, że publikacja każdej książki powiększała, choćby nawet w niewielkim stopniu, wynagrodzenie otrzymywane za pracę w barze.

[…]

Czwarta książka Archimboldiego pojawiła się w wydawnictwie w zapowiedzianym czasie. Nosiła tytuł Rzeki Europy, aczkolwiek opowiadała właściwie tylko o jednej rzece, o Dnieprze. Można powiedzieć, że Dniepr był głównym bohaterem powieści, a inne rzeki odgrywały partię chóru. Pan Bubis przeczytał ją jednym tchem w swoim gabinecie, a salwy śmiechu, jakimi kwitował czytaną lekturę, niosły się po całym wydawnictwie. Tym razem zaliczka posłana Archimboldiemu była pokaźniejsza niż wszystkie poprzednie, o tyle pokaźniejsza, że Martha, sekretarka w wydawnictwie, przed dokonaniem przekazu do Kolonii weszła do gabinetu pana Bubisa i wskazując na czek, zapytała (nie raz, ale dwa razy), czy nie ma tu błędu, czy to odpowiednia liczba, na co pan Bubis odpowiedział, że owszem, że to odpowiednia liczba, a może i nieodpowiednia, czyż to nie wszystko jedno, liczba to liczba, liczba zawsze, pomyślał po oddaleniu się sekretarki, jest tylko przybliżona, nie ma odpowiedniej liczby, tylko naziści wierzyli w odpowiednie liczby i nauczyciele podstaw matematyki, tylko fanatycy, obłąkańcy od piramid, poborcy podatkowi (niech Bóg ich pokarze), numerologowie odczytujący los za parę groszy, wszyscy oni wierzyli w odpowiednie liczby. Zupełnie inaczej niż naukowcy, którzy wiedzieli, że każda liczba istnieje tylko w przybliżeniu. Wielcy fizycy, wielcy matematycy, wielcy chemicy oraz wydawcy wiedzieli, że człowiek zawsze brnie w ciemności.

[…]

W tamtej chwili, wyznała Ingeborg Archimboldiemu, zrozumiałam, że muzykę można odnaleźć w każdej rzeczy. Wstukiwanie pani Dorithei było tak szybkie, tak osobliwe, w jej maszynopisaniu było tak dużo pani Dorothei, że pomimo hałasu czy dźwięku, czy nut, rytmicznie wydawanych przez ponad sześćdziesiąt maszynistek pracujących jednocześnie, muzyka wydobywająca się z narzędzia pracy najstarszej z sekretarek unosiła się wysoko ponad kolektywną kompozycję autorstwa jej koleżanek, nie narzucając się im, lecz sprzęgając z nimi, podporządkowując je, igrając z nimi. Chwilami zdawała się docierać aż po lufciki, kiedy indziej zaś wiła się tuż nad powierzchnią podłogi, muskając kostki chłopców w krótkich spodenkach oraz petentów. Bywało i tak, że pozwalała sobie na zwolnienie, wtedy maszyna do pisania pani Dorothei zdawała się sercem, wielkim sercem bijącym pośród mgły i chaosu. Ale takie chwile nie zdarzały się często. Pani Dorothea lubiła prędkość, a jej tempo uderzania w klawisze zazwyczaj wyprzedzało wszystkie pozostałe stuki, jakby karczowała ścieżkę wgłębi ciemnego lasu, zauważyła Ingeborg, ciemnego, bardzo ciemnego...

[…]

Bifurcaria bifurcata nie spodobała się panu Bubisowi, do tego stopnia, że nawet nie dokończył lektury, chociaż oczywiście postanowił ją wydać, myśląc sobie, że może tym razem spodoba się chociaż temu matołowi Lotharowi Jungemu. Nim jednak oddał książkę do druku, wręczył ją baronównie, prosząc, aby powiedziała mu jak najbardziej szczerze, co o niej myśli. Po dwóch dniach baronówna przyznała, że usypiała przy lekturze i nie mogła prze­ brnąć przez czwartą stronę, co wcale nie zniechęciło pana Bubisa, zważywszy że nie wierzył przesadnie w literackie osądy swojej pięknej połowicy. Wkrótce po wysłaniu Archimboldiemu umowy na opublikowanie Bifurcaria bifurcata otrzymał od niego list, w którym autor zupełnie nie zgadzał się z wysokością przedpłaty, jaką proponował pan Bubis. Przez godzinę, siedząc samotnie w restauracji z widokiem na ujście rzeki, zastanawiał się, jak odpowiedzieć Archimboldiemu. W pierwszej chwili poczuł oburzenie tonem listu. Potem po prostu wybuchł śmiechem. Ostatecznie zasmucił się, do czego przyczyniła się także rzeka, która o tej porze nabierała odcienia starego złota, barwy złocistego chleba, i wszystko zdawało się kruszeć, rzeka, łodzie, pagórki, zagajniki, i rozsypywać z osobna, ku innym czasom i ku innym przestrzeniom.

[…]

Spójrz w gwiazdy - powiedziała Ingeborg. Podniósł oczy: rzeczywiście, na niebie było wiele gwiazd, potem znów spojrzał na Ingeborg i wzruszył ramionami. Jednak nie jestem tak bystry - powiedział. Dobrze o tym wiesz. Te wszystkie światła są martwe - powiedziała Ingeborg. Te wszystkie światła zostały wysłane tysiące, miliony lat temu. W przeszłości, rozumiesz to? Kiedy światło tych gwiazd było emitowane, w ogóle nie istnieliśmy, nie istniało też życie na Ziemi, nawet Ziemia nie istniała. To światło zostało wysłane dawno temu, rozumiesz? to przeszłość, jesteśmy otoczeni przez przeszłość. Coś, co już nie istnieje lub istnieje tylko we wspomnieniach i w domysłach, w tej chwili znajduje się tam, nad nami, oświetla góry i śnieg, i nie możemy nic zrobić, żeby tego uniknąć. Stara książka to też przeszłość - powiedział Archimboldi - książka napisana i wydana w 1789 roku to przeszłość, jej autor już nie istnieje, nie istnieją też jej drukarz ani pierwsi czytelnicy, ani epoka, w której książka została napisana, ale książka, jej pierwsze wydanie, wciąż istnieje. Jak azteckie piramidy- powiedział Archimboldi. Nienawidzę pierwszych wydań i piramid, i nienawidzę tych azteckich krwiopijców - powiedziała Ingeborg. A od światła gwiazd robi mi się niedobrze. Przez gwiazdy chce mi się płakać - powiedziała Ingeborg z oczami wilgotnymi od szaleństwa.

[…]

Kiedy Ingeborg opuściła szpital, wrócili pociągiem do Kolonii, ale wytrzymali tam ledwie trzy dni. Archimboldi zapytał, czy Ingeborg chce odwiedzić swoją matkę. Ingeborg odpowiedziała, że na oczy nie chce widzieć ani matki, ani sióstr, nigdy, przenigdy. Chcę podróżować, powiedziała. Następnego dnia Ingeborg odebrała paszport, Archimboldi zaś pożyczył trochę pieniędzy od przyjaciół. Najpierw pojechali do Austrii, potem do Szwajcarii, a ze Szwajcarii przenieśli się do Włoch. Odwiedzili Wenecję i Mediolan, taka dwójka włóczęgów, a w międzyczasie zajrzeli jeszcze do Werony i zatrzymali się na noc w pensjonacie, w którym niegdyś spał Szekspir, i zjedli posiłek w trattorii, w której niegdyś stołował się Szekspir, czemu zawdzięczała obecną nazwę, Trattoria Shakespeare, i udali się do kościoła, do którego także uczęszczał Szekspir, by podumać w spokoju lub pograć w szachy z księdzem proboszczem, bo zupełnie tak jak oni Szekspir nie znał włoskiego, a do gry w szachy wcale nie potrzeba znać włoskiego ani angielskiego, ani niemieckiego, ani choćby rosyjskiego.

[…]

Na długi czas o Archimboldim słuch zaginął. Rzeki Europy, zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, sprzedawały się naprawdę dobrze i na­ wet doczekały się drugiego wydania. Niedługo potem to samo stało się w przypadku Skórzanej maski. Nazwisko autora pojawiło się w dwóch esejach poświęconych nowej literaturze niemieckiej, choć za każdym razem gdzieś na marginesie, ostrożnie, zupełnie jakby autor nigdy nie był całkowicie pewny, czy aby nie padł ofiarą jakiegoś żartu. Zdarzali się młodzi czytelnicy, którzy znali książki tego autora. Twórczość niszowa, zachcianka akademików. Kiedy minęły cztery lata od zniknięcia Archimboldiego, Bubis otrzymał pocztą opasły rękopis Dziedzictwa, powieści liczącej ponad pięćset stron, pełnej skreśleń i uzupełnień oraz rozwlekłych i często nieczytelnych adnotacji na marginesie. Przesyłka do Hamburga pochodziła z Wenecji, gdzie Archimboldi, jak utrzymywał w krótkim liście dołączonym do rękopisu, zarabiał jako ogrodnik, co zresztą Bubis potraktował jako żart, bo jak mniemał, pracę ogrodnika każdy może bez trudu podjąć w którymkolwiek włoskim mieście, prócz Wenecji właśnie. W każdym razie odpowiedź wydawcy była błyskawiczna. Tego samego dnia odpisał na list, pytając Archimboldiego, jakiej zaliczki sobie życzy, i prosząc o podanie zaufanego adresu, pod który mógłby wysłać pieniądze, jego pieniądze, które powoli, acz sukcesywnie gromadziły się przez te cztery lata. Odpowiedź Archimboldiego była jeszcze bardziej zdawkowa. Podawał domicyl z weneckiej dzielnicy Cannaregio i żegnał się sztywną formułką, życząc, jako że zbliżał się koniec grudnia, szczęśliwego nowego roku panu Bubisowi oraz szanownej małżonce. W ciągu tych kilku dni, dni siarczystego mrozu w całej Europie, Bubis przeczytał rękopis Dziedzictwa i chociaż treść była chaotyczna, na koniec lektury czuł wielką satysfakcję, Archimboldi bowiem spełniał wszystkie oczekiwania, jakie zawsze w nim pokładał. Jakie były to oczekiwania? Bubis sam nie wiedział ani zupełnie nie musiał tego wiedzieć. Z pewnością nie były to oczekiwania związane z warsztatem literackim, czymś, co jest w stanie opanować byle pisarzyna, ani te związane z inwencją twórczą Archimboldiego, co do której nie żywił najmniejszych wątpliwości już od czasu Bezkresnej róży, ani te związane z zastrzykiem świeżej krwi dla skostniałego języka niemieckiego, zastrzykiem, jakim w mniemaniu Bubisa było może dwóch poetów i trzech czy czterech pisarzy, a do tego grona zaliczał Archimboldiego. Nie, to nie było to. Więc co to było? Bubis sam nie wiedział, chociaż przeczuwał, a niewiedza ta nie stanowiła dla niego najmniejszego problemu, między innymi dlatego, że być może to właśnie wiedza rodzi problemy, a on był tylko wydawcą, a pewne jest jedynie to, że niezbadane są ścieżki Pana.

[…]

Kolejnym po Dziedzictwie rękopisem, który otrzymał Bubis, był Święty Tomasz, apokryficzna biografia pewnego biografa tworzącego biografię wielkiego pisarza nazistowskiego reżimu, w którym niektórzy krytycy chcieli widzieć Ernsta Jungera, choć naturalnie był to nie Junger, lecz, z grubsza rzecz ujmując, postać fikcyjna. W tym okresie, na ile orientował się Bubis, Archimboldi mieszkał nadal w Wenecji i najprawdopodobniej nadal pracował jako ogrodnik, chociaż czeki i zaliczki, które od czasu do czasu Wysyłał mu wydawca, pozwoliłyby mu poświęcić się tylko i wyłącznie literaturze. Kolejny manuskrypt wysłany został z greckiej WYSPY Ikarii, Archimboldi wynajął tam chatkę pośród skalistych wzgórz, zza których wyzierało morze. Zupełnie jak ostatni pejzaż Syzyfa, pomyślał Bubis i tak też napisał w liście do pisarza, w którym potwierdzał również otrzymanie ostatniego tekstu, dzielił się wrażeniami z lektury i proponował trzy odmienne sposoby rozliczenia, po to, by Archimboldi wybrał sobie najbardziej dla niego dogodny. Odpowiedź Archimboldiego zaskoczyła Bubisa. Pisał w niej, iż Syzyf, po śmierci, uciekł z piekieł, stosując coś w rodzaju kruczka prawnego. Jeszcze zanim Zeus posłał poń Tanatosa, Syzyf, świadom, iż śmierć właśnie do niego skieruje swe pierwsze kroki, polecił żonie, by nie odprawiała stosownych ceremonii pogrzebowych. Kiedy Syzyf znalazł się w piekle, Hades okazał mu swoje niezadowolenie, a wszystkie bóstwa podziemia wzniosły okrzyki ku niebu, albo raczej ku piekielnemu sklepieniu, i poczęły rwać sobie włosy z głów, tak wielce się poczuły obrażone. Syzyf natychmiast wyjaśnił, iż to nie on zawinił, lecz jego żona, i poprosił o przepustkę z zaświatów, by powrócić na ziemię i ukarać małżonkę. Hades zastanowił się, a że propozycja Syzyfa brzmiała całkiem rozsądnie, przystał w końcu na to zwolnienie za kaucją, ważne na trzy, góra cztery dni, aż nadto, by wymierzyć sprawiedliwą zemstę i dopełnić, choć z opóźnieniem, stosownych pogrzebowych rytuałów. Syzyfowi, rzecz jasna, nie trzeba było tego dwa razy powtarzać - wrócił na ziemię, gdzie dożył szczęśliwie sędziwego wieku, nie na darmo był przecież najbardziej prze­ biegłym spośród ludzi - i wrócił do piekieł dopiero wtedy, gdy jego ciało nie nadawało się już do niczego. Niektórzy twierdzili, że kara z głazem miała tylko jeden cel: zająć umysł Syzyfa tak, by nie miał czasu obmyślać kolejnych forteli. Ale kiedyś, najmniej spodziewanego dnia, Syzyfowi znów coś przyjdzie do głowy i powróci na ziemię, kończył swój list Archimboldi. Powieść, którą przysłał Bubisowi z Ikarii, nosiła tytuł Niewidoma. Jak można się było tego spodziewać, powieść traktowała o niewidomej, która nie wiedziała, że jest niewidoma, i o widzących detektywach, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, że widzą. Niebawem do Hamburga nadeszły inne książki, również wysłane z wysp. Morze Czarne, dramat albo udramatyzowana powieść, w której godzinę przed brzaskiem Morze Czarne prowadzi dialog z Oceanem Atlantyckim. Letea, najbardziej erotyczna z powieści pisarza, będąca przeniesieniem do Niemiec Trzeciej Rzeszy historii Letei, która uważała się za piękniejszą od bogiń i została za to zamieniona w kamień razem ze swoim mężem Olneuszem (powieść ochrzczono mianem pornograficznej, sprawa skończyła się w sądzie, ale wyrok był dla wydawnictwa pomyślny, a sama książka miała pięć wydań, tak jak pierwsza książka Archimboldiego, i nakład wszystkich pięciu został wyczerpany). Sprzedawca losów, opisująca życie niemieckiego inwalidy sprzedającego losy na loterię w Nowym Jorku. Ojciec, w którym syn wspomina poczynania swojego ojca, psychopatycznego mordercy, powieść rozpoczyna się w 1938 roku, a kończy, w dodatku w sposób co najmniej enigmatyczny, w 1948, gdy syn ma lat dwadzieścia. Na Ikarii mieszkał czas jakiś. Potem przeniósł się na Amargos. A jeszcze później na Santoryn. Mieszkał też na Sifnos, Siros i na Mykonos. Potem żył przez jakiś czas na maleńkiej wysepce, którą nazywał Hekatombą albo Superego, nieopodal wyspy Naksos, acz na samej wyspie Naksos nie zamieszkał nigdy. Potem porzucił wyspy, by wrócić na kontynent. W tym czasie jadał winogrona i oliwki, duże, suszone oliwki, których konsystencja i smak przywodziły na myśl grudki ziemi. Jadał ser biały i sprzedawany w liściach winogron dojrzały ser kozi, którego zapach unosił się w pro­ mieniu trzystu metrów. Jadał ciemny, bardzo twardy chleb, który trzeba było maczać w winie. Jadł ryby i pomidory. Figi. Wodę. Wodę czerpał ze studni. Miał wiadro i bidon, podobny do tych, jakich używają w wojsku, który napełniał wodą. Pływał, ale chłopiec-wodorost bezpowrotnie odszedł w przeszłość. Mimo wszystko pływał dobrze. Czasami nurkował. Czasami siadywał sam na zboczach wzgórz porośniętych niskimi krzewami i czekał na zmierzch albo na świt, jak sam mawiał, by rozmyślać, choć tak naprawdę o niczym nie rozmyślał.

[…]

Archimboldi prawie nie utrzymywał kontaktów z niemieckimi literata­ mi, między innymi dlatego, że hotele, w których zatrzymywali się niemieccy literaci podczas zagranicznych wojaży,  nie  były tymi samymi, w których zatrzymywał się Archimboldi. Poznał za to znamienitego pisarza francuskiego, starszego od niego, który zyskał sławę i uznanie dzięki swojej eseistyce i który opowiedział Archimboldiemu o pewnym domu, gdzie chronili się wszyscy zaginieni europejscy pisarze. Ów francuski pisarz również należał do pisarzy zaginionych, Archimboldi uznał więc, że wie, co mówi, i przyjął zaproszenie, by odwiedzić ów dom. Pojechali tam w nocy, rozklekotaną taksówką, prowadzoną przez taksówkarza, który gadał sam do siebie. Taksówkarz się powtarzał, ciągle złorzeczył i w dodatku się powtarzał, złościł się sam na siebie, aż w końcu Archimboldi stracił cierpliwość i powiedział, żeby się zamknął i uważał na drogę. Stary eseista, któremu monolog taksówkarza najwyraźniej nie przeszkadzał, rzucił Archimboldiemu spojrzenie pełne wyrzutu, mówią­ ce, że obraził taksówkarza, jedynego zresztą w tej miejscowości. Dom, zamieszkiwany przez zaginionych pisarzy, otoczony był olbrzymim ogrodem pełnym drzew i kwiatów, z basenem, po którego dwóch dłuższych bokach stały metalowe, pomalowane na biało stoły oraz parasole i leżaki. W tylnej części ogrodu, w cieniu kilkuwiekowych dębów, znajdował się placyk do gry w petankę [inaczej gra zręcznościowa w bule – przyp. aut.], a za nim zaczynał się las. Kiedy dotarli na miejsce, zaginieni pisarze jedli kolację w jadalni, raz po raz spoglądając w telewizor, w którym leciały właśnie wieczorne wiadomości. Pisarzy zebrało się całkiem sporo i prawie wszyscy byli Francuzami, co zdziwiło Archimboldiego, który nie podejrzewał nigdy, że we Francji jest tylu zaginionych pisarzy. Ale najbardziej zdumiało Archimboldiego to, że wśród obecnych jest tak wiele kobiet. Było ich mnóstwo, wszystkie w zaawansowanym wieku, niektóre ubrane starannie, a nawet elegancko, inne zaś w stanie świadczącym o wyraźnej abnegacji, zapewne poetki,  pomyślał  Archimboldi,  w  brudnych szlafrokach i pantoflach, w podkolanówkach, bez makijażu, za to we włóczkowych czapeczkach, które pewnie same szydełkowały.

[…]

Życie seksualne Archimboldiego ograniczało się do relacji utrzymywanych z dziwkami z różnych miast, w których mieszkał. Niektóre z dziwek nie brały od niego pieniędzy. A właściwie brały tylko na początku, ale później, gdy postać Archimboldiego zaczynała być stałym elementem ich pejzażu, już nie chciały żadnych opłat za swoje usługi albo chciały, ale nie za każdym razem, co często prowadziło do nieporozumień, nieraz bardzo gwałtownych. Przez te wszystkie lata jedyną osobą, z którą Archimboldi utrzymywał mniej więcej regularne kontakty, była baronówna von Zumpe. Z reguły były to kontakty epistolarne, chociaż zdarzało się, że baronówna odbywała podróż do miast i wsi, w których mieszkał Archimboldi, i chadzali razem na długie spacery, pod rękę, jak ekskochankowie, którym nie pozostało już zbyt wiele wyznań. Potem Archimboldi odprowadzał baronównę do hotelu, oczywiście najlepszego w mieście, i żegnali się pocałunkiem w policzek, a jeśli spotkanie było nieco bardziej melancholijne uściskiem. Następnego dnia baronówna wyjeżdżała wcześnie rano, zanim Archimboldi zdążył się obudzić i pójść po nią do hotelu. Z listami było trochę inaczej. Baronówna pisała o seksie, który uprawiała jeszcze w bardzo zaawansowanym wieku, o kochankach coraz bardziej godnych pożałowania albo nędznych, o przyjęciach, na których śmiała się wciąż tak samo, jak kiedy miała osiemnaście lat, o osobach, których nazwiska nic Archimboldiemu nie mówiły, choć baronówna zapewniała, że są to właśnie liczące się nazwiska w Niemczech i w ogóle w Europie. Archimboldi, rzecz jasna, nie oglądał telewizji, nie słuchał radia ani nie czytał prasy. O upadku muru dowiedział się z listu baronówny, która była tej nocy w Berlinie. Czasami, dając się ponieść sentymentalizmowi, baronówna prosiła go, by wrócił do Niemiec. Wróciłem, odpowiadał Archimboldi. Chciałabym, żebyś wrócił na zawsze, odpisywała baronówna Że­ byś został na dłużej. Teraz jesteś sławny. Zorganizowalibyśmy ci jakąś konferencję prasową. Może to dla ciebie za wiele. Ale przynajmniej wywiad na wyłączność z jakimś słynnym dziennikarzem kulturalnym. Tylko w najgorszych sennych koszmarach, pisał Archimboldi. Czasami wiedli dysputy o świętych, gdyż baronówna, podobnie jak niektóre kobiety prowadzące intensywne życie seksualne, miała żyłkę mistyczną, która akurat w jej przypadku znalazła ujście, by tak rzec, estetyczne - w pasji kolekcjonowania średniowiecznych ołtarzowych na­ staw i rzeźb. Wspominali w swych listach Edwarda Wyznawcę, zmarłego w 1066 roku, który ofiarował swój królewski pierścień samemu święte­ mu Janowi Ewangeliście, przebranemu za żebraka, a Jan Ewangelista zwrócił mu go dwa lata później, za pośrednictwem pewnego pielgrzyma powracającego  z Ziemi Świętej. Wspominali niejaką Pelagię,  aktorkę  z Antiochii, która w naśladowaniu Chrystusa posunęła się do tego, że zmieniała jak rękawiczki imiona i tożsamość, a nawet zdarzało się jej przebierać za mężczyznę, jakby w przebłysku rozsądku, a może raczej w przebłysku szaleństwa, uznała, że cały basen Morza Śródziemnego jest sceną, a chrześcijaństwo - jedyną sztuką godną wystawienia.

[…]

Adwokatka poradziła Lotte, żeby zatrzymały się w hotelu Las Dunas (czyli Wydmy), chociaż, jak poinformowała swoją chlebodawczynię Ingrid [asystentka Lotte w znajomości języków obcych – przyp. aut.], ani w Santa Teresa, ani w pobliżu Santa Teresa, ani nawet w promieniu stu kilometrów nie było żadnych wydm. Lotte była skłonna wynająć dwa pokoje, ale Ingrid przekonała ją, że będzie o wiele taniej wynająć jeden wspólny. Od bardzo dawna Lotte nie dzieliła z nikim pokoju i przez pierwsze dwie noce miała problemy z zaśnięciem. Włączała telewizor, bez dźwięku, i z łóżka wpatrywała się w ekran: w ludzi, którzy mówili i gestykulowali, i prawdopodobnie starali się przekonać innych ludzi do czegoś bardzo ważnego. Nocami często leciały programy telewizyjnych kaznodziejów. Kaznodziejów meksykańskich łatwo było poznać, gdyż pocili się obficie, a garnitury i krawaty, w których występowali,  przywodziły  na myśl sklepy z używaną odzieżą, choć prawdopodobnie były nowe. A także po tym, że ich kazania wyglądały na bardziej dramatyczne, widowiskowe, bardziej angażujące publiczność, która sprawiała wrażenie naćpanej i głęboko nieszczęśliwej, w przeciwieństwie do publiczności telewizyjnych kaznodziejów z USA, kaznodziejów równie źle ubranych, ale wyglądających na takich, którzy mają przynajmniej stalą pracę. Być może sądzę tak tylko dlatego, przeszło Lotte przez myśl podczas nocy meksykańskiego pogranicza, że są biali, że niektórzy z nich są potomkami Holendrów i Niemców, i dlatego wydają się mi bliżsi. Kiedy w końcu zasypiała, nie gasząc telewizora, śnił się jej zwykle brat Archimboldi. Siedział na olbrzymim kamieniu wulkanicznym, ubrany był w łachmany, w ręku trzymał siekierę i patrzył na nią ze smutkiem. Być może mój brat już umarł, myślała Lotte we śnie, za to mój syn żyje. Podczas drugich odwiedzin powiedział Klausowi [syn Lotte – przyp. aut.], starając się zrobić to w sposób delikatny, o śmierci Wernera [ojca Klausa, a męża Lotte – przyp. aut.]. Klaus wysłuchał jej i pokiwał głową, ale wyraz jego twarzy wcale się nie zmienił. Był dobrym człowiekiem, powiedział tylko, ale z taką rezerwą, jakby mówił o jakimś koledze z więzienia.

[…]

Tym razem jednak, być może w roztargnieniu, a może w pośpiechu, by się nie spóźnić na samolot, kupiła książkę zatytułowaną Król dżungli, autorstwa niejakiego Benna von Archimboldiego. Powieść, nielicząca więcej niż sto pięćdziesiąt stron, opowiadała o kulawym mężczyźnie, jednookiej kobiecie i ich dwojgu dzieciach, chłopcu, który uwielbiał pływać, i dziewczynce, która chodziła za bratem na urwisty brzeg morza. Przelatując nad Oceanem Atlantyckim, Lotte z przerażeniem uświadomiła sobie, że czyta o swoim dzieciństwie. Styl był dość dziwaczny, narracja jasna, czasami wręcz przezroczysta, ale sposób, w jaki układały się poszczególne historie, nie prowadził donikąd: zostawały tylko dzieci, ich rodzice, zwierzęta, kilku sąsiadów, a potem tak naprawdę była już tylko przyroda, przyroda, która powoli rozmywała się we wrzącym kotle, by w końcu zniknąć zupełnie. Kiedy inni pasażerowie spali, Lotte zaczęła po raz drugi czytać po­ wieść, opuszczając te fragmenty, które nie dotyczyły jej rodziny ani jej domu, ani sąsiadów, ani podwórka, i przeczytawszy ostatnią stronę, była już zupełnie pewna, że ów Benno von Archimboldi to jej brat, chociaż istniała oczywiście możliwość, że autor usłyszał to wszystko od jej brata, którą to możliwość Lotte natychmiast Wykluczyła,  bo przecież  w książce znajdowały się rzeczy, o których jej brat nie opowiedziałby nikomu, myślała, nie zważając na to, że opisując je w książce, opowiadał je całemu światu. Na skrzydełkach nie było fotografii autora, znalazła natomiast jego datę urodzenia - 1920, rok urodzenia jej brata - i długą listę jego powieści wydanych w tym samym wydawnictwie. Dowiedziała się również, że prozę Benna von Archimboldiego przełożono na kilkanaście języków, a jego nazwisko Wymieniano od kilku lat wśród kandydatów do Nagrody Nobla. Czekając w Los Angeles na samolot do Tucson, chciała kupić więcej książek Archimboldiego, ale w lotniskowych księgarniach sprzedawano tylko książki o Marsjanach, ludziach, którzy zostali porwani przez istoty pozaziemskie, bliskich spotkaniach trzeciego stopnia i latających talerzach.

[…]

Lotte kładła się właśnie spać, miała już na sobie nocną koszulę, kiedy usłyszała dzwonek. Przez domofon zapytała, kto tam. To ja - powiedział Archimboldi - twój brat. Tej nocy rozmawiali aż do świtu. Lotte opowiedziała o Klausie i o zabójstwach kobiet w Santa Teresa. Opowiedziała też o snach Klausa, o tych snach z olbrzymem, który przybywał mu na ratunek i wyciągał z więzienia, chociaż ty, westchnęła, patrząc na Archimboldiego, już w niczym nie przypominasz olbrzyma. Nigdy nim nie byłem - odparł Archimboldi, przechadzając się po jej jadalni i podchodząc do półki, na której stało kilkanaście jego książek. Sama już nie wiem, co robić - powiedziała Lotte po długiej chwili milczenia. Nie mam już sił. Nic nie rozumiem, a te kilka rzeczy, które jeszcze rozumiem, przyprawia mnie o strach. Nic nie ma sensu - powie­ działa Lotte. Jesteś po prostu zmęczona - odparł jej brat. Stara i zmęczona. Chciałabym mieć wnuki - odrzekła Lotte. I dodała: Ty to dopiero jesteś stary. Ile masz lat? Ponad osiemdziesiąt - powiedział Archimboldi. Boję się, że umrę - powiedziała Lotte. - To prawda, że możesz do- stać Nobla? Boję się, że Klaus umrze. Jest taki dumny, nie wiem, w ko­ go się wdał. Werner nie był dumny- dodała. -Ani tata, ani ty. Dlaczego, kiedy mówisz o tacie, nazywasz go kuternogą? A mamę jednooką? - za­ pytała. Bo tacy właśnie byli - odparł Archimboldi. - Już nie pamiętasz?

[…]

Potem przeciągnął palcem po swoich książkach. Były to rozmaite wydania: twarde okładki, miękkie okładki, wydania kieszonkowe. Jest tyle rzeczy, których już nie pamiętam - rzekła Lotte. Dobrych, gorszych, całkiem złych. Ale miłych ludzi nigdy nie zapominam. A pani wydawczyni była bardzo miła- ciągnęła -chociaż mój syn gnije w meksykańskim więzieniu. I kto będzie się o niego troszczył? Kto przypomni sobie o nim, kiedy mnie zabraknie? - zapytała Lotte. - Mój syn nie ma dzieci, nie ma przyjaciół, nie ma nic-mówiła. Zobacz, już świta. Masz ochotę na kawę, herbatę, może szklankę wody? Archimboldi usiadł i rozprostował nogi. Rozległ się trzask jego kości. Zajmiesz się wszystkim? - zapytała.

Robert Bolano, 2666. Część Archimboldiego

Ostatnia część Archimboldiego, Roberta Bolano chilijskiego prozaika i poety, przenosi nas generalnie do Niemiec, tych większych i tych bardziej zachodnich nie inaczej jak powojennych, ale także na tereny Rumunii i Besarabii, do skądinąd rozległego Związku Sowieckiego jak i po drugiej już wojnie światowej także do dzisiejszych północnych Włoch, górzystej Szwajcarii, wyspiarskiej Grecji, a nawet tak jakby zaplatając sam czas do wyrazistego miasta Santa Teresa w północno-zachodnim Meksyku, w wyciągniętej po granice opowieści co wieje nam niemalże przez cały ubiegły stąd wiek. To historia przede wszystkim niszowego „pruskiego” pisarza Hansa Reitera (Benno von Archimboldiego), ale także i jego siostry Lotte, których otwarte w opisie losy nie wskazywały, że w dorosłym życiu wcale to a wcale nie ma wygranych jak też i nie ma beztroskiego dzieciństwa w spóźnionych na cyferblacie wspomnieniach. Obszerny maszynopis po śmierci autora wydawcy zamienili w jedno-ciągiem-pisanie, a ja umyślnie tutaj rozbiłem go na części według pierwowzoru tak jak czasem udaje się komuś spełnić czyjąś ostatnią wolę rozmieniając drobne na pomniejsze.



powrót ››