Blog

 

24.04.2021

Człowiek z wysokiego zamku

[…] 

Wszystkiemu są winni Niemcy. To ich dążenie, żeby odgryźć więcej, niż mogą przełknąć. Ledwo udało im się z największym trudem wygrać wojnę, a natychmiast zabrali się do podboju planet, jednocześnie w kraju wydając prawa, które... no cóż, idea była dobra. Przecież udało im się z Żydami, Cyganami i Badaczami Pisma Świętego. I Słowianie zostali odepchnięci o dwa tysiące lat wstecz, do swojej kolebki w Azji. Wyparci całkowicie z Europy, ku ogólnemu zadowoleniu. Z powrotem do wypasania jaków i polowania z łukiem. Te wielkie lśniące czasopisma drukowane w Monachium i rozsyłane do wszystkich bibliotek i kiosków... Każdy może zobaczyć na własne oczy całostronicowe kolorowe zdjęcia: błękitnoocy, jasnowłosi aryjscy osadnicy pracowicie siejący, orzący i zbierający na rozległych polach Ukrainy, tego spichlerza świata. Nie ma wątpliwości, że to ludzie szczęśliwi, a ich domy i gospodarstwa uderzają schludnością. Nie widzi się już zdjęć pijanych Polaków siedzących w otępieniu przed walącymi się chałupami lub oferujących kilka nędznych brukwi na wiejskim targu. Wszystko to należy do przeszłości, tak jak rozjeżdżone polne drogi, które jesienne deszcze zmieniały w nieprzejezdną bryję.

[…]

To przez swój idealizm tak zgorzkniał [mowa o mężu Julianny Franku Frinkcie – przyp. aut.], pomyślała Juliana [Craig – jedna z głównych bohaterek powieści – przyp. aut.] patrząc na niego. Za wiele żąda od życia. Stale dokądś pędzi, wiecznie niespokojny i niezadowolony. Ja jestem taka sama; nie mogłam wysiedzieć na Wybrzeżu Zachodnim i tutaj też długo nie wytrzymam. Czyż nasi przodkowie nie byli tacy sami? Tyle, że nie ma już Dzikiego Zachodu; Dziki Zachód to teraz inne planety. Moglibyśmy razem zapisać się na jeden z tych statków rakietowych zabierających kolonistów, pomyślała. Ale Niemcy nie dopuściliby jego z powodu skóry, a mnie dlatego, że mam ciemne włosy. Te wyblakłe, chude, nordyckie pedały z SS skoszarowane w bawarskich zamkach. Ten facet, Joe [Cinnadelli – pseudonim szpiega niemieckiego, aktualnego towarzysza podróży Julianny w nie-do czasie – przyp. aut.] jakiś tam, już samą minę ma nieodpowiednią; powinien mieć taki zimny a jednocześnie entuzjastyczny wyraz twarzy, jakby w nic nie wierząc zarazem ślepo wierzył. Tak, tacy oni są. Nie idealiści, jak Joe i ja, ale pełni wiary cynicy. To szczególny defekt mózgu, jakby lobotomia – okaleczenie, którym niemieccy psychiatrzy usiłują zastąpić psychoterapię.

[…]

Ich perspektywa, zawsze kosmiczna. Nigdy tu człowiek, tam dziecko, zawsze jakaś abstrakcja, rasa, kraj. Volk. Land. Blut. Ehre. Honor nie poszczególnych ludzi, ale całej Ehre. Abstrakcja jest dla nich rzeczywistością, a rzeczywistość jest dla nich niewidzialna. Die Gute. ale niedobrzy ludzie, ten dobry człowiek. To wynika z ich poczucia czasu i przestrzeni. Pomijając „tutaj" i „teraz" wpatrują się w bezkresną, czarną, niezmienną dal. A to ma katastrofalny wpływ na życie. Bo kiedyś w końcu życia nie będzie; tak jak kiedyś były tylko cząsteczki rozsiane w kosmosie, gorący wodór i nic więcej. I tak będzie znowu. Teraz jest przerwa, ein Auyenhlick. Kosmiczny proces bez chwili wytchnienia zgniata życie tworząc granit i metan; czas ucieka dla wszystkich form życia. Wszystko to jest chwilowe. A oni – ci szaleńcy – tęsknią za granitem, za gazem, za tym, co nieożywione: chcą pomóc naturze. I wiem, pomyślał, dlaczego. Chcą być podmiotem, nie ofiarą historii. Identyfikują się z boskimi mocami i wydaje im się, że sami są podobni bogom. To jest ich największe szaleństwo. Są opętani jakimś archetypem; ich jaźń rozrosła się psychopatycznie i już sami nie wiedzą, gdzie się zaczynają oni, a gdzie kończy się Bóg. To nie arogancja, nie pycha, ale rozdęcie do ostatecznych granic wyobrażenia o sobie -- poplątanie tego, który oddaje cześć, z tym, co się czci. Człowiek nie pożarł Boga, to Bóg pożarł człowieka.

[…]

– Jesteśmy śmieszni – mówił pan Tagomi [japoński urzędnik ds. handlowych – przyp. aut.] – bo żyjemy według książki [I-cing – przyp. aut.], która ma pięć tysięcy lat. Zadajemy jej pytania, jakby była żywa. Bo ona jest żywa. Tak jak chrześcijańska Biblia. Wiele książek żyje. Nie w przenośni. Duch je ożywia….

[…]

Baynes [szwedzki businessman – przyp. aut.]: Podczas wojny byłem drobnym urzędnikiem w Prowincji Chińskiej, w Szanghaju. Tam, była dzielnica Żydów internowanych przez rząd cesarski. Utrzymywanych przy życiu dzięki pomocy zagranicznej. Hitlerowski minister w Szanghaju zażądał likwidacji Żydów. Pamiętam odpowiedź moich przełożonych. Powiedzieli: „To jest sprzeczne z zasadami humanitaryzmu". Odrzucili żądanie jako barbarzyńskie. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie.

[…]

Wabi wokół niego, atmosfera harmonii... to musi być przyczyna, uznał [Robert Childan – amerykański kolekcjoner dzieł sztuki – przyp. aut.]. Proporcja. Równowaga. Oni są tak bliscy tao, tych dwoje młodych Japończyków. To dlatego wywarli na mnie takie wrażenie za pierwszym razem. Wyczułem w nich tao. Sam dostrzegłem jego przebłysk. Jak by to było, zastanowił się, gdyby rzeczywiście znał tao. Tao, które najpierw tworzy światłość, a potem ciemność. Rodzi grę dwóch podstawowych sił, dzięki czemu zawsze następuje odnowienie i nie dochodzi do zużycia świata. Wszechświat nigdy nie zginie, bo kiedy wydaje się, że ciemność zdusiła wszystko, w samym jej jądrze rodzi się nowe ziarno światła. To jest właśnie Droga. Kiedy ziarno upada, upada w ziemię, w glebę. I tam, niewidoczne, budzi się do życia.

[…]

Książka nazywa się „Miss Lonelyhearts". Czytałem ją z przyjemnością, ale nie całkiem rozumiałem, o co autorowi chodziło. – Spojrzał z nadzieją na Roberta. – Ja... nie znam tej książki – przyznał Robert Childan po chwili. Nigdy nawet o niej nie słyszałem, pomyślał. Na twarzy Paula [japońskiego mieszkańca San Francisco – przyp. aut.] odmalowało się rozczarowanie. – Szkoda. To cienka książka. O człowieku, który prowadzi w gazecie dział porad i otrzymuje stale listy z problemami sercowymi, aż wreszcie ludzkie cierpienie doprowadza go do szaleństwa i zdaje mu się, że jest Chrystusem. Przypominasz sobie? Może dawno temu? – Nie – powiedział Robert. – Wyraża dziwny pogląd na cierpienie – mówił Paul. – Wielce oryginalne spojrzenie na cierpienie bez powodu, problem, którym zajmują się wszystkie religie. Takie religie jak chrześcijaństwo często twierdzą, że przyczyną cierpienia musi być grzech. West daje bardziej przekonujący pogląd. Może rozumiał, że może istnieć cierpienie bez powodu, dlatego że był Żydem?

[…]

Co tam, nawet nie ja [Frank Frink – przyp. aut.] robiłbym zdjęcia. Wzięlibyśmy zawodowego fotografa. To by jej [Juliannie – przyp. aut.] sprawiło przyjemność. Pewnie jest próżna jak dawniej. Zawsze lubiła, żeby ludzie na nią patrzyli, podziwiali ją, wszystko jedno kto. Chyba większość kobiet jest taka. Chcą, żeby na nie stale zwracano uwagę. Są pod tym względem jak małe dzieci. Juliana nie znosiła samotności, myślał. Musiałem być zawsze pod ręką, żeby jej prawić komplementy. Dzieci też są takie; uważają, że jeżeli rodzice nie patrzą na to, co robią, to wówczas nie jest to rzeczywiste. Na pewno i teraz ma kogoś, kto ją podziwia.

[…]

Idąc w stronę hallu Julianna myślała: kupi mi drogą suknię, a potem zabierze mnie do jakiegoś luksusowego hotelu. Każdy mężczyzna marzy, żeby mieć choć raz w życiu dobrze ubraną kobietę, nawet gdyby musiał jej sam to ubranie kupić. Ten wyskok to pewnie życiowe marzenie Joego Cinnadelli. Ale bystry to on jest. Założę się, że ma rację w tym, co powiedział o mnie: mam nerwicowy lęk przed męskością. Frank też o tym wiedział. Dlatego się rozstaliśmy, dlatego odczuwam teraz ten niepokój, brak zaufania.

[…]

Życie jest krótkie, pomyślał Robert Childan. Sztuka, coś innego niż życie, jest długa, ciągnie się bez końca, jak betonowy robak. Płaska, biała, niewygładzona krokami wzdłuż ani w poprzek.

[…]

Generał Tedeki [japoński wojskowy – przyp. aut.] podszedł do pana Baynesa i powiedział szeptem: – Jest pan świadkiem rozpaczy człowieka. Został on [Tagomi – przyp. aut.] niewątpliwie wychowany jako buddysta. Jeżeli nawet nie formalnie, to w tym duchu. W kulturze, w której nie wolno zabijać, w której każde życie jest święte. Pan Baynes skinął głową. – Wróci do równowagi – mówił dalej generał Tedeki. – Z czasem. Chwilowo brak mu jakiegoś zewnętrznego punktu odniesienia. Ta księga [I-cing – przyp. aut.] pomoże mu ujrzeć swój postępek w szerszej perspektywie. – Rozumiem – powiedział pan Baynes. A w myśli dodał: Mogłaby mu też pomóc doktryna grzechu pierworodnego. Ciekawe, czy kiedyś o niej słyszał. Jesteśmy wszyscy skazani na popełnianie czynów okrutnych, gwałtownych i złych; tak zdecydowały pradawne wydarzenia. Nasza karma.

[…]

[Wizja Pana Tagomiego ze świata, jaki znaliśmy, w którym zwycięzcami zostali alianci – przyp. aut]:

Tuż przede mną jakaś obskurna jadłodajnia, w środku sami biali, wszyscy jedzą. Pan Tagomi pchnął drewniane drzwi wahadłowe. Zapach kawy. W kącie ryczy jakaś groteskowa szafa grająca; skrzywił się i podszedł do lady. Wszystkie miejsca zajęte przez białych. Pan Tagomi podniósł głos. Kilku białych spojrzało w jego stronę. Ale żaden się nie ruszył! Żaden nie ustąpił mu miejsca! Po prostu jedli dalej. – Ja żądam! – powiedział pan Tagomi do najbliższego białego; krzyknął mu prawie do ucha. Mężczyzna odstawił filiżankę z kawą.– Uważaj, Tojo – powiedział. Pan Tagomi rozejrzał się po sali; wszyscy przyglądali mu się z wyrazem wrogości. I żaden się nie ruszył. Świat z „Bardo Thodol", pomyślał pan Tagomi. Gorący wiatr niosący mnie nie wiadomo dokąd. To jest wizja... ale czego? Czy dusza potrafi to znieść? Tak, Księga Zmarłych przygotowuje nas do tego; po śmierci dostrzegamy innych ludzi, ale wszyscy wydają się wrogo nastawieni. Jest się izolowanym. Pozbawionym oparcia. Straszliwa podróż i wszędzie światy cierpienia i nowych narodzin, gotowe przyjąć uciekającą, zastraszoną duszę. Omamy. Wybiegł z jadłodajni. Drzwi zamknęły się za nim; znowu był na ulicy. Gdzie ja jestem? Wyrwany ze swego świata, ze swego czasu i przestrzeni. Ten srebrny trójkąt [magiczny wisiorek nabyty od Roberta Childana – przyp. aut.] mnie zdezorientował. Zerwałem się z kotwicy, straciłem grunt pod nogami. Oto rezultat moich wysiłków. Lekcja na całe życie. Człowiek nie wierzy własnym zmysłom... i dlaczego? Żeby błąkać się bez map i drogowskazów? Hipnotyczny stan. Zdolność postrzegania tak zmniejszona, że powstaje stan półmroku; świat widziany wyłącznie w symbolicznym, archetypowym aspekcie, totalnie przemieszanym z materiałem podświadomości. Typowe dla wywołanego przez hipnozę somnambulizmu. Muszę skończyć z tym przerażającym snuciem się wśród cieni; skoncentrować uwagę i odzyskać równowagę psychiczną.

[…]

Idiotyczne marzenia na jawie typu eskapistycznego, pomyślał Tagomi. Naśladownictwo najbardziej niezdrowych objawów wieku dojrzewania raczej niż jasna, czysta niewinność autentycznego dzieciństwa. Akurat to, na co zasługuję. Wszystko to moja własna wina, nie zamiar pana Childana czy rzemieślnika. Jedyną przyczyną moja własna zachłanność. Nie można zrozumienia osiągać na siłę. Liczył powoli, na głos, a potem zerwał się na równe nogi. – Przeklęta głupota! – zawołał. Czy zamroczenie ustąpiło? Rozejrzał się dokoła. Nieostrość ustąpiła, jak się wydaje. Po tym można docenić celne słowa świętego Pawła... „Teraz widzimy przez zwierciadło". To nie przenośnia, lecz trafne powołanie się na odkształcenie optyczne. My rzeczywiście widzimy astygmatycznie w fundamentalnym sensie: nasza przestrzeń i czas są wytworami naszej własnej psychiki i mogą ulegać chwilowym zniekształceniom, jak przy ostrym zaburzeniu ucha środkowego. Chwiejemy się wówczas ekscentrycznie, tracąc wszelkie poczucie równowagi.

[…]

Byłem dla nich... jak się to nazywa? Pokrywką. Jestem – myśli Tagomi - maską kryjącą rzeczywistość. Za moimi plecami, ukryte, toczy się prawdziwe życie, zabezpieczone przed wzrokiem wścibskich. Dziwne, myślał. Jak ważną rolę odgrywa czasem tekturowa fasada. Jest w tym przebłysk satori, gdybym tylko potrafił go schwytać. Cel w ogólnym planie iluzji, gdybyśmy mogli go zgłębić. Prawo ekonomii: nic nie jest zbyteczne. Nawet nierzeczywistość. Ileż w tym wyszukania.

[…]

Co pozostanie po tym trzecim światowym szaleństwie? Czy będzie to koniec wszelkiego życia, wszędzie? Kiedy nasza planeta stanie się planetą martwą, zamordowana przez nas samych? Nie mógł w to uwierzyć. Nawet jeżeli wszelkie życie na naszej planecie ulegnie zagładzie, musi istnieć jakieś inne życie, o którym nic nie wiemy. To niemożliwe, żeby nasz świat był jedynym; muszą istnieć inne, niewidoczne dla nas światy w jakichś innych miejscach lub wymiarach, których nasze zmysły nie odbierają. Mimo że nie potrafię tego udowodnić, mimo że to nie jest logiczne, ja w to wierzę - pomyślał Baynes.

[…]

– To dziwne. Nigdy bym nie pomyślała – mówi Julianna [do Pani z Wysokiego Zamku – przyp. aut.], że prawda może rozgniewać. – Prawda, pomyślała. Straszna jak śmierć. Ale trudniej ją znaleźć. Ja miałam szczęście. – Myślałam, że będziecie zadowoleni i podnieceni tak jak i ja. To było nieporozumienie. – Uśmiechnęła się i po chwili pani Abendsen również zdobyła się na uśmiech. – No cóż, dobranoc. W chwilę później Juliana szła z powrotem po kamiennej ścieżce, przez plamy światła z okien salonu, potem przez cień ogródka, do chodnika. Szła nie oglądając się już na dom Abendsenów, wypatrując w uliczkach taksówki lub samochodu, ruchu, światła, życia.

Philip K. Dick, Człowiek z wysokiego zamku

Apokryficzna czasem nawet i katastroficzna wizja alternatywnego świata, w którym to przegrani drugo-wojenni stali się zdobywcami świata, zaś zwycięscy w czasie drugiej wojny światowej – odwrotnie jego niewolnikami. Powieść staje się kanwą do nowej perspektywy rozmyślań Philipa Dicka o współczesnej kondycji człowieka, takiego akurat człowieka, który nie wierzy już swoim zmysłom wcale to a wcale nie odchodząc od nich. Dopiero wtedy, gdy nasz świat realny ucieknie od przykrywki zmysłów o dalszym indywidualnym losie każdego z nas decyduje: prorocza książka, tudzież wiekowa księga, a zatem słowo wobec którego przystajemy jak przed lustrem sami przed sobą.



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin