Blog

 

14.01.2023

Jeśli zimową nocą podróżny

„Głębia pozostaje ukryta.

Gdzie?

Na powierzchni rzeczy.”

[…]

To nie ulega wątpliwości, nie jest łatwo dobrać pozycję do czytania. Niegdyś czytano na stojąco, przed pulpitem. Pozycja stojąca była czymś zwyczajnym. Odpoczywano w ten sposób po zmęczeniu jazdą konną. Nikomu nie przyszło nigdy do głowy czytać, siedząc na koniu, a jednak teraz myśl, by czytać w siodle z książką rozłożoną na końskiej grzywie lub też zawieszoną za pomocą specjalnej uprzęży na końskich uszach, wydaje ci się pociągająca. Czytanie ze stopami w strzemionach powinno być bardzo wygodne. Uniesione nogi to pierwszy warunek do czerpania przyjemności z lektury. Dobrze zatem, na co czekasz? Wyciągnij nogi, stopy ułóż na poduszce albo na dwóch poduszkach, na poręczy kanapy, na oparciu fotela, na stoliku do herbaty, na biurku, na fortepianie, na globusie. Przedtem zdejmij buty. Oczywiście, jeśli zechcesz unieść nogi, bo jeśli nie zechcesz, włóż je z powrotem. Nie siedź tak z butami w jednej ręce, a z książką w drugiej.

[…]

A zatem przeczytałeś w gazecie, że ukazała się powieść Jeśli zimową nocą podróżny, nowa książka Itala Calvina, pisarza, który od wielu lat niczego nie opublikował. Zaszedłeś do księgarni i kupiłeś egzemplarz. Postąpiłeś słusznie. Jeszcze w oknie wystawy dostrzegłeś okładkę z poszukiwanym tytułem. Podążając tym widocznym tropem, utorowałeś sobie drogę poprzez zwarte zasieki Książek Nigdy Nie Przeczytanych, które spoglądały na ciebie ponuro z księgarskich stołów i półek, usiłując cię onieśmielić. Lecz ty wiesz, że nie powinieneś dać się zbić z tropu, że pośród nich rozciągają się całe hektary Książek Których Równie Dobrze Możesz Nie Czytać, Książek Przeznaczonych Do Innych Celów Niż Lektura, Książek Przeczytanych Jeszcze Zanim Je Otwarto Gdyż Należą Do Kategorii Tych Co Zostały Przeczytane Jeszcze Przed Napisaniem. Pokonujesz pierwszy obwód przedmurza i oto rusza na ciebie piechota Książek Które Z Pewnością Byś Przeczytał Gdybyś Miał Przed Sobą Więcej Niż Jedno Życie Ale Niestety Dni Ci Przeznaczonych Jest Tyle Ile Jest. Jednym susem przeskakujesz przez nie i kierujesz się pomiędzy zastęp Książek Które Masz Zamiar Przeczytać Chociaż Przedtem Powinieneś Przeczytać Inne, Te Nazbyt Drogie Które Będziesz Mógł Kupić Kiedyś Za Pół Ceny, Książek Jak Powyżej Gdy Ukażą Się W Wydaniu Kieszonkowym, Książek Które Przeczytali Już Wszyscy A Zatem Jest Tak Jakbyś Ty Przeczytał Je Także. Udaremniając te ataki, zmierzasz pod wieże fortyfikacji, gdzie stawiają opór: 

Książki Które Od Dawna Zamierzasz Przeczytać,

Książki Których Od Lat Poszukujesz Bez Powodzenia,

Książki Które Dotyczą Tego Czym Właśnie Się Zajmujesz,

Książki Które Chcesz Mieć Pod Ręką Na Wszelki Wypadek,

Książki Które Mógłbyś Odłożyć Na Wakacyjną Lekturę,

Książki Którymi Mógłbyś Zapełnić Wolne Miejsce W Swojej Bibliotece,

Książki Które Rozbudzają W Tobie Ciekawość Niespodziewaną Gwałtowną I Niezbyt Wyraźnie Usprawiedliwioną.

[…]

Jednym słowem, lepiej będzie, jeśli pohamujesz własną niecierpliwość i otworzysz książkę dopiero wtedy, gdy znajdziesz się w domu. Teraz tak. Jesteś w swoim pokoju, odprężasz się, otwierasz książkę na pierwszej stronie, nie, na ostatniej, przede wszystkim chcesz sprawdzić, czy jest długa. Nie jest zbyt długa, na szczęście. Długie powieści, jakie się teraz pisze, zawierają, być może, pewną wewnętrzną sprzeczność: wymiar czasu uległ rozbiciu, nie możemy żyć ani myśleć inaczej niż odłamkami czasu, z których każdy podąża własnym torem i natychmiast zanika. Ciągłość czasu odnaleźć można tylko w powieściach tej epoki, kiedy wydawało się, że czas wytrącony już został z bezruchu, a jeszcze nie uległ rozszczepieniu, epoki, która trwała mniej więcej sto lat, i na tym koniec. Obracasz książkę w rękach, przebiegasz oczami zdania z czwartej strony okładki, ze „skrzydełek”, zdania ogólnikowe,  niewiele  mówiące. Tym lepiej, nie ma słów, które nietaktownie chciałyby wybić się na pierwsze miejsce, przed słowa bezpośrednio skierowane do czytelnika, przed to, co sam będziesz musiał z lektury wycisnąć, nieważne, czy będzie to mało, czy dużo.  Zapewne owo krążenie wokół książki, czytanie o niej, zanim zacznie czytać się ją samą,  należy do przyjemności rozpoczynania nowej powieści, chociaż jak wszystkie wstępne rozkosze ma ona swój optymalny czas trwania,  jeśli ma służyć pobudzeniu przyjemności bardziej treściwej, jaką jest odbycie aktu, to znaczy lektura książki.

[…]

Jestem osobą, która zupełnie nie rzuca się w oczy, anonimową obecnością na jeszcze bardziej anonimowym tle, a jeśli ty, czytelniku, mogłeś mnie dostrzec pośród ludzi wysiadających z pociągu i śledziłeś moją wędrówkę pomiędzy barem a telefonem, to tylko dlatego, że nazywam się „ja”, i jest to jedyna rzecz, jaką o mnie wiesz, ale to wystarcza, abyś poczuł się skłonny utożsamić cząstkę samego siebie z tym nieznajomym „ja”. Podobnie postępuje pisarz, który nie mając zamiaru mówić o sobie,  postanawia obdarzyć bohatera zaimkiem „ja”, niemal po to, aby usunąć go z pola widzenia, uniknąć obowiązku nadania mu imienia czy opisania go, ponieważ każde imię i każda przydawka ograniczyłyby go bardziej niż ten nagi zaimek. Otóż ten autor, tylko z tego powodu, że napisał „ja”, czuje się niejako zobowiązany udzielić temu „ja” cząstki samego siebie, tego, co czuje lub wyobraża sobie, że czuje. Nie ma nic łatwiejszego ponad chęć utożsamienia się ze mną, jak dotąd moje zewnętrzne zachowanie jest zachowaniem człowieka, który stracił połączenie kolejowe, podobnej sytuacji każdy doświadczył, lecz sytuacja wytworzona na początku powieści odsyła zawsze do tego, co już się wydarzyło lub co ma się wydarzyć, i to właśnie wprowadza pewne  ryzyko  w  chęć  utożsamienia się ze mną, ryzyko dla ciebie jako czytelnika i dla niego jako autora; toteż im bardziej szary, banalny, nieokreślony i byle jaki jest początek tej powieści, tym bardziej ty sam i  autor  czujecie,  że cień niebezpieczeństwa pada na tę cząstkę waszego „ja”, tak nierozważnie utożsamionego z „ja” bohatera, bo przecież nie znacie historii, jaką on za sobą wlecze, podobnie jak wlecze tę walizkę, od której tak bardzo chciałby się uwolnić.

[…]

Nieznajomy mężczyzna miał skontaktować się ze mną zaraz po wyjściu z pociągu, gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Mężczyzna z walizką na kółkach, taką samą jak moja, pustą. Obie walizki zderzyłyby się niby przypadkiem przy stałym ruchu podróżnych na peronie, między jednym a drugim pociągiem. Drobne, na pozór przypadkowe zajście, nie do odróżnienia od tego, co dzieje się przypadkiem, ale z ust mężczyzny miało paść hasło, komentarz do tytułu gazety wystającej z mojej kieszeni, komentarz dotyczyłby wyniku gonitwy koni, „No tak, zwyciężył Zenon z Elei!”, a tymczasem rozłączylibyśmy nasze walizki, manewrując metalowymi prętami, może nawet wymienilibyśmy parę uwag o koniach, jakieś prognozy, zakłady, potem skierowalibyśmy się do rozbieżnych pociągów, każdy popychałby swoją walizkę. Nikt by tego nie zauważył,  ale  ja zostałbym z walizką tamtego, a on zabrałby moją.

[…]

Na próżno powtarzam sobie, że nie ma już prowincjonalnych miast, a może nawet nigdy ich nie było; wszystkie miejsca błyskawicznie komunikują się ze sobą, poczucia osamotnienia doświadcza się tylko podczas przejazdu z jednego miejsca na drugie, to znaczy wtedy, gdy nie jest się w żadnym miejscu. Ja właśnie znajduję się tutaj, nie będąc ani tu, ani gdziekolwiek indziej, jestem rozpoznawalny jako obcy przez nieobcych, w takim samym stopniu, w jakim ja rozpoznaję nieobcych i im zazdroszczę.   Tak,   zazdroszczę.   Przypatruję   się   z zewnątrz przeciętnemu wieczornemu życiu przeciętnego małego miasta i zdaję sobie sprawę, że będę pozbawiony takich przeciętnych wieczorów jeszcze kto wie jak długo, i rozmyślam o tysiącach podobnych miast, o setkach tysięcy oświetlonych lokali, gdzie o tej porze ludzie czekają, aż zapadnie zmierzch, a w ich głowach nie powstaje ani jedna z myśli, które mnie opadają, być może zaprzątają ich inne myśli, również wcale nie do pozazdroszczenia, lecz w tej  chwili  byłbym  skłonny   zamienić   się   z   każdym   z   nich.   Choćby z którymkolwiek z tych młodzieńców, którzy krążą wśród sklepikarzy   i zbierają podpisy pod petycję do władz miejskich w sprawie podatków od reklam świetlnych, a teraz odczytują pismo barmanowi.

[…]

Czy pan wie, co mi pan sprzedał?... proszę tu spojrzeć... właśnie    w najciekawszym miejscu... Księgarz nie okazuje zakłopotania. Ach tak, to pan też? Miałem już sporo reklamacji.  I właśnie dzisiaj rano otrzymałem okólnik z wydawnictwa. Widzi pan? „W dostawie ostatnich naszych nowości część nakładu pozycji Jeśli zimową nocą podróżny okazała się uszkodzona i musi zostać wycofana ze sprzedaży. Wskutek wadliwej oprawy introligatorskiej arkusze drukarskie rzeczonego tomu zmieszano z arkuszami innej nowości, Poza osadą Malbork, powieści polskiego pisarza, Tazia Bazakbala. Przepraszając za przykrą pomyłkę, wydawnictwo zobowiązuje się do jak najszybszej wymiany uszkodzonych egzemplarzy”, i tak dalej. Niech mi pan powie, czy biedny księgarz powinien mieć jakiekolwiek przykrości z powodu czyjegoś niedbalstwa? Przez cały dzień już wariujemy. Przejrzeliśmy Calvina jednego po drugim. Na szczęście jest wśród nich pewna liczba tomów dobrze oprawionych i natychmiast możemy wymienić panu wadliwy egzemplarz Podróżnego na egzemplarz bez usterek, nowiuteńki.

[…]

Kim jesteś, Czytelniku, ile masz lat, jaki jest twój stan cywilny, zawód, dochody – podobne pytania byłyby niedyskrecją. To twoje sprawy, sam je ocenisz. Tym, co się liczy, jest teraz twój stan ducha, kiedy w zaciszu domowym starasz się odzyskać spokój, aby pogrążyć się w lekturze, wyciągasz nogi, cofasz je, ponownie wyciągasz.  Lecz od wczoraj coś się zmieniło. Nie jesteś już samotny w swojej lekturze. Myślisz o Czytelniczce, która w tej samej chwili także otwiera książkę,  i oto na powieść-do-przeczytania nakłada się powieść-do-przeżycia, dalszy ciąg waszej historii albo lepiej: początek waszej ewentualnej historii. Oto jaka zmiana zaszła w tobie od wczoraj, chociaż twierdziłeś, że przedkładasz książkę – bo rzecz to pewna, namacalna, ściśle określona, można rozkoszować się nią bez żadnego ryzyka – nad rzeczywiste przeżycie, wciąż ulotne, nieciągłe, wątpliwe. Czy oznacza to, że książka stała się narzędziem, kanałem komunikacji, miejscem spotkania? Lektura nic na tym nie straci, przeciwnie, zyska jakąś dodatkową moc.

[…]

Ostrzem szpady otwierasz sobie przejście w murze kartek, myślisz przy tym, co zawierają i co kryją w sobie słowa; torujesz sobie drogę lektury, jak torowałbyś drogę w gęstym lesie. Powieść, którą czytasz, chciałaby wprowadzić cię w świat cielesny, gęsty, szczegółowy. Pogrążony w lekturze, odruchowo przesuwasz nożykiem pomiędzy warstwami tomu: w lekturze nie doszedłeś jeszcze do końca pierwszego rozdziału, ale w rozcinaniu posunąłeś się znacznie dalej. I oto w chwili najbardziej napiętej uwagi odwracasz kartkę w połowie decydującego zdania i znajdujesz przed sobą dwie białe strony. Siedzisz osłupiały, wpatrując się w tę okrutną biel niczym w otwartą ranę, masz niemal nadzieję, że to może złudzenie optyczne wywołało tę plamę światła i już za chwilę pomału wyłoni się z niej żebrowaty prostokąt drukowanych liter. Ale nie, na dwóch przeciwległych stronicach naprawdę króluje śnieżna biel. Przewracasz jeszcze jedną kartkę i widzisz dwie prawidłowo zadrukowane strony. Kartkujesz dalej książkę: po dwóch białych stronach następują dwie zadrukowane. Białe, zadrukowane, białe, zadrukowane, i tak jest aż   do końca. Arkusze drukarskie odbito tylko z jednej strony, a potem złożono je i zszyto, jakby były kompletne. Tę powieść, tak gęsto utkaną z emocji, niespodziewanie rozdzierają bezdenne otchłanie, jakby sama próba oddania pełni życia ujawniała drzemiącą pod spodem pustkę. Próbujesz przeskoczyć tę lukę, podjąć przerwaną opowieść, uczepić się następnego skrawka prozy, postrzępionej jak krawędzie kartek rozciętych nożem. Nie potrafisz już się odnaleźć, zmienia się otoczenie, pojawiają się nowe postacie, nie rozumiesz, o czym rozmawiają, znajdujesz imiona osób, o których nic nie wiesz:  Hela, Kazimierz,  zaczynasz  podejrzewać,  że  chodzi o inną książkę, może o tę prawdziwą polską powieść Poza osadą Malbork, natomiast początek,  który  przeczytałeś,  mógłby  pochodzić z jeszcze innej książki, kto wie jakiej.

[…]

Ja? Ja nie czytam książek – mówi Irnerio. To co w takim razie czytasz? Nic. Tak dobrze wyćwiczyłem się w nieczytaniu, że nie czytam nawet tego, co nasunie mi się przed oczy przypadkiem. Nie jest to łatwe: uczą nas czytać, kiedy jesteśmy dziećmi, i potem do końca życia pozostajemy niewolnikami całej tej pisaniny, którą nas zarzucają. Może na początku kosztowało mnie to trochę wysiłku,  zanim nauczyłem się nie czytać, ale teraz przychodzi mi to w sposób zupełnie naturalny. Sekret polega na tym, żeby nie odwracać wzroku od napisanych słów, przeciwnie, należy patrzeć na nie tak długo, aż znikną. Jasne oczy Irneria mają rozlatane źrenice, sprawiają wrażenie oczu, którym nic nie umknie, podobne oczom mieszkańca puszczy, nawykłego do łowów i zbierania. To czy możesz mi powiedzieć, po co przychodzisz na uniwersytet? A dlaczego miałbym tu nie przychodzić? Różni ludzie tu przychodzą i wychodzą, spotykamy się, rozmawiamy. Ja przychodzę tu właśnie po to, a po co przychodzą inni, tego nie wiem.

[…]

Zesłano nas do tej komórki pod schodami... Uniwersytet rozszerza się, a my się ścieśniamy. Jesteśmy kopciuszkiem żywych języków... Jeśli w ogóle jeszcze można uznać kimeryjski za język żywy... Ale właśnie na tym polega jego znaczenie – profesor wykrzykuje z nagłym entuzjazmem, który natychmiast gaśnie – polega ono na fakcie, że kimeryjski jest zarazem językiem współczesnym i językiem martwym... To sytuacja uprzywilejowana, nawet jeśli nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. Ma pan mało studentów? – pytasz. A kto według pana ma tu przychodzić?  Kto jeszcze pamięta   o Kimerach? W dziedzinie języków zniewolonych znacznie bardziej frapują dzisiaj inne języki... Baskijski... Bretoński... Cygański... Wszyscy się na nie zapisują. Co nie znaczy, że uczą się języka, tego   nikt już nie chce robić... Oni szukają problemów, o których mogliby rozprawiać, ogólnych idei, które mogliby powiązać z innymi ogólnymi ideami. Moi koledzy dostosowują się, idą z prądem, tytułują cykle swoich wykładów: „Socjologia języka walijskiego”, „Psycholingwistyka języka okcytańskiego”... W przypadku kimeryjskiego to jest niemożliwe. Dlaczego? Kimerowie zniknęli, jakby ich pochłonęła ziemia. – Potrząsa głową, jakby uzbrajał się w cierpliwość, by raz jeszcze powtórzyć kwestię wypowiadaną setki razy. – To jest martwy instytut martwej literatury napisanej w martwym języku. Dlaczego mieliby uczyć się dzisiaj kimeryjskiego? Ja pierwszy to rozumiem, ja pierwszy mówię im: nie chcecie tu przychodzić, to nie przychodźcie, jeśli o mnie chodzi, instytut można nawet zamknąć... Ale przychodzić tu po to, żeby robić... Nie, tego już za wiele.

[…]

Myśl o muszlach zmusza mnie do ponownego rozpatrzenia mojego stosunku do życia, do rozpatrzenia mojej przeszłości, na którą złożyły się rzeczy niedoprowadzone do końca i częściowo wymazane z pamięci. Stąd bierze się to poczucie skrępowania, które zawsze skłania mnie do ucieczki. Do tego należy jeszcze dorzucić fakt, że pilność, z jaką ta dziewczyna oddaje się rysowaniu muszli, wskazuje na dążenie do doskonałości jako do formy, którą świat może, a zatem powinien osiągnąć. Ja, przeciwnie, od dłuższego czasu jestem przekonany, że doskonałość objawia się tylko mimochodem i przypadkiem, nie zasługuje zatem na jakiekolwiek zainteresowanie, gdyż prawdziwa natura rzeczy ujawnia się tylko w rozkładzie. Nawiązując rozmowę z panną Zwidą, musiałbym wyrazić uznanie dla jej rysunków – rysunków na najwyższym zresztą poziomie, sądząc z tego, co mogłem dojrzeć – a zatem przynajmniej w pierwszej chwili musiałbym udawać, że przystaję na estetyczno-moralne wzorce przeze mnie odrzucone albo też od razu byłbym zmuszony wyrazić mój sposób odczuwania, ryzykując, że ją tym urażę.

[…]

Panna Zwida rysowała morskiego jeża. Siedziała na molo, na składanym taborecie. Jeż leżał na skale, odwrócony i otwarty. Chował kolce, daremnie usiłując powrócić do swej naturalnej pozycji. Rysunek dziewczyny przedstawiał studium wilgotnego ciała mięczaka, jego skurcze i rozkurcze uchwycone w światłocieniu, gęsto zakreskowane dokoła. Słowa, które miałem w pogotowiu, o formie muszli jako zwodniczej harmonii, jako powłoce skrywającej prawdziwą istotę natury, nie brzmiałyby już właściwie. Zarówno widok jeża, jak i rysunek sprawiały wrażenie nieprzyjemne i okrutne, niczym wystawione na widok trzewia.  Nawiązałem rozmowę, mówiąc, że nie ma nic równie trudnego do rysowania jak jeże, bo ani kolczasta powłoka, widziana z góry, ani odwrócony mięczak – pomimo swej budowy o promienistej symetrii – nie rozkładają wyraźnych akcentów, tak pomocnych w przedstawieniu linearnym.

[…]

Szklana kula w pokoju w pensjonacie „Kudgiwa” oświetla strumień mojego pisma,  może  nazbyt nerwowego, by przyszły czytelnik zdołał je odcyfrować. Może ten dziennik ujrzy ponownie światło wiele, wiele lat po mojej śmierci, kiedy nasz język ulegnie kto wie jakim przemianom, a niektóre słowa   i zwroty płynnie przeze mnie używane wyjdą z obiegu i zabrzmią niezbyt zrozumiale. W każdym razie ten, kto odnajdzie mój dziennik, zdobędzie nade mną przewagę; na podstawie języka pisanego zawsze można odtworzyć leksykę i gramatykę, wyodrębnić zdania, przełożyć je lub sparafrazować w innym języku,  podczas  gdy ja z szeregu rzeczy, jakie każdego dnia mi się przydarzają, staram się wyczytać zamiary świata wobec mnie i poruszam się po omacku, wiedząc, że   nie istnieje żaden słownik, który zawarłby w słowach brzemię mrocznych aluzji czających się w rzeczach. Chciałbym, aby owo pulsowanie przeczuć i wątpliwości wydało się mojemu czytelnikowi nie przypadkową przeszkodą w zrozumieniu tego, co ja piszę, lecz istotą tego zapisu; a jeśli bieg moich myśli wyda się niejasny temu,  kto będzie się starał za nimi podążać, bo nawyki myślowe ulegną całkowitej przemianie, zależy mi na tym, aby pojął on istotę moich wysiłków, albowiem staram się odczytać spomiędzy linijek rzeczy wymykający się sens tego, co mnie czeka.

[…]

Gdybym umiał rysować, poświęciłbym się wyłącznie studium nad formą przedmiotów nieożywionych – powiedziałem z pewną stanowczością, gdyż chciałem zmienić temat rozmowy, a także dlatego, że wrodzona skłonność nakazuje mi rozpoznawać własne stany ducha w niemym cierpieniu rzeczy. Panna Zwida natychmiast przyznała mi rację: przedmiotem, który narysowałaby najchętniej, powiedziała, jest jedna z tych niewielkich kotwiczek o czterech zębach, zwanych „kotami”, jakich używają kutry rybackie. Pokazała mi parę takich kotwic, kiedy mijaliśmy barki przycumowane do mola, i wyjaśniła, na czym polega trudność narysowania czterech haków pod różnymi kątami i z rozmaitych perspektyw. Pojąłem, że przedmiot ten zawiera w sobie przesłanie, które muszę rozszyfrować; kotwica to przestroga, bym znieruchomiał, zaczepił się, zarzucił hak, bym nie kołysał się dłużej na powierzchni, unoszony przez fale. Lecz taka interpretacja nie rozwiewa wątpliwości, bo równie dobrze kotwica może oznaczać zaproszenie do odbicia od brzegu, do wypłynięcia na pełne morze. Sam kształt „kota” – cztery obnażone zęby, cztery żelazne ramiona zniszczone od ocierania się o głębinowe skały – ostrzega mnie, że żadna z obu decyzji nie zapadnie bez wewnętrznego rozdarcia, bez cierpienia. Na pocieszenie pozostał mi fakt, że nie chodziło o ciężką kotwicę, którą zarzuca się na pełnym morzu, lecz o poręczną kotwiczkę, a zatem nie żądano ode mnie rezygnacji ze stanu zawieszenia właściwego młodości, lecz tylko chwilowego postoju, namysłu, zbadania mrocznych głębi własnego „ja”.

[…]

Nie pytajcie mnie, gdzie jest dalszy ciąg tej książki! Ostry krzyk dociera z nieokreślonego miejsca pomiędzy półkami. Wszystkie książki mają swój dalszy ciąg po tamtej stronie... Głos profesora wznosi się i opada. Gdzie on się podział? Może tarza się pod biurkiem, może wiesza się u lampy pod sufitem? Gdzie mają dalszy ciąg? – pytacie, znieruchomiali na skraju przepaści. Po drugiej stronie czego? Książki są stopniami granicznego progu... Wszyscy kimeryjscy pisarze przekroczyli ten próg... Dalej zaczyna się język bez słów, język umarłych, mówiący o tym, o czym tylko język umarłych może mówić. Kimeryjski jest ostatnim językiem żywych... jest językiem pogranicza! Ci, którzy tu przychodzą, chcą złowić uchem to, co słychać po tamtej stronie... Posłuchajcie...

[…]

Proces czytania – mówi – polega zawsze na tym: mamy przed sobą   rzecz   napisaną,   przedmiot   trwały,   materialny,   niezmienny, i zestawiamy go z czymś, co jest nieobecne, co należy do świata nierzeczywistego, niewidzialnego, bo wchodzi w zakres tego, co było,   a już nie jest, co minęło, przepadło, stało się nieosiągalne, trafiło do krainy umarłych...-...albo co jest nieobecne, bo jeszcze nie istnieje, zaledwie pożądane, niepokojące, prawdopodobne lub nieprawdopodobne – mówi Ludmiła. – Czytanie jest wychodzeniem naprzeciw temu, co ma się wydarzyć, chociaż nikt jeszcze nie wie, co to będzie... – (Teraz widzisz wyraźnie, jak Czytelniczka nachyla się, by spoza marginesu zadrukowanej stronicy dostrzec pojawiające się na horyzoncie statki wybawicieli lub najeźdźców, nadciągającą burzę...) – W powieści,  jaką miałabym właśnie ochotę przeczytać, czułoby się narastanie historii niby dalekiego jeszcze grzmotu,  historii  czasów przeszłych, w którą wplecione zostały losy bohaterów. Powieść ta dałaby mi poczucie uczestniczenia w momencie przełomowym, na razie pozbawionym jeszcze imienia, pozbawionym określonego kształtu...

[…]

Istnieje pewna linia graniczna: po jednej stronie znajdują się ci, którzy wytwarzają książki, po drugiej ci, którzy je czytają. Ja chcę pozostać jedną z tych, którzy je czytają, dlatego też rozmyślnie pozostaję zawsze po tej stronie granicy. Inaczej kończy się bezinteresowna przyjemność lektury, a w każdym razie przekształca się w coś innego, co nie jest tym, czego ja oczekuję. Ta linia podziału nie biegnie zupełnie wyraźnie, ulega powoli zamazaniu; świat tych, którzy zajmują się książkami zawodowo, coraz bardziej się zaludnia i zmierza do utożsamienia się ze światem czytelników. Oczywiście, czytelników też przybywa, lecz można powiedzieć, że liczba tych, którzy korzystają z książek po to, aby wyprodukować następne książki, wzrasta szybciej niż liczba tych, którzy książki lubią czytać, i basta. Wiem, że jeśli przekroczę tę granicę choćby jeden raz, przypadkiem, przy okazji, to ryzykuję, że przeniknę do tej wzbierającej fali. Dlatego też  nie  zamierzam postawić nogi w wydawnictwie, nawet na chwilę.

[…]

„Jakież znaczenie ma nazwisko autora na okładce? Przenieśmy się myślą o trzy tysiące lat w przyszłość. Kto wie, jakie książki z naszej epoki przetrwają i czyje nazwiska będzie się wspominać. Są zapewne książki, które pozostaną sławne, lecz będą uważane za dzieła anonimowe, tak jak anonimowy jest dla nas epos o Gilgameszu; są zapewne autorzy, których nazwiska pozostaną zawsze sławne, lecz których dzieła nie przetrwają, jak zdarzyło się to Sokratesowi, a może autorstwo wszystkich ocalałych książek zostanie przypisane jednemu tajemniczemu pisarzowi, jak to się stało z Homerem?” Widział pan, co za logika? – wykrzykuje Przewodni, a potem dodaje: – A najlepsze jest to, że być może on ma rację... Potrząsa głową, jakby owładnęła nim jakaś myśl, to podśmiewa się, to znowu wzdycha.  Może ty,  Czytelniku, potrafisz odczytać tę myśl z jego czoła. Od wielu lat Przewodni opiekuje się książkami, które powstają strona po stronie, każdego dnia widzi, jak książki rodzą się     i umierają, a jednak za jedynie prawdziwe nadal uważa te książki, które dawno temu zdawały się przynosić przesłania z innych światów. To samo dotyczy pisarzy: widuje ich codziennie, zna ich obsesje, ich chwiejność, drażliwość, egocentryzm, a jednak prawdziwymi pisarzami pozostają dla niego ci, którzy byli niegdyś tylko nazwiskiem na okładce, nierozerwalnie związanym z tytułem, którzy wydawali mu się realni w takim samym stopniu, w jakim realne wydawały się postacie i miejsca wymienione w ich książkach, którzy istnieli i nie istnieli zarazem, podobnie jak istniały i nie istniały opisane przez nich postacie i krajobrazy. Pisarz był niewidocznym punktem, skąd wywodziły się książki, pustką zamieszkaną przez zjawy, podziemnym tunelem,  który  łączył inne światy z kurnikiem z czasów jego dzieciństwa...

[…]

Przeszłość jest jak tasiemiec, coraz dłuższy, zwinięty w moich trzewiach, i nigdy nie traci ani jednego pierścienia,  choćbym  opróżniał bebechy do więziennych kubłów lub do szpitalnych nocników, w wychodkach    typu    angielskiego    czy    tureckiego,  w obozowych rowach albo zwyczajnie w krzakach, rozejrzawszy się przedtem,   czy   nie   wyskoczy   skądś   wąż,   tak   jak   to   się   stało   w Wenezueli. Przeszłości nie możesz zmienić, tak jak nie  możesz  sobie zmienić nazwiska, miałem już tyle paszportów wystawianych na nazwiska, których nawet nie pamiętam, a jednak zawsze nazywano mnie Ruedim Szwajcarem; gdziekolwiek poszedłem i jakkolwiek się przedstawiałem, zawsze znalazł się ktoś, kto wiedział, kim jestem i co robię, chociaż mój wygląd zmienił się bardzo z  upływem  lat,  zwłaszcza od czasu, kiedy czaszka mi wyłysiała i pożółkła niczym grejpfrut, a doszło do tego po wybuchu epidemii tyfusu na pokładzie „Stjärny”,   wówczas   z   uwagi   na   przewożony   towar   nie mogliśmy zbliżyć się do brzegu ani nawet poprosić o pomoc drogą radiową. Wniosek, do którego prowadzą wszystkie przeżyte perypetie, jest zatem taki, że życie jest tylko jedno, jednorodne i zwarte niczym sfilcowany koc, w którym nie sposób już wyodrębnić pojedynczych włókien.

[…]

Następny list,  również  z Cerro Negro,  utrzymany  jest natomiast w tonie objawienia: przywołując, jak się zdaje, miejscową legendę, Marana mówi o sędziwym Indianinie, nazywanym „Ojcem Opowieści”,     żyjącym      od      niepamiętnych      czasów,      ślepym    i niepiśmiennym, który nieprzerwanie opowiada historie rozgrywające się w krajach i czasach zupełnie mu nieznanych. Zjawisko   to   przyciągnęło   na   miejsce    ekspedycje   antropologów i parapsychologów. Ustalono, że wiele książek sławnych pisarzy zostało wyrecytowanych słowo w słowo ochrypłym głosem „Ojca Opowieści” parę lat przed ich publikacją. Sędziwy  Indianin  miałby być według jednych uniwersalnym źródłem materii narracyjnej, pierwotną magmą, z której wywodzi się indywidualna twórczość każdego pisarza; według innych jest on jasnowidzem, który dzięki spożywaniu  halucynogennych   grzybów   potrafi   nawiązać   kontakt  z wewnętrznym światem największych wizjonerów i przechwycić ich fale psychiczne; według jeszcze innych byłby on powtórnym wcieleniem Homera, jak również autora Księgi tysiąca i jednej nocy, autora Popol Vuh, a także wcieleniem Aleksandra Dumasa i Jamesa Joyce’a. Lecz niektórzy sprzeciwiają się temu, twierdząc,  że  Homer nie musi uciekać się do metempsychozy, ponieważ nigdy nie umarł,  żył i tworzył na przestrzeni tysiącleci, byłby zatem autorem – poza dwoma eposami, które mu się zwykle przypisuje – większości najsłynniejszych spisanych opowieści. Hermes Marana przysuwa mikrofon do wylotu groty, w której ukrywa się starzec...

[…]

Jaka jesteś, Czytelniczko? Nadszedł już czas, żeby ta książka napisana w drugiej osobie zwracała się nie tylko do ogólnikowego męskiego „ty”, które jest być może bratem i sobowtórem obłudnego „ja”, lecz by zwracała się bezpośrednio do ciebie, a ty pojawiłaś się w Drugim Rozdziale jako Trzecia Osoba, niezbędna, aby powieść stała się powieścią, aby pomiędzy Drugą osobą męską a Trzecią żeńską coś się wydarzyło, przybrało realny kształt, utrwaliło się lub rozpadło, naśladując fazy zwykłych kolei ludzkiego losu. Czyli: naśladując gotowe schematy, służące nam do przeżywania ludzkich kolei losu. Czyli: naśladując gotowe schematy, dzięki którym przypisujemy ludzkim kolejom losu znaczenie pozwalające nam je przeżyć. Do tej pory książka rozmyślnie pozostawiała czytającemu Czytelnikowi możność utożsamienia się z Czytelnikiem czytanym: dlatego też nie nadano mu imienia, które automatycznie sprowadziłoby go do roli Trzeciej Osoby, do roli powieściowej postaci (podczas gdy tobie, Ludmiło, jako Trzeciej Osobie,  koniecznie  należało nadać imię) i zawieszono go w abstrakcyjnym położeniu zaimka, tak aby można mu było przypisać każdą cechę i każdy postępek. Zobaczymy, Czytelniczko, czy książka zdoła nakreślić twój prawdziwy portret, począwszy od ramy, która odgrodzi cię z czterech stron, i pozwoli ustalić zarysy twojej postaci. Po raz pierwszy ukazałaś się Czytelnikowi w księgarni, przybrałaś realne kształty, odrywając się od ściany z półkami, tak jakby mnogość książek koniecznie domagała się obecności Czytelniczki. Twój dom, przestrzeń, gdzie czytasz, może nam powiedzieć, jakie miejsce zajmują książki w twoim życiu, czy są tarczą, którą się zasłaniasz, aby trzymać się z daleka od zewnętrznego świata,  narkotycznym  snem, w jaki zapadasz, czy też są pomostem przerzuconym na zewnątrz do świata, który interesuje cię tak bardzo, że dzięki książkom chciałabyś pomnożyć i rozszerzyć jego wymiary.

[…]

Nadstaw uszu, Czytelniku. Zasiano w twoim umyśle ziarno podejrzliwości, które podsyca w tobie niepokój właściwy człowiekowi zazdrosnemu, chociaż jeszcze tego nie dostrzegasz. Ludmiła czyta wiele książek naraz, bo nie chce narażać się na zawód, który może sprawić jej każda z tych opowieści, i stara się nie ograniczać do jednej historii. (Nie sądź, że książka spuściła cię z oka, Czytelniku. Forma „ty”, zwrócona do Czytelniczki, może w najbliższym zdaniu zostać ponownie wymierzona w ciebie.  Jesteś nadal jednym z możliwych „ty”. Któż ośmieliłby się skazać cię na utratę owego „ty”; byłaby to katastrofa   nie   mniej   straszliwa   niż   utrata   „ja”. Aby   wypowiedź utrzymana w drugiej osobie stała się powieścią, potrzebne są przynajmniej dwie formy „ty”, odrębne i współistniejące, które odcinają się od masy przeróżnych „on”, „ona”, „ono”.)

[…]

Lubię patrzeć, jak ona czyta – mówi Irnerio. – Poza tym ktoś powinien czytać książki, prawda? Przynajmniej jestem spokojny, że nie ja muszę je czytać. Nie masz się z czego cieszyć Czytelniku. Zagadka się wyjaśnia, ich zażyłość polega na dopełnianiu się dwóch różnych rytmów życia. Dla Irneria liczy się tylko życie chwilą, sztukę pojmuje on jako chwilowe wyzwolenie życiowej energii, nie zaś jako trwałe dzieło, nagromadzenie życiowych doświadczeń,   to,   czego   z   kolei   szuka w książkach Ludmiła. Lecz on także wyczuwa to nagromadzenie energii, chociaż nie odczuwa potrzeby czytania, czuje natomiast potrzebę ponownego włączenia tej energii w obieg, książki Ludmiły    są zaś materią pomocniczą w stwarzaniu dzieł, które choć przez chwilę pozwalają mu na przekazanie własnej energii.

[…]

Ludmiła mówiła, że kiedy Marana ją przekonywał, iż różnica pomiędzy prawdą a fałszem jest wyłącznie sprawą naszego przesądu, odczuwała wówczas pokusę patrzenia na kogoś, kto pisze książki tak, jak pestka dyni rodzi dynię, przynajmniej tak powiedziała...

[…]

Spekulacje, refleksje: każdy proces myślowy odsyła mnie do luster. Według Plotyna dusza jest lustrem, które stwarza rzeczy materialne odbijające idee wyższego bytu. Być może dlatego potrzebne mi są lustra, kiedy rozmyślam; nie umiem się skupić bez obecności odbitych obrazów, zupełnie jakby moja dusza potrzebowała wzoru do naśladowania za każdym razem, gdy zamierza wykorzystać swoje zdolności spekulacyjne. (Użyte tu słowo odzwierciedla wszystkie zawarte w nim znaczenia,   bo   ja   jestem człowiekiem myślącym, a zarazem jestem człowiekiem interesu, ponadto kolekcjonuję przyrządy optyczne.) Zaledwie przykładam oko do kalejdoskopu, czuję, że mój umysł, śledząc, jak szkiełka różnych kształtów i barw łączą się i układają w regularne figury, natychmiast odnajduje w tym procesie model godny naśladowania; choć jest to tylko śmiało rysujący się a nietrwały obraz precyzyjnej budowli, która rozpada się przy najsłabszym puknięciu paznokciem w ścianki rurki i ustępuje miejsca następnej konstrukcji, gdzie te same elementy tworzą inną całość. Od czasu, kiedy jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec spostrzegłem, że kontemplowanie emaliowanych ogrodów wirujących na dnie lustrzanej studni pobudza we mnie zdolność do podejmowania korzystnych decyzji i stawiania śmiałych prognoz, zacząłem kolekcjonować kalejdoskopy. Historia tego przedmiotu, stosunkowo niedługa (kalejdoskop został opatentowany w roku 1817 przez szkockiego fizyka, sir Davida Brewstera, autora między innymi Treatise on New Philosophical Instruments), wyznaczyła mojej kolekcji ciasne ramy chronologii. Lecz wkrótce zwróciłem się w kierunku znacznie świetniejszej i bardziej fascynującej dziedziny antykwarycznej:    zainteresowały     mnie     przyrządy     katoptryczne z siedemnastego stulecia, teatrzyki różnych kształtów, w których dany przedmiot zostaje zwielokrotniony za każdym razem, kiedy zmienia się kąt zestawienia luster. Moim zamiarem jest odtworzenie zbiorów, zgromadzonych przez jezuitę Athanasiusa Kirchera, autora Ars magna lucis et umbrae (1646) i wynalazcy „latarni magicznej”,  sporej  skrzynki, której wnętrze wypełnia blisko sześćdziesiąt szkiełek, zdolnych przemienić jedną gałąź w cały las,  ołowianego  żołnierza w wojsko, skromną książeczkę w bibliotekę.

[…]

W tym miejscu opowieści można by wspomnieć o tym,  że jedną z zalet lustra, omawianą w dawnych księgach, jest jego zdolność ukazywania rzeczy dalekich i tajemnych. Arabscy geografowie czasów średniowiecza w opisie portu Aleksandrii wspominają o kolumnie wzniesionej na wyspie Faros,  zwieńczonej  zwierciadłem ze stali, w którym z ogromnej odległości widać statki płynące po wodach Cypru, Konstantynopola i wszystkich ziem należących do Rzymu. Dzięki zdolności skupiania promieni krzywe zwierciadła mogą złowić obrazy wszystkich rzeczy. „Sam Bóg, którego ciało i dusza są niewidzialne – pisze Porfiriusz – pozwala oglądać się w zwierciadle”. Chciałbym, aby procesowi odśrodkowego rozpraszania się promieni, co sprawia, że moje odbicie rozchodzi się we wszystkich kierunkach przestrzeni, towarzyszyło zrodzone na tych stronach wyobrażenie ruchu przeciwnego, dzięki czemu lustra przekazują mi obrazy rzeczy, których inaczej nie mógłbym objąć wzrokiem. Odbijając swe świetliste promienie z lustra do lustra, ogół rzeczy, cały wszechświat, mądrość boża – o czym zdarza mi się marzyć – zdołały oto ześrodkować swoje odbicie w jednym jedynym zwierciadle. A być może znajomość wszechrzeczy została pogrzebana w duszy, zatem system luster, który powieliłby mój obraz w nieskończoność, a jego istotę przekazał w jedynym odbiciu, objawiłby mi ducha wszechrzeczy we mnie ukrytego.

[…]

Jak dobrze potrafiłbym pisać, gdyby mnie nie było! Gdyby pomiędzy białą kartką papieru a wrzeniem słów i opowieści, które przybierają formę i ulatniają się, zanim ktoś zdoła przelać je na papier,  nie  istniała ta krępująca przesłona, jaką jest moja osoba! Styl, smak, własna filozofia, subiektywizm, kultura literacka, nabyte doświadczenie, psychologia, talent, triki zawodowe – wszystkie te czynniki, które sprawiają, że to, co piszę, jest rozpoznawalne jako moje, wydają mi się klatką ograniczającą możliwości. Gdybym był samą ręką, odciętą dłonią, która chwyta za pióro i pisze... Kto poruszałby tą ręką? Anonimowy tłum? Duch czasu? Zbiorowa podświadomość? Nie wiem. Nie po to chciałbym unicestwić sam siebie, by stać się rzecznikiem tego, co da się wyrazić. Chciałbym jedynie przekazać to, co da się przekazać i czeka, by ktoś to napisał, ujawnić to, co da się opowiedzieć, a czego nikt nie opowiada. Być może kobieta, którą widzę przez lunetę, wie, co powinienem napisać, lub też tego nie wie, gdyż właśnie ode mnie oczekuje, że napiszę to, czego ona nie wie; lecz tym, o czym wie z pewnością, jest oczekiwanie, pustka, którą zapełnić powinny moje słowa.

[…]

Czasem myślę o treści tej nienapisanej książki jako o czymś, co już istnieje, to myśli już pomyślane, dialogi już wypowiedziane, wypadki dokonane, okoliczności i realia dobrze znane. Książka powinna być zatem jedynie ekwiwalentem świata nienapisanego, ale przekładalnego na słowo pisane. Innym razem natomiast wydaje mi się, że pomiędzy nienapisaną książką a rzeczami, które już istnieją, może być mowa jedynie o pewnym dopełnieniu: książka powinna być napisaną repliką w dialogu prowadzonym z nienapisanym światem. O treści powinno stanowić to, czego nie ma i czego być nie może, a co mogłoby mieć formę napisanego tekstu; chociaż w tym, czego nie ma, to, co jest, niewyraźnie przeczuwa pustkę swej niezupełności.

[…]

Prawdę mówiąc, pisarz totalny mógłby być kimś bardzo skromnym, kimś, kogo w Ameryce nazywają ghost writer, pisarzem widmem – profesja to powszechnie uznana, chociaż nie cieszy się zbytnim prestiżem – anonimowym redaktorem, który nadaje formę literacką temu, co mają do powiedzenia inne osoby, choć pisać nie potrafią bądź nie mają na to czasu, piszącą ręką, która udziela głosu istnieniom zbyt zajętym, by zaistnieć. Być może właśnie to było moim powołaniem, z którym się minąłem. Mógłbym pomnażać własne „ja”, wcielać się w „ja” innych, wymyślać „ja” nawet najbardziej niepodobne do mnie, a różniące się pomiędzy sobą. Lecz jeśli jedyną prawdą, którą może wyrazić książka, jest prawda jednostki, to warto, bym pogodził się z opisaniem własnej prawdy. Czy ma to być Księga mojej pamięci? Nie, pamięć jest prawdziwa dopóty, dopóki nie zechce się jej utrwalić,  nadać  jej zamkniętej formy. A może Księga moich marzeń? Także i one są prawdziwe tylko wówczas, gdy ich siła działa niezależnie od mojej woli.  Jedyną prawdą, jaką mogę opisać, jest prawda chwili, którą przeżywam. Może prawdziwą książką jest ten dziennik, w którym staram się uchwycić obraz   kobiety  na   leżaku, w  miarę jak ją obserwuję,  o różnych porach, w zmiennym świetle dnia.

[…]

Przed pisarzem, który chce unicestwić samego siebie, aby wyrazić to, co znajduje się poza nim, otwierają się dwie drogi: albo napisze on książkę, a będzie to księga jedyna i wyczerpująca wszystko, albo napisze wszystkie książki tak, by poprzez cząstkowe obrazy dążyć do uchwycenia obrazu całości. Księga jedyna, która zawierałaby wszystko, nie mogłaby być niczym innym jak Pismem Świętym, objawionym słowem totalnym. Nie sądzę jednak, by cała prawda dała się zawrzeć w języku. Problemem jest dla mnie to, co nienapisane, to, czego napisać się nie da. Nie mam innego wyjścia, jak napisać wszystkie książki, napisać książki wszystkich możliwych autorów.

[…]

Świętą Księgą, o której powstawaniu wiemy stosunkowo najwięcej, jest Koran. Pośredników pomiędzy objawieniem a Księgą było co najmniej dwóch: Mahomet słuchał słów Allacha i dyktował je swoim pisarzom. Pewnego dnia – opowiadają biografowie Proroka – Mahomet,  dyktując  pisarzowi imieniem Abdullach, urwał  zdanie w połowie. Pisarz bezwiednie podpowiedział mu zakończenie. Prorok uznał w roztargnieniu to, co powiedział Abdullach, za słowo Boże. Fakt ten tak wzburzył sekretarza, że opuścił on Proroka i utracił wiarę. Abdullach nie miał racji. To on ponosił odpowiedzialność za ostateczną budowę zdania, to on powinien był dbać o wewnętrzną spójność tekstu, o gramatykę i składnię, by móc opanować płynność myśli, która zawsze wybiega poza język, zanim stanie się słowem, i to słowem równie płynnym jak słowo Proroka. Współpraca pisarza stała się Allachowi niezbędna z chwilą, gdy zdecydował wypowiedzieć się poprzez słowo pisane. Mahomet wiedział o tym i pozostawiał pisarzowi przywilej kończenia zdań. Lecz Abdullach nie był świadom władzy, którą mu nadano. Stracił wiarę w Allacha, gdyż brakowało mu wiary w słowo pisane i wiary w siebie samego jako wyrobnika pióra. Gdyby niewiernemu wolno było wymyślać warianty legend o proroku, proponowałbym wariant następujący: Abdullach traci wiarę, gdyż w pisaniu pod dyktando popełnia drobny błąd, i chociaż Mahomet zauważa omyłkę, postanawia nie poprawiać pisarza, uznając błędne wyrażenie za trafniejsze. Także i w tym przypadku Abdullach nie powinien był się gorszyć. Słowo,  choćby  wypowiedziane w proroczym olśnieniu, nabiera definitywnego kształtu nie wcześniej niż na kartce papieru, kiedy staje się słowem pisanym. Dopiero poprzez ułomności aktu pisania bezmiar tego, co nienapisane, staje się czytelny, to znaczy poprzez niepewną ortografię,   przeoczenia,   lapsusy,   niekontrolowane   kaprysy   słowa i pióra. W przeciwnym razie niech to, co jest poza zasięgiem naszego poznania, nie rości sobie prawa do komunikowania z pomocą słowa, niech inną drogą przekazuje nam swoje przesłanie. Biały motyl przeleciał oto przez całą dolinę i z książki czytelniczki sfrunął na stronę, którą właśnie piszę.

[…]

Ten idealny wzór odpowiada wyobrażeniu pisarza, który – według jej własnych słów – pisze książki tak, jak nasienie dyni rodzi dynię. Posłużyła się także metaforami zaczerpniętymi z innych procesów naturalnych,  niezłomnie wypełniających własne przeznaczenie: metaforą wiatru, który rzeźbi góry, pływów morskich, które nanoszą osady,  słojów drzewa, które narastają z każdym rokiem. Lecz metafory te miały generalnie obrazować całą twórczość literacką, podczas gdy metafora dyni odnosiła się bezpośrednio do mnie.

[…]

Przechodząc ponownie pod drzewem gingko, powiedziałem panu Okedzie, że przy kontemplowaniu deszczu liści najważniejszy jest nie tyle proces postrzegania każdego liścia z osobna, ile postrzeganie odległości pomiędzy nimi, owej pustej przestrzeni, która je od siebie oddziela. Wydawało mi się, że zrozumiałem rzecz następującą: nieobecność wrażeń na długim odcinku pola widzenia jest warunkiem koniecznym do tego, abyśmy mogli skupić naszą wrażliwość na właściwym miejscu i o właściwym czasie, podobnie jak w muzyce niezbędna jest cisza na drugim planie, bo dopiero ona pozwala wyróżnić się dźwiękom.

[…]

Kiedy sępy zrywają się do lotu, noc ma się ku końcowi, powiedział mi ojciec. Słyszałem trzepot ich mocnych skrzydeł,  kiedy  wzbijały się w mrok nieba, widziałem, jak ich cień przesłania zielone gwiazdy. To był męczący lot, ptaki z ociąganiem odrywały się od ziemi, od cienistych zarośli, jakby dopiero w locie ich pióra nabierały przekonania, że są piórami, nie zaś kolczastymi liśćmi. Kiedy zniknęły, ukazały się znowu gwiazdy, poszarzałe, niebo stawało się zielone. Świtało, a ja jechałem konno przez puste drogi w kierunku wioski Oquedal.

[…]

Pijesz herbatę z Arkadianem Porfiryczem, jednym z najbardziej wyrafinowanych mieszkańców Hyrkanii, który zasłużenie pełni funkcję dyrektora generalnego Państwowych Archiwów Policyjnych. To on jest pierwszą osobą, z którą polecono ci się skontaktować zaraz po przybyciu do Hyrkanii, w ramach misji powierzonej ci przez zwierzchnie władze   Ataguitanii.   Arkadian   Porfirycz   przyjął   cię   w przytulnych pokojach biblioteki w swoim urzędzie, biblioteki „na bieżąco uzupełnianej i najlepiej wyposażonej w całej Hyrkanii – o czym natychmiast cię powiadomił – gdzie skonfiskowane książki zostają poddane klasyfikacji, zakatalogowaniu, konserwacji oraz przeniesieniu na mikrofilmy, niezależnie od tego, czy są to dzieła wydrukowane, czy odbite na powielaczu, czy są to maszynopisy, czy rękopisy”. Kiedy władze Ataguitanii,  które  cię uwięziły,  obiecały  ci wolność pod warunkiem, że podejmiesz się pewnej misji w dalekim kraju („misji dyplomatycznej o pewnych aspektach związanych z tajną służbą, a także tajnej misji o pewnych oficjalnych aspektach związanych ze służbą dyplomatyczną”), w pierwszej chwili odmówiłeś. Niewielkie zamiłowanie do wypełniania zadań rangi państwowej, brak zawodowego powołania do odegrania roli tajnego agenta, niejasny i pokrętny sposób, w jaki przedstawiono ci zakres obowiązków, którym musiałbyś podołać, były wystarczającym powodem, abyś wybrał celę we wzorowym więzieniu,  a  odrzucił trudy podróży w północne tundry Hyrkanii. Lecz myśl, że pozostając nadal w ich rękach, możesz spodziewać się wszystkiego, co najgorsze, oraz ciekawość rozbudzona tym zadaniem, „które, naszym zdaniem, może pana zainteresować jako czytelnika”, a także kalkulacja, że możesz udawać ich sprzymierzeńca, aby potem udaremnić ich plany, nakłoniły cię do wyrażenia zgody. Dyrektor generalny, Arkadian Porfirycz, który wydaje się doskonale poinformowany o twojej sytuacji, także psychologicznej,  zwraca  się do ciebie tonem pouczającym i pełnym otuchy: – Po pierwsze, nigdy nie wolno nam zapominać o prawdzie podstawowej: policja jest potężną jednoczącą siłą w świecie, który pozbawiony tej siły poddałby się rozpadowi. Jest rzeczą naturalną, że policje odmiennych, a nawet wrogich ustrojów potrafią w pewnym zakresie   ze sobą współpracować. W dziedzinie rozpowszechniania książek...

[…]

Musi pozostać coś, co nam się wymyka. Władza potrzebuje obiektu, na którym mogłaby wykazać własną siłę, potrzebuje przestrzeni, w której mogłaby wyciągnąć swoje długie ramię... Dopóki wiem, że jest na świecie ktoś, kto uprawia sztukę kuglarską wyłącznie z upodobania do kuglarstwa, dopóki wiem, że jest kobieta, która kocha lekturę dla samej lektury, upewniam się, że świat toczy się dalej. I każdego wieczoru ja także oddaję się lekturze, podobnie jak ta daleka, nieznana mi czytelniczka...

[…]

Tej nocy masz senne widzenie. Jesteś w pociągu, długim pociągu przemierzającym Hyrkanię. Wszyscy podróżni czytają opasłe tomy w oprawie, co w krajach, gdzie gazety i czasopisma są mało atrakcyjne, zdarza się częściej niż gdzie indziej. Do głowy przychodzi ci myśl, że któryś z podróżnych, a może oni wszyscy, czytają jedną z książek, których lekturę musiałeś przerwać, a nawet że wszystkie te powieści znajdują się tutaj, w tym przedziale, przełożone na ten nieznany ci język. Starasz się przeczytać napisy na grzbietach okładek, chociaż wiesz, że to daremne, bo jest to pismo dla ciebie nieczytelne. Jeden z podróżnych wychodzi na korytarz i na swoim miejscu zostawia książkę z zakładką pomiędzy kartkami. Natychmiast po jego wyjściu ty wyciągasz rękę po tom, przeglądasz go, upewniasz się, że jest to właśnie książka, której szukasz. W tej samej chwili spostrzegasz,  że   pozostali   podróżni   obrócili   się   w   twoją   stronę i mierzą cię groźnym wzrokiem, z naganą za twoje nietaktowne zachowanie. Aby ukryć własne zmieszanie, podnosisz się, stajesz przy oknie, wciąż nie wypuszczając książki z ręki.  Pociąg stoi między torami i słupami semaforów, może zatrzymał się na zwrotnicy przed jakąś zagubioną stacyjką. Za oknem jest śnieg i mgła, nic nie widać. Na sąsiednim torze zatrzymał się inny pociąg, jadący w przeciwnym kierunku, z zaparowanymi szybami. W oknie na wprost ciebie kolisty ruch dłoni w rękawiczce przywraca szybie nieco przejrzystości: pojawia się postać kobiety w futrzanym obłoku. – Ludmiło... – wołasz ją – Ludmiło, książka – starasz się jej powiedzieć raczej gestami niż głosem – książka,   której   szukasz...   znalazłem   ją,   jest   tutaj... I mocujesz się z oknem, żeby opuścić szybę i podać jej tom pomiędzy soplami lodu, które pokrywają pociąg grubą skorupą. Książka, której szukam – mówi zamglona postać, i także wyciąga tom podobny do twojego – stwarza poczucie trwania w świecie, który nastąpił po końcu świata, stwarza poczucie, że świat jest kresem wszystkiego, co na świecie istnieje, że jedyną rzeczą na świecie jest koniec świata. Tak nie jest – krzyczysz i szukasz w niezrozumiałej książce zdania, które mogłoby zaprzeczyć słowom Ludmiły. Lecz oto oba pociągi ruszają, oddalają się w przeciwnych kierunkach.

[…]

Także i mnie wszystkie książki, które czytam, prowadzą do jedynej księgi – mówi piąty czytelnik, wychylając się zza stosu oprawionych tomów – lecz ta księga należy do minionego czasu i zaledwie majaczy w moich wspomnieniach. Dla mnie ta opowieść poprzedza wszystkie inne opowieści, toteż wszystkie opowieści, które czytam,  wydają  mi się jej dalekim echem,  natychmiast  ginącym.  W moich lekturach nieustannie poszukuję tej księgi przeczytanej w dzieciństwie, lecz pamiętam ją zbyt słabo, aby móc ją odnaleźć.

[…]

A pan sądzi, że każda powieść powinna mieć początek i zakończenie? Dawniej istniały tylko dwa warianty    zakończenia:    po    przejściu    wszystkich    prób    bohater i bohaterka pobierali się lub umierali. Ostateczne przesłanie wszystkich tych opowieści jest dwojakie: z jednej strony trwanie życia, z drugiej nieuchronność śmierci.

[…]

Czy może mi pan to pokazać? – pyta szósty czytelnik, bierze do ręki wykaz tytułów, zdejmuje okulary krótkowidza, wkłada je do futerału, otwiera inny futerał, zakłada okulary dalekowidza i czyta na głos:

„Jeśli zimową nocą podróżny, poza osadą Malbork, wychylając się nad brzegiem urwiska, nie lękając się wichury ani zawrotu głowy, patrząc w dół, gdzie zagęszczają się cienie, w sieci zbiegających się linii, w sieci przecinających się linii, na dywan z liści w poświacie księżyca, wokół pustego grobu... jaka historia tam w tle czeka na zakończenie? – pyta, ciekawy dalszego ciągu opowieści”. [na podstawie, którego to zdania w kursywie z wydzielonych sekwencji podróżujących od przecinka do przecinka powstało dziesięć in summarum niezależnych opowieści – przyp. aut.]

Przesuwa okulary na czoło. Tak, powieść, która tak się zaczyna – mówi – mógłbym przysiąc, że już ją czytałem... Pan ma tylko początek i chciałby pan znaleźć dalszy ciąg,  nieprawda?  Kłopot w tym, że kiedyś wszystkie opowieści zaczynały się tak samo. Ktoś przechodził pustą drogą i dostrzegał coś, co przykuwało jego uwagę, co zdawało się skrywać jakąś tajemnicę lub zawierać przestrogę. Wówczas on pytał o wyjaśnienie i opowiadano mu długą historię...

Italo Calvino, Jeśli zimową nocą podróżny

Postmodernistyczna powieść Italo Calvino, a właściwie to Italo Giovanniego Calvino Mameliego, urodzonego na Kubie, ale włoskiego pisarza i eseisty przenosi nas w eksperymentalny świat wszystkich czy każdej z książek i krótkich opowieści przekornych, a nawet o stopień wyżej gdy stają się one na powrót przewrotne. Narrator w wysublimowanej interakcji z Czytelnikiem, której uosobieniem na kartach kolejnych stron jest powieściowa Ludmiła toczy swój wielowątkowy dyskurs z Nią, dialog nie inaczej jak obliczony na pewien skutek idącej ramię w ramię z nimi - gry literackiej. W tej pozornie „sztucznej” rzeczywistości czy też chwytliwej mistyfikacji do kwadratu posługując się żargonem matematycznym jawi się nam nieoczekiwana a może raczej naoczna prawda, że przed-stawiana fikcja literacka niczym rewers wiernego falsyfikatu jest tym drugim życiem, w które obyśmy sami i bez końca w sobie czy po sobie uwierzyli.  



powrót ››