Blog

 

07.05.2021

Inwazja jaszczurów

[…]

Morze jest wielkie i ocean czasu nie ma granic. Pluj na morze, człowieku, lecz ono się nie wzburzy. Urągaj na swój los, ale go nie odwrócisz…

[…]

[Rozmowa radcy Bondy z kapitanem van Tochem w sprawie ratowania kolonii przedpotowych Jaszczurów na Wyspach Malajskich – przyp. Aut.]

Aha, taką właśnie opowieść, panie. Czekajcie — kapitan van Toch podniósł na sufit oczy koloru niezapominajek — tylko że teraz nie wiem, od czego by tu właśnie zacząć… „Znowu jakiś interes — pomyślał pan Bondy. — Boże, cóż to za męka! Znów mi będzie opowiadał, że mógłby wozić maszyny do szycia na Tasmanię lub kotły parowe czy szpilki na Fidżi. Świetny interes, ja wiem. I oczywiście od razu z tym do mnie. Do diabła, przecież ja nie jestem sklepikarz! Ja jestem fantasta. Ja jestem w pewnym tego słowa znaczeniu poetą. Więc raczej mów mi o Sindbadzie żeglarzu, o Surabaji lub o Wyspach Feniksa. A może przyciągnęła cię Góra Magnetyczna? Może porwał cię czarodziejski ptak i poniósł do swego gniazda? A może wracasz z ładunkiem pereł, cynamonu czy bezoaru? No, więc dalej, człowieku, zacznij łgać!”

[…]

Żeby jeszcze krokodyle, to mniejsza z tym. Wiozłem już kiedyś z Bandżermasin rozmaite gadziny do ogrodu zoologicznego. Brr… jak to draństwo śmierdziało! Ale słuchaj, Jens, te jaszczury to jakieś przedziwne bydlaki. W dzień to głupstwo: siedzi to w basenach z wodą. Ale w nocy to wszystko wyłazi. Tąp, tąp… tąp, tąp… Cały statek się roi. Stanie to na tylnych łapach i wywala gały na człowieka… — Irlandczyk [marynarz Dingle – przyp. aut.] przeżegnał się szybko. — I jeszcze wołają na ciebie: „Ts, ts, ts…” — jak te dziwki w Hong–Kongu. Niech mnie Pan Bóg skarżę, ale tak sobie myślę, że to jakaś nieczysta sprawa.

[…]

[Diagnoza Komisji Naukowej o nowym gatunku płaza, odkrytym na archipelagu malajskim – przyp. aut.]

1. Andrias Scheuchzeri [od nazwy odkrywcy pierwszego przedpotowego płaza – przyp. aut.], płaz hodowany w londyńskim Zoo, potrafi mówić, chociaż nieco skrzekliwie. Dysponuje ilością około czterystu słów. Mówi tylko to, co słyszał lub przeczytał. Język ma dosyć ruchliwy. Nagłośni w danych warunkach nie udało się nam zbadać bliżej.

2. Tenże płaz potrafi także czytać, lecz tylko wieczorne wydania gazet. Interesuje się wszystkim jak przeciętny Anglik i w podobny także sposób reaguje na przejawy życia, to jest: w myśl ustalonej, powszechnej opinii. Jego życie duchowe — o ile można mówić o czymś podobnym — składa się z wyobrażeń i pojęć doby współczesnej.

3.Inteligencji jego nie należy oczywiście przeceniać, gdyż w żadnym wypadku nie przekracza ona inteligencji przeciętnego człowieka naszych czasów.

[…]

Jak państwo widzą, panie i panowie— ciągnął dalej chrapliwym głosem człowieczek [prezenter w cyrku – przyp. aut.] — zwierzę to żyje w wodzie. Dlatego też ma i skrzela, i płuca, którymi może oddychać, gdy wychodzi z wody. Tylne nogi mają po pięć palców, przednie po cztery. Przednimi łapami umie chwytać rozmaite przedmioty. Na! — zwierzę ścisnęło w palcach patyk, trzymając go przed sobą jak jakieś żałosne berło. — Potrafi on także zawiązać węzeł na sznurze — oświadczył człowieczek. Zabrał zwierzęciu patyk i podał brudny kawałek sznura. Zwierzę chwilkę trzymało go w łapach, a potem naprawdę zawiązało węzeł. — Poza tym umie on także tańczyć i grać na bębenku — oznajmił znowu człowieczek podając zwierzęciu mały, dziecięcy bębenek i pałeczkę. Zwierzę uderzyło parokrotnie w bębenek i zaczęło kręcić górną połową ciała. Nagle pałeczka wpadła mu do wody. — Kusz, ty bydlaku! — wrzasnął człowieczek wyjmując pałeczkę z wody. — I to zwierzę — ciągnął uroczyście i coraz głośniej — jest tak inteligentne i zdolne, że potrafi mówić jak człowiek. — I zaklaskał w dłonie. — Guten Morgen — zaskrzeczało zwierzę przymykając żałośnie dolne powieki. — Dzień dobry.

[…]

A teraz jeszcze jedno pytanie [wypowiedź profesora na temat pochodzenia i ewolucji nowego płaza – przyp. aut.]: dlaczego nie rozwijał się on dotychczas? Łączy się to oczywiście z faktem, że w okolicach okręgu etiopsko—australijskiego nie spotykano dotychczas i nie znano płazów w ogóle. Czyli że w okresie miocenu w tych właśnie okolicach zaszły jakieś zmiany nie sprzyjające życiu i rozwojowi płazów. Najprawdodpobniej tak było. Być może, że rozwinął się tam specyficzny typ nieprzyjaciół, który całkowicie starł płazy z powierzchni ziemi. I tylko na tej jednej wysepce, w tym zamkniętym, niedostępnym jeziorku zachował się płaz z okresu miocenu, przetrwał za cenę całkowitej zatraty warunków rozwojowych. Jego postęp biologiczny zatrzymał się w biegu, płaz był w tym okresie jak sprężyna, która straciła swą elastyczność… Nie jest bynajmniej wykluczone, że przyroda miała w stosunku do płaza jakieś niezwykłe plany, że ten typ zwierzęcia miał rozwijać się dalej, kto wie do jakiego stopnia… (Na myśl o tym po ciele profesora Uhera przebiegł lekki dreszcz… Kto wie, czy właśnie Andrias Scheuchzeri nie miał stać się człowiekiem okresu miocenu?!)

[…]

Tak więc doszło do tego, że Povondra [jeden z bohaterów powieści – przyp. Aut.]  zaczął zbierać z prasy wycinki o Płazach. Jego namiętności zbieracza zawdzięczamy moc materiału, który w innym wypadku zginąłby w zapomnieniu. Wycinał bowiem i przechowywał wszystko, co gdziekolwiek o Płazach napotkał w druku. Nie będziemy także taić, że po okresie początkowych skrupułów, nauczył się w swej stałej kawiarni ściągać gazety, w których były umieszczone wzmianki o Płazach. W tej dziedzinie osiągnął niezwykle, wprost czarodziejskie wirtuozostwo: umiał nieomal na oczach kelnera w niedostrzegalny sposób wydrzeć z gazety odpowiednią kartkę i wsadzić ją do kieszeni. To zresztą znana historia: wszyscy zbieracze gotowi są kraść czy mordować, byle tylko zdobyć jakiś egzemplarz do swoich zbiorów. Co jednakże w niczym nie ubliża ich moralności.

[…]

Trudno wprost opisać wrażenie, jakie sprawia taki taniec Płazów. Około trzysta zwierząt siedzi na tylnych nogach w ściśle zwartym kręgu, frontem do środka. Środek koła jest pusty; Plaży siedzą nieruchomo, jakby skamieniałe. Wygląda to jak jakaś palisada wokół tajemniczego ołtarza; lecz wewnątrz nie ma ani ołtarza, ani żadnego bożka. W pewnej chwili któreś zwierzę zamlaska; „Ts… ts… ts…” — i zaczyna kręcić ruchem kolistym górną polową dala. Kołysanie przenosi się na następne zwierzęta, dalej i dalej. W parę sekund już wszystkie Płazy wirują górną polową ciała, nie ruszając się z miejsca, coraz prędzej, : coraz większym uniesieniem, zataczając się w jakimś szaleńczym, namiętnym upojeniu. Po jakimś kwadransie poszczególne zwierzęta zaczynają opadać z sil, kręcą się z coraz większym trudem, wreszcie

nieruchomieją: jeden, drugi, trzeci… I znów siedzą wszystkie bez ruchu jak dziwne figury. Za jakiś czas znowu któryś Plaż się odzywa: ,,Ts… ts… ts…”, cialo jego zaczyna się kolebać, wirować i taniec porywa cały zwarty krąg.

[…]

[Nowe odkrycie wysoce inteligentnych płazów natchnęło człowieka do ich rozmnażania a następnie do wykorzystywania do celów budownictwa oceanicznego – przyp. aut.]

Zdawało się po prostu, że padły już ostatnie granice, jakie przed rozmachem ludzkiego ducha stawiały oceany świata: nastała radosna epoka fantastycznych planów technicznych. Człowiek zrozumiał, że dopiero teraz staje się Panem Świata — dzięki Płazom, które zjawiły się na arenie w odpowiednim momencie, powiedzmy: po prostu w chwili konieczności dziejowej. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie byłoby doszło do tak olbrzymiego rozprzestrzenienia się Płazów, gdyby nie fakt, że nasz wiek techniki przygotował dla nich do wykonania tak ciekawe zadania, stwarzając tym samym rozległe pole dla ich trwałego zatrudnienia.

[…]

Rozpętał się wówczas namiętny spór między referentem a profesorem Brucknerem. C’est un type [Co za typ – przyp. aut.] — ten profesor Bruckner: mały, złośliwy i niesamowicie impulsywny. Twierdził między innymi, że Andrias, czyli nowy płaz jest pod względem zmysłów równie ubogo wyposażony z natury jak człowiek i że odznacza się takim samym brakiem instynktów. Z biologicznego punktu widzenia ma to być zwierzę prawie tak samo chylące się ku upadkowi jak człowiek i podobnie jak on starające się swą deprecjację biologiczną nadrobić tym, co się określa jako intelekt.

[…]

W jakiś czas po osiedleniu pierwszych kolonii Płazów na Morzu Północnym i na Bałtyku uczony niemiecki dr Hans Thuring ustalił, że Płaz północny — prawdopodobnie wskutek oddziaływania środowiska — wykazuje pewne specjalne własności fizyczne: nieco jaśniejszy odcień skóry, tułów bardziej wyprostowany, a głowa — na podstawie badań czaszki — posiada kształt bardziej wydłużony i węższy od głowy innych Płazów. Odmiana ta została nazwana: Der Nordmolch, czyli der Edelmolch* (Andrias Scheuchzeri var. nobilis erecta Thüring). Teraz i prasa niemiecka gorliwie zajęła się Płazem północnym. Specjalny nacisk kładziono na fakt, że właśnie pod wpływem środowiska niemieckiego ów Płaz rozwinął się w typ rasowo wyższy, górujący bezspornie nad wszelkimi innymi Salamandrami. Rozpisywano się szeroko w pogardliwym tonie o Płazach śródziemnomorskich, skarłowaciałych tak fizycznie, jak duchowo, o dzikich Płazach tropikalnych, o niższych pod każdym względem, barbarzyńskich, prymitywnych Salamandrach wszystkich innych narodów. „Od Płaza do Nadpłaza” — było hasłem Niemiec ówczesnej doby. Bo czyż ziemia niemiecka nie była praojczyzną wszystkich Płazów? Czyż kolebką ich nie było Oeningen, gdzie uczony niemiecki, dr Johannes Scheuchzer, odkrył ów pamiętny odcisk w skale epoki miocenu? Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że praszczur Andriasa Scheuchzeri w odległych geologicznych okresach zrodził się na ziemi germańskiej i dopiero stąd rozproszył się po innych morzach i oceanach, płacąc za to jednak cofnięciem się w rozwoju i degeneracją. Kiedy” jednak osiedlił się znowu na ziemiach swej praojczyzny, stał się tym, czym był dawniej: szlachetnym, nordyckim Płazem Scheuchzeri, typem jaśniejszej barwy, dumnej postawy, o rasowej budowie głowy. Rzecz naturalna, że tylko na terenie ojczystych Niemiec Płazy powrócić mogą do nieskażonego, idealnego typu, jakiego odcisk znalazł wielki Johannes Jakub Scheuchzer w kamieniołomach w Oeningen. Dlatego też Niemcom potrzebne są nowe, rozległe wybrzeża, potrzebne są kolonie, potrzebne są morza świata całego — aby wszędzie na niemieckich wodach mogła się rozwijać nowa generacja rasowo czystych, niemieckich od prawieków Salamandrów.

[…]

[samotnik z Królewca filozof Wolf Meynert, który tymi słowami przepowiadał rychły koniec ludzkiej cywilizacji – przyp. aut.]

W chwili obecnej na całej kuli ziemskiej żyje około dwadzieścia miliardów cywilizowanych Płazów, czyli dziesięć razy tyle co wszystkich ludzi. Konieczność biologiczna i logika dziejów wskazuje na to, że ujarzmione dotąd Płazy będą musiały się wyzwolić, że jako istoty homogeniczne będą musiały się połączyć, że stając się w ten sposób największą potęgą, będą musiały przejąć władzę nad światem. I czy myślicie, że będą na tyle głupie, by później oszczędzały ludzi? Sądzicie, że powtórzą błąd historyczny człowieka, który ten popełnia od dawien dawna, zagarniając pod swą władzę podbijane narody i klasy — zamiast je wyniszczyć? Z egoizmu swego tworzył wciąż nowe między ludźmi różnice po to, by je później gestem wspaniałomyślności i idealizmu próbować przekreślić! Nie, tego historycznego nonsensu — wołał Wolf Meynert — Płazy nie powtórzą z tej choćby przyczyny, że przestrogą dla nich będzie moje dzieło! Przejmą w spuściźnie całą ludzką cywilizację, zagarną wszystko to, cośmy robili i do czegośmy zmierzali, starając się zagarnąć władzę nad światem. Lecz postępowałyby wbrew własnemu interesowi, gdyby wraz z tym dziedzictwem chciały przejąć i nas. Pragnąc zachować swą jednolitość będą musiały pozbyć się ludzi. Gdyby tego nie uczyniły, wnieślibyśmy pomiędzy nie prędzej czy później nasze pierwiastki destrukcyjne: tworzenie podziałów i dręczenie innych. Lecz tego nie potrzebujemy się obawiać; dziś już żadne stworzenie, które zajmie miejsce człowieka w dziejach świata, nie powtórzy samobójczych i głupich błędów ludzkości. Nie ulega wątpliwości, że świat Płazów będzie szczęśliwszy, niż był świat ludzi: będzie jednolity, homogeniczny, owiany jednym duchem. Płaz od Płaza nie będzie się różnił językiem, zapatrywaniami, wiarą czy warunkami życia. Nie będzie między nimi różnic kulturalnych ani klasowych, jedynie różnice wykonywanych rodzajów pracy. Nikt nie będzie panem ani niewolnikiem, bowiem wszyscy będą służyć jednej Wielkiej Społeczności Płazów, która będzie Bogiem, władcą, pracodawcą i przywódcą duchowym. Jeden tylko będzie naród i jeden jego poziom. Będzie to doskonalszy i lepszy świat, niż był nasz. Będzie to jedyny możliwy Szczęśliwszy Nowy Świat. A więc: róbmy mu miejsce! Konającej ludzkości nie pozostało już nic innego, jak tylko przyśpieszyć swój koniec, nadać mu formę tragiczną i piękną — póki nie jest jeszcze za późno i na to.”

[…]

[na kanwie tego, co nowe, nowoczesne zawsze w pierwszych szeregach młodzi torujący drogę nowym ideom – przyp. aut.]

My młodzi utorujemy drogę światowemu salamandryzmowi! Chcemy być pierwszymi Płazami! My jesteśmy Salamandrami przyszłości!” W ten sposób zrodził się wśród młodych ruch literacki salamandrytów, powstała trytońska muzyka i malarstwo pelagiczne, które inspirował fantastyczny świat meduz, rozgwiazd morskich i korali. Prócz tego prace podmorskie Płazów stały się nowym źródłem piękna i monumentalności. „Dość już mamy przyrody! — wołano. — Dajcie nam jednolite, betonowe brzegi w miejsce tych przestarzałych, postrzępionych skrawków! Romantyka umarła! Lądy przyszłości będą nakreślone liniami prostymi, łamiącymi się w trójkąty i czworoboki sferyczne. Stary świat geologiczny trzeba zastąpić światem geometrycznym!” Krótko mówiąc, wciąż rodziło się coś nowego, coś wybiegającego w przyszłość: nowe sensacje duchowe, nowe manifesty kulturalne. Wszyscy ci, którzy zaniedbali wejść w odpowiednim czasie na drogę salamandryzmu, z goryczą stwierdzili, że ich moment już minął, że stracili okazję… Mścili się więc za to w ten sposób, że głosili nawrót do czystej ludzkości, powrót do człowieka i do natury i inne tym podobne hasła. W Wiedniu wygwizdano koncert muzyki trytońskiej, w paryskim Salonie Niezależnych nieznany sprawca pociął obraz pelagiczny, noszący tytuł: Capriccio en bleu. Słowem: salamandryzm rozpoczął swój triumfalny i niepowstrzymany pochód.

[…]

[Rozmowa autora z samym sobą – przyp. aut.]

Na miłość boską, dajże mi spokój! A cóż ja poradzę? Przecież ludzie sami tego chcieli. Wszyscy chcieli mieć Płazy, chciał je mieć handel, przemysł i technika, chcieli je mieć mężowie stanu i szefowie sztabów… Dobrze młody Povondra [ten, który wpuścił pod dach radcy Bondy kapitana żeglugi Wielkiej van Tocha, a który to przedstawił koledze z podwórka lat dziecinnych wspaniały plan ratowania przedpotopowych jaszczurów – przyp. aut.] powiedział: „Wszyscy jesteśmy temu winni!” A cóż ty myślisz, że mnie ludzkości nie żal? Ale najbardziej było mi jej żal, gdy patrzyłem, jak sama za wszelką cenę dąży do własnej zguby. Patrząc na to, człowiek chciał krzyczeć gwałtu! Miałbyś ochotę wrzeszczeć i wyciągnąć w górę ręce — jak wtedy gdy pociąg wjeżdża na fałszywy tor… A teraz już tego powstrzymać nie podobna. Płazy będą się dalej mnożyć i dalej będą rozsadzać stare lądy…[…] — A czy nie dałoby się, żeby jakoś wyzdychały? Żeby na przykład zjawiła się wśród nich jakaś choroba, jakaś degeneracja? — To byłoby zbyt proste, mój stary. A cóż to, czy zawsze przyroda ma naprawiać to, co ludzie zniszczą? No, to znaczy, że i ty już nie wierzysz, że ludzie sami znajdą jakiś ratunek! No, widzisz, widzisz… Znowu chcielibyście spuścić się na kogoś lub na coś, co przyjdzie, by was ocalić! Słuchaj, coś ci powiem: czy ty wiesz, kto teraz jeszcze, kiedy już piąta część Europy jest zatopiona, dostarcza Płazom materiałów wybuchowych, torped, świdrów pneumatycznych? Czy wiesz, kto gorączkowo dniem i nocą pracuje po laboratoriach, szukając jakiejś skuteczniejszej maszyny czy substancji do rozsadzania świata? Czy wiesz, kto pożycza Płazom pieniądze, kto finansuje ten Koniec Świata, ten nowoczesny Potop? — Wiem. Wszystkie fabryki. Wszystkie banki. Wszystkie państwa. — No, więc widzisz! Gdyby to tylko Płazy szły przeciw ludziom, to jeszcze może można by coś zrobić. Ale ludzie przeciw ludziom… Nie, tego powstrzymać się nie da.

[…]

I tam właśnie włada King—Salamander, duchowy wódz Salamandrów. Żyją tam jeszcze tapa–boys [ksywka pierwszych niewinnych jaszczurów przedpotopowych z wysp malajskich – przyp. aut.] kapitana van Tocha, półdzikie Płazy z Oceanu Spokojnego. To po prostu jest ich Wschód, rozumiesz? Więc ten cały obszar nazywa się teraz Lemuria, kiedy tymczasem ten drugi obszar cywilizowany, zeuropeizowany czy zamerykanizowany, nowoczesny i wysoko stojący pod względem techniki — to Atlantyda. I tam właśnie dyktatorem jest Chief–Salamander, wielki zdobywca, technik i żołnierz, Dżingischan Płazów, burzyciel lądów. To niezwykła indywidualność, mój drogi. — Słuchaj no, czy to naprawdę jest Płaz? — …Nie. Chief–Salamander to człowiek. Nazywa się właściwie Andreas Schultze, podczas wojny światowej był gdzieś kapralem. […] — I w imię rdzennego Rodu Płazów. W Imię Chwały i Wielkości Narodu! Hasłem będzie: „My albo oni!” Lemury, uzbrojone w krisy malajskie i w sztylety Yoghów, wyrżną bez miłosierdzia atlantyckich intruzów. W zamian za to Atlantowie — bardziej postępowi i zeuropeizowani — wpuszczą do mórz lemuryjskich trujące chemikalia i specjalne hodowle zabójczych bakterii. Skutek tej walki będzie taki, że zostaną zatrute wszystkie oceany świata. Wody mórz będą zakażone sztucznie wyhodowaną zarazą, wyniszczającą Płazy. No i wtedy koniec, mój drogi. Jaszczury wyginą. — Wszystkie? — Wszystkie, co do jednego. Będzie to gatunek wymarły. Zachowa się po nim jedynie ten dawny odcisk kopalny Andriasa Scheuchzeri. — No, a co z ludźmi? — Z ludźmi? Ach, prawda, ludzie… No, zaczną powoli wracać z gór na brzeg tego, co pozostanie z lądów. Ocean długo jeszcze będzie wydzielał wstrętną woń rozkładających się Płazów. Powoli narosną lądy naniesione przez rzeki. Morze będzie ustępowało krok za krokiem. I wszystko będzie niemal tak jak dawniej. Powstanie nowa legenda o potopie świata, który Bóg zesłał za grzechy ludzi. Powstaną także legendy o zatopionych krainach, które podobno były kolebką kultury ludzkiej. Będą sobie może ludzie opowiadali o jakiejś Anglii, Francji czy Niemczech… — A potem? — …Dalej już nie wiem.

Karel Capek, Inwazja jaszczurów

Katastroficzna, a w zasadzie już apokaliptyczna w czym właśnie dlatego i alegoryczna powieść Karela Capka jest przejmującą wizją degradacji ludzkości, w której nie ma więcej miejsca dla tego „homo” w człowieku, gdzie jego „sapiens” właśnie pożera chciwy konsumpcjonizm co staje się zabawną przestrogą…. Czy zatem jest już za późno...?!



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin