Blog

 

05.01.2023

Kadysz za nienarodzone dziecko

„Kultura wcześniejszych epok zamienia się w gruzy,

aż wreszcie obróci się w popiół,

a nad popiołem krążyć będą duchy.”

Ludwig Josef Johann Wittgenstein

 

„moje życie

postrzegane jako możliwość

 twojego zaistnienia

albo

 twoje nieistnienie

postrzegane jako konieczne i ostateczne

zniszczenie mojego istnienia.”

[…]

Po prostu wyszedłem na spacer do lasu, do tej karłowatej dębiny - na świeże powietrze - nawet jeśli jest ono cokolwiek zepsute - przewietrzyć głowę, że tak to nazwę, a to brzmi dobrze, o ile nie zgłębiamy znaczenia słów, kiedy bowiem zaczynamy go szukać, okazuje się, że słowa nie niosą w sobie żadnego znaczenia, podobnie jak i moja głowa wcale nie potrzebuje, by ją wietrzyć, wręcz przeciwnie, jestem wyjątkowo wrażliwy na przeciągi; tu spędzam - spędzałem - czas, przejściowo (nie chcę się teraz rozwodzić nad skojarzeniami wynikającymi z tego słowa), w samym środku węgierskiego pogórza, w domu, który można nazwać domem wypoczynkowym, choć dla mnie jest on miejscem pracy (ja zawsze pracuję, a zmusza mnie do tego nie tylko konieczność zarabiania na chleb, lecz fakt, że gdybym nie pracował, tobym istniał, a gdybym istniał, zmusiłoby mnie to do najrozmaitszych, lepiej, żebym nie wiedział jakich, rzeczy, aczkolwiek moje tkanki, moje trzewia zapewne się domyślają, i dlatego właśnie pracuję bez wytchnienia: dopóki pracuję, jestem, gdybym zaś nie pracował, kto wie, czy w ogóle bym istniał, zatem podchodzę do tego poważnie i muszę podchodzić poważnie, ponieważ pomiędzy moją kondycją a moją pracą istnieje głęboki związek, to chyba zupełnie oczywiste), a więc w domu, w którym zyskałem prawo pobytu, wśród barwnego towarzystwa wiecznie wchodzących mi w drogę, podobnych do siebie jak dwie krople wody intelektualistów, cicho jak mysz pod miotłą siedzę w swoim pokoju, co najwyżej stukotem maszyny do pisania zdradzając tajemną kryjówkę - na paluszkach przemykam korytarzami, jeść jednak muszę, a wtedy oni osaczają mnie przy stole swoją bezwzględną obecnością, na spacer też trzeba wyjść, a wtedy z gruba i całkiem nie na miejscu, w samym środku lasu wylania się z naprzeciwka ubrany w reglan i czapkę z płaskim daszkiem w brązowo-beżową kratkę doktor Oblath, filozof o wypłowiałych, wąskich oczach i wielkiej, miękkiej jak wyrobione, wyrośnięte ciasto twarzy. Filozofia to jego zwyczajny, cywilny zawód, tak ma wpisane w odpowiedniej rubryce dowodu osobistego, że mianowicie doktor Oblath jest filozofem, podobnie jak Immanuel Kant czy Baruch Spinoza albo Heraklit z Efezu, tak jak ja jestem pisarzem i tłumaczem, tyle że nie chcę jeszcze bardziej się ośmieszać, wymieniając dla potwierdzenia mojego fachu jego największych, którzy jeszcze byli prawdziwymi pisarzami i - czasami - prawdziwymi tłumaczami, bo bez tego jestem wystarczająco śmieszny z tym moim zawodem, ale dla niektórych przekład literacki jest czymś obiektywnym, choćby dla władz, i nawet dla mnie samego, aczkolwiek z zupełnie innych powodów, profesja ta rzeczywiście ma pewne cechy wymierności.

[…]

„Nie!" - zawołało, zawyło coś we mnie gwałtownie i bez namysłu, kiedy moja żona (notabene już od dawna nie moja żona) po raz pierwszy coś na ten temat - na twój temat - wspomniała, a mój skowyt powoli, właściwie dopiero z upływem lat ucichł, zamieniając się we mnie w melancholijny ból, niczym gniew szalejącego Wotana w głośnej scenie pożegnania, aż wreszcie z mgły cichnących smyczków, powoli i złośliwie, niczym utajona choroba ujawniło się we mnie coraz wyraźniejsze pytanie, pytanie o ciebie, a właściwie o mnie samego, z twojego powodu postawionego pod znakiem zapytania, czy też wyrażając się jeszcze bardziej precyzyjnie (z tym niemal zgadzał się nawet doktor Oblath): moje istnienie jako możliwość twojego zaistnienia, a zatem ja, jako morderca, o ile zechcemy szukać precyzji do końca, do granic możliwości, przy odrobinie masochizmu jest to dopuszczalne, bo przecież, chwała Bogu, jest już za późno i już zawsze będzie za późno, ciebie nie ma, a ja z całą pewnością istnieję, chociaż tym „nie" wszystko zniszczyłem, starłem na proch, przede wszystkim moje nieudane, krótkie małżeństwo - opowiadam -opowiadam - doktorowi Oblathowi, doktorowi filozofii, tak dalece beznamiętnie, jak na ogół nie potrafię, choć czynię to z wielką wprawą, kiedy jest bezwzględnie konieczne.

[…]

…mianowicie zaczął mnie wypytywać o sprawy rodzinne, fakt, że zaczął od opowiedzenia mi o sobie, taka sobie zaliczka, jak gdyby zakładał, że kiedy się dowiem o nim wszystkiego, choć wcale mnie to nie interesuje, on zyska sobie prawo do mojego... ale nie chcę się nad tym rozwodzić, czuję, że porywają mnie za sobą litery i słowa, w dodatku porywają w zupełnie niewłaściwym kierunku, w kierunku moralizatorskiej paranoi, na której ostatnio coraz częściej się przyłapuję i której przyczyny są dla mnie aż nazbyt oczywiste (samotność, izolacja, dobrowolne wygnanie), by mogły mnie martwić, przecież sam je wywołałem, przyczyny te jednak mnie nie zasmucają, to ja sam jestem ich źródłem, to ja zrobiłem pierwszy ruch łopatą, to ja kopię rów, który powoli, łopata po łopacie, muszę dla siebie wykopać, by mnie pochłonął (choć pewnie wykopię go nie w ziemi, lecz w powietrzu, bo tam jest najwięcej miejsca) - a przecież doktor Oblath zadał mi jedno jedyne niewinne pytanie, czy mam dzieci; zapytał z typową dla filozofów brutalną szczerością, nietaktownie i w dodatku w możliwie najgorszym momencie; no ale skąd miał wiedzieć, że jego pytanie, nie da się ukryć, tak mnie poruszy. Odpowiedziałem przemożnym przymusem mówienia, wynikającym z mojej samounicestwiającej uprzejmości, brzydziłem się samego siebie, ale odpowiadałem: „Nie!" - odpowiedziałem bez namysłu, gwałtownie, szybko i jakby instynktownie, jest przecież najzupełniej oczywiste, że nasz instynkt potrafi działać wbrew samemu sobie, że się tak wyrażę, nasz antyinstynkt funkcjonuje zamiast instynktu, czy nawet na jego prawach: ale ten potok głupich słów, własne, dobrowolne i niczym niewytłumaczalne (choć wytłumaczeń znalazłbym wiele, a kilka z nich już, o ile pamiętam, wymieniłem) poniżenie musiałem sobie powetować na doktorze Oblacie, na panu doktorze Oblacie, doktorze filozofii, i tak go opisałem w samym środku karłowatego bukowego (czy niech będzie lipowego) lasu, jak opisałem, i wcale się nie wycofuję ani z płaskiej czapki z daszkiem, ani z szerokiego reglanu, ani z wypłowiałych, wąziutkich oczu czy z wielkiej, miękkiej jak wyrobione, wyrośnięte ciasto twarzy - gdyż opis ten całkowicie odpowiada rzeczywistości. Chodzi jedynie o to, że wszystko można było napisać zupełnie inaczej, spokojniej, bez takiego okrucieństwa, powiem nawet, że może z czułością, ale obawiam się, że ja już tylko tak potrafię pisać, z kroplą sarkazmu i drwiny, może nawet zabawnie (nie moja to rzecz oceniać), ale jakoś nieudolnie, jak gdyby ktoś bezustannie chwytał moje pióro, kiedy chce ono napisać pewne słowa, i w końcu moja ręka pisze słowa zupełnie inne, z których nigdy nie rodzi się opis pełen miłości, może po prostu dlatego, że chyba we mnie nie ma miłości, ale - mój Boże! - kogóż ja miałbym kochać i dlaczego.

[…]

…może dlatego, twierdzę, choć nie mówię tego filozofowi, lecz jedynie sobie, nie trzeba się bać emocjonalnej sklerozy, należy ją zaakceptować, może nawet powitać radośnie, niczym wyciągniętą ku nam pomocną dłoń, która choć tylko pomaga się nam dostać do trumny, mimo wszystko jest pomocna: bo przecież, panie Kappus, ten świat nie jest nam przeciwny, i nawet jeśli pełen jest niebezpieczeństw, musimy spróbować je polubić; aczkolwiek, wtrąciłem, choć nie mówiłem tego ani do filozofa, ani do pana Kappusa, szczęściarza, który dostał tyle listów od Rainera Marii Rilkego, lecz do siebie samego, że ja właściwie lubię tylko te niebezpieczeństwa, aczkolwiek uważam, że nie jest to do końca normalne, słyszę w tym jakiś fałsz, podobnie jak dyrygent natychmiast wychwytuje, kiedy w wyniku błędu w nutach rożek angielski zabrzmi nagle o pół tonu wyżej. Ten fałszywy ton słyszę nie tylko w sobie, ale także wokół siebie, w bliższym i dalszym kosmicznym otoczeniu, także na łonie zawistnej natury, gdy ponad chorymi dębami (albo bukami), cuchnącym potokiem i suchotniczym listowiem wstaje brudny świt, drogi panie Kappus, w żaden sposób nie dociera do mnie przesłanie, aby „być twórcą, płodzić i stwarzać", która to myśl niewiele byłaby warta, gdyby nie urzeczywistniała się w bezustannie potwierdzającym ją świecie, a bez zgodnego brzmienia tysiąca głosów zwierząt i rzeczy obróciłaby się w nicość...

[…]

Omówiliśmy sobie, spokojni i znudzeni, dlaczego nie można istnieć; że samo trwanie życia jest w zasadzie wyrazem nieokrzesania, bo przecież w wyższym rozumieniu, patrząc z wyższej perspektywy, nie powinno być wolno istnieć, dlatego po prostu, że zdarzenia ciągle zdarzają się na nowo, i pozostańmy przy tym, za przyczynę doprawdy to wystarczy; nie mówiąc już o tym, że bardziej wykształcone umysły dawno już zabroniły istnieć bytowi. Wszystkiego nie pamiętam, wszystkiego już nie pamiętam, bo setki podobnych rozmów dźwięczało czy raczej dudniło w tej chaotycznej rozmowie, podobnie jak twórczą myśl budzi do życia i napełnia nową treścią wspomnienie miłosnej nocy - w każdym razie wszystkiego już nie pamiętam, ale wydaje mi się, że pojawiła się jeszcze jedna kwestia, czy jest to możliwe, aby nieświadomy wysiłek, jaki podejmuje istnienie, by nadal trwać, nie jest bynajmniej oznaką ślepej naiwności, ale to byłaby przecież przesada i rzecz niemożliwa, jest więc chyba wręcz przeciwnie, wysiłek ten jest oznaką, że istnienie, skoro już musi, może trwać tylko nieświadomie. I o ile nie uda się podtrzymać życia, co oczywiście może się udać jedynie na pewnym wyższym poziomie (doktor Oblath), na to zaś nie wskazują (nasz duet) najmniejsze nawet oznaki, czy raczej istnieją dowody czegoś wręcz przeciwnego, a mianowicie zapadania się w nieświadomość... Następnie, że świadoma nieświadomość jest oczywistym syndromem schizofrenii... I dalej, skoro tak, to jedynym celem świata (to ja), którego zadaniem jest przetrwać (doktor Oblath), wobec braku wiary i kultury może być tylko katastrofa... I tak dalej dęliśmy, dęliśmy te fałszywe nuty, na wierzchołkach nieruchomych, strzelistych drzew osiadała cienka, niebieska mgła zmierzchu, a w niej, niczym zwarte jądro, kryła się masywna bryła domu wypoczynkowego, tam już czekał nakryty stół, kolacja, brzęk sztućców, stukot szklanek i zapowiedź rozpoczynających się rozmów, ale w tym też ze smutkiem dosłyszałem fałszywy rożek angielski.

[…]

…moje życie postrzegane jako możliwość twojego istnienia. Wtedy przez całą noc zastanawiałem się nad tym jednym jedynym pytaniem, przy oślepiającym świetle błyskawic, w kapryśnych przerwach wiszącego w powietrzu szaleństwa, ze zmrużonymi oczyma, widzącymi na ścianach skaczące pytanie, tak więc słowa, które teraz przelewam na papier, traktuję jako zdania napisane tamtej nocy, choć podczas tamtej nocy raczej żyłem, niż pisałem, żyłem, czyli odczuwałem ból, ból wspomnień (miałem do tego pół butelki koniaku), może tylko w notesie, w zeszycie czy w brulionie, które zawsze przy sobie noszę, zapisałem kilka chaotycznych słów, ale potem nie potrafiłem ich odtworzyć, a jeśli nawet mi się to udawało, niczego z nich nie rozumiałem, aż wreszcie zapomniałem, i musiało upłynąć wiele lat, by ożyła we mnie tamta noc, a potem znów minęły lata, gdy wreszcie mogłem spróbować zapisać to, co chciałem napisać tamtej nocy, gdybym się wtedy zdecydował i gdyby noc nie była taka krótka, zbyt krótka, by opisać to, co pragnąłem opisać. Ale jak miałem pisać, skoro tamta noc była dopiero początkiem, może nie pierwszym, ale jednym z pierwszych kroków do prawdziwego zrozumienia długiej, długiej i kto wie gdzie się kończącej świadomej drogi unicestwienia samego siebie, pierwszym gwoździem do trumny, którą - teraz wiem już na pewno - przygotowałem sobie w chmurach. I kwestia - mojego życia postrzeganego jako możliwość twojego zaistnienia - okazała się dobrym przewodnikiem, tak jak gdybyś mnie prowadziła, trzymając maleńką, drobną rączką, ciągnęła za sobą na tej drodze, która w rezultacie nie prowadzi do niczego innego, jak do całkowicie zbytecznego i całkowicie nieodwracalnego poznania samego siebie, i którą przemierzyć można - co to znaczy „można", tu „trzeba" nie jest wystarczająco mocnym słowem - jedynie za cenę pokonania i odrzucenia piętrzących się na niej przeszkód i trudności; po pierwsze, odrzucić musiałem moją inteligencką egzystencję, a raczej, że się tak wyrażę, musiałem się z niej wyrwać z korzeniami, nawet jeżeli taka postawa była dla mnie niczym prezerwatywa, jak gdybym był ostrożnym, ale niewybrednym kochankiem wśród chorych na AIDS, czy jak gdybym się nim stał, bo przecież już od dawna nie jestem należącym do średniej klasy inteligentem czy w ogóle inteligentem, nie jestem nikim, urodziłem się jako prywatny człowiek, powiedział kiedyś J.W.G., i pozostałem prywatnie pozostałym przy życiu, mawiam sobie, jestem co najwyżej tłumaczem, skoro już jestem i być muszę.

[…]

Tak, początkowo mieszkałem tam u Żydów, mam na myśli prawdziwych Żydów, a nie takich, jakimi my byliśmy, miejscy, budapeszteńscy, nijacy Żydzi, ale ma się rozumieć, również nie chrześcijanie, tacy sobie Żydzi nie-Żydzi, którzy przestrzegają wprawdzie postu w Jom Kippur, przynajmniej do południa, nie, ciotki i wujowie (nie pamiętam już dokładnie pokrewieństwa, po co miałbym zresztą pamiętać, już dawno temu znaleźli grób w powietrzu, dokąd puszczono ich z dymem) byli prawdziwymi Żydami, rano modlitwa, wieczorem modlitwa, przed jedzeniem modlitwa, przy winie modlitwa, poza tym byli porządnymi ludźmi, oczywiście dla chłopca z Budapesztu potwornie nudnymi, ciężkie, tłuste jedzenie, gęś, czulent i kugel, chyba wybuchła już wojna, a u nas ciągle jeszcze była cisza i spokój, najwyżej zaciemniali domy, Węgry były wyspą pokoju w płonącej Europie, tu nie może zdarzyć się to, co, dajmy na to, w Niemczech czy w Polsce, czy w Protektoracie Czech, czy we Francji, Chorwacji, czy Słowacji, słowem, co działo się wszędzie wokół, nie, tutaj nie, skądże znowu; tak, i rano nieostrożnie zajrzałem do sypialni, po czym bezszelestnie, skowycząc w środku, wyszedłem, bo ujrzałem coś tak potwornego, coś, co wydało mi się tak obsceniczne, że choćby z racji wieku nie czułem się na to przygotowany: przed lustrem siedziała łysa kobieta w czerwonym szlafroku. Musiało upłynąć trochę czasu, aż przerażony i zmieszany rozpoznałem w tej kobiecie ciotkę, którą za chwilę, tak jak co dzień, zobaczyłem z dziwnie rzadkimi i sztywnymi, ale zwykłymi rudobrązowymi włosami; nie śmiałem jednak pisnąć ani, rzecz jasna, zapytać, z całej siły starałem się mieć nadzieję, że nie zobaczyła, że ją widziałem, żyłem w ciężkiej atmosferze skandalu i strasznej tajemnicy, ciotka rozebrana, z błyszczącą głową, przypominająca wystawowy manekin raz budziła w mojej wyobraźni skojarzenia z trupem, a raz z kimś nad wyraz nieprzyzwoitym, w kogo przemienia się każdej nocy; dopiero o wiele później odważyłem się w domu zapytać, czy dobrze widziałem, bo sam zaczynałem już mieć wątpliwości; i wcale nie uspokoiła mnie roześmiana twarz ojca, nie wiem dlaczego, ale jego śmiech wydał mi się frywolny, frywolny i niszczycielski, czy może tylko autodestrukcyjny, choć takie słowa - byłem przecież dzieckiem -jeszcze były mi obce, jego śmiech wydał mi się po prostu głupi, nie rozumiał mojego przerażenia, mojej odrazy, pierwszej w moim życiu spektakularnej metamorfozy: że zamiast znanej ciotki siedzi przed lustrem łysa kobieta w czerwonym szlafroku, nie, w ogóle nie pojmował mojej grozy, jeszcze ją powiększał i z nadzwyczajnym humorem wszystko mi tłumaczył, a ja z tych jego tłumaczeń nic a nic nie rozumiałem, widziałem jedynie nieczystą zgrozę faktów, tajemniczą i niezbadaną rzeczywistość, tłumaczył mi, że ciotki są poliszami, kobietami wywodzącymi się z poliszów, którym religia nakazuje golić włosy i nosić peruki, czyli szejtl; później, kiedy fakt, że jestem Żydem, zaczął mieć dla mnie coraz większe znaczenie, kiedy powoli wychodziło na jaw, że oznacza to wyrok śmierci, ujrzałem ten niepojęty, dziwaczny fakt, że jestem Żydem, z innej, bliższej perspektywy, i nagle dotarło do mnie, że wreszcie rozumiem, kim jestem: siedzącą przed lustrem łysą kobietą w czerwonym szlafroku.

[…]

Wreszcie nadeszła moja żona, a ja, poruszony do żywego, od razu bezwiednie pomyślałem: „Ale ładna Żydówka!", szła po zielono-niebieskim dywanie, jak gdyby kroczyła po morzu, zwycięsko i trwożnie, w moim kierunku, chciała przecież ze mną porozmawiać, właśnie się dowiedziała, że ja to jestem ja, B., pisarz i tłumacz, czytała „jakiś mój tekst" i musi koniecznie o nim ze mną porozmawiać, powiedziała (wówczas przyszła, a dzisiaj była) żona, wtedy jeszcze była młoda, piętnaście lat młodsza ode mnie, choć wtedy ja też nie byłem jeszcze taki stary, choć właściwie już i wtedy byłem stary, tak jak zawsze. Tak, tak ją właśnie teraz widzę, wśród mojej nocy, mojej wielkiej, pełnej błyskawic nocy, w czasie której wszystko stało się dla mnie jasne, i ciemnej nocy, która przyszła później, o wiele później: I wonder why I spend my lonely nights dreaming of the song... and I am again with you, pogwizdywałem zdumiony, że gwiżdżę, w dodatku gwiżdżę Stardust Melody, którą zawsze gwizdaliśmy razem, choć ja sam miałem zwyczaj gwizdać wyłącznie Gustawa Mahlera, tylko i wyłącznie Dziewiątą Symfonię Gustawa Mahlera. Ale to chyba bez znaczenia. Gdyby ktoś przypadkiem nie znał Dziewiątej Symfonii Gustawa Mahlera, której nastrój pozwoliłby mu z całą pewnością odgadnąć, jakie mam usposobienie, gdyby go to tylko interesowało, gdyby był ciekaw i nie chciał się ograniczać do otrzymanych jedynie ode mnie informacji, z których oczywiście też mógłby wyciągnąć potrzebne wnioski. When our love was new and each kiss a revelation...

[…]

„Nie!" - zaskowyczało coś we mnie, zawołało, że nie chcę już pamiętać, nie chcę na tym pustkowiu maczać w ekspresowej herbacie kocich języczków zamiast magdalenek [nawiązanie do słynnej powieści Marcela Prousta – przyp. aut.], nieznanych, prawie niedostępnych, choć oczywiście chcę pamiętać, chcę, nie chcę, nie mogę zrobić nic innego, jeśli piszę, pamiętam, muszę pamiętać, choć nie wiem, dlaczego muszę pamiętać, zapewne, żeby wiedzieć, pamięć jest wiedzą, po to żyjemy, abyśmy pamiętali o tym, co wiemy, gdyż tego, co wiemy, niepodobna zapomnieć, nie bójcie się, dzieci, nie powoduje mną „moralny obowiązek", nie, uwierzcie mi, proszę, po prostu nie potrafimy, nie umiemy zapominać, tak już zostaliśmy stworzeni, po to żyjemy, abyśmy wiedzieli i pamiętali, i być może, prawdopodobnie, a nawet z pewnością, dlatego posiadamy wiedzę i posiadamy pamięć, aby ktoś mógł się za nas wstydzić, kiedy już przyjdzie na ten świat, tak, to dla niego posiadamy pamięć, dla tego, który jest albo którego nie ma, przecież to zupełnie wszystko jedno, jest albo go nie ma: w końcu to obojętne, najważniejsze, abyśmy pamiętali, wiedzieli i pamiętali, że ktoś - ktokolwiek by to był - kiedyś będzie się za nas albo (być może) z naszego powodu wstydził, jeśli zaś idzie o mnie, gdybym na czarnej niszy ludzkości uderzył w ten mój wyjątkowy, odświętny, że tak powiem, uświęcony ton, a nawet, skoro już uciekamy się do wielkich słów: gdyby z moich najświętszych wspomnień ulotnił się gaz i chrapliwym gardłowym głosem zabrzmiało Der springt noch auf, ostatnie Sz'ma Izrael Ocalałych z Warszawy, a po nim rozległ się huk końca świata...

[…]

Dlaczego odbywała się tu w tajemnicy jakaś krecia robota, intrygi i knowania, o których powinienem był wiedzieć, i naturalnie wiedziałem, sądziłem tylko, że to coś innego, niż okazało się w rzeczywistości, ale co? Nie wiem, podejrzewam jedynie, że coś bardzo obiecującego, jestem niby ten ślepy starzec, który słysząc dźwięczne odgłosy kopaczy, myśli, że ci odkrywcy kopią jakiś podziemny korytarz, podczas gdy oni kopią grób, w dodatku grób dla niego samego. Słowem, przyłapałem się na tym, że piszę, muszę pisać, choć nie wiem dlaczego, fakt, spostrzegłem się, że pracuję bezustannie, jak szalony, zawsze pracuję, a zmusza mnie do tego nie tylko konieczność zarobienia na chleb, lecz fakt, że gdybym nie pracował, tobym istniał, a gdybym istniał, zmusiłoby mnie to do najrozmaitszych, lepiej nawet, żebym nie wiedział jakich rzeczy, aczkolwiek moje tkanki, moje trzewia zapewne się domyślają, i dlatego właśnie pracuję bez wytchnienia: dopóki pracuję, jestem, gdybym zaś nie pracował, kto wie, czy w ogóle bym istniał, zatem podchodzę do pracy i muszę podchodzić poważnie, bo pomiędzy moją kondycją a moją pracą istnieje głęboki związek, to chyba zupełnie oczywiste i całkowicie nienormalne, bo co będzie, jeśli znajdą się inni, w dodatku niejeden, którzy podobnie jak ja piszą, bo wydaje się im, że muszą pisać, a przecież nie każdy z nich naprawdę musi pisać; ja, nie ma wątpliwości, musiałem, nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się to jedyne wyjście, nawet jeżeli wcale nie było to wyjście, z drugiej zaś strony była to taka sytuacja bez wyjścia, która nawet, gdyby owo wyjście istniało, budziłaby we mnie niedosyt i niezadowolenie. Patrząc wstecz: chyba w pisaniu szukałem ucieczki (i nie bez przyczyny, sądziłem bowiem, że uciekam w inną stronę, kierując się ku innemu celowi, aniżeli naprawdę uciekałem i nadal uciekam), ucieczki i ratunku dla samego siebie, a poprzez to (mojego) świata materialnego czy, używając wielkich słów, (mojego) świata duchowego i szansy zachowania go dla niego czy dla kogokolwiek innego - kto w przyszłości będzie się za nas czy (ewentualnie) z naszego powodu wstydził; i wreszcie musiała nadejść ta noc, że wśród ciemności ujrzałem i pojąłem naturę mojej pracy, która w istocie rzeczy nie jest niczym innym jak dalszym kopaniem tego samego grobu, który inni zaczęli kopać dla mnie w powietrzu, ale nie wystarczyło im czasu, by skończyć, w pośpiechu, nawet bez żadnej szatańskiej drwiny, skądże, tylko tak, byle jak, nie rozglądając się wokół, wcisnęli mi do ręki narzędzie i zostawili samego, bym dokończył, tak jak potrafię, zaczętą przez nich pracę.

[…]

Skoro jednak nie chciałem postrzegać własnego życia jako pasma kolejnych przypadków poprzedzonych podobnie przypadkowymi narodzinami, gdyż byłoby to chyba dość niegodziwe traktowanie życia, a ja traktuję je raczej jako drogę poznania, która zaspokaja moją próżność, w obecności doktora Oblatha, że tak powiem, w asyście doktora Oblatha musiałem poruszyć kwestię: moje życie postrzegane jako możliwość twojego zaistnienia, która w świetle ciągłego poznawania i w cieniu mijającego czasu przybrała wreszcie ostateczną postać: twoje nieistnienie postrzegane jako konieczne i ostateczne zniszczenie mojego istnienia. Gdyż tylko tak zys-kuje sens to wszystko, co się wydarzyło, co zrobiłem, co ze mną zrobiono, tylko tak może mieć sens moje bezsensowne życie i dalsza praca nad tym wszystkim, co kiedyś rozpocząłem, nad życiem i pisaniem, obojętne nad czym, nad jednym i nad drugim, bo przecież pióro jest moją łopatą, kiedy patrzę przed siebie, widzę tylko to, co jest za mną, kiedy spoglądam na papier, spoglądam wyłącznie w przeszłość: i szła po zielono-niebieskim dywanie, jak gdyby kroczyła po morzu, chciała ze mną porozmawiać, właśnie się dowiedziała, że ja to jestem ja, B., pisarz i tłumacz, czytała „mój tekst" i musi koniecznie o nim ze mną porozmawiać, powiedziała, i rozmawialiśmy, aż trafiliśmy do łóżka - mój Boże! - i później też rozmawialiśmy, w trakcie, bez przerwy.

[…]

Auschwitz jest w moim przekonaniu wyobrażeniem i dziełem ludzi postrzeganych jako pewna organizacja. Kiedy cała ludzkość zacznie śnić, z tych snów z całą pewnością narodzi się Moosbrugger, sympatyczny morderca seksualny z Człowieka bez właściwości Musila, powiedziałem, o ile dobrze pamiętam. Tak, całość, na którą składa się życie jednostek, no i precyzja, z jaką to wszystko zostało przeprowadzone: oto całe wytłumaczenie, ni mniej, ni więcej, wszystko, co jest możliwe, kiedyś się zdarzy, a możliwe jest tylko to, co się zdarza, powiedział K., wielki smutny mędrzec, który dokładnie wiedział, co może powstać z życia pojedynczych ludzi, kiedy zbrodniczy szaleńcy racjonalnie spojrzą na świat, a świat racjonalnie spojrzy na nich, czyli im ulegnie. I nie mówcie, powiedziałem, o ile dobrze pamiętam, że to wytłumaczenie jest tautologicznym tłumaczeniem faktów za pomocą faktów, a wytłumaczenie, nawet jeżeli trudno się wam z tym pogodzić, jest takie, że mają nad nami władzę pospolici złoczyńcy, trudno jest się wam pogodzić z tym, nawet jeśli nazywacie ich pospolitymi złoczyńcami, a jednak, kiedy zbrodniczy szaleniec zamiast w domu wariatów albo w więzieniu znajdzie się na kanclerskim urzędzie czy zostanie przywódcą, natychmiast widzicie w tym coś interesującego, oryginalnego, nadzwyczajnego i nie macie odwagi nawet w duchu się przyznać, ze szukacie w nich wielkości, aby nie czuć się małymi, historia ludzkości wydaje się wam czymś niemożliwym, powiedziałem, o ile dobrze pamiętam, że można nadal racjonalnie patrzeć na świat i że ten świat może podobnie racjonalnie patrzeć na was.

[…]

Postaram się streszczać, siedzą tu przecież przede mną sami starzy wyjadacze, powiem tyle, że był obóz, zima, transport chorych, bydlęce wagony, jedna racja żywnościowa na drogę, o której nikt nie wiedział, ile potrwa dni, dziesiąta część potrzebnej człowiekowi ilości pożywienia, leżałem na skleconych z drewna noszach i nie zdejmowałem wzroku z - nie wiem, dlaczego tak go nazywano - „pana nauczyciela", czy raczej szkieletu, do którego trafiła moja racja, załadowali nas do wagonów, oczywiście stan ciągle się nie zgadzał, wrzask, szamotanina i kopniak, poczułem, że złapali moje nosze i postawili przed następnym wagonem, i nie widziałem już ani „pana nauczyciela", ani mojej racji: to wystarczy, żebyście mogli sobie wyobrazić tamtą sytuację. I to, co wtedy czułem: po pierwsze, nie mogłem nakarmić mojego wiecznego dręczyciela, głodu, tej obcej, od dawna wściekle domagającej się swego bestii, a teraz pojawiła się kolejna bestia, nadzieja, która na razie cicho, zdławionym głosem, ale ciągle jednak powtarzała, że wbrew wszystkiemu istnieje jakaś szansa na przetrwanie. Tylko że brak mojej racji jednoznacznie stawiał ją pod znakiem zapytania, z drugiej zaś strony, tłumaczyłem sobie chłodno, moja racja podwaja szansę przeżycia „pana nauczyciela" - tyle zostało z mojej racji, myślałem sobie, może nie z radością, ale rzeczowo. I co zobaczyłem kilka minut później? Nawołując i niespokojnie szukając mnie wzrokiem, zbliża się „pan nauczyciel", w ręku trzyma moją rację, dostrzega mnie leżącego na noszach i kładzie mi rację na brzuchu; chcę coś powiedzieć, najwyraźniej widać po mnie zdziwienie, a on, biegnąc już z powrotem - gdyby zobaczyli, że oddalił się ze swojego miejsca, natychmiast by go zatłukli - on, z wyrazem oburzenia na drobnej, gotowej na śmierć twarzy, mówi: „Jak ci coś takiego mogło przyjść do głowy?!..." Oto cała historia, i jeżeli nawet nie chcę postrzegać własnego życia jako pasma przypadków, od przypadkowych narodzin przez kolejne przypadki, gdyż to byłoby przecież niegodziwe traktowanie życia, tym bardziej nie chcę postrzegać wszystkiego tak, jak gdyby wszystko wydarzało się wyłącznie po to, abym to ja pozostał przy życiu, gdyż takie rozumowanie świadczyłoby o jeszcze bardziej niegodziwym traktowaniu życia, choć nie da się ukryć, że „pan nauczyciel" dlatego uczynił to, co uczynił, żebym ja przeżył, ale tak jest wyłącznie, gdy się patrzy na to wydarzenie z mojego punktu widzenia, gdyż nim z całą pewnością powodowało coś zupełnie innego, to, co zrobił dla mnie, przede wszystkim uczynił dla siebie. I to jest pytanie, dajcie mi jakieś wytłumaczenie, jeśli potraficie, dlaczego to zrobił. I nie próbujcie uciekać w słowa, bo przecież doskonale wiecie, że w pewnych okolicznościach, mówiąc obrazowo, w pewnej temperaturze, słowa tracą swoją postać, treść, znaczenie, po prostu ulatują, i jedynie czyny, jedynie same czyny okazują się czymś stałym, czymś, co można wziąć do ręki i zbadać, niczym kawałek minerału, niczym kryształ. Jeżeli więc przyjmiemy takie założenie, a przecież jest oczywiste, że innego założenia przyjąć nie możemy, że w sytuacji ekstremalnej, jaką jest obóz koncentracyjny, w obliczu całkowitego cielesnego i psychicznego spustoszenia, w wyniku którego umiejętność oceny sytuacji staje się ograniczona, właściwie każdym powoduje pragnienie pozostania przy życiu, kiedy jednak zastanowimy się, że „panu nauczycielowi" dana została podwójna szansa przeżycia, a on tę podwójną szansę, czyli wyrażając się jeszcze ściślej, jeszcze jedną szansę ponad tę, którą sam miał, która właściwie była szansą innej osoby, odrzucił, wskazuje to, że właśnie skorzystanie z tej drugiej szansy zniszczyłoby jego jedyną własną szansę, która pozwoli mu żyć i pozostać przy życiu; a zatem istnieje coś, i proszę, nie próbujcie tego nazywać, istnieje coś nieskażone niczym obcym, naszym ciałem, naszym duchem ani jakimkolwiek zwierzęcym instynktem, istnieje idea, która w umysłach nas wszystkich jest takim samym wyobrażeniem, tak, idea, jak to powiedzieć, której nienaruszalność i ochrona, czy jak tam chcecie, jest jedyną prawdziwą szansą „pana nauczyciela", że bez niej nie istnieje dla „pana nauczyciela" szansa przeżycia, że bez tego wyobrażenia, bez jasnego, niezakłóconego ocalenia i utrzymywania w stanie nienaruszonym tego pojęcia, nie zechce i nie będzie umiał żyć.

[…]

ja udałem jednak, że tej uwagi, niczym małego uchybienia, niepsującego zresztą czaru chwili, przynajmniej tak długo, jak długo był w niej czar, nie dosłyszałem i bez wahania odparłem, że to coś to wolność, z tego powodu przede wszystkim wolność, że „pan nauczyciel" nie to uczynił, co musiał uczynić, co winien był uczynić w obliczu szaleństwa, głodu, nakazów instynktu samozachowawczego i władzy pozostającej w kazirodczym związku z szaleństwem, instynktem samozachowawczym i głodem, ale przecząc im wszystkim, postąpił inaczej, tak jak nie musiał, i zrobił coś, czego nikt kierujący się zdrowym rozsądkiem nie mógł od niego oczekiwać. Moja żona (wtedy jeszcze nie żona) na chwilę umilkła, po czym nagle - pamiętam jej głos drżący ze wzruszenia i podniecenia, że się odważyła, pamiętam jej uniesioną w górę twarz, miękko, ale zdecydowanie pojawiającą się i niknącą wśród mknących świateł nocy, niczym pierwszy plan filmu z lat trzydziestych, przynajmniej wtedy tak mi się wydawało, i może nawet tak było, choć właściwie dlaczego miało tak być, przecież nic nigdy nie jest takie, jakie się nam wydaje albo jakie chcemy, żeby było, świat nie jest naszym wyobrażeniem, lecz naszym koszmarem, pełnym niewyobrażalnych niespodzianek - nagle stwierdziła, że muszę być bardzo samotny i smutny, i choć mam wiele doświadczeń, bardzo niedoświadczony, skoro aż tak bardzo nie dowierzam ludziom, że muszę na silę tworzyć reguły, żeby wytłumaczyć naturalny (tak właśnie powiedziała: naturalny), naturalny i przyzwoity ludzki gest.

[…]

Rozmyślam o tym wszystkim z dokładnością i plastycznością godną profesji pisarza i tłumacza, w chwilę po zakończeniu swojego długiego, boleśnie trwałego związku, który wtedy, tak mi się przynajmniej wydawało, bardzo mnie męczył, czułem, że zagraża mojej wolności, koniecznej, wręcz nieodzownej, abym mógł pracować, ale który później skłonił mnie, by z rozwagą przemyśleć wiele spraw. Zwłaszcza iż nie mogłem nie zauważyć, że odzyskanie upragnionej, wytęsknionej wolności wcale nie przełożyło się na oczekiwany zapał do pracy, a nawet z zaskoczeniem muszę stwierdzić, że w czasie, kiedy walczyłem o swą wolność, niezdecydowany, z coraz większą siłą i z coraz większą złością zrywałem i wracałem, pracowałem o wiele wydajniej niż teraz, kiedy wprawdzie znowu jestem wolny, ale znudzony i wewnętrznie pusty.

[…]

Posunąłem się tak daleko, że zbudowałem sobie teorię, której najlepszym dowodem są moje ówczesne notatki. Zgodnie z nią kompleks syna odrzuconego przez ojca przybliża do transcendencji, kompleks syna odrzuconego przez matkę, a za takiego siebie uważałem, sprawia, że nasza osobowość jest pełna zmysłowości, plastyczna, elastyczna i łatwa do formowania. Elementy pierwszego możemy znaleźć u Kafki, drugiego u Prousta czy Josepha Rotha. Moja teoria nie miała chyba jednak zbyt mocnych podstaw i dzisiaj nie odważyłbym się jej ani opisywać, ani nawet poruszać w leniwych rozmowach, toczonych gdzieś około północy, zwłaszcza że już przestała mnie interesować, odszedłem od niej bardzo daleko, i jeżeli jeszcze ją pamiętam, to tylko jako mały, nieważny, niepewny krok ku prawdziwemu zrozumieniu, na długiej, bezkresnej drodze do świadomego samounicestwienia; pozostaje jednak faktem, że w wyniku tego kompleksu zyskiwała moja praca, a traciłem ja sam, może nie odmieniło się całe moje życie, ale po moim zachowaniu z łatwością można się było domyślić, że w głębi duszy odgrywam rolę syna odtrąconego przez matkę, i choć wstyd mi się do tego przyznać, pragnę zmagać się z tym cudownym bólem, którego najwyraźniej potrzebuję, by móc pracować (oczywiście oprócz wolności potrzebnej mi ponad wszystko). Tak, wydaje się bowiem, że to ból daje mi twórczą siłę, bez względu na to, jaką muszę zapłacić cenę, i bez względu na fakt, że owa twórcza siła jest formą kompensacji, istota jest w formie, w tym, że ból pozwala mi żyć w stanie podniecenia, a nawet jeśli tak nie jest, i tak jest mi to chyba zupełnie obojętne: uczucie bólu bezustannie i nierozerwalnie łączy się dla mnie z obrazem życia, z najprawdziwszym - tego jestem pewien - najprawdziwszym obrazem życia. W ten sposób jednak zyskałem wytłumaczenie fenomenu, o którym przed chwilą mówiłem, że zyskawszy całkowitą wolność, nie walczę już o nią z taką siłą, a wśród duchowych męczarni pracuję w znacznie większym tempie: nerwica spowodowana kompleksem (czy też powodująca kompleks) sprawia, że kiedy jej siła słabnie, maleje moja chęć do pracy, kiedy zaś spotyka mnie kolejne traumatyczne przeżycie, podnoszące poziom dręczącej mnie nerwicy, chęć do pracy płonie we mnie z nową siłą.

[…]

Tyle że spośród dwóch węgierskich więzień, więzienia wiążącego się ze zdobyciem mieszkania i więzienia wiążącego się z jego nieposiadaniem, to drugie bardziej mi odpowiadało, w nim bowiem - w węgierskim więzieniu bezdomności - mogłem żyć, jak chciałem, mogłem żyć dla siebie, w ukryciu, chroniony przed zepsuciem, choć to więzienie, skoro już obstajemy przy tym określeniu, bo było ono raczej puszką po konserwach, nagle, za czarodziejskim dotknięciem mojej żony, otwarło się, a moje sublokatorskie życie stało się bezbronne, zdemaskowane, przed niczym już niechroniące, takiego życia nie mogłem dłużej znieść, podobnie jak później, ani nawet teraz znieść go nie potrafię, podobnie jak nieznośne wydaje się każde życie, o ile postrzegamy je poprzez pryzmat poznania, gdyż to właśnie nieznośność życia prowadzi nas do wiedzy, w której świetle spostrzegamy, że nasze życie jest nie do zniesienia - i rzeczywiście, jest nie do zniesienia, skoro mogą je nam odebrać. Istotnie, tak żyłem w tym sublokatorskim pokoju, jak gdybym nie żył w pełni, moje życie było zredukowane, tymczasowe, chaotyczne (poważnie traktowałem jedynie moją pracę), żyłem z niejasnym i z całą pewnością niewymagającym wyjaśnienia uczuciem, iż muszę czymś wypełnić (najlepiej pracą) ten nie wiadomo jak długi czas pomiędzy dwoma rzeczywistymi zdarzeniami mojego życia: moim przyjściem na świat i odejściem z tego świata; choć przecież jedynie ten czas jest moim czasem, tylko z tego czasu muszę się rozliczać, ale nie wiem dlaczego i przed kim, w szczególności przed samym sobą, abym zrozumiał to, co muszę zrozumieć, i zrobił to, co mogę zrobić, i dopiero potem rozliczył się przed wszystkimi, czyli przed nikim, albo przed kimkolwiek, kto później będzie się za mnie albo (ewentualnie) z mojego powodu wstydził, gdyż nie mogę się rozliczać ani z czasu przed moim przyjściem na świat, ani z czasu, który nastąpi potem, gdy go już opuszczę, nawet jeżeli każdy z nich może mieć cokolwiek wspólnego z moim jedynym czasem, w co, znaczy w to, że mogą mieć ze sobą coś wspólnego, nie bardzo wierzę.

[…]

Czuję, że od urodzenia mam naturę gościa hotelowego, ale zmieniły się czasy i mogłem tylko zostać mieszkańcem obozów i sublokatorskich pokoi - zapisałem w moim notesie, z którego teraz, po kilkudziesięciu latach, przepisuję zdania do kolejnego notesu i z zaskoczeniem spostrzegam, że już wtedy coś takiego sobie zanotowałem, czyli już wtedy widziałem wyraźnie swoją sytuację, swoje nieznośne położenie i nieznośne życie. Wtedy, pamiętam, wiele cierpiałem z powodu poczucia, które właściwie mógłbym nazwać krzywdą i które na własny użytek określiłem mianem „poczucia obcości". Poczucia tego doświadczyłem już we wczesnym dzieciństwie, towarzyszyło mi ono właściwie przez całe życie, ale wtedy nie odstępowało mnie ani na chwilę, w dzień nie pozwalając pracować, w nocy spać, czułem się do niemożliwości spięty i bezwładnie bezradny. Nie było ono tworem mojej wyobraźni, lecz miało podłoże w mającej przyczyny nerwicy i, sądzę, brało się z mojej rzeczywistej sytuacji, mojego położenia jako człowieka. Czasami zaczynało się od zdziwienia, czasami od gwałtownego doznania, że moje życie wisi na włosku, nie o to chodziło, czy będę żył, czy umrę, mowy nie było tu o śmierci, mowa była wyłącznie o życiu, tylko że życie nagle przybierało we mnie postać i formę całkowitej niepewności, a właściwie braku formy, nie byłem pewien realności, tak, całkowicie straciłem zaufanie do własnych zmysłów, do nader wątpliwych doświadczeń, jakich za ich pośrednictwem doznawałem, do realnego istnienia samego siebie i własnego otoczenia, które to istnienie, jak już powiedziałem, w chwilach takich przeżyć - czy raczej ataków, napadów przeżyć -z sobą samym i z otoczeniem łączyła mnie jedynie cieniutka nić, a tą nicią był mój umysł.

[…]

…gdyby zatem jeden jedyny raz ziściła się taka nierealna chwila, może wtedy uwolniłbym się od «poczucia obcości*, może nauczyłbym się wiedzieć, poznał, co to znaczy być". Ale ponieważ jest to niemożliwe, gdyż nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co jest źródłem przyczyny naszego istnienia, nigdy nie poznamy celu naszej tu obecności i nie dowiemy się, dlaczego mamy stąd zniknąć, skoro się kiedyś pojawiliśmy, napisałem. Nie wiem, napisałem, dlaczego zamiast życia, które być może gdzieś istnieje, muszę żyć tylko jakąś jego cząstką, która została mi dana: dlaczego muszę żyć jako ta płeć, to ciało, ta świadomość, ten los, w tym geograficznym położeniu, w tym języku, w tej historii, w tym sublokatorskim pokoju, napisałem. I teraz, kiedy piszę to, co kiedyś już napisałem, nagle ożywa we mnie pewna noc, pewien sen czy, ściśle, jawa, a może sen na jawie czy jawa we śnie, nie wiem, ale pamiętam dokładnie, tak jak gdyby zdarzyło się to wczoraj. Przebudziło mnie wtedy gwałtowne, nieznane przedtem „poczucie obcości", a może wtedy właśnie zasnąłem, nie wiem, i właściwie nie ma to już znaczenia. Była świetlista noc, tak jak i ta dzisiaj, aksamitnie czarna i pełna blasku, przeniknięta nieruchomą, milczącą, niewzruszoną świadomością, i nagle zrozumiałem, że to niemożliwe, by ta przejmująca, cierpiąca świadomość nagle przestała istnieć i znikła z tego świata. Tak, a poza tym ta świadomość nie była przecież moją świadomością, była raczej świadomością o mnie, ja zaś jedynie miałem na jej temat wiedzę, ale nie mogłem nią dysponować, jak gdyby była to świadomość nienależąca wyłącznie do mnie, tylko ciągle gdzieś się pojawiająca i niepozwalająca uwolnić się od siebie, niepotrzebnie i na próżno zadręczająca mnie na śmierć.

[…]

Powiedziałem, że totalitaryzm jest sytuacją bezsensowną, i wszystkie sytuacje, jakie powstają w totalitaryzmie, są bezsensowne, choć powiedziałem, i to jest właśnie najbardziej bez sensu, że poprzez istotę naszego życia, poprzez sam fakt utrzymania się przy życiu przyczyniamy się do trwania totalitaryzmu, o tyle oczywiście, o ile staramy się przy życiu utrzymać; a to jedynie sprawa organizacji, jej, że tak powiem, naturalny, prymitywny podstęp. Hipotezy totalitaryzmu w naturalny sposób oparte są na Nicości. Selekcja, zepchnięcie na margines i wszystkie pochodne pojęcia są pojęciami pozbawionymi treści, a opisywana przez nie rzeczywistość to jedynie skrajny naturalizm, jak choćby zapędzanie ludzi do komór gazowych, powiedziałem. Boję się, że to wszystko wcale nie jest zabawne, i kiedy teraz się zastanawiam, czy kiedy mówiłem te słowa, kierował mną jakiś zamiar, wydaje mi się, że nie; przypominam sobie, że powodował mną jedynie niepokój i przymus mówienia, podobnie jak kilka godzin wcześniej w tym samym towarzystwie wydawało mi się, jakkolwiek brzmi to dziwacznie czy dziwnie, że tę idącą obok mnie, stukającą wysokimi obcasami kobietę, którą w świetle nocy widziałem z profilu, choć nie starałem się wcale jej widzieć, bo we mnie był jeszcze ten obraz, jak idzie ku mnie przez zielononiebieski dywan, jak gdyby kroczyła po morzu, że tę idącą u mojego boku kobietę interesuje to, co mówię. Kat i ofiara, powiedziałem, w totalitaryzmie, tak jak w tamtej kwestii, w kwestii Nicości, służyli tej samej sprawie, choć oczywiście, powiedziałem, służyli niejednakowo. I choć czyn „pana nauczyciela" był czynem dokonanym w rzeczywistości totalitarnej, wymuszonym przez rzeczywistość totalitarną, był czynem wynikającym z totalitaryzmu, a więc z bezsensu, sam czyn był aktem totalnego zwycięstwa odniesionego nad totalnym bezsensem, to właśnie tutaj, w świecie totalnego zniszczenia i zagłady, mogła się ziścić idea „pana nauczyciela", a nawet stać się niezniszczalna.

[…]

Okazało się, że nie piszę po to, by odnaleźć w tym radość, wręcz przeciwnie, pisząc, szukam bólu, coraz silniejszego, coraz bardziej nieznośnego bólu, tak, zapewne dlatego, że ból jest prawdą, a na to, co jest prawdą, istnieje bardzo prosta odpowiedź: prawda nas zjada, napisałem.

[…]

Dlatego piszę, że muszę pisać, dlatego piszę, że co dzień mnie poganiają, bym głębiej rył łopatą i mocniejszym, słodszym głosem wyśpiewywał nuty własnej śmierci? Jak mam więc podsumować tę jedną jedyną rzecz, jaka mi pozostała na tej ziemi, pielęgnując w sobie jednocześnie złudne myśli o efekcie, o literaturze, a zwłaszcza o sukcesie; jak może ktokolwiek, nawet moja żona, żądać ode mnie, bym czynił spektakularny użytek z mojego samounicestwienia, bym za jego pomocą, niczym złodziej podrobionym kluczem, wdarł się w przyszłość literatury czy jakąkolwiek inną przyszłość, z której mnie już w chwili moich narodzin wykluczono i z której ja również sam się wykluczyłem, i wykonywał zadania tymi samymi narzędziami, którymi muszę kopać własny grób w chmurach, w wietrze, w nicości? Pytanie tylko, czy ja sam miałem do końca świadomość własnego położenia, tak jak to w tej chwili opisuję. Chyba jednak nie, ale z pewnością się starałem i, że tak powiem, byłem pełen dobrej woli. Co zaś wtedy myślałem, z jakimi zmagałem się uczuciami, najlepiej pokazuje fragment kartki, na której znalazłem zapiski dotyczące mojego małżeństwa. Z całą pewnością zamierzałem położyć tę kartkę obok filiżanki z herbatą mojej żony, jak często robiłem, kiedy pracując długo w nocy, nie wstawałem rano na śniadanie. Na kartce zapisałem: „...abyśmy mogli się kochać, jednocześnie pozostając wolnymi; choć dobrze wiem, że żadne z nas nie może się wyzwolić ze swojego losu, losu mężczyzny i losu kobiety, i że będziemy mieli swój udział w męce, na którą skazała nas tajemna i chyba niezbyt rozumna natura: i znów wyciągnę do ciebie dłoń i będę pragnął, tylko i wyłącznie tego będę pragnął, byś należała do mnie; a kiedy i ty wyciągniesz dłoń, i wreszcie będziesz moja, zacznę odsuwać się od ciebie, by zachować to, co postrzegam jako wolność..."

[…]

I teraz już wiedział to, co winien był wiedzieć, że to wcale nie przypadek go tutaj sprowadził, i może nawet nigdy się stąd nie oddalał, bo to jest miejsce jego pokuty. I nie pytaj, powiedziałem mojej żonie, dlaczego, bo grzech i pokuta to takie pojęcia, pomiędzy którymi tylko ludzkie istnienie tworzy żywy związek, o ile tworzy oczywiście, ale jeśli tworzy, by popełnić grzech, wystarczy po prostu istnieć, el delito mayor del hombre es haber nacido, jak czytamy, powiedziałem mojej żonie. Opowiedziałem jej także sen, od dawna powracający stale sen, który wtedy od pewnego czasu już mi się nie śnił, a w tamtych dniach nieoczekiwanie powrócił. Wszystko dzieje się zawsze tam, tak, zawsze tam, w tamtym miejscu, w tamtej narożnej kamienicy. Nie widzę otoczenia, a mam całkowitą pewność. Może podpowiadają mi to grube, upiornie szare ściany starego domu. I trafika, do której prowadzą nierówne, strome schodki. Tam na górze jest jak w szczurzej norze: spróchniały mrok i smród. Dziś budka stoi już dalej, obok rogu kamienicy. Nie mam żadnego powodu, żeby wejść do środka. Wchodzę. Ale to nie jest budka, pomieszczenie jest większe, jaśniejsze, suche i ciepłe, jak strych. Siedzą tam, na starej kanapie, stojącej na cementowej podłodze, naprzeciw dachowego okna? czy może innego, niewyraźnego źródła światła, iskrzącego smugami na gęstych drobinach kurzu. Wszystko wskazuje na to, że dopiero przed chwilą usiedli, choć wcześniej, przez dziesiątki lat czekali w pozycji leżącej na moją wizytę, wizytę niedbającego o nich wnuka, zabójcy wszelkiej nadziei. Dwoje staruszków w blasku kurzu, jeden wielki wyrzut. Tak słabi, że ledwie się poruszają. Daję im przyniesioną szynkę. Cieszą się, ale nadal są zagniewani. Mówią coś, ale nie rozumiem co. Mój dziadek ukrywa w dłoniach szarą, porośniętą zarostem twarz i pochyla się nad szynką, którą przed chwilą wyjął z papieru. Na twarzy babci widzę starcze plamy. Narzeka na ból głowy i szum w uszach. I że musiała tak długo, zbyt długo na mnie czekać. Widzę, jak niewiele im dałem, przynosząc tę szynkę. Są potwornie głodni i osamotnieni. Robię kilka gestów, niczym tłumaczący się przed nauczycielem uczeń. Ciężko mi na sercu, jak gdyby przytłaczały je kamienne schody. A potem wszystko niknie, ulatuje, rozpływa się, niczym wstydliwa tajemnica. Dlaczego musimy żyć, wiecznie odwracając ze wstydu twarz?

[…]

Byliśmy skazani na dzieciństwo niczym na śmierć, czytam. Często rozmyślałem o moim dzieciństwie, czytam, pojęcie władzy zawsze było dla mnie jednoznaczne z pojęciem terroru, i widzę nawiązujący do tych słów (słów Thomasa Bernharda) własny komentarz: „a terror zawsze oznaczał władzę ojcowską". Dalej czytam już tylko własne zapiski: „Obowiązek wychowania, którego w żaden sposób nie potrafię pogodzić z..", „Niczym zmora kierować snami innej osoby, odgrywać w czyimś życiu rolę, rolę ojca, a więc rolę losu, to jedna z potworności, w której najgorsze jest...", „że (w dzieciństwie, a więc od tego czasu) wszystko, co było mną, zawsze było przewinieniem, a cnotę stanowiło, kiedy zaprzeczałem samemu sobie i swoim zachowaniem siebie mordowałem..." „Babcia zawsze miała nieświeży oddech. Rzeczywiście: jej oddech czuć było naftaliną. Oddech mieszkania w Józsefvaros. Anachroniczny oddech monarchii. Mieszkanie było ciemne, tak jak cała epoka, której chorym i ciemnym dziedzictwem były lata trzydzieste. Ciemne meble, dom z galeryjką, życie jednych toczące się na oczach drugich, mleczna kawa do kolacji, pokruszona maca w kubku, zakaz zapalania światła, dziadek czytający po ciemku gazetę, alkowa z ciemnymi, zatęchłymi, morderczymi myślami we wszystkich tajemniczych kątach. Nocne polowania na pluskwy...", „Powoli osaczyłbym cię tymi historiami, które, choć z nimi nie masz nic wspólnego, stanęłyby przed tobą niczym barykada...", „Jaką nędzą było moje dzieciństwo i jak niecierpliwie starałem się dorastać, przekonany o potajemnym przymierzu dorosłych, którzy z poczuciem pełnego bezpieczeństwa żyją w świecie naznaczonym sadyzmem", i tak dalej.

[…]

Drugim irracjonalnym argumentem była pewna wyprawa, którą odbywałem z ojcem tramwajem. Nie pamiętam już dokąd, do kogo i dlaczego tam jeździliśmy. Wyprawa ta była znacznie mniej ważna niż sam rozwód. A jednak. Z przystanku, na którym wysiadaliśmy, trzeba było iść przed siebie. Powiedziałem ojcu, że z kolejnego przystanku musielibyśmy wrócić tylko kilka kroków. Odpowiedź brzmiała: Nie wracam. Pytanie: Dlaczego? Odpowiedź: Bo nie wracam. Kolejne pytanie: Dlaczego? Kolejna odpowiedź: Już mówiłem, bo nigdy nie wracam. Czułem, że za tym jego uporem kryje się głęboka treść, której nie potrafiłem odgadnąć. Czułem, że mój umysł jest tu zupełnie bezradny, niczym wobec jakiejś objawionej tajemnicy. Mogłem i musiałem się domyślać niewytłumaczalnej, choć nieodwołalnie obowiązującej zasady, wyznawanej przez mojego ojca, i związanej z władzą, jaką nade mną posiada.

[…]

Rzeczywiście, porządek w internacie oparty był na prostych zasadach, na zasadzie autorytetu i władzy ojcowskiej, powiedziałem mojej żonie. Po prostu powielał zasady, na których oparty był cały świat, i te zasady z przyzwyczajenia czy przez zabawną pomyłkę, czy z przyzwyczajenia, które stało się zabawną pomyłką, uznawał za podstawę swojej władzy, powiedziałem mojej żonie. Na ścianach wisiały portrety węgierskich uzurpatorów władzy ojcowskiej: królów, cesarzy, sekretarzy stanu, wśród nich portret jego wysokości regenta, w admiralskiej czapce i zagadkowym mundurze z epoletami. Z perspektywy czasu zaś budzi się we mnie podejrzenie, powiedziałem mojej żonie, że na funkcjonowanie internatu duży wpływ miały zasady stosowane w Anglii, angielskie systemy wychowawcze, lekko pomieszane z niemieckimi, austriacko-niemieckimi, nie, austriacko-węgierskimi, nie, niemiecko-austriacko-węgierskimi systemami, lekko zmienionymi przez zasady wyznawane przez zasymilowaną żydowską mniejszość, niejako tutejszy genius loci [z łac. duch opiekuńczy danego miejsca – przyp. aut.]; z tą niewielką różnicą, że zamiast światowej elity kształcono budapeszteńskich mieszczan i drobnomieszczan. Zasady spartańskiego wychowania przejawiały się głównie w marnym wyżywieniu, kierownictwo internatu, kierując się zasadami nauki i angielskiego wychowania, po prostu kradło dzieciom jedzenie, to także genius loci, powiedziałem mojej żonie. Powiedziałem jej też o tablicy pamiątkowej. I o tym, jak bardzo mnie zaskoczyła. Nie wątpię, powiedziałem mojej żonie, że gdybym chciał, mógłbym się o niej, znaczy o tablicy, więcej dowiedzieć, o przyczynach, dla których się tam znalazła, i tak dalej, ale ja już nie chcę niczego więcej się dowiadywać. To prawda, że ten człowiek, dyrektor naszego internatu, a jednocześnie jego właściciel, miał ogromny autorytet, ale autorytet ten nie był ani trochę oparty na poszanowaniu jakichkolwiek wyższych wartości, tak jak zazwyczaj się dzieje, jego autorytet oparty był jedynie na nieokazywaniu strachu, powiedziałem mojej żonie, a sam dyrektor był właściwie śmieszną postacią (tu przypomniałem, że my, dzieci, przezywaliśmy go: Durek), drobny człowieczek z długimi, gęstymi, białożółtymi, zwisającymi wąsami i siwą, artystycznie rozwichrzoną czupryną, brzuchem, niczym oddzielna część ciała, nadęta jak piłka pod szarą kamizelką. Właściwie to wszystko, powiedziałem mojej żonie, niech się nie próbuje niczego nadzwyczajnego domyślać, żadne brutalne czyny ani ordynarne słowa nie dawały nam powodów do strachu. Ale strach, moja droga, powiedziałem do mojej żony, miewa różne oblicza, a kiedy już stanie się systemem i opanuje świat, często okazuje się tylko zabobonem. Nauczyciele się go bali, a przynajmniej tak się zachowywali, jak gdyby się bali. Zawsze się na niego powoływali, kiedy się zbliżał, skupiali się wszyscy i szeptali pomiędzy sobą. Dyrek! Idzie Dyrek! Ale on rzadko się zjawiał. Rozkazy i polecenia nadchodziły z jego mieszkania na piętrze, niczym z jakiejś twierdzy, i często nie były to wcale jego własne, tylko wymyślone w jego imieniu nakazy. Żyliśmy pod znakiem twierdzy, w cieniu twierdzy, z obłudą obserwując ją ze wzrokiem wiecznie wzniesionym ku jej wyżynom. Panowała powaga, w której prawdziwość nikt nie wątpił, i choć nas przytłaczała, nie można jej było odmówić rysu biurokratycznego humoru. Panował duch zabawy, sportu, zbliżających się egzaminów i matury seniorów. Duch nowoczesności. Ale pełen klasycznych tradycji, narodowych treści, narodowych wierszy, narodowej żałoby, narodowych przysiąg. Pamiętam nawet legendy, opowiadałem mojej żonie, krążące na temat talerzy, które tylnymi schodami prowadzącymi prosto do twierdzy noszono z kuchni znajdującej się w suterenie; zawsze znalazł się ktoś, kto widział, co akurat niesiono na górę na obiad czy na kolację dla Dyrektora i jego rodziny, podczas gdy my jedliśmy rozgotowane kartofle z papryką i czterema kawałkami kiełbasy, albo też pięć herbatników do wieczornej herbaty.

[…]

Byłem złym synem, złym uczniem i złym Żydem. Moje żydostwo pozostawało dla mnie niejasną okolicznością mojego pochodzenia, jedną z moich licznych przywar, siedzącą przed lustrem łysą kobietą w czerwonym szlafroku, powiedziałem mojej żonie. Powiedziałem też jej wiele innych rzeczy, wszystkiego już nawet nie pamiętam. Pamiętam, że bardzo ją tym męczyłem, ale sam też byłem i aż do dziś jestem bardzo zmęczony. Auschwitz, powiedziałem mojej żonie, w moim odczuciu wyrosło z nadmiaru cnót, w których duchu wychowywano mnie już od wczesnego dzieciństwa. Tak, już wtedy, metodami wychowawczymi stosowanymi w latach mojego dzieciństwa, niewybaczalnie mnie złamano, już wtedy rozpoczęło się moje nie-umieranie, powiedziałem mojej żonie. Byłem skromnym, nie zawsze przodującym w wynikach uczestnikiem cichego spisku wymierzonego przeciw mojemu życiu. Auschwitz, powiedziałem mojej żonie, jawiło mi się pod postacią ojca, tak, słowa ojciec i Auschwitz brzmią we mnie tym samym echem, powiedziałem mojej żonie. I jeżeli twierdzenie, że bóg to zgloryfikowany ojciec, jest prawdziwe, to mnie bóg objawił się pod postacią obozu w Auschwitz, powiedziałem mojej żonie. Wreszcie umilkłem i nie odzywałem się przez wiele dni, moja żona też wyglądała na zmęczoną, ale chyba nie zrozumiała tego, co jej powiedziałem, jak gdyby nie zrozumiała, co chciałem powiedzieć, albo zrozumiała mnie inaczej, moja żona wierzyła, że teraz, kiedy już wszystko powiedziałem, kiedy wszystko z siebie wyrzuciłem, wyplułem, poczułem się wolny, tak jak gdybym od tego wszystkiego mógł się uwolnić, jak gdyby można mnie było od tego uwolnić, tak się jej chyba wydawało, myślałem, choć widziałem jednocześnie, że niepewnie próbuje się do mnie zbliżyć i jakoś mnie zrozumieć.

[…]

Powtórzyła, że chciała mnie uratować, ale bezowocność jej starań, oddania i miłości zabiły w niej uczucia, którymi mnie darzyła, jest nieszczęśliwa, pozostało w niej tylko poczucie pustki i daremnego trudu. Powiedziała, że wiele mówiłem o wolności, ale wolność, na którą tak często się powoływałem, powiedziała moja żona, nie oznaczała wcale wolności, wolności artysty (tak powiedziała), wolności mojego zawodu, o ile wolność rozumiemy szerzej, jako siłę i akceptację, dodać do nich należy także odpowiedzialność, tak, i miłość, powiedziała moja żona; nie, ja pod pojęciem wolności zawsze rozumiałem jedynie wolność skierowaną przeciw czemuś albo komuś, powiedziała moja żona, atak albo ucieczkę, bądź obydwa naraz, bez tego nie istniała, i wygląda na to, że nie mogła istnieć dla mnie wolność, powiedziała moja żona. A kiedy akurat nie było „nikogo ani niczego", wówczas sam wynajdywałem i sam tworzyłem sobie takie sytuacje, by mieć przed czym uciekać i czemu się sprzeciwiać. I od lat okrutnie i podstępnie zmuszałem ją do tej potwornej, tym razem wreszcie musi być ze mną szczera, haniebnej (używając mojego określenia) roli, powiedziała moja żona, nie tak jednak, jak człowiek szuka pomocy w tym drugim, którego kocha, czy jak chory w lekarzu, nie, powiedziała moja żona, tak przymuszałem ją do tej roli (tu znów uciekła się do mojego ulubionego słowa), jak kat zmusza swoją ofiarę, powiedziała moja żona. Powiedziała, że zawróciłem jej w głowie swoim intelektem, potem wzbudziłem w niej współczucie, a kiedy już mi współczuła, uczyniłem z niej swojego słuchacza, słuchacza opowieści o moim strasznym dzieciństwie i okropnościach, które stały się moim udziałem, a kiedy ona chciała stać się uczestnikiem tych zdarzeń, by mnie wyprowadzić z ich labiryntu, z pułapki, tak, z bagna, i przywieść do siebie, do miłości, abyśmy wreszcie mogli razem wydostać się z tych moczarów i zostawić je na zawsze za sobą, jak chorobę czy złe wspomnienie, wtedy po prostu puściłem jej rękę (takiego wyrażenia użyła wtedy moja żona) i zacząłem biec z powrotem na bagna, i ona nie ma już siły, powiedziała moja żona, by drugi raz, czy kto wie, ile jeszcze razy, iść po mnie i mnie stamtąd wyciągać. Wygląda bowiem na to, powiedziała moja żona, że ja wcale nie chcę wydostać się z bagna mojego strasznego dzieciństwa i innych okropności, najwyraźniej nie ma dla mnie żadnej drogi, jakkolwiek by się dla mnie poświęciła, powiedziała moja żona, nawet gdyby poświęciła dla mnie życie, wie, widzi, że wszystko na próżno, że jej trud jest daremny. Tak, kiedy napotkaliśmy siebie (tego wyrażenia użyła moja żona), wydawało się jej, że to ja uczyłem ją żyć, a później z przerażeniem spostrzegła, ile jest we mnie destrukcyjnej siły i że ze mną czeka ją nie życie, ale samounicestwienie. I że mam chorą świadomość, powiedziała moja żona, i że to jest przyczyna wszystkiego, moja chora, zatruta świadomość, powtarzała bez końca, na zawsze zatruta, zgniła, toksyczna świadomość, której muszę się pozbyć, tak, powiedziała moja żona, uwolnić od niej, oderwać, jeżeli chcę żyć, a ona postanowiła, powtórzyła, że chce żyć.

[…]

W tamtych latach śnił mi się ponownie pewien sen, dziś już wiem, że wziął się z historii „pana nauczyciela", sen o moich ukrytych nadziejach i o zadaniach, jakie przede mną stoją. W tamtych latach zrozumiałem własne życie z jednej strony jako fakt, z drugiej strony jako formę duchowego istnienia, czy raczej formę istnienia w okolicznościach, w których przetrwanie było właściwie niemożliwe, a nawet niezamierzone, istnienie, które jednak domaga się swoich praw, domaga się nadania mu formy, tak jak kamień szlifu, by mógł trwać dalej, obojętne po co, obojętne dla kogo - dla każdego i dla nikogo, dla tych, którzy są, i dla tych, których nie ma, bez różnicy, dla tych, którzy będą się z naszego powodu (ewentualnie) za nas wstydzić; i formie tej, jako faktowi, mogłem położyć kres, ale tylko wówczas, tylko wtedy, kiedy tym faktem byłem ja sam. W tamtych latach spacerowałem w lesie z doktorem Oblathem. W tamtych latach zacząłem pisać karteczki o swoim małżeństwie. W tamtych latach odezwała się do mnie moja żona. I raz, kiedy czekałem na nią w naszej kawiarence, w nadziei, że teraz też przyniesie mi recepty, weszła, trzymając za rękę dwójkę dzieci. Ciemnooką dziewczynkę z bladymi plamkami piegów wokół noska i upartego chłopczyka z wesołymi, świdrującymi oczkami jak szaroniebieskie kamyczki. Przywitajcie się z wujkiem, powiedziała. To mnie wreszcie, raz na zawsze otrzeźwiło.

Imre Kertesz, Kadysz za nienarodzone dziecko

Introwertyczna powieść Imre Kertesza, węgierskiego pisarza i noblisty pochodzenia żydowskiego przenosi nas na początek na pogórza węgierskie do idylli uzdrowiskowej, potem do samego Budapesztu a i uprzednio w retrospekcjach do ludobójczego Auschwitz oraz w dzieciństwo narratora-autora, generalnie w lata przed i powojenne ubiegłego wieku. Bohater powieści w swej rozbrajającej spowiedzi czy raczej transkrypcji swego monologu wewnętrznego a może właśnie w żałobnej modlitwie to człowiek na równi płaskiej jak stół nieustannie wycofujący się z tego życia z-przypadku-do-przypadku co nie jest już na-raz skończoną śmiercią, to przede wszystkim też człowiek, którego przerasta a w zasadzie przeraża absolut drugiego człowieka z którym nigdy mu jakoś nie po drodze. W absurdzie egzystencji "porzuconej" człowieczeństwo ratuje zbuntowana przeciw sobie wolność jako idea fixe a nie wzajemna fascynacja sobą czy też nawzajem.



powrót ››