Blog

 

20.03.2021

Czekając na barbarzyńców

[…]

– Po szczególnym brzmieniu głosu – mówi pułkownik Joll [sadystyczny wojskowy na służbie Imperium – przyp. aut.]. –  Głos człowieka, który mówi  prawdę, nabiera specyficznej  barwy.  Wprawianie się w tej umiejętności, a także doświadczenie potrafią nas nauczyć rozpoznawać ten głos. Jest to chwila największego zbliżenia,  które  on  przekreśla  lekkim ruchem   dłoni.   –   Nie, źle  mnie   pan zrozumiał.   Mówię wyłącznie o szczególnej sytuacji, o sytuacji, w której  próbuję wysondować prawdę, w  której  muszę stosować przymus,  żeby tę prawdę wydobyć.  Najpierw słyszę kłamstwa, rozumie pan – tak to wygląda – najpierw kłamstwa, następnie stosuję presję, potem większa porcja kłamstw, więc większa presja, potem  przerwa  i znów  zwiększenie  presji,  wtedy  prawda.  Tak właśnie wydobywa się prawdę. Tylko ból jest prawdą; wszystko inne budzi wątpliwości.

[…]

[Sen sędziego pokoju Imperium, bezimiennego głównego bohatera, namiestnika miasta przygranicznego – przyp. aut.]

W nocy nawiedza mnie ten sam sen. Brnę z mozołem po śniegu przez bezkresną równinę w stronę grupy drobnych postaci bawiących się wokół zamku ulepionego ze śniegu. Kiedy zbliżam się, dzieci umykają przede mną lub rozpływają się w powietrzu. Pozostaje tylko jedna postać, dziecko w nasuniętym kapturku siedzące do mnie tyłem. Dotąd krążę wokół tego dziecka, które nie przestaje przyklepywać śniegu ze wszystkich stron zamku, aż udaje mi się zajrzeć pod kapturek. Widzę pod nim twarz zupełnie białą, pozbawioną rysów; jest to jakby twarz embriona czy też maleńkiego wieloryba; w ogóle nie twarz, tylko jakaś inna część ludzkiego ciała, która tworzy pod skórą wybrzuszenie; jest ono całkiem białe; jest ze śniegu. Wyciągam zgrabiałe palce, w których trzymam monetę.

[…]

Pożądanie zdawało się nieść z sobą smutek płynący ze świadomości dzielącego nas dystansu i konieczności rozłąki, próżno byłoby temu przeczyć. Nie zawsze też rozumiałem [mówi do siebie sędzia pokoju – przyp. aut.], dlaczego jedna część mojego ciała ze swymi niedorzecznymi wymaganiami i zwodniczymi obietnicami ma być faworyzowana w stosunku do innych przez to, że daje ujście żądzy. Niekiedy mój członek wydawał mi się całkowicie odrębnym tworem, głupim stworzeniem pasożytującym na moim ciele, nabrzmiewającym i kurczącym się według własnych zachcianek, wczepionym w moje ciało pazurami, których nie potrafiłbym wyrwać. Dlaczego mam cię nosić z miejsca na miejsce, od kobiety do kobiety, pytałem go, tylko dlatego, że urodziłeś się bez nóg? Czy robiłoby ci jakąś różnicę, gdybyś tkwił korzeniami nie we mnie, ale w kocie czy psie?

[…]

Jego [przywódca barbarzyńców – przyp. aut.] towarzysze zsiedli z koni, ale on ciągle siedzi na swoim, z olbrzymią starą strzelbą zarzuconą na rzemieniu przez plecy. Strzemiona, siodło, wędzidło, lejce: wszystko zrobione bez użycia metalu, materiały, jakimi się posługują, to kość i zahartowane w ogniu drewno, zszyte nićmi z jelit i wzmocnione rzemykami. Ciała odziewają w wełnę i zwierzęce skóry, od dziecka żywią się mlekiem i mięsem, nie znają delikatnego dotyku bawełny ani wartości odżywczych łagodnych w smaku zbóż i owoców: tacy są ludzie zepchnięci z równin w góry przez zagarniające coraz to nowe obszary Imperium.

[…]

Oficer [służby bezpieczeństwa – przyp. aut.] nie odpowiada, nadal udając, że czyta dokumenty. Jest przystojnym mężczyzną o regularnym białym uzębieniu i ujmującym wyrazie niebieskich oczu. Musi być próżny, stwierdzam w myśli. Wyobrażam go sobie siedzącego w łóżku obok dziewczyny, widzę, jak się przed nią pyszni swymi muskularni i napawa jej uwielbieniem. Wyobrażam sobie, że jest typem mężczyzny, który traktuje własny organizm jak automat, nie uświadamiając sobie, że przecież jego ciało rządzi się własnym rytmem. Kiedy spojrzy na mnie, co za chwilę zrobi, będzie patrzy spoza tej przystojnej, nieruchomej twarzy i skroś tych przejrzystych oczu, jak aktor posługujący się maską. Podnosi na mnie wzrok znad kartki. Jest dokładnie tak, jak przewidywałem. - Gdzie pan się podziewał? - pyta.

[…]

Szeroką drogą wędruję [sędzia pokoju – przyp. aut.] nad brzeg jeziora. Przede mną szary horyzont zlewa się z szarością tafli wody. Za plecami mam słońce zachodzące w złotoczerwonych promieniach. Z rowów dochodzi pierwsze cykanie świerszcza. TO jest ten świat, który znam i kocham, i nie chcę go opuszczać. Chodzę tą drogą od czasów swojej młodości i nic mnie tu złego nie spotkało. Mam wierzyć, że nocą roi się od przemykających tędy cieni barbarzyńców? Gdyby tu był ktoś obcy, wyczułbym to natychmiast. Barbarzyńcy zaszyli się ze swoimi stadami na niedostępnych górskich halach i tam czekają, aż wojsko będzie już miało tego wszystkiego dość i odejdzie. Gdy to nastąpi, wyjdą z tego ukrycia. Będą wypasać owce, nie zwracając uwagi na nas, my zajmiemy się uprawą pól, odwzajemniając się im tym samym, i za kilka lat na granicy znowu zapanuje spokój.

[…]

Dzieci wierzą święcie, że wielkie stare drzewa, w których cieniu się bawią, stać będą całe wieki, że pewnego dnia, kiedy dorosną, będą silne jak ich ojcowie i będą rodzić dzieci jak ich matki, że będą żyć w dobrobycie, chować własne dzieci i starzeć się tam, gdzie się urodziły. Co nam uniemożliwia życie zgodne z prawami natury, podobne do tego, jakie ryby wiodą w wodzie, ptaki w powietrzu czy dzieci? Wszystkiemu winne Imperium! To Imperium wymyśliło historię. Imperium za podstawę swego istnienia uznało nie spokojnie toczący się czas według powracających pór roku, ale szarpiący bieg wzlotów i upadków, początku i końca, katastrofy. Imperium samo siebie skazuje na obracanie koła historii i jednocześnie knuje przeciwko niej. Tylko jedna myśl absorbuje ograniczony rozum Imperium: jak nie dopuścić do swego końca, jak nie zginąć, jak przedłużyć okres swego panowania. Jest podstępne i bezlitosne, węszące krew psy rozsyła na cztery strony świata. Nocą karmi się obrazami nieszczęścia: plądrowanie miast, niewolenie ludności, stosy kości, spustoszone hektary ziemi - oto jego sny. Wizje szalone i pełne jadu: nawet ja, tak jak tu brnę przez to bagno, jestem nimi zarażony w nie mniejszym stopniu niż wierny pułkownik Joli tropiący wrogów Imperium po bezkresnej pustyni z gołą szablą w dłoni, gotów zabijać barbarzyńców jednego po drugim, dopóki w końcu nie zamorduje tego, którego przeznaczeniem jest prawdopodobnie (jeśli nie jego, to jego syna albo dopiero mającego się urodzić wnuka) wdrapać się na bramę z brązu prowadzącą do Letniego Pałacu i zwalić globus, symbol wiecznego panowania, trzymany wysoko przez stojącego na tylnych łapach tygrysa.

[…]

Przypomina mi się [wspomnienia sędziego – przyp. aut.] młody wieśniak, którego postawiono przede mną w czasach, kiedy garnizon podlegał mojej władzy sądowniczej. Sędzia w jakimś odległym mieście skierował go na trzy lata do wojska za kradzież kur. Po miesięcznym pobycie w naszej twierdzy chłopak próbował zdezerterować. Złapano go i przyprowadzono do mnie. Oświadczył, że chciał odwiedzić matkę i siostry. - Nie możemy zawsze robić tego, co się nam podoba - zacząłem pouczająco. - Wszystkim rządzi prawo, które jest ponad nami. I sędzia, który cię tu przysłał, i ja, i ty, wszyscy musimy się podporządkować przepisom prawa. - Z zakutymi do tyłu rękami, stojąc między dwoma strażnikami o bezdusznym wyrazie twarzy, patrzył na mnie tępym wzrokiem i czekał na wyrok. - Wiem, czujesz się skrzywdzony tym, że cię skazują za to, iż jesteś dobrym synem. Wiem również, co myślisz; wydaje ci się, że sam wiesz, co jest słuszne, a co nie. Wszyscy tak myślimy. - Kiedy to mówiłem, istotnie wierzyłem, że każdy mężczyzna, kobieta czy dziecko, a kto wie, może nawet stary zabiedzony koń w kieracie obracający koło młyńskie rozumie, co jest słuszne: wszystko, co żywe, przynosi z sobą na świat instynktowne poczucie sprawiedliwości. - Żyjemy jednak w świecie, którym rządzi prawo - mówiłem do nieszczęsnego przestępcy. - W świecie niedoskonałym, który oddalił się od praw natury. Nic na to nie możemy poradzić. Człowiek jest istotą ułomną. Jedyne, co możemy zrobić, każdy z nas, to szanować normy prawne i przestrzegać ich, nie dopuszczać do tego, by zatracił się w nas instynkt sprawiedliwości.

[…]

Możliwe, że świat, taki jakim go widzimy, nie jest ani złudzeniem, ani nawiedzającym nas nocą majakiem. Możliwe, że świadomość jego istnienia jest dla nas czymś nieuchronnym, że nie możemy o nim ani zapomnieć, ani go ignorować.

[…]

Życie jest za krótkie, żeby je spędzić, wiecznie martwiąc się o przyszłość. Nie jesteś ze mną szczęśliwy – ciągnie [kucharka, przyjaciółka sędziego – przyp. aut.]. - Ja wiem, że ze mną nie sprawia ci to przyjemności. Jesteś zawsze jakby nieobecny Czekam, co powie dalej. Ona [poprzedniczka kucharki – przyp. aut.] mówiła to samo. Mówiła mi, że zawsze byłeś jakby gdzie indziej. Nie mogła cię zrozumieć. Nie pojmowała, czego od niej żądasz. Nie wiedziałem, że łączyła was taka zażyłość. Często tu bywałam, na dole. Opowiadałyśmy sobie o wszystkim, co nam leżało na sercu. Potrafiła czasem płakać bez końca. Bardzo była z tobą nieszczęśliwa. Wiedziałeś o tym?

[…]

Wydaje mi się słuszne, abyśmy, niejako przez pamięć ludzi zamieszkujących ruiny na pustyni, czuli się także w obowiązku, by zostawić pisemny zapis zdarzeń w naszym osiedlu, zakopany pod murami twierdzy dla tych, co po nas przyjdą; zaś do spisania wszystkiego, co się tu dzieje, nikt nie wydaje się odpowiedniejszy od naszego ostatniego sędziego. Jednak kiedy zasiadam przy biurku, owinięty w swoje obszerne niedźwiedzie futro, by nie zmarznąć, przy jednej świecy (łój także jest racjonowany), ze stertą pożółkłych dokumentów pod ręką, stwierdzam, że to, co zaczynam pisać, nie jest kroniką wysuniętej placówki Imperium ani relacją o tym, jak ludzie na tej placówce spędzili ostatni rok swego życia, kiedy czekając na barbarzyńców starali się zachować hart ducha. „Nie zdarzyło się, by ktoś odwiedzając tę oazę – piszę [sędzia – przyp. aut.] - nie uległ urokowi życia w tym miejscu. Żyliśmy w zgodzie z porami roku, ze żniwami i wędrówkami wodnego ptactwa. Na naszym niebie nie było ani jednej chmury. Zrobilibyśmy wszystko, gdybyśmy tylko wiedzieli co, żeby żyć tak dalej. Był to raj na ziemi”.

John Maxwell Coetzee, Czekając na barbarzyńców

 

 



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin