Blog

 

30.05.2021

Dama kameliowa

[…]

Małgorzata [Gauiter, tytułowa dama kameliowa – przyp. aut.] bywała na wszystkich premierach i wszystkie wieczory spędzała w teatrze lub na balu. Ilekroć wystawiano nową sztukę, zjawiała się nieodmiennie w parterowej loży i trzy rzeczy zawsze spoczywały przed nią na balustradzie: lornetka, torebka z cukierkami i bukiet kamelii. Przez dwadzieścia pięć dni w miesiącu kamelie były białe, przez pozostałe pięć - czerwone, i nikt: ani bywalcy teatru, ani znajomi Małgorzaty, ani ja [Armand Duval, jeden z wielu kochanków Małgorzaty – przyp. aut.], który o tym wspominam, nikt nie umiał wytłumaczyć tej zmiany kolorów. Nie uznawała żadnych innych kwiatów poza kameliami. Toteż u pani Barjon jej kwiaciarki, nazwano ją w końcu Damą Kameliową, które to przezwisko przylgnęło do niej na zawsze.

[…]

Poruszony wspomnieniami, przez kilka chwil wpatrywał się w wiersze listu, w końcu przeniósł go do ust. - Kiedy pomyślę, że umarła, zanim zdołałem ją zobaczyć, i że nigdy jej już nie ujrzę, kiedy pomyślę, że zrobiła dla mnie to, czego nie byłaby zrobiła [rodzona – przyp. aut.] siostra - nie mogę sobie wybaczyć, że pozwoliłem, jej tak umrzeć... Umarła! […] Można by mnie uważać za dzieciaka, widząc, że lamentuję nad śmiercią takiej dziewczyny. Bo też nikt nie wie, ile cierpień zadałem, jak bardzo byłem okrutny dla tej kobiety, tak dobrej i tak zrezygnowanej.

[…]

[przemowa grabarza do narratora opowieści Aleksandra Dumasa – przyp. aut.]

Ano to, że niektórzy zadzierają nosa. Ta panna Gauiter, za przeproszeniem, podobno niczego sobie w życiu nie żałowała. A teraz biedaczka nie żyje; tyle z niej pozostało, co z tych, o których nic złego nie można powiedzieć i których groby polewa się co dzień. No i cóż. Kiedy krewni nieboszczyków pochowanych obok niej dowiedzieli się, kim ona była, ubrdali sobie, że powinni się sprzeciwić temu, żeby ją pochowano tutaj, i że dla tego rodzaju kobiet powinien być teren wydzielony, jak dla ubogich! Któż to widział!? Rugnąłem ich przyzwoicie. Bogaci rentierzy, którzy nawet cztery razy do roku nie odwiedzają swoich nieboszczyków i sami przynoszą kwiaty, i co za kwiaty, którzy targują się o każdy grosz, kiedy trzeba zapłacić za utrzymanie grobów tych niby opłakiwanych, a na płytach nagrobnych piszą łzami, których nigdy nie wylali – teraz przychodzą wykłócać się o sąsiedztwo! Może mi pan wierzyć albo nie, nie znałem tej pannicy, nie wiem, co robiła. Ale lubię tę bidulkę, opiekuję się nią i znoszę jej kamelie, za które prawie nic nie biorę. To moja ulubiona nieboszczka. My, panie musimy kochać zmarłych, bo jesteśmy tak zajęci, że nie mamy nawet czasu kochać nic innego.

[…]

Po raz pierwszy zobaczyłem ją [Małgorzatę – przyp. aut.] na placu Giełdy przed drzwiami Sueee'a [ówczesny dom mody w Paryżu – przyp. aut.]. Zatrzymał się tu otwarty powóz i wysiadła zeń kobieta w bieli. Jej wejście do magazynu powitał szmer podziwu. Ja stałem jak wryty od chwili jej wejścia do chwili opuszczenia magazynu. Widziałem przez szybę, jak wybierała to, co chciała kupić. Mógłbym wejść za nią, ale nie śmiałem. Nic o niej nie wiedziałem, bałem się, że odgadnie, po co wszedłem do magazynu i że się z tego powodu obrazi. Nie sądziłem jednak, że jeszcze ją kiedykolwiek zobaczę.

[…]

Ukłoniłem się i wyszedłem. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, usłyszałem wybuch śmiechu. W tym momencie wolałem, aby mnie ktoś uderzył. Wróciłem na swoje miejsce. Rozległ się stuk poprzedzający podniesienie kurtyny. Wrócił również Ernest [kolega Armanda – przyp. aut.]. - Ale narwaniec z pana! - rzekł siadając. - One uważają pana za wariata. - Co powiedziała Małgorzata, kiedy wyszedłem? - Śmiała się i zapewniła mnie, że nigdy nie widziała kogoś tak zabawnego jak pan.

[…]

Więc to pan jest owym młodym człowiekiem, który przychodził co dzień dowiadywać się o stan mojego zdrowia przez cały czas choroby, a nigdy nie chciał powiedzieć swego nazwiska? - Tak, to ja. - No, to jest pan więcej niż pobłażliwy, jest pan wspaniałomyślny. Pan, hrabio, nie byłby tego zrobił - dodała zwracając się do pana N. [bogatego kochanka Małgorzaty – przyp. aut.], rzuciwszy przy tym na mnie jedno z tych spojrzeń, którymi kobiety uzupełniają swe zdanie o mężczyźnie. - Ja znam panią zaledwie od dwóch miesięcy - odparł hrabia. - A pan Duval zna mnie zaledwie od pięciu minut. Pan zawsze mówi głupstwa. Kobiety są bezlitosne w stosunku do tych, których nie lubią.

[…]

[mowa Małgorzaty Gauiter do Armanda Duvala – przyp. aut.]

Ale uprzedzam, chcę mieć swobodę robienia tego, co mi się podoba, nie wtajemniczając pana w żaden szczegół mojego życia. Od dawna już szukam kochanka młodego, pozbawionego woli, który by kochał bez nieufności i był kochany bez specjalnych praw. Nigdy nie mogłam takiego znaleźć. Mężczyźni zamiast zadawalać się tym, że mają przez długi czas to, co mogliby otrzymać zaledwie jeden raz, żądają od swej kochanki sprawozdań z teraźniejszości, przeszłości a nawet przyszłości. W miarę jak przywykają do kochanki, chcą nad nią zapanować i stają się coraz bardziej wymagający, gdyż daje im wszystko, czego pragną. Jeżeli decyduje się teraz na nowego kochanka, chcę, aby miał trzy rzadkie zalety: aby był ufny, uległy, dyskretny. […] Męczy mnie w końcu ciągłe nachodzenie ludzi, którzy wymagają ode mnie wciąż tego samego, którzy płacą mi i sądzą, że tym samym są wobec mnie w porządku. Gdyby te, które wstępują na tę upokarzającą, haniebną drogę, wiedziały, co to jest, na pewno wolałyby zostać pokojówkami. Ale nie: zwodzi nas próżna ambicja posiadania sukien, powozów i diamentów. Wierzy się w to, co się słyszy: że prostytucja jest rodzajem powołania, i tak powoli niszczy się swe serce, ciało i urodę. Boją się ciebie jak dzikiej bestii, gardzą tobą jak pariasem, otaczają cię jedynie ludzie, którzy zawsze biorą więcej, niż dają, i wreszcie pięknego ranka zdychasz jak pies, zgubiwszy przedtem innych i samą siebie.

[…]

[mowa Prudencji, koleżanki „po fachu” Małgorzaty do Armanda Duvala – przyp. aut.]

Niechże pan zrozumie, że Małgorzata nie może wyrzucić hrabiego za drzwi. Pan G. był z nią długo, dawał jej zawsze dużo pieniędzy i jeszcze ciągle jej daje. Małgorzata wydaje przeszło sto tysięcy franków rocznie. Ma dużo długów. Książę posyła tyle, ile ona sobie życzy, ale ona nie zawsze śmie prosić go o to wszystko, czego jej potrzeba. Nie powinna więc narażać się hrabiemu, który daje jej rokrocznie co najmniej dziesięć tysięcy franków. Małgorzata wprawdzie kocha pana, mój drogi przyjacielu, ale waszego związku, zarówno w jej interesie, jak i w pańskim, nie powinniście traktować zbyt serio. Pańskich siedem czy osiem tysięcy franków rocznej pensji nie starczy na to, aby zaspokoić wymagania tej dziewczyny; nie starczy ich na utrzymanie jej powozu. Niech pan bierze Małgorzatę taką, jaka jest, to znaczy jako dziewczynę poczciwą, dowcipną i ładną.

[…]

No, to za niecały miesiąc będziemy w jakiejś wiosce spacerować nad wodą i pić mleko. Wydaje się panu dziwne, że ja tak mówię, Małgorzata Gautier, a to, mój drogi, bierze się stąd, że kiedy życie paryskie dające mi na pozór tyle szczęścia, nie spala mnie, nudzi mnie okropnie! A wtedy miewam nagłe ciągoty do egzystencji bardziej spokojnej, która by mi przypominała moje dzieciństwo. Każdy z nas miał przecież jakieś dzieciństwo, niezależnie od tego, czym stał się później. Och, niech pan będzie spokojny, nie będę panu opowiadać, że jestem córką emerytowanego pułkownika i że byłam chowana w Saint-Denis. Jestem biedną dziewczyną wiejską i jeszcze sześć lat temu nie umiałam się podpisać.

[…]

Możemy więc, albo raczej mogłam, liczyć na jedno tylko szczęście: dla mnie, smutnej czasem, a zawsze cierpiącej, było nim znalezienie szlachetnego człowieka, który by nie żądał sprawozdań z tego, jak żyję, i umiał być kochankiem raczej platonicznym. Takiego człowieka znalazłam w osobie księcia, ale książę jest stary, a starość ani nie chroni, ani nie pociesza. Myślałam, że potrafię pogodzić się z życiem, jakie mi urządził. Ale cóż chcesz, trafiła mnie śmiertelna nuda, a skoro już trzeba powoli umierać, lepiej rzucić się od razu w pożogę niż dusić się powoli czadem. No i wtedy zjawiłeś się ty, młody, pełen życia, szczęśliwy, i spróbowałam uczynić cię takim, do jakiego tęskniłam w mojej rojonej i gwarnej samotności. Pokochałam w tobie mężczyznę nie takiego, jakim jest, ale takiego, jakim powinien być. Ty nie pojmujesz tej roli, odrzucasz ją jako niegodną ciebie, jesteś zwykłym kochankiem, rób więc jak inni, płać i nie mówmy już o tym.

[…]

Otwieraliśmy okna wychodzące na ogród i patrząc na kwiaty, rozchylające kielichy w radosnej pełni lata, oddychaliśmy życiem prawdziwym, którego ani Małgorzata ani ja nie znaliśmy dotychczas. Ta kobieta dziwiła się jak dziecko na widok najbłahszych rzeczy. Bywały dni, kiedy niczym dziesięcioletnia dziewczynka goniła po ogrodzie za motylem lub ważką. Kurtyzana, która potrafiła wydawać na bukiety więcej, niż potrzebowała cała rodzina na dostatnie życie, siedziała nieraz na trawie całą godzinę, przyglądając się zwykłej stokrotce. W tym właśnie czasie czytywała często Manon Lescaut [mowa o powieści Antoine’a Prevosta pt. Historia kawalera des Grieux i Manon Lescaut – przyp. aut.]. Niejeden raz przyłapałem ją na kreśleniu uwag na marginesie książki. I ciągle mówiła, że kobieta, która kocha, nie postępuje jak Manon.

[…]

Trudno byłoby opisać szczegóły naszego [Małgorzaty i Armanda – przyp. aut.] nowego [sielskiego – przyp. aut.] życia. Składało się ono z dziesięciu wybryków, pełnych czaru dla nas, ale pozbawionych znaczenia dla osób, którym bym je opowiedział. Wie pan [Armand Duval zwraca się do narratora Aleksandra Dumasa – przyp. aut.], co to znaczy kochać kobietę, wie pan, jak kurczą się wtedy dni, z jakim słodkim lenistwem przechodzi się do dnia następnego. Zna pan zdolność zapominania o wszystkim, zdolność, która rodzi się z miłości namiętnej, ufnej i wzajemnej. Wydaje się, że wszelka istota poza kobietą kochaną jest niepotrzebna we wszechświecie. Żałuje się rozdrobnionych uczuć, ofiarowanych innym kobietom, nie dopuszcza się możliwości uściśnięcia jakiejś innej ręki poza tą, którą się trzyma w swojej. Mózg nie znosi ani pracy, ani wspominania, niczego wreszcie, co by mogło oderwać go od jedynej myśli, która go pochłania. Co dzień odkrywa się w swej kochance nowy car, nową nieznaną rozkosz.

[…]

[rozmowa Armanda Duvala z przybyłym do Paryża Ojcem – przyp. aut.]

Ojciec pozwoli sobie powiedzieć, że ci, którzy informowali go o mojej osobie, sami są źle poinformowani. Jestem kochankiem panny Gautier, żyję z nią, to rzecz najzwyklejsza na świecie. Nie daję pannie Gautier nazwiska, które otrzymałem od ciebie, wydaję na nią to, na co zezwalają mi moje środki, nie mam żadnych długów i wreszcie nie znalazłem się w żadnej z tych sytuacji, które by uprawiały ojca do powiedzenia tego synowi, coś ty mi powiedział. - Każdy ojciec ma prawo sprowadzić syna ze złej drogi, na którą wstąpił. Nie zrobiłeś jeszcze nic złego, ale na pewno zrobisz. - Ojcze! - Panie, znam lepiej niż życie pan. Uczucia prawdziwie czyste są udziałem jedynie kobiet prawdziwie cnotliwych. Każda Manon może sobie wychować jakiegoś Des Grieux, ale czasy się zmieniły, jak również i obyczaje. Byłoby źle, gdyby świat się starzał, a nie doskonalił. Opuści pan swoją kochankę. - Bardzo mi przykro, ojcze, ale nie będę posłuszny, ale to niemożliwe. - Zmuszę pana do tego. - Niestety, ojcze, nie ma już wysp Świętej Małgorzaty, na które zsyłano kurtyzany, a gdyby jeszcze były, podążyłbym za panną Gautier, gdyby ojciec spowodował jej zesłanie. Cóż ojciec chce? Może to niezrozumiałe, ale szczęśliwy mogę być jedynie pod warunkiem, że pozostanę nadal kochankiem tej kobiety.

[…]

[rozmowa Ojca Armanda Duvala z Małgorzatą Gautier – przyp. aut.]

W takim razie, droga pani, niczego już pani nie wypominam ani nie grożę, lecz zwracając się do pani z prośbą skłonić panią do ofiary większej niż te, które poniosła już pani dla mego syna. Wobec takich słów zadrżałam. Ojciec pana podszedł do mnie, ujął obie moje ręce i mówił dalej tonem pełnym czułości: - Moje dziecko, proszę nie brać mi za złe tego, co powiem. Proszę tylko zrozumieć, że w pewnych chwilach życie narzuca sercu konieczności okrutne, którym trzeba się poddać. Jaka jest pani dobra, zdolna do takiej szlachetności, o jakiej nie mają pojęcia kobiety, które panią gardzą, a nie są pani warte. Niechże pani sobie uprzytomni, że poza kochanką istnieje rodzina, poza miłością - obowiązki, że po wieku namiętności następuje wiek, w którym mężczyzna, aby być szanowanym, musi mieś solidne, poważne stanowisko. Syn mój nie ma majątku, a jednak jest gotów pani oddać spadek po swej matce. Gdyby zgodził się na ofiarę, jaką chce pani ponieść, musiałby w zamian, w imię honoru i godności, uczynić pani ten dar, który mógłby zapewnić pani skromną egzystencję. Ale właśnie na ofiarę nie może się pani zgodzić, bo świat, który pani nie zna, dopatrzyłby się w tym czegoś nieuczciwego, co nie powinno splamić naszego nazwiska. Nikt by nie rozważał, czy Armand kocha panią, czy pani kocha jego, czy to wzajemna miłość jest szczęściem dla niego i rehabilitacją dla pani. Widziano by tylko jedno: że Armand Duval zgodził się, aby dziewczyna lekkich obyczajów - wybaczy pani, że muszę to powiedzieć - sprzedała dla niego wszystko, co posiada. Potem musiałby nadejść dzień żalów i wyrzutów zarówno dla was, jak i dla innych, i oboje znaleźlibyście się w kajdanach nie do rozerwania. I co wtedy? Młodość pani był aby zmarnowana, przyszłość mego syna - zburzona. A ja, jego ojciec, zamiast mieć pociechę z dwojga dzieci, miałbym tylko z jednego. Jest pani młoda, jest pani piękna, życie jakoś panią pocieszy. Jest pani szlachetna i wspomnienie dobrego uczynku okupi dla pani wiele rzeczy minionych. Od sześciu miesięcy, to znaczy od chwili, kiedy panią poznał, Armand zapomina o mnie. Napisałem doń cztery listy, a jemu nie przyszło nawet na myśl, aby odpowiedzieć na jeden z nich. Mógłbym umrzeć, a nic by o tym nie wiedział!

[…]

I wreszcie niechże się pani dowie, bo nie powiedziałem wszystkiego, co mnie sprowadza do Paryża. Mam córkę, jak już wspomniałem, młodą, piękną i czystą jak anioł. Ona również kocha o dla niej miłość jest marzeniem całego życia. Pisałem o tym do Armanda, ale on, całkowicie zajęty panią, nie odpowiedział. Otóż córka moja wychodzi za mąż. Ma poślubić człowieka, którego kocha, i wejść do rodziny czcigodnej, która pragnie, aby i mojej rodzinie pod tym względem nic nie można było zarzucić. Rodzina mojego przyszłego zięcia dowiedziała się, jak Armand żyje w Paryżu, i oświadczyła mi, że cofnie zgodę na małżeństwo, jeżeli Armand nie zmieni trybu swego życia. Przyszłość dziecka, które nie zrobiło pani nic złego, jest w pani rękach. Czy ma pani prawo i czuje się na siłach niweczyć jego przyszłość? W imię miłości pani i skruchy, Małgorzato, proszę ocalić szczęście mojej córki. Drogi przyjacielu, płakałam cicho, słuchając wywodów, które nieraz snułam sama, a które w ustach pańskiego ojca nabierały prawdziwej powagi. Mówiłam sobie to wszystko, czego ojciec nie śmiał mi powiedzieć, a co wiele razy cisnęło mi się na usta: że jestem przecież tylko dziewczyną lekkich obyczajów i że gdybym znalazła jakiekolwiek usprawiedliwienie dla naszego związku, zawsze będzie ono wydawało się wyrachowaniem; że moje dawne życie nie daje mi żadnego prawa, by marzyć o podobnej przyszłości, i że biorę na siebie odpowiedzialność, której ani moje nawyki, ani moja reputacja nie mogą poprzeć poprzez żadną gwarancją. Poza tym, kochałam pana, Armandzie. Ojcowski ton, jakim przemawiał do mnie pan Duval, czyste uczucia, jakie we mnie budził, szacunek, jaki mi ofiarował ten dostojny starszy człowiek, szacunek pana, jaki z całą pewnością zyskałabym później - wszystko to wzniecało w moim sercu szlachetne myśli, które podnosiły mnie we własnych oczach i rozbudzały nie znane dotąd mi ambicje. Na myśl o tym, że ten starszy pan, powie kiedyś swej córce, aby w modlitwach wymieniła także moje imię, jako imię tajemniczej przyjaciółki - przeistaczałam się i byłam dumna z siebie.

Aleksander Dumas (syn), Dama kameliowa

Jeszcze jedna, ale już i nie-kolejna, a zatem znowu przepiękna tak jakby w mglistej przepaści snująca się opowieść o niespełnionej miłości, której nie sposób zrozumieć, ponieważ ukrywa się „w jaskini” - tej ani poniżej ani też zwłaszcza powyżej – jaskini nie napiętnowanej jakimikolwiek podziałami czy stanami świadomego pojmowania przez człowieka. Wszystko, co da się o niej tutaj zdawkowego powiedzieć, to-to, że wciąż żyje poza tym, co wydaje się słusznie dobre i pozornie odwiecznie złe. Bądź co bądź w kolorowym życiu albo stoisz zawsze w cieniu, ponieważ poraża Cię ta jasność albo też stroisz się przed sobą jak miedź brzęcząca…                



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin