Blog

 

31.12.2022

Dafne znikająca

„Miłość to labirynt.”

Sor Juana Inés de la Cruz

„Literatura i

 rzeczywistość to nieporównywalne

 kategorie.”

„…wcale nie jesteśmy tacy

brzydcy. Jesteśmy prawdziwi.”

[…]

Chaos. Zakochałem się w nieznajomej. Wszystko zaczęło się od tego zdania. Tak brzmiał początek pewnego akapitu. Sam go napisałem, ale nie potrafię zrekonstruować aktu tworzenia, gdyż straciłem pamięć po wypadku. O tym ostatnim znów wiem tylko tyle, ile inni napisali w gazetach. Miał miejsce o północy, we wtorek, 13 kwietnia 1999 roku. Mój opel roztrzaskał się, uderzając o betonowy słup na autostradzie A30 w okolicach Madrytu, a ja wyszedłem z tego bez zadraśnięcia. Przewieziono mnie do prywatnej kliniki, poddano badaniom. Od tej chwili zacząłem istnieć.

[…]

Pewnego dnia Jajo-na-Twardo (taki przydomek nadałem w myślach pielęgniarce Dolores) włożyła mi do rąk książkę. Proszę przeczytać, tu na skrzydełku obwoluty - powiedziała. Poniżej zdjęcia nieurodziwego mężczyzny, jasnego szatyna w okularach o okrągłych oprawkach, z krótką, skołtunioną brodą, zwięzły akapit. Głosił, że Juan Cabo urodził się w Madrycie, dnia 13 kwietnia 1964 roku, skąd przeniósł się z całą rodziną do Ameryki Południowej. Potem znów powrócił do Hiszpanii, gdzie po obronie doktoratu z filologii klasycznej na Uniwersytecie Autonomicznym i kilku latach nauczania łaciny i greki w liceum zaczął pisać. Wydał dotychczas trzy powieści: To nie ja patrzę na siebie z lustra (1989, wyróżnienie w konkursie o nagrodę Bartleby’ego Skryby[taka nagroda nie istnieje. Autor robi aluzję do współczesnej obfitości nagród literackich w Hiszpanii. Nazwa nagrody nawiązuje do tytułu powieści H. Melville’a Bartleby The Scrivener. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).]), Błahe spotkanie (1991, finalista tego samego konkursu) oraz Człowiek sobotni (1995, nagroda Bartleby’ego Skryby). Dzięki sukcesom sprzedaży mógł oddać się całkowicie twórczości literackiej. Koniec akapitu.

[…]

Jajo-na-Twardo, najwyraźniej bardzo ważna pani doktor, zachodziła do mnie co rano, zadając mi wiele pytań. Jestem popularnym pisarzem, pamiętam? Nie. Mieszkam ze starszą gosposią w willi na Mirasierra, pamiętam? Pewnego dnia przyniosła jakieś nowe papiery. Proszę przeczytać - poprosiła. Nie wiem, skąd zebrała te informacje, bo nie miałem rodziny ani bliskich przyjaciół, z którymi mogłaby się skonsultować. Przeczytałem, nie wstając z łóżka. Wkrótce wiedziałem, że moi rodzice zmarli w Peru; że odziedziczyłem niewielką sumę, która pomogła mi zadomowić się w Madrycie; że napisałem doktorat z Metamorfoz Owidiusza; że nic nie wiadomo o tym, bym pozostawał w stałych związkach uczuciowych; że rzadko wychodzę z domu; że moja gosposia nazywa się Nimfa (ma sześćdziesiąt osiem lat, uściśliła Jajo-na-Twardo, pewnie chcąc mi oszczędzić złudzeń), a mój wydawca Eduardo Salmerón. Na tym koniec.

[…]

Ogarniała mnie obezwładniająca apatia, a nawet nie pamiętałem, jak się przed nią dawniej broniłem. Wtedy zauważyłem worek z gumowanej tkaniny, smolistego koloru, pofałdowany jak stary kocur. Miał znaczek drogówki i przyczepioną do ucha etykietę z napisem: Mienie osobiste Juana Cabo znalezione w jego pojeździe. Rozsunąłem zamek i znalazłem notatnik w czarnych okładkach, bardzo podobny do tego, który dostałem w klinice. W worku nie było nic więcej. Zaciekawiło mnie to. Otworzyłem notes i ze zdziwieniem odkryłem na pierwszej stronie akapit zapisany moim pismem, zaledwie sześć linijek. Z datą i godziną: 13 kwietnia 1999, 23:30. Zakochałem się w nieznajomej. Piszę to, jedząc kolację w restauracji Niewidzialny Gaj. Ona zajmuje samotny stolik naprzeciw mojego, ja zaś wpatruję się w jej nagie plecy (głęboki dekolt w czarnej sukni) i jasno-kasztanowe włosy upięte w kok. Jej sylwetka... Tu zdanie się urywało. Kolejne kartki nie były zapisane. Jeszcze raz przeczytałem fragment tekstu. Przeczytałem go wiele razy. Jeśli się dobrze zastanowić, nie miał sensu. Mógł oznaczać tysiące rzeczy. A przecież od tego się wszystko zaczęło.

[…]

Foyer tworzyło pomieszczenie o pomalowanych na czerwono i złoto ścianach, do złudzenia przypominających mur płomieni, ścianę w głębi zdobiło płótno z impresjonistycznym wschodem słońca. Karta dań, zatknięta na żelaznym pulpicie w kącie, nie przykuła mojej uwagi. Schody wiodły w dół, do lokalu, z którego dobiegała taneczna melodia, w wykonaniu saksofonowego bandu. Schodziłem stopień po stopniu, zatrzymując się, by odczytać nazwiska pod portretami zawieszonymi po obu stronach schodów: William Faulkner, Marcel Proust, James Joyce, Lew Tołstoj, Juan Cabo. A to dopiero, przecież to ja! To samo zdjęcie widziałem na skrzydełkach książek i stronicach gazet. Podejrzewam, że to najwyższe osiągnięcie, na jakie mogła się zdobyć sztuka fotografii wobec mojej fizjonomii. Nie zdziwiłem się zanadto, znalazłszy się wśród tak znakomitych pisarzy: utraciłem pamięć, skąd więc mogłem wiedzieć, czy nie jestem geniuszem. Być może nim jestem, lub byłem, ale żeby się tego dowiedzieć, musiałbym zapytać innych. Sala, niezbyt obszerna, zaczynała się na końcu schodów. Kelner z namaszczeniem podprowadził mnie do stolika, wręczając mi menu w papierowych okładkach. Moją uwagę zwróciło przybranie stołu. Pośrodku stał miniaturowy metalowy niedźwiadek, oparty na tylnych łapach, przednimi obejmował bukiecik białych, papierowych róż, [nawiązanie do znanego posągu niedźwiedzia wspinającego się na drzewo mącznicy w Madrycie.] Kiedy się rozejrzałem, okazało się, że na każdym stole stoją inne kwiatki: na najbliższych rozpoznałem bratki, stokrotki i goździki, wszystkie, niezmiennie, wycięte z białego papieru. Z ciekawością przyjrzałem się różom.

[…]

Nie mogę oderwać wzroku. Przy stole naprzeciwko. Zakochałem się... Przerwałem lekturę i przymknąłem oczy. Moje serce rozpoczęło intymną kawalkadę, bez celu. Z głośników płynęło Amor, amor, amor. Miłość, miłość, miłość. Poczułem zawrót głowy. Kawalkada nasilała się, pulsowało w skroniach, a ja wtórowałem jej dwoma tikami, które zakwalifikowałem jako dziedziczne (chociaż, oczywiście, nie pamiętałem ich z dawnego życia): niepowstrzymane postukiwanie prawym kciukiem o nos i ledwie wyczuwalne dygotanie prawego kolana. Czyżbym się wówczas zakochał? Nie byłem pewien. Żeby się przekonać, należało czytać dalej. Choć i tak śmiałem domniemywać resztę. Przeczuwałem ujmujący opis fizyczny i szafujące przymiotnikami zachwyty. Zaczerpnąwszy tchu w tym płomiennym miłosnym biegu, spuściłem wzrok na papier. Ale w tej samej chwili nastąpiło zaćmienie, czyjaś ręka przesunęła księżycem talerza z pierwszym daniem ponad papierem. Więc to kuchnia artystyczna - podano zupę literową. Gwałtownie zamknąłem teczkę, zniecierpliwiony pojawieniem się intruza. Litery I, obok D, znów I, potem O, za nim T i jeszcze A kołysały się swobodnie w rosole, ale odmówiłem złożenia słowa, które, szybko jak anagram w niedzielnej gazecie, sugerowała przypadkowa kombinacja graficznego makaronu. Siorbnąwszy ze dwie łyżki rosołu, powróciłem do mojego tekstu.

[…]

Opowieść kończyła się słowami: Do widzenia, panie Cabo – pożegnałem go. Proszę nas wkrótce odwiedzić, panie Cabo. Pan mi pokazał, co znaczy być wielkim pisarzem”. Po tym ostatnim zdaniu zamknął notes i pogrążył się w pełnym godności milczeniu. To wszystko”, zdawał się mówić. Teraz kolej na pana. Proszę mnie ukamienować, jeśli taka jest pańska wola. Młody kelner wykorzystał tę przerwę, by postawić przede mną drugie danie: polędwicę z ziemniakami pokrojonymi w kształcie liter. Ale zdolności kucharza wystarczyło ledwie na kilkanaście H” i A”. Doskonale. Nadziałem na widelec jedno H” i jedno A”; potem kolejne H” i jeszcze jedno A”. Bardzo dobrze włada pan piórem, Felipe.

[…]

Oświadczył, że jest emerytowanym stróżem i że w gruncie rzeczy, wcale nie przeszedł na emeryturę, przynajmniej nie zarzucił fachu: w dalszym ciągu wszystkiemu bacznie się przygląda, Jak wąż, bez drgnienia powieki”, i opowiada światu o tym, co zobaczył. Przyszedłem na świat w Ciudad Real - zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że mam dosyć czasu, by przyswoić tę informację. Ciudad Real. [Real (hiszp.) - królewski, prawdziwy.] Miasto Królewskie, Miasto Prawdziwe. Ciągnął: Ja, proszę pana, nie piszę, ja opisuję. Przemierzyłem Hiszpanię wzdłuż i wszerz i wiele się naoglądałem. Należę do tych, co rodzą się, by patrzeć i odzwierciedlać to, co zobaczą. Zjadłem na tym zęby. Każdy ma swoją historię - dodał. Nadal nie wiem, czy miał na myśli swoje zęby. Ale jedno mogę przysiąc, na Najświętszą Panienkę, nigdy nie patrzyłem na nic zakazanego, ani tym bardziej grzesznego. Niektórych rzeczy nie powinno się oglądać, na inne znów lepiej patrzeć zamkniętymi oczami. Nie wiem, czy mówię dość jasno... Do czego zmierzam: ważne to pisać, nie dumać. Ja siadam i zabieram się do pisania. Po to tylko przychodzę tu co noc, bo w tym lokalu mogę się tym zająć bez obrazy dla nikogo. Ludzie przychodzą do restauracji, by na nich patrzeć, nieprawdaż?

[…]

Wszystko jedno. Przełożyłem następną stronicę. Czułem, że dłonie mam wilgotne od potu. Burzyłem się z desperacji na samą myśl, że nie znajdę opisu tamtej kobiety. A z drugiej strony, niepokoiła mnie również inna możliwość. W pierwszym przypadku, oznaczałoby to, że ona nie istnieje; w drugim, mając na uwadze rozstawienie stołów, Modesto musiał widzieć jej twarz. Ale staruszek, choć dobry był z niego obserwator, nie miał za grosz wyobraźni. A uroda (teraz to sobie uświadamiałem) nie da się opisać: trzeba ją wymyślić. Umiejscowienie i wielkość nosa lub geometria oczu to bezużyteczne dane; tylko zręcznie posługując się przymiotnikami, udaje się opowiedzieć piękno. A Fárrago z wielką nieufnością odnosił się do przymiotników, jak gdyby ich nie lubił, uciekał się do nich tylko po to, by coś zdyskredytować. Jeśli ona się tu znajdowała (czy też istniała, bo zważywszy okoliczności, znajdować się znaczyło tyle co być), ja odczytam jej opis. Ale sam już nie wiedziałem, co wolę: czy narazić się na jej nieistnienie, czy suchą i bezlitosną wyliczankę cech jej wyglądu.

[…]

Jeszcze nie wiedziałem, że jakaś istnieje, to jasne. Tajemnica, której miałem stawić czoło. Pisarz z trudem godzi się na zagadki rzeczywistości: tak przywykliśmy do wymyślania perypetii, że w końcu traktujemy siebie na równi z wytworami fantazji. Ale tobie przydarza się coś dokładnie odwrotnego, czytelniku. Sam przyznaj: cierpisz na bachiczne pragnienie niesamowitości. Zachętą do dalszej lektury jest sam fakt, że późniejsze strony to na razie tajemnica. Bo ty od samego początku tego dzieła, które nie stanowi ani uwag prawdziwych [* Nawiązanie do tytułu książki O Inkach uwagi prawdziwe, którą napisał Inka Garcilaso de la Vega.], ani niczego podobnego (we właściwym czasie znajdę odpowiednie określenie), już miałeś przeczucie czegoś, co ja zrozumiałem o wiele później: że przez cały ten utwór przepływa opalizujący i głęboki, niezmierzony strumień tajemnicy. Zrozumiałem to, kiedy przeczytałem - podobnie jak ty, podobnie jak Modesto - wnikliwie. Bo lektura nie odpowiada nam na pytania, jedynie rzuca na nie światło.

[…]

Poszukuję pewnej kobiety. Najtrudniej zacząć. Potem słowa popłynęły równą linijką. Opowiedziałem o wypadku, amnezji i o pani z akapitu, którą opisałem we wszystkich znanych mi szczegółach. Nie wyjaśniłem, dlaczego szukam jej z takim uporem (ja sam do końca tego nie wiedziałem). Czysta ciekawość, stwierdziłem. Wspomniałem o moich notatkach i, trzepocząc się jak nietoperz, wyjąłem je z teczki. Serdeczne śmiechy przywitały krótki fragment o niedźwiedziu. Opowiedziałem o Fárrago i moim rozczarowaniu, kiedy zapoznałem się z jego zapiskami, które również odczytałem. Czy ktoś ją pamięta? - zapytałem. - Czy ktoś, wieczorem trzynastego kwietnia był tu obecny i zatrzymał ją w pamięci lub też skreślił jej obraz na papierze? Ludzie popatrzyli po sobie z wyrazem, który tylko ilustrował moje pytanie. Zabrakło odpowiedzi.

[…]

Najpierw więc wyjaśnijmy jedną rzecz. Czy pan Cabo mógł pomylić stoliki? Czy nie chodziło mu na przykład o czternastkę lub osiemnastkę? Wyjaśniłem, że w moim akapicie stoi: Ona zajmuje samotny stolik naprzeciw mojego”. Wskazałem miejsce, gdzie, jak zakładano, znajdowałem się ja sam. Napomknąłem o dowodzie w postaci gałązki lauru. Jedyna możliwość, zgodzili się wszyscy, to stół numer piętnaście. Wówczas znów wtrącił się Felipe, że przecież nie pozostały żadne rachunki ani fiszki po piętnastce z tego wieczoru: przed chwilą to osobiście sprawdził. Jedynie teksty i pamięć mogą wyjaśnić niewiadomą, a skoro stało się jasne, że nikt nie pamięta owej tajemniczej kobiety, to teksty pozostają decydującym dowodem. Pysznie - powiedział Parra i zaczął się przechadzać przed publicznością jak jakiś szacowny profesor udzielający wykładu. Pan Cabo powiedział jedno niezwykle inteligentne zdanie: Jestem pisarzem, nie mogę więc ufać wszystkiemu, co napiszę”. Przyznaję mu rację.

[…]

Grisardo był młodzieńcem wątpiącym. Okraszał swoje powolne wypowiedzi obficie westchnieniami: hmm... Wyznał, że on też był obecny w restauracji i słyszał moje wystąpienie. Jestem najbardziej niewidzialny w Niewidzialnym Gaju - zażartował. I na dowód opowiedział, że kelner nie zabrania mu, jak pozostałym, zabierać swoich utworów do domu. Jako że piszę wiersze, przymykają na to oko. Bo liryka nikogo już dziś nie interesuje, wie pan? Może wyłącznie jury nagród Nobla i Księcia Asturii... hmm... Jaka przed nami przyszłość? A co mnie to obchodzi? - pomyślałem. Po co on mi to wszystko opowiada? Aż tu nagle, jak fanfary obwieszczające przybycie herosa: Koniec końców, zabieram swoje utwory do domu... dlatego też nikt mi nie przerobił tego, co napisałem nocą trzynastego kwietnia. Spadałem w próżnię, słuchawka okazała się jedyną gałęzią, jakiej mogłem się uchwycić i do niej przywrzeć. Co pan powiedział? Ależ proszę pana, to chyba jasne, prawda? Hmm... Kiedy odczytał pan fragment Modesta i swój własny... a potem wysłuchałem Gaspara... uświadomiłem sobie natychmiast, bo jestem poetą... Co pan sobie uświadomił? Wszystkie trzy kończą się tym samym wersem... Niczym refren...

[…]

Co napisał Grisardo. Światła, kryształy, mrok, ukojenie, wspomnienia niczym widma lub zdjęcia z fleszem: kosmos bezsenności jest wielowarstwowy i literacki. Założę się, czytelniku, że podejmujesz mnie właśnie z narastającym napięciem w łagodności swojej sypialni podczas bezsennej nocy, może po to, by przyśpieszyć sen, może by go przegnać. Współczesne leniuchowanie dzieje się nocą; teraz to sowy są muzami. Kina, wystawy, sztuki teatralne, balet, książki, seks, fantazja... Jakie inne godziny, skoro nie księżycowe, rezerwuje dla nas społeczeństwo dzienne, by to wszystko uprawiać? Kultura, rozkosz i ziewanie stały się ostatecznie nierozdzielne.

[…]

Aj, aj, proszę pana, zasnął pan przy pisaniu. Obudziłem się z obolałym policzkiem. Kiedy go dotknąłem, wyczułem pod palcami miniaturowe kwadraciki z literami alfabetu odciśniętymi na skórze. Komputer był włączony, zasypiając, oparłem się twarzą o klawiaturę. Na ekranie migotał absurdalny wynik moich sennych pokłonów - zachowałem

to jako ciekawostkę: riebn5en9ntrny0ymy0ye JAON Areyo ««pr«entotetwbieieetntitie.zwrywet ONAJA axosodozsozdndeooood09ntrtaretrtrtrátndoniwu4+,tl9nop,.tli5.pot5ea4nayr,pyr,pry,pryr, JAONA euoeuiwimabryononaormotr ONAJA norymoymmyroyor

[…]

Na pożegnanie podaliśmy sobie ręce. Pozostałem sam na ulicy, pogrążony w ciszy, kwietniowy dzień był rześki, choć słoneczny. Palce mi drżały, gdy pocierałem klapę marynarki. W owej chwili chciałem złożyć kwiaty na grobie Grisarda. Gdybym mógł, ocaliłbym jego cień ze świata podziemi. Ależ mnie bolało myślenie o jego młodości (osiemnaście lat, według Eustaquia), przedwcześnie utrąconej, na sposób Rimbaudowski. Nawet nie zostanie nieśmiertelny po śmierci - żaliłem się nad nim, bo czasy, gdy wczesne odejście poety zapewniało wieczność, już minęły. Wręcz przeciwnie, współcześni wieszczowie czepiali się życia z całą furią odraczanej starości. Ależ żal tego Grisarda! Niepomny na swoje kłopoty zatroszczył się nawet, bym dostał jego dzieło, pierwsze pewne świadectwo że ona istnieje! Sześć odręcznie napisanych wersów. Charakter pisma przywodził na myśl ziarno pszenicy - ościste, drobne paciorki. Przeczytałem jednym tchem. Stół 15

O słodka i tkliwa

Gałązko laurowa:

Stworzyły cię atrament

I nożyce.

O słodki i nieprzystępny

Liściu laurowy,

Wypełniony fantazjami.

Nie ma wątpliwości, pomyślałem natychmiast. To ona. Tu ją mam. O słodka i tkliwa gałązko laurowa... Bo ten wiersz jest jak Linfinito Leopardiego, hermetyczny, zwięzły, nowatorski... Ale po ponownej lekturze wyparował ze mnie optymizm. Przypomniałem sobie, że ozdobę stołu numer piętnaście rzeczywiście stanowiły gałązki lauru. Stworzyły cię atrament/i nożyce - ten dwuwiersz mówi wszystko. To oczywiste, chodzi o zdobienie gałązek. Nie kryła się za tym żadna tajemnica. Mózg gasił opór mojego serca. Jej tu nie ma. To tylko oda (zresztą, dość miałka) do ozdoby stołu. A przecież Grisardo powiedział, że napisał ją do niej, co wydawało się bezsporne. Kto wie, jakiego rodzaju dzieło potrafi zainspirować w umyśle artysty piękna kobieta? Picasso na przykład malował monstrualne bryły.

[…]

My również obchodzimy Dzień Książki, synu!... Książki i róże! Książki i czekoladki! Poczułem mdłości i musiałem odsunąć słuchawkę od ucha, żeby go nie słyszeć. Gdyby w tej chwili ktoś wypowiedział przy mnie jeden z tych frazesów: to pyszna książka, połknąłem ją wręcz”, albo: nie mogłem strawić tej cegły” - zwymiotowałbym bez dwóch zdań na moje japońskie kimono. Zapytał, co sądzę o reklamie prezentacji. Odparłem, że jeszcze jej nie widziałem. Jak to?! Nie przeglądałeś poczty? Jest w naszym magazynie! Musiałeś go dzisiaj dostać! Najlepiej sprawdź od razu! Nie wypuszczając telefonu z dłoni wszedłem do gabinetu. Pamiętałem, że Nimfa [posługująca u Cabo – przyp. aut.] zostawia poranną pocztę na stole. I rzeczywiście, był wśród niej magazyn wydawnictwa Salmacis, zapakowany w folię. Zobacz na ostatniej stronie - polecił Salmerón. Reklama zajmowała pół strony: cyklopowe oko, wyposażone w kończyny, usadowione przy stole, nad stertą papierów dzierżyło w ręku gęsie pióro. Otaczały je szkice piórkiem wyobrażające klasyczne zabytki Madrytu: fontanna Cibeles, Puerta de Alacalá, Neptun, jak również współczesne ikony, jak wieżowce Kío, Picasso czy Pirulí. Miało to sprawiać wrażenie, że cyklopowe oko duma nad wszystkim tym, co je otacza; duma i pisze. Nagłówek głosił: LITERATURA NOWEGO MILLENIUM. A pod spodem, ogromnymi, wytłuszczonymi wersalikami: MADRYT W CZASIE RZECZYWISTYM.

[…]

Dystyngowany, arystokratyczny, Horacio Neirs poczęstował mnie papierosem ze swojej srebrnej papierośnicy. Wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat - co było dla mnie zaskoczeniem, oczekiwałem kogoś znacznie młodszego - a jego strój, czarna koszula i spodnie, stylowa sylwetka i zaskakująco bujna kępa białych włosów wieńcząca całość nadawały mu wygląd pióra montblanc ze skuwką. Jeśli zaś chodzi o Virgilia Torrenta, którego Neirs przedstawił mi jako swojego pomocnika – mógł stanowić kałamarz dla owego pióra. Był to karzeł - ni mniej, ni więcej: karzeł - około trzydziestoletni, o bladej cerze i spojrzeniu lodowatym i przenikliwym jak kwarcowy przycisk na biurko. Ubrany był od stóp do głów w czerń, identycznie jak Neirs, a jego stopki, przyodziane w kosztowne włoskie obuwie rozmiaru pantofli do pierwszej komunii, ledwie sięgały połowy wysokości kanapy, na której usiadł. To on mnie wpuścił, dystyngowany i poważny, jak tego wymagało miejsce, tamtego ranka 24 kwietnia. Wyobrażałem sobie, że znajdę się w małym gabineciku, wyposażonym w wysłużone drewniane meble, spowitym w ciemnościach, gdy tymczasem biura Neirsa zajmujące strych na Paseo de la Castellana, w okolicy centrum Azca, połyskiwały ostrymi krawędziami i szkłem. Po wyjściu z windy olbrzymie szklane drzwi, na których widniał napis: Horacio Neirs. Badania, Dochodzenie, Krytyka” - rozsuwały się w ciszy za dotknięciem przycisku dzwonka. Hol w głębi wydawał się przyprószony śniegiem.

[…]

Pierwszy odezwał się Neirs: Nazywamy obwolutą informacje o utworze, które znajdują się poza nim samym: dolny przypis, skrzydełko okładki, zeznanie wiarygodnego świadka, et caetera. Bez tego żadne dzieło pisane, od prostej listy zakupów po encyklopedię, nie ma wartości samo w sobie. Niech pan pomyśli, jakakolwiek książka... To na obwolucie znajdujemy notkę biograficzną o pisarzu i z niej dowiadujemy się, jakiego rodzaju dzieła stworzył. Czasem nawet można natrafić na zwięzłe streszczenie wątku. W ten sposób wiadomo, czy mamy do czynienia z powieścią, szkicem, pracą naukową czy autobiografią, i przygotowujemy kryteria oceny lektury. Jeśli na okładce jest napisane: powieść, oczekujemy, że dostarczy nam ona wrażeń, ale nie spodziewamy się dowiedzieć czegokolwiek o życiu pisarza; co innego, gdyby to była autobiografia, rozumie pan? Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że prawdziwa lektura książki odbywa się poprzez okładkę, a właściwie obwolutę. Bez niej treść byłaby niezrozumiała. Może być mniej lub bardziej udana stylistycznie, ale to wszystko. Samo pisanie nie ma znaczenia - dodał w tym samym duchu Virgilio. – To obwoluta nadaje takie lub inne znaczenie. Oprawa jest BARDZIEJ, O WIELE, WIELE BARDZIEJ istotna niż książka!

[…]

Każdy szczegół jej ciała (opalona skóra, perfekcyjny makijaż, pukle włosów, w pozornym nieładzie przełożone za uszy, oszałamiające perfumy, idealnie uformowany biust, talia, biodra, plecy, pośladki, uda, łydki, czarna krótka sukienka, połyskujące pończochy) wskazywały na zabiegi osoby, która żyje (dobrze) z atutów swojego wyglądu. Tancerka, wywnioskowałem, albo modelka, albo modelka i tancerka, albo aktorka i modelka, albo tancerka i aktorka. Jej uśmiech był jak lupa: wycelowała ją w moje oczy i jej uroda stała się niezmierzona i nieogarniona, jak piękno kwiatu dla pszczoły. Neirs wprawdzie wymienił jej imię, ale umknęło mi ono w całym zaaferowaniu.

[…]

Myślałam, że znasz zawód modela dla pisarzy. Nigdy nie korzystałeś z ich usług? Odparłem, że nie, choć z pewnością nie mogłem tego pamiętać (i zauważyłem, jak miękko przeszła na ty”: u osoby, która mówiła na jej sposób, nosiło to jakieś znamiona czułości). Wytłumaczyła, że to nowa profesja, choć w gruncie rzeczy bardzo stara. Tyle tylko, że dawniej model nie zdawał sobie sprawy z tego, że pozuje. Rozwinęła temat, ilustrując go przykładami, które świadczyły o jej gruntownym wykształceniu: Flaubert na przykład byłby zachwycony, gdyby miał ich więcej - to znaczy modeli - Proust również. Pierwszy nawet kupił sobie wypchaną papugę, pracując nad Prostym sercem. A czemu by nie żywa kobieta do Pani Bovary? A skoro autor W poszukiwaniu straconego czasu godzinami przypatrywał się krzewowi róży, by przeistoczyć go w swoje dzieło, to może chciałby mieć w gabinecie nieruchomą dziewczynę i całymi dniami przemierzać labirynt jednego spojrzenia czy wprawiać w ruch wahadło gestu? Oczywiście zamiast dziewczyny możemy podstawić każdą inną osobę, staruszki i dzieci - wyjaśniła poważnie. Jest nas wielu w tym zawodzie.

[…]

Owszem - odparła, rozbrajając mnie uśmiechem - ale u podstaw całej literatury leżą takie oszustwa i fałszerstwa, może nie? Nie byłem pewien. Muza jednak przekonywała: bohaterki powieści, bohaterowie powieści, czym innym są niż konwencjonalne postaci wypełnione... wypełnione... (zawahała się, szukając właściwego słowa)... trywializmami. W gruncie rzeczy , nawet najbardziej prawdopodobne ludzkie sylwetki zostały stworzone ku uciesze. Cała literatura to wielkie kłamstwo, a kto jak kto, ale ja powinienem o tym wiedzieć. Inaczej my, my jesteśmy prawdą.

[…]

Cóż za przypadek! Przypadki są jak miłość i literatura, równie absurdalne, pochopne i nierozważne. Przypadki to motywy z powieści pisanej ręką Boga, który też jest pisarzem, podobnie jak wszyscy na świecie.

[…]

Udało mi się natomiast zidentyfikować wielu nieżyjących już twórców. Stali wśród żywych, nie wyróżniając się niczym innym, jak tylko przyodziewkiem z epoki i książką, którą nieodmiennie nosili pod pachą. Domyśliłem się, że to w ramach akcji promocyjnej: pierwsi lepsi frajerzy z ulicy wystrojeni w piórka wybitności. Najtrudniej było ze współczesnymi. O ile Dante, Quevedo czy Balzak dawali się dość łatwo rozpoznać, to począwszy od XX wieku, wszystko stawało się o wiele trudniejsze. Książka była jedyną wskazówką, nierzadko więc jakiś autor przechodził niezauważony, dopóki nie znalazł się wystarczająco blisko, by tytuł dzierżonego pod pachą tomu stał się czytelny. W ten sposób tylko przypadkowe potrącenie łokciem przez mężczyznę ściskającego w dłoni Zwrotnik koziorożca pozwoliło mi odnotować obecność Henry’ego Millera. Albert Camus wyciągnął ku mnie, może nazbyt gorliwie, katalog wystawy i dopiero wtedy dostrzegłem w jego lewej ręce egzemplarz Dżumy. Borgesowi podniosłem usłużnie z podłogi Fikcje, które niezręcznie upuścił mi pod stopy. Z Kafką minęliśmy się dwa razy: statysta wcielony w jego rolę, jakiś żółtodziób, wachlował się sfatygowanym Procesem. Szczytem absurdu był Pirandello - łysy starowina, który nie wypuszczał z dłoni Sześciu postaci scenicznych w poszukiwaniu autora, wytrwale powtarzając, że nazywa się Jacinto Díaz, jest profesorem literatury, a jego możliwe podobieństwo fizyczne z Pirandellem jest wyłącznie dziełem przypadku. Jak się można domyślać, wszyscy się tylko uśmiechali, podejrzewając, że to taki sprytny zabieg marketingowy, a staruszek (który moim zdaniem mówił prawdę), popadał w irytację. Najciekawsze, że nie udawało mi się w tym ludzkim kotle odcedzić prawdziwych pisarzy. A dokładniej, nie było tam nikogo, kto by na pisarza nie wyglądał. Hostessy, kelnerzy, funkcjonariusze ochrony, dzieci, starcy... wszyscy bez wyjątku kryli w sobie pisarza incognito. Od takiego egalitaryzmu można było popaść w delirium i czułem się jak szaleniec, do którego nagle dociera, że tak naprawdę wszyscy są dokładnie tym samym. Nawet ci fałszywi, przebrani za wybitnych literatów, sprawiali wrażenie, że pod teatralnym makijażem noszą prawdziwego, co najwyżej mierniejszego niż ten pozorny. Sala była wypełniona po brzegi pisarzami u szczytu możliwości twórczych. Byli pisarze śpiewający, pisarze sędziowie, budowniczy domów, kapłani czy toreadorzy, ale każdy z nich choć raz w życiu ułożył wiersz, napisał opowiadanie, prowadził pamiętnik, mniej lub bardziej pokładając nadzieje w swej radosnej twórczości. Cała ludzkość była wielkim narratorem powieści.

[…]

Jego wystąpienie było równie dziwaczne i majestatyczne jak on sam. Zaczął od przypomnienia, że w przeszłości powieść należała do bohatera, protagonisty, Don Kichota i Anny Kareniny. Obecnie zaś należy do autora. Dziś nie mówi się o wybitnych postaciach literackich, lecz o @-takich-że pisarzach. Ale powieść przyszłości posunie się jeszcze dalej. Świat zastygł w kryształowym labiryncie; rzeczywistość jest złożona, rozproszona, nieogarniona. Któż by myślał, że ci wielcy ludzie, którzy nam dzisiaj towarzyszą (miał na myśli historycznych pisarzy, kukły w przebraniu, które zbiły się w kupkę za jego placami, jak kohorta usłużnych truposzy) będą spoiwem literatury przyszłości? Nie, nowe tysiąclecie będzie zbyt zawiłe, chaotyczne i matematyczne, by mógł je objąć umysłem jeden człowiek. Powieść przyszłości należy do Wydawcy. Właśnie tak: Wydawcy, wielką literą. Ale nie łudźmy się, nie wydawcy w rozumieniu twórcy, a organizatora. Badania rynkowe, planowanie informatyczne, reklama, wszystko to złoży się na prawdziwą powieść (właściwie już tak się dzieje, symptomy się mnożą), i to na wydawcy spocznie odpowiedzialność za skoordynowanie owej niezmierzonej pracy. Literatura powróci do swych zamierzchłych początków: znów będzie anonimowa, ale nie jako twórczość jednostki, lecz wielu. Cała planeta już jutro zamieni się w Nowy Jork - zawyrokował. W każdym oknie, pod każdą zapaloną lampką, w każdym mrówkowcu tego globalnego Nowego Jorku będzie dorastać pisarz. Wyobraźcie sobie - miliardy pisarzy. Bo pisarze przeszłości mogli sobie pozwolić na luksus bycia samotnym łabędziem, teraz jednak są ich legiony, mnożą się jak biblijny diabeł. Każdy przynależy do roju...

[…]

Książka liczyła pięćdziesiąt stron. Składała się z dwóch części, akcja każdej z nich toczyła się przez jedną godzinę: od 20:00 do 21:00 i od 21:00 do 22:00. Dotyczyła więc tylko wydarzeń, jakie miały miejsce w ciągu dwóch godzin. Urywała się o 22:00, 13 kwietnia (nie o 8:00 następnego ranka, jak pozostałe tytuły), a wydawnictwo przepraszało za brak kontynuacji, obiecując, że wkrótce się ukaże. Dręczyła mnie obawa, że najważniejsze nastąpiło po 22:00.

[…]

Tak bym chciał wydać coś w Salmacis! - wyznał, skrupulatnie pakując aparat do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Czy wiedział pan, że to NAJWIĘKSZE wydawnictwo świata? A Salmerón to najpotężniejszy wydawca? Nie wierzy pan?... Pewnie pan myśli, że przecież jesteśmy w Hiszpanii, nie w Stanach Zjednoczonych, prawda? - W gruncie rzeczy nie miałem na ten temat żadnych konkretnych refleksji, domyślałem się jednak, że Virgilia wcale nie interesuje moja odpowiedź. Kontynuował: - Otóż w dzisiejszych czasach granice wytyczają międzynarodowe korporacje. Salmacis przynależy do o WIELE WIĘKSZEJ grupy wydawniczej, a ta, ze swej strony, do jeszcze jednej, jeszcze WIĘKSZEJ, i tak dalej... Jak zestaw chińskich szkatułek, rozumie pan? A kto za tym stoi? Ktoś niewidzialny, kto kontroluje to WSZYSTKO. Zawsze tak samo. Pan jest przekonany, że ma wolną i nieskrępowaną myśl, ja też wierzę w swobodę swojego umysłu, ale obaj się mylimy: tak naprawdę, myślimy i robimy to, co nam każe ta niewidzialna postać... Przyjacielu, takie jest życie. Jesteśmy tylko statystami, co najwyżej bohaterami drugoplanowymi tej książki.

[…]

Cóż to za pomysł, ten Madryt w czasie rzeczywistym. Uważał, że Rosa - tak o niej mówił - nie jest pisarką opisującą rzeczywistość. Nie czerpie żadnej przyjemności z tkwienia w oknie, żeby relacjonować, co się za nim dzieje. Stawałem w obronie staruszki, bełkocząc nieudolnie, i próbowałem coś wyjaśniać. Od czasu do czasu włączała się sama zainteresowana, ale tylko po to, by opowiadać w pierwszej osobie swoje łzy, swój lament, swoją miłość do tego mężczyzny i swoją do niego nienawiść. Dialog wychodził na arkuszu przeplatany akapitami o kątach ostrych jak płyty nagrobne, wewnętrznymi monologami nadzianymi na papier niczym nieżywe motyle na zwierzęce kły: Dość tego. Słyszę, jak się kłócicie, i mam ochotę powiedzieć temu brodatemu okularnikowi: dość. Nie rozumie pan?

[…]

Wytłumaczyłem im, że to scena z pierwszej księgi: nimfa Dafne, która za wszelką cenę chce zachować dziewictwo, ucieka przed pościgiem rozochoconego boga Apolla, poeta zaś opisuje, jak pęd rozwiewa tunikę, a wiatr targa jej włosy. Nawet motyw lauru nie pojawił się przypadkowo: Dafne (co po grecku oznacza „laur”) zamienia się w drzewo laurowe, by umknąć boskiej namiętności. Więc bardzo możliwe, że brakuje jednej gałązki - stwierdził Neirs. Lekkość wdzięku dodaje... Chyba że architekt, projektując wystrój lokalu, uznał, że trzy wersy to WIĘCEJ niż dość Logika nakazywałaby dołączyć ostatnią linijkę -sprzeciwiłem się słabym głosem. Takie piękne słowa, prawda? Lekkość wdzięku dodaje... Uczepiłem się tej możliwości z całym zapałem filologa.

[…]

Potężna moc sztuki pisarskiej, straszliwa czarnoksięska sztuka, tkwi w jej własnej błahości. Objaśnienie powiedziała Natalia to akt nie do zatarcia: nawet zniszczenie papieru, na którym napisane zostały słowa, nie zmieni ich. Nic, co byłoby w mojej mocy, nic w całym kosmosie nie zniweczy efektu tego objaśnienia, podobnie jak nic na świecie nie pozwoli ci, czytelniku, zaprzeczyć mojemu oświadczeniu: Jestem Juan Cabo”. Nawet twoje niedowiarstwo nie wybawi cię od przekleństwa moich słów. Raz napisane, pozostaną na papierze.

[…]

Neirs zaprzeczył ruchem głowy. Może ktoś skorzysta z okazji, by napisać powieść, to wszystko. Jedyny dowód, jakim dysponujemy, to brak gałązki laurowej na restauracyjnym stoliku. Ta jedna nieobecność jest więcej warta niż cała sterta papieru, jaki trzyma pan w garści.

[…]

Wie pan, w co była ubrana, pamięta pan kolor włosów, uczesanie. Całą resztę powierzamy pańskiej wyobraźni, ale dobry pisarz potrafi maskować wytwory własnej fantazji. Musi pan zwieść niedowiarstwo Owidiusza. Opis to nie fotografia, proszę o tym nie zapominać. Jeśli zdoła pan stworzyć realną postać, Owidiusz zostanie przekonany, że to jego ofiara. Na tym polega literatura: omamia. On sam oszukiwał nas wystarczająco długo. Teraz nasza kolej. Należy wytoczyć mu walkę na jego własnym polu. To wyzwanie... Pojedynek - przytaknął Neirs. - Wypełniona fantazjami”.

[…]

Muza Gabbler, smukła, wzorcowa, doskonała... Ja jednak z całej siły odrzucałem Muzę. Nienawidziłem samej myśli, że mogłaby posłużyć za prototyp mojej postaci. Zresztą, to modelka dla pisarzy - myślałem. A modelka pielęgnuje swoje ciało dla zawodu. Muza jest taka, jaką literaci lubią ją opisywać, a czytelnicy czytać. To nie kobieta, a pragnienie mężczyzn. Ale ja nie chcę opisywać pragnienia mężczyzn. Chcę... Spojrzałem na jasny ekran komputerowy. Chcę ją wykreować. Ją. Każdą kobietę.

[…]

Mój wydawca przejechał upierścienioną dłonią po swych białych włosach. Ubrany był we frak z szerokimi wyłogami, można było się obawiać, czy kolorowa muszka pod szyją nie jest zapięta zbyt ściśle i czy go za chwilę nie udusi; z butonierki, niczym tęczowy guz, wytryskiwała orchidea. Bardzo dziękuję - odrzekłem. Wyczuwam w pana głosie nutę żalu - uniósł brwi. - Czy ma nam pan za złe, że zaistniał pan w naszej wielkiej powieści? Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jak to czy mam za złe? - myślałem. Mógłbym go udusić gołymi rękami! Salmerón miał minę klauna przyłapanego in flagranti przed końcem przyjęcia urodzinowego.

[…]

Modele i pisarze: odwieczne źródło literatury pięknej. Tyle tylko, że w minionych czasach model o niczym nie wiedział. Teraz to pisarz z niczego nie zdaje sobie sprawy. Przyznaję, brzmi to wszystko dość szokująco, ale zaraz nieco złagodzimy ten efekt. Słyszałeś, jak dobrze sprzedaje się pierwsze wydanie Madrytu w czasie rzeczywistym? Ubrany w czerń młodzieniec i sekretarz rozpromienili się w identycznych uśmiechach z bardzo efektowną, telewizyjną wręcz symetrią. Salmerón oczywiście nie mógł tego widzieć, ale wyczuwał, kiedy rozjaśniają im się twarze, więc i on uśmiechnął się szeroko: A wiesz dlaczego? Bo publiczności bardzo przypadła do gustu sama forma: liczni literaci czuwają przez całą noc, skrupulatnie zapisując wszystko, co zdoła uchwycić ich wzrok... W dzisiejszych czasach czytelnik ma więcej radości z obwoluty niż z samego tekstu. To syndrom Jak powstawało... rozumiesz? Publiczność uwielbia wypruwać wnętrzności z dzieła, jak dziecko rozbiera zabawki, żeby przekonać się, jak to działa. Właściwie to my wcale nie sprzedajemy książek: sprzedajemy obwoluty, synu. Jak już twoja postać zostanie powielona w druku, opowiemy wszystkim, jak powstała, jak się do tego zabraliśmy i zapewniam, że cały nakład rozejdzie się błyskawicznie...

[…]

Dobrze już, dobrze, synu, nie rób takiej miny. Zarobisz dużo pieniędzy. Chcesz się przekonać? Luis - sekretarz obrócił się jak spirala i spojrzał na niego: Podaj mi egzemplarz umowy dla pana Cabo. Szelest skrzacich kroków na klawiaturze, po nich brzęczenie osy. Drukarka pokazała język: długi, biały, prostokątny. Nim upłynęło kilka sekund, Salmerón dzierżył w ręku zadrukowaną kartkę. Sam zgodziłeś się i podpisałeś takie warunki, o wszystkim wiedziałeś od samego początku: że położymy cię w prywatnej klinice, by poddać terapii, która na pewien czas pozbawi cię pamięci, że upozorujemy wypadek samochodowy... Proszę, Luis. Podaj mu to, niech przeczyta. Ze skupieniem przeczytałem ten cyrograf spisany z diabłem. Mój podpis, pod nagłówkiem Autor, wyglądał identycznie jak autograf, który złożyłem na książce podarowanej pielęgniarce Dolores Jajo-na-Twardo całe tygodnie temu.

[…]

Podszedłem do okna. Miasto zdążyło się już przeobrazić: to już nie był Madryt, tylko pokrętny Babilon ze świateł i łez. Może to Nowy Jork. Zamrugałem, wieżowce rozpuściły się, łzawiąc maleńkimi, świecącymi okienkami jak bloki czarnego lodu. Rozumiem, jak panu musi być teraz ciężko, panie Cabo - powiedział Neirs za moimi plecami. - Łudził się pan, że ta urocza dama rzeczywiście istnieje. Ale dlaczego złożył pan wszystkie swoje nadzieje w literaturze? Już panu mówiłem, że bez okładki nic z tego, co pan napisze, nie nabierze realnych kształtów... Stało się z panem jak z pierwszym lepszym czytelnikiem: naczytał się tomów fikcji literackiej, przetworzył je w ulotne sny, a teraz, kiedy kończy się książka, czuje się pan oszukany... Tak się panu wydaje, prawda? - zapytałem, odwracając się gwałtownie. Wszyscy tak myślicie, może nie? A co innego możemy myśleć, synu? - zabrał głos Salmerón. Literatura to biznes...

[…]

Salmerón sterował mną, bym wykreował Natalię dla jego własnych zysków i korzyści - teraz kolej na mnie, by zamienić Salmerona i jego kosmos w czystą fantazję. To jego przebiegły plan posłuży za główny wątek mojej powieści, a on sam, mój wszechmocny jak bóg wydawca, zamieni się w abstrakcyjny byt, stworzony kosztem najdroższej mi istoty. Byłem świadomy, jak wielkie czekają mnie trudności, jak nadzwyczajnego czynu chcę dokonać, rozprawiając się z nim, Juan Cabo wobec kabotyna. Ale ufałem literaturze. Pisarstwo to czarnoksięskie zajęcie, tajemna alchemia. Udowodnię Salmeronowi, Neirsowi, im wszystkim, że papier i pióro mają nieokiełznaną moc. I że książka może zamienić się w istotę ludzką. Kiedy tylko dotarłem do domu - o drugiej nad ranem, we wtorek, 27 kwietnia - wziąłem się do pracy. Wpierw jednak zaparzyłem dzbanek mocnej jak szatan kawy i wziąłem gorący prysznic, a także przemyłem i opatrzyłem ranę na czole. Nie miałem pojęcia, jak daleko nas zaprowadzi ta gra, ale byłem pewien, że w tej wędrówce długo nie opadnę z sił. Zasiadłem przed monitorem komputera, przede mną wciąż leżało kilka porzuconych pasków papieru. Wyciągnąłem jeden, na chybił trafił.

[…]

Nie kryło się w tym żadne misterium. Natalia była pisarką. Zanim doszło do wypadku, a może nawet zanim pojawiły się symptomy depresji, zaczęła pracować nad nową powieścią. Była to historia nieznajomej kobiety, w której ktoś się zakochał. Napisała kilka zdań, nawet cały akapit, ale późniejsze wydarzenia przerwały pracę. Kiedy wyszła ze szpitala, podjęła wątek. Jak go rozwinęła? Gdzie podziała się powieść Natalii? Sam ją napiszę, pomyślałem. Kiedy po wypadku Natalia powróciła do swojej książki, pojęła, że pisarstwo to nie jest próżne i puste zajęcie, a moc przemiany, metamorfozy. Poprzez pisanie mogła opowiadać o sobie samej, choć głosem innych. Stopniowo jej dzieło przybierało formę autobiografii, ale redagowanej przez narratora, który stoi z boku. To, co zaczęło się jako przygoda, fikcyjna intryga, zamieniało się, rozdział po rozdziale, w przejażdżkę po odległych i bliskich wspomnieniach. Ale ona nie chciała być kierowcą. To ty, Juan, usiądź za kierownicą mojej autobiografii, musiała poprosić Natalia, i zawieź mnie do przeszłości: chcę zrozumieć przyczyny mojej samotności, mojego smutku, mojego dążenia do śmierci... Natychmiast zdałem sobie sprawę, że nieznajoma z jej powieści, której tak natarczywie poszukiwał główny bohater, to sama autorka. I wiedziałem też, że wszystkie postaci to marionetki istot z jej wspomnień, lalki wudu, w które Natalia może wbijać ostre igły. Pisarstwo jako sposób na spotkanie z samym sobą. Pomysł sam w sobie nie był oryginalny, ale mnie przypadł do gustu. Bo autor to JEDYNA rzeczywistość w tekście”, może nie, panie Neirs?

[…]

Światło wlewa się strumieniem przez okno w moim gabinecie. Jest 3 czerwca 1999 roku. Zbyt długo trwałam w postaci papierowych fiszek; teraz wolę powrócić do życia. Czasem, drogi czytelniku, odnoszę wrażenie, że i mnie się pisze, że kiedy spojrzysz na obwolutę tej książki (na której uwiłam sobie gniazdko bardziej niż na jakiejkolwiek innej), nie ujrzysz mojej twarzy, tylko jakiegoś innego autora. Czy jest w tym coś dziwnego? Pisanie to ciągła przemiana, nieustanna metamorfoza, moc antycznych bogów z Olimpu. Wiem, że kiedy doktor Neiva to przeczyta, rozpozna w każdej z moich postaci modela, który posłużył za jej archetyp lub nadal istnieje w moim własnym życiu. A ten Juan Cabo? Kim jest?”- zapyta. Ja nie odpowiem.

Jose Carlos Somoza, Dafne znikająca

Powieść obyczajowa Jose Carlosa Somozy - hiszpańskiego pisarza pochodzenia kubańskiego - przenosi nas do stolicznego Madrytu w koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Juan Cabo, dostatnio prosperujący pisarz przeżywa i trudne chwile w twórczości i załamanie nerwowe w teraźniejszości, z opresji których „wybawia” go wydawca Salmeron wplątując literata w sieć podstępnych intryg gdzie staje się marionetką w rękach Wielkiego Brata od Wydawnictw. Po raz kolejny dowiadujemy się, że pisanie a może i szerzej jakiekolwiek pisarstwo nie jest w stanie nadążyć za rzeczywistością, której "ruchliwy koloryt" czasem zaślepia a częściej jednak bije w oczy.   



powrót ››