Blog

 

16.05.2021

Jądro ciemności

[…]

On jeden jedyny spośród nas wciąż jeszcze „służył na morzu“. Najgorszy zarzut jaki mógł spotkać Marlowa[narrator i główny bohater tej powieści – przyp. aut.] to ten, że nasz kolega nie był typowym przedstawicielem swego zawodu. Był to marynarz, ale był to również wędrowiec, gdy tymczasem większość marynarzy prowadzi, jeśli można się tak wyrazić, życie osiadłe. Ich usposobienie należy do kategorii domatorskich, a dom zawsze jest z nimi — okręt; tak samo jak ich kraj — morze. Jeden okręt jest bardzo podobny do drugiego, a morze zawsze jest jednakowe. Wśród niezmienności otoczenia obce wybrzeża, obce twarze, zmienny ogrom życia, przesuwają się koło nich, przesłonięte bynajmniej nie poczuciem tajemnicy lecz nieco pogardliwą niewiedzą; gdyż niema dla marynarza nic tajemniczego — chyba samo morze, które jest władcą jego istnienia, władcą równie niezbadanym jak los. Co zaś do reszty świata, przypadkowy spacer poza godzinami służby lub przypadkowa pijatyka na wybrzeżu wystarcza aby odsłonić przed marynarzem tajemnicę całego kontynentu, i marynarz uważa na ogół że tajemnica nie była warta poznania. Opowiadania żeglarzy są proste i bezpośrednie, i zbytkiem sensu nie grzeszą. Lecz Marlow nie był typowym żeglarzem (wyjąwszy jego skłonność do opowiadań) i według niego sens jakiegoś epizodu nie tkwił w środku jak pestka — lecz otaczał z zewnątrz opowieść, która tylko rzucała nań światło — jak blask oświetla opary — na wzór mglistych aureoli, widzialnych czasem przy widmowym oświetleniu księżyca.

[…]

„Niechże mi pan powie“ — zapytałem [buchaltera – przyp. aut.] — „kto to jest ten Kurtz?“ — „Kierownik stacji w głębi kraju [mowa o kraju afrykańskim, gdzie udał się nasz bohater, kapitan żeglugi morskiej i śródlądowej, zatrudniony przez kompanię handlową do sterowania parowcem rzecznym – przyp. aut.] “ — odrzekł zwięźle, odwracając oczy. — „Bardzo panu dziękuję“ — odpowiedziałem ze śmiechem. — „A pan jest fabrykantem cegły na stacji centralnej. Każdy to wie“. — Milczał przez chwilę. — „To nadzwyczajny człowiek“ — rzekł w końcu. — „On jest wysłańcem miłosierdzia, i nauki, i postępu, i diabli wiedzą czego tam jeszcze. Dla prowadzenia sprawy — że się tak wyrażę — powierzonej nam przez Europę“ — zaczął nagle deklamować — „potrzebujemy wyższej inteligencji, wszechogarniającego współczucia, zupełnego oddania się celowi“. — „Któż to mówi?“ — zapytałem. — „Całe mnóstwo ludzi“ — odpowiedział. — „Niektórzy z nich nawet to piszą; i właśnie dlatego on tu przybył — ta szczególnie uzdolniona jednostka — o czym powinien pan wiedzieć“.

[…]

 ...Nie, to niemożliwe; niepodobna dać komuś żywego pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego życia — o tym co stanowi jej prawdę, jej znaczenie — jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak jak śnimy — samotni... […] Wiecie że nienawidzę, nie cierpię, nie znoszę kłamstwa, nie dlatego abym był bardziej prawy od reszty ludzi, ale po prostu dlatego że kłamstwo mię przeraża.

[…]

Ten statek [parowiec rzeczny – przyp. aut.] dał mi sposobność do wypróbowania siebie — do przekonania się czego mogę dokonać. Nie, ja pracować nie lubię. Wolę próżnować i myśleć o wszystkich pięknych rzeczach, które można by zrobić. Nie lubię pracy — żaden człowiek jej nie lubi — ale lubię to co jest w pracy — sposobność do odnalezienia siebie samego, swej własnej rzeczywistości — dla siebie, nie dla innych — której inni ludzie poznać nie mogą. Widzą tylko pozory, i nigdy nie są w stanie powiedzieć co one naprawdę znaczą.

[…]

Rozlane szeroko wody płynęły wśród mnóstwa zadrzewionych wysepek; gubiłem się na tej rzece jak w pustyni i natykałem się cały dzień na mielizny, usiłując wynaleźć przesmyki, aż wreszcie doznałem wrażenia, że mię ktoś zaczarował i odciął na zawsze od wszystkiego co znałem ongi — gdzieś tam — daleko — może w jakimś innym istnieniu. Były chwile kiedy przeszłość do mnie wracała, jak to się dzieje czasami gdy się nie ma ani chwilki dla siebie; ale wracała niby niespokojny i hałaśliwy sen, który przypominałem sobie ze zdumieniem wśród przygniatającej rzeczywistości tego dziwnego świata roślin, i wody, i ciszy. Ale ta cisza nie miała nic wspólnego ze spokojem. Był to bezruch nieubłaganej siły, rozmyślającej ponuro nad jakimś nieprzeniknionym zamiarem. Owa siła przyglądała się człowiekowi z mściwością.

[…]

Czy przedhistoryczny człowiek nas przeklinał, czy modlił się do nas, czy też nas witał — któż to mógł wiedzieć? Zrozumienie tego co nas otaczało było dla nas niemożliwe; przesuwaliśmy się jak widma, rozciekawieni i pełni ukrytego lęku, niby ludzie normalni wobec jakiegoś entuzjastycznego wybuchu w zakładzie dla obłąkanych. Nie mogliśmy tego pojąć, ponieważ odeszliśmy byli za daleko i nie umieliśmy już sobie przypomnieć; ponieważ wędrowaliśmy przez mroki pierwszych wieków, tamtych wieków które minęły, nie zostawiając prawie żadnego śladu i żadnych wspomnień. — Ziemia nie wydawała się ziemską. Przywykliśmy patrzeć na spętany kształt pokonanego potwora, ale tam — tam się oglądało potworny stwór na swobodzie. Ziemia nie była ziemską, a ludzie byli — Nie, ludzie nie byli nieludzcy. Widzicie, otóż to było najgorsze ze wszystkiego — podejrzenie że oni nie są nieludzcy. Przenikało to zwolna do świadomości.

[…]

[Rozmyślania Marlowa o Kutzu – przyp. aut.]

Naturalnie że kojarzył mi się w myśli i z pewnego rodzaju działaniem. Czyż mi nie powtarzano na wszelkie możliwe tony zazdrości i podziwu, że ten człowiek [Kutz – przyp. aut.] zebrał, wymienił na inne towary, wykpił, czy ukradł więcej kości słoniowej niż wszyscy agenci razem? Ale nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to że to był człowiek utalentowany, i że ze wszystkich jego talentów tym który najbardziej rzucał się w oczy, który dawał wrażenie żywej osobowości, była jego zdolność do mówienia, jego słowo — dar wypowiadania się, zdumiewający, rozświetlający, najwznioślejszy i najbardziej godny pogardy, strumień rozedrganego światła, lub zwodniczy potok wypływający z głębi nieprzeniknionej ciemności.

[…]

One — mam na myśli kobiety — są poza tym — i tak być powinno. Musimy im pomagać, aby mogły pozostać w tym swoim pięknym świecie, bo inaczej nasz świat stałby się jeszcze gorszy.

[…]

Cała Europa złożyła się na Kurtza; i dowiedziałem się z czasem, że Międzynarodowe Towarzystwo tępienia dzikich obyczajów powierzyło mu opracowanie referatu jako wytycznej dla tegoż towarzystwa. A Kurtz ten referat napisał. Widziałem go. Czytałem. Był wymowny, tętniący wymową, lecz nastrojony na zbyt wysoką nutę, jak mi się zdaje. Kurtz znalazł czas by zapełnić gęstym pismem całych stron siedemnaście! Ale to było zapewne nim jego — powiedzmy — nerwy się rozkleiły, co sprawiło że przewodniczył o północy pewnym tańcom, kończącym się obrzędami o których mówić nie sposób, i które — o ile mogłem wywnioskować z odrazą z tego co w różnych czasach słyszałem — odbywały się na jego cześć — rozumiecie? na cześć Kurtza we własnej osobie. Ale raport był pięknym kawałkiem prozy. Tylko że pierwszy jego paragraf wydaje mi się teraz złowróżbnym w świetle późniejszych informacji. Zaczynał się od argumentu że my, biali, na osiągniętym przez nas szczeblu rozwoju, „musimy z natury rzeczy wydawać się im (dzikim) nadnaturalnymi istotami — zbliżamy się do nich z potęgą jak gdyby bóstwa“

[…]

Kurtz nie pozwala o sobie zapomnieć. Mimo wszystko nie był to człowiek pospolity. Miał władzę pociągania za sobą pierwotnych dusz — przez swój czar czy też grozę — w straszliwy, szatański taniec na własną cześć.

[…]

Przywieźliśmy mu [Kutzowi – przyp. aut.] spóźnioną korespondencję; podarte koperty i otwarte listy pokrywały łóżko. Ręka jego błądziła powoli wśród tych papierów. Uderzyła mnie płomienność jego oczu przy spokojnym, znużonym wyrazie twarzy. Nie było to właściwie osłabienie chorobą. Zdawał się nie odczuwać żadnych cierpień. Odniosłem wrażenie że cień ten nasycił się już i uspokoił, że wyczerpał do dna wszystkie wzruszenia. — Nagle zaszeleścił jednym z listów i spojrzał mi prosto w twarz, mówiąc: „Bardzo mi przyjemnie“. Widać ktoś mu o mnie napisał. Znów te specjalne polecenia! Zdumiała mię potęga głosu, którym władał bez wysiłku, prawie nie zadając sobie trudu poruszania wargami. Co za głos! Uroczysty, głęboki, wibrujący — a zdawałoby się że ten człowiek nie jest zdolny do szeptu.

[…]

Jeden z agentów [kompani handlowej – przyp. aut.] wraz z kilku naszymi Murzynami, uzbrojonymi w tym celu, trzymał straż nad kością słoniową; a daleko w głębi lasu czerwone, chwiejne błyski — które zdawały się wznosić z ziemi i opadać wśród mglistych kolumnowych kształtów o głębokiej czerni — wskazywały dokładnie miejsce obozowiska, gdzie czciciele Kurtza odbywali swe niespokojne wigilie. Monotonne bicie w wielki bęben napełniało powietrze głuchymi uderzeniami i przeciągłą wibracją. Spokojny pomruk wielu ludzi, nucących każdy dla siebie jakieś niesamowite zaklęcia, płynął z czarnej, płaskiej ściany lasów jak brzęczenie pszczół z ula, i wywierał dziwny, narkotyczny wpływ na moje wpół rozbudzone zmysły.

[...]

Znajdowaliśmy się [Kutz wraz z Marlowem – przyp. aut.] o trzydzieści stóp od najbliższego ogniska. Czarna postać [ludzka – przyp. aut.] podniosła się i wielkim krokiem przeszła na długich nogach przez jasność padającą od ognia, machając długimi, czarnymi ramionami. Miała na głowie rogi — zdaje mi się że antylopie. Był to z pewnością jakiś czarownik, jakiś zaklinacz: dość szatańsko na to wyglądał.— „Czy pan wie, co pan robi?“ szepnąłem. „Najzupełniej“, odrzekł, podnosząc głos aby wymówić to jedno słowo: zabrzmiało mi w uszach, niby dalekie a jednak głośne; miałem wrażenie że Kurtz woła do mnie przez tubę. Jeżeli zrobi awanturę, jesteśmy zgubieni, pomyślałem. Nie była to oczywiście okazja do walki na pięści, nie mówiąc już nawet o tym że czułem bardzo naturalny wstręt do bójki z tym Cieniem — z tą wędrującą i udręczoną istotą. — „Pan się zgubi“ — rzekłem, „zgubi się pan bezpowrotnie“. — Czasem, wiecie, oświeci człowieka taki błysk natchnienia. Powiedziałem właśnie to co należało powiedzieć, choć Kurtz nie mógł zaiste być bardziej nieodwołalnie zgubiony, niż właśnie w owej chwili gdy powstawała nasza zażyłość — która miała trwać — i trwać — aż do końca — a nawet jeszcze dłużej.

[…]

Możecie mi wierzyć lub nie, ale umysł Kurtza zupełnie był jasny — wprawdzie skupiony na własnych sprawach ze straszliwą intensywnością, lecz jasny; i w tym jedynie leżała moja ucieczka — wyjąwszy oczywiście możliwość zabicia go na miejscu, co nie było takie celowe ze względu na nieunikniony hałas. Natomiast dusza jego uległa obłąkaniu. Znalazłszy się w samotności wśród dziczy, zajrzała w głąb samej siebie i przebóg! mówię wam że oszalała. Sądzę że za swoje grzechy musiałem przejść przez tę próbę i zajrzeć Kurtzowi do duszy. Niczyja wymowa nie mogłaby być tak zgubną dla wiary człowieka w ludzkość, jak ten ostatni wybuch jego szczerości. A walczył także i z sobą. Widziałem to — słyszałem. Widziałem niepojętą tajemnicę duszy, która nie zna żadnego hamulca, żadnej wiary, żadnego lęku, a jednak walczy na oślep sama z sobą. Panowałem nieźle nad swymi nerwami, lecz gdy doprowadziłem wreszcie do tego że Kurtz legł na tapczanie, obtarłem sobie czoło a nogi się trzęsły pode mną, jakbym był zszedł z tego wzgórza, dźwigając z pół tony na grzbiecie.

[…]

Brunatny nurt płynął wartko z jądra ciemności, niosąc nas w dół ku morzu dwa razy szybciej niż przedtem w górę rzeki; a życie Kurtza biegło też szybko, odpływając i odpływając z jego serca ku morzu nieubłaganego czasu.

[…]

Ten człowiek [Kutz – przyp. aut.] tkwił w nieprzeniknionym mroku. Patrzyłem na niego, jak się patrzy w dół na kogoś leżącego na dnie przepaści, gdzie słońce nigdy nie świeci.

[…]

Przeznaczenie. Moje przeznaczenie! Śmieszna to rzecz, życie — owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Co najwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym — która przychodzi za późno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. Zmagałem się tedy ze śmiercią. To najmniej zajmująca walka jaką sobie można wystawić. Człowiek prowadzi ją wśród nieuchwytnej szarzyzny, wśród pustki, bez gruntu pod nogami, bez widzów, bez wrzawy, bez chwały, bez wielkiego pragnienia zwycięstwa, bez wielkiej trwogi przed klęską, wśród chorobliwej atmosfery obojętnego sceptycyzmu, bez wielkiej wiary w słuszność własnej sprawy, a z mniejszym jeszcze przekonaniem o słuszności przeciwnika. Jeśli taką ma być najwyższa mądrość, to życie jest większą zagadką niż przypuszczają niektórzy. Byłem o włos od owej chwili kiedy człowiek może się wypowiedzieć po raz ostatni, i przekonałem się z upokorzeniem że prawdopodobnie nie będę miał nic do powiedzenia. Dlatego właśnie twierdzę iż Kurtz był wybitnym człowiekiem. On miał coś do powiedzenia. On to powiedział. Odkąd sam poza krawędź wyjrzałem, rozumiem lepiej jego wzrok, który nie mógł dostrzec płomienia świecy, lecz dość był dalekosiężny by objąć cały wszechświat, dość przenikliwy by przejrzeć wszystkie serca bijące w ciemności. Kurtz zsumował — osądził. „Ohyda!“ Był to człowiek wybitny. Ten jego wyrok stanowił jednak pewnego rodzaju wyznanie wiary; miał w sobie szczerość, przekonanie, miał drgającą nutę buntu w swym szepcie, miał przerażające oblicze prawdy ujrzanej w przelocie — osobliwe połączenie żądzy i nienawiści. I pamiętam najlepiej wcale nie swoją własną mękę — ową wizję bezkształtnej szarzyzny, przesiąkniętej fizycznym bólem i niedbałą pogardą dla znikomości wszelkich rzeczy — nawet dla tegoż samego bólu. Nie! Mnie się wydaje, że to jego śmiertelną mękę przeżyłem.

[…]

Wreszcie [po powrocie z dżungli – przyp. aut.] pojawił się u mnie [w londyńskim mieszkaniu – przyp. aut.] dziennikarz pragnący dowiedzieć się czegoś o losie „drogiego kolegi“ [Kutza – przyp. aut.]. Poinformował mnie, że właściwą dziedziną Kurtza powinna była się stać polityka „w zakresie popularnym“. Ów gość miał krzaczaste, proste brwi, monokl na szerokiej wstążce, ostrzyżony był krótko na jeża, i wyznał mi w przystępie szczerości że Kurtz w gruncie rzeczy wcale pisać nie umiał — ale dalibóg! jak ten człowiek umiał mówić! Potrafił zelektryzować duże zgromadzenie. „Była w nim wiara — rozumie pan? była w nim wiara. Potrafił wmówić w siebie wszystko — wszystko. Byłby został wspaniałym leaderem skrajnej partii“.

[…]

… Kurtz był właściwie wielkim muzykiem. — „Były w nim możliwości rokujące olbrzymie powodzenie“, rzekł ów człowiek [kuzyn Kutza – przyp. aut.], organista jak mi się zdaje; gładkie, siwe jego włosy spływały na natłuszczony kołnierz od ubrania. Nie miałem powodu wątpić o jego twierdzeniu; i do dziś dnia nie umiem powiedzieć jaki był zawód Kurtza, czy w ogóle miał jakikolwiek — i który z jego talentów górował nad innymi. Wziąłem go z początku za malarza który pisywał do gazet, czy za dziennikarza umiejącego malować — lecz nawet jego kuzyn (zażywający tabakę podczas rozmowy) nie umiał określić ściśle zawodu Kurtza. Był to uniwersalny geniusz — zgodziłem się co do tego ze starym jegomościem, który wytarł nos hałaśliwie wielką bawełnianą chustką i wyszedł w starczym podnieceniu, unosząc kilka rodzinnych listów i jakieś mało ważne notatki.

[…]

„Pan go znał dobrze“, szepnęła [narzeczona Kutza – przyp. aut.] po chwili żałobnego milczenia. — „Ludzie tam się prędko zbliżają“, rzekłem. „Znałem go o tyle, o ile człowiek może poznać drugiego człowieka“. — „I podziwiał go pan“, rzekła. „Niepodobna było go znać i nie podziwiać. Prawda?“ — „Był to wybitny człowiek“. […] ...czy można było nie stać się jego przyjacielem, jeśli go się choć raz słyszało?“ ciągnęła dalej. „Pociągał ludzi ku sobie tym, co w nich było najlepsze“. Patrzyła we mnie usilnie. „To właściwość ludzi wielkich“, mówiła, a jej niskiemu głosowi zdawały się towarzyszyć wszystkie dźwięki, które tam daleko słyszałem, dźwięki pełne tajemnicy, rozpaczy i smutku — szmer rzeki, szum drzew miotanych wiatrem, pomruk tłumów, słaby dźwięk niezrozumiałych słów krzykniętych z oddali, szept głosu odzywającego się z za progu wieczystej ciemności.

[…]

Marlow umilkł i siedział na uboczu, niewyraźny i milczący, w pozie zadumanego Buddy. Nikt się nie poruszył przez jakiś czas. […] Otwarte morze było zagrodzone czarną ławą chmur, a spokojny wodny szlak, wiodący do najdalszych krańców ziemi, ciągnął się, mroczny, pod zasępionym niebem, zdając się prowadzić do jądra niezmierzonej ciemności.

Joseph Conrad-Korzeniowski, Jądro Ciemności

Jak to u Korzeniowego vel Conrada: stary wiarus-wilk morski snuje niesamowitą opowieść o człowieku i jego zmaganiu się z wszechogarniającą naturą własną na tle żywiołowej natury naszego świata. W duchu ta kolejna romantyczna w osnowie powieść staje się kanwą do wiecznie „dzisiejszych” rozmyślań: jak przeżyć lub prześnić to swoje życie, ten nijaki dar, taki też skąpy czas co nie ma swego prawdziwego początku i tak naprawdę określonego końca…



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin