Blog

 

06.06.2021

Obietnica poranka

pośród

wsi prowansalskiej,

 tej wsi nieco żałobnej

w swej piękności,

gdzie głazy sterczące

pośród

cyprysów wy­glądają

 jak ruiny nieba…

[…]

Więc najpierw Totoche, bóg głupoty, z czer­wonym tyłkiem małpy, z głową jaskiniowego in­telektualisty, ze swoim niepohamowanym zami­łowaniem do abstrakcji; w roku 1940 był ulu­bieńcem i ideologiem Niemców; dziś coraz częś­ciej szuka schronienia w czystej wiedzy i nieraz można go dostrzec, jak spoziera spoza ramienia naszych uczonych; po każdym wybuchu nuklear­nym jego cień trochę wyżej wznosi się nad zie­mią; lubuje się zwłaszcza w podstępnym nadawa­niu głupocie zewnętrznych kształtów genialności i w werbowaniu największych prominentów, by tym skuteczniej doprowadzić nas do zagłady.

Dalej następuje Plugawiec, bóg prawd absolu­tnych, niby janczar stojący na stercie trupów, ze szpicrutą w ręku, z czapką nasuniętą na oczy, szczerzący zęby w uśmiechu. To nasz najdawniejszy pan i władca; tak długo już kieruje naszy­mi losami, że porósł w bogactwa i szacunek; ile­ kroć zabija, torturuje lub prześladuje w imię prawd absolutnych — religijnych, moralnych czy politycznych — połowa ludzkości liże jego buty w rozczuleniu; bawi go to niezmiernie, ponieważ wie doskonale, że prawdy absolutne nie istnieją, że są jedynie środkiem służącym do utrzymania nas w niewoli, i nawet w tej chwili, w opalowym powietrzu Big Sur, echo jego triumfalnego śmie­chu dobiega do mnie z daleka, ponad szczekanie fok i krzyk kormoranów i nawet głos mego brata Oceanu nie potrafi go zagłuszyć.

I jest jeszcze Filoche, bóg małości, przesądów, pogardy, nienawiści; wychylony ze swej budki portiera, przy wejściu do zamieszkanego świata, wykrzykuje: „Wstrętny Amerykanin, wstrętny Arab, wstrętny Żyd, wstrętny Rosjanin, wstręt­ny Chińczyk, wstrętny Murzyn!”; to znakomity organizator ruchów masowych, wojen, linczów, prześladowań, zręczny dialektyk, wielki inkwizy­tor i amator wypraw krzyżowych; mimo owrzo­dzonego łba, czaszki hieny i małych powykręca­nych nóżek to jeden z bożków najpotężniejszych i budzących największy posłuch; znaleźć go moż­na wszędzie, to jeden z najgorliwszych stróżów naszej ziemi, walczący z nami o władzę nad nią z największą przebiegłością i zręcznością.

[…]

Od wielu miesięcy nabrałem zwyczaju zaba­wiania się pudełkiem z farbami, które stanowiło część składową mojego szkolnego ekwipunku. Długie godziny spędzałem z pędzlem w ręku upajając się czerwienią, ochrą, zielenią i błękitem. Pewnego dnia — miałem wówczas dziesięć lat — nauczyciel rysunków przyszedł do mojej matki i zakomunikował jej swoją opinię: „Syn pani ma talent malarski, którego nie należy za­niedbywać”. Rewelacja ta wywołała ze strony mojej matki skutek najzupełniej nieoczekiwany. Biedna mama niewątpliwie zbyt brała do serca legendy i mieszczańskie przesądy, dość rozpowszechnione na początku naszego stulecia — z tych zresztą czy innych powodów malarstwo było w jej umy­śle nieodłącznie związane ze zwichniętym ży­ciem. O tragicznych losach Van Gogha i Gauguina wiedziała zapewne akurat tyle, ile było trze­ ba, żeby wpaść w przerażenie. Przypominam so­bie, jak weszła do mojego pokoju, jak usiadła naprzeciw mnie całkiem zgnębiona i spojrzała na mnie z niepokojem i niemym błaganiem. Wszys­tkie obrazy z „Cyganerii”, wszystkie opowiada­nia o mizernych pacykarzach skazanych na pijań­stwo, nędzę i gruźlicę przebiegać jej musiały przez myśl. I ostatecznie wyraziła to wszystko w przejmującym, ale doprawdy nie tak znów błęd­nym ujęciu:

- Jesteś może genialny, ale w takim razie oni ci każą zdychać z głodu.

Nie wiem, kogo miała na myśli, mówiąc „oni”. Sama tego niewątpliwie nie wiedziała. Od tej chwili jednak nie wolno mi już było dotykać pu­dełka z farbami. Nie dopuszczając do siebie my­śli, że jestem może po prostu obdarzony pewny­ mi niewielkimi dziecięcymi uzdolnieniami — jak zapewne było w istocie — posuwała się w swoim jasnowidzeniu do ostateczności i nie mogąc mnie sobie wyobrazić inaczej, jak tylko w randze bo­hatera, tym razem widziała we mnie bohatera tragicznego. Moje pudełko z akwarelami nabrało przykrej skłonności do znikania, tak że niepo­dobna było go odnaleźć, a kiedy udawało mi się je odszukać i zabierałem się do malowania, mat­ka wychodziła z pokoju, po czym wracała naty­chmiast, krążyła wokół jak niespokojne zwierzę, śledząc z bolesnym przerażeniem ruchy mojego pędzla, póki wreszcie, zniechęcony ostatecznie, nie zostawiłem farb w spokoju raz na zawsze.

[…]

Matce wydawało się zupełnie naturalne, że wielcy ludzie przyprawiają kobiety o cierpienia, i żywiła nadzieję, że i ja pod tym względem osiągnę piękne rezultaty. Do mojego powodzenia u kobiet przywiązywała olbrzymią wagę; jawnie uznawała je za jeden z najbardziej podstawowych atrybutów udanej kariery. Nie potrafiła tego oddzielić od oficjalnych zaszczytów, odznaczeń, galowych mundurów, szampa­na, przyjęć w ambasadzie, i kiedy opowiadała mi o Wrońskim i Annie Kareninie, spoglądała na mnie z dumą, głaskała moją czuprynę i głośno wzdychała z naiwnie przewidującym uśmiechem. W podświadomości tej kobiety, która była kie­dyś taka piękna, ale która od tak dawna nie mia­ła już obok siebie mężczyzny, tliła się może jakaś potrzeba fizycznego i uczuciowego odwetu oraz myśl, że ja ją w tym powinienem zastąpić.

[…]

Dopiero około czterdziestki za­cząłem to rozumieć. Nie jest dobrze być bardzo kochanym w tak młodym wieku, tak wcześnie. To powoduje złe przyzwyczajenia. Wydaje się, że tak już być musi. Wydaje się, że to gdzieś po­ winno istnieć, że można to odnaleźć. Liczy się na to. Wypatruje się, ma się nadzieję, czeka. Miłość macierzyńska to obietnica, którą życie nam daje u progu i której nie dotrzymuje nigdy. I z tym niedosytem pozostać trzeba do końca życia. Ile­kroć kobieta bierze nas w ramiona i przyciska do serca, są to tylko kondolencje. Zawsze powraca­my na grób matki, by wyć nad nim jak opuszczo­ny pies. Już nigdy, już nigdy, już nigdy. Wspa­niałe ramiona otaczają szyję, najsłodsze wargi szepcą o miłości, ale już się wie. Wcześniej wysą­czyło się wszystko ze źródła. Kiedy znów przy­chodzi pragnienie, można się miotać na wszyst­kie strony — nie ma już studzien, są tylko mira­że. O pierwszym przebłysku świtu przeprowadzi­ło się gruntowne studia nad miłością i dokumen­tację nosi się z sobą. Wszędzie, dokąd pójdzie­my, nosimy w sobie truciznę porównań i czas mija na oczekiwaniu tego, co już kiedyś otrzyma­liśmy. Nie twierdzę, że należałoby zabraniać matkom zbytniej miłości do dzieci. Mówię tylko, że lepiej jest, kiedy matki mają jeszcze kogoś do kocha­nia. Gdyby moja matka miała kochanka, nie umierałbym przez całe życie z pragnienia przy każdym źródle. Na moje nieszczęście znam się na prawdziwych diamentach.

[…]

Matka chodziła od drzwi do drzwi, dzwoniła i pukała zwołując wszystkich lokatorów na klatkę schodową. Po pierwszej wymianie dosadnych zwrotów — w tej dziedzinie matka zachowywała zawsze niewątpliwą przewagę — przyciągnęła mnie do siebie i wskazując zebranym oświadczy­ła dumnie i wyniośle, głosem, który jeszcze dzi­siaj dźwięczy mi w uszach: — Nędzne mieszczańskie pluskwy! Nie wie­cie, z kim macie zaszczyt mówić! Mój syn będzie ambasadorem francuskim, kawalerem Legii Ho­norowej, wielkim pisarzem dramatycznym, Ibse­nem, Gabrielem d’Annunzio [lotnik, pisarz i polityk włoski - przyp. aut.]! Będzie... Szukała przez chwilę czegoś zgoła miażdżące­ go, najdosadniejszego i ostatecznego świadectwa ziemskiej kariery:

—  Będzie się ubierał w Londynie!

Słyszę jeszcze w uszach chóralny niepowstrzy­many śmiech „mieszczańskich pluskiew”. Ru­mienię się jeszcze teraz, gdy piszę te słowa. Sły­szę ów śmiech wyraźnie i widzę spojrzenia szyder­cze, nienawistne, wzgardliwe; nie czuję niena­wiści: to spojrzenia ludzkie, znamy je. Lepiej może dla jasności powiedzieć od razu, że jestem obecnie konsulem generalnym Francji, kawalerem orderu "Compagnon de la Liberation", oficerem Legii Honorowej i że jeśli nie zostałem Ibsenem ani Gabrielem d’Annunzio, to nie dlatego, bym się o to nie sta­rał. I żeby nie było nieporozumień: ubieram się w Londynie. Nie znoszę angielskiego kroju, ale nie mam wyboru. Myślę, że żadne wydarzenie nie odegrało większej roli w moim życiu niż ten wybuch śmie­chu, który spadł na mnie na klatce schodowej starej wileńskiej kamienicy na Wielkiej Pohulan­ce pod numerem 16. Zawdzięczam mu to, czym jestem: ten śmiech jest we mnie. Matka stała wyprostowana pod tym huraga­nem, z głową podniesioną wysoko, przyciskając mnie do siebie. Nie było w jej postaci ani śladu wstydu czy poniżenia. Moja matka wiedziała.

[…]

Nie wiem, czy to jeden z filmów, które ogląda­liśmy wówczas, czy też zachowanie mojej matki po filmie pozostawiło mi pewne dziwne i nieza­tarte wspomnienie. Widzę jeszcze aktora wyko­nującego główną rolę, w czarnym płaszczu czerkieskim [kaukaska grupa etniczna - przyp. aut.], w wysokiej futrzanej czapie, jak przy­gląda mi się z ekranu bladym spojrzeniem spod brwi rozwartych jak skrzydła, podczas kiedy pia­nista na sali odbębnia potykając się niekiedy swój rzewny kawałek. Po skończonym seansie szliśmy przez opustoszałe miasto trzymając się za ręce. Od czasu do czasu czułem, jak palce matki do bólu niemal ściskają moje palce. Kiedy się wówczas zwracałem do niej, widziałem, że pła­cze. W domu, kiedy już pomogła mi się rozebrać i ułożyła mnie w łóżku, powiedziała:

— Podnieś oczy.

Podniosłem oczy w kierunku lampy. Matka znieruchomiała, przez dłuższą chwilę nachylona nade mną, a potem z dziwnym uśmiechem trium­fu, uśmiechem zwycięstwa i posiadania, przygarnęła mnie do siebie i zaczęła mnie ściskać. Otóż tak się złożyło, że niedługo po naszej bytności w kinie organizowano dziecięcy bal kostiumowy dla wileńskiej socjety. Byłem oczywiście zapro­szony: matka moja królowała wtedy niepodziel­nie w dziedzinie lokalnej mody i bardzo poszuki­wano naszego towarzystwa. Gdy tylko nadeszło zaproszenie, matka zatrudniła całą pracownię mody, aby przygotowano dla mnie odpowiedni kostium. Nie potrzebuję chyba dodawać, że poszedłem na bal w przebraniu oficera czerkiesów, z kindżałem, w futrzanej czapie, z ładownicami i wszyst­kimi szykanami.

[…]

… nigdy nie odczuwałem w stosunku do mojej matki miłości kazirodczej. Wiem, że ta niechęć spojrzenia faktom w oczy spowoduje natychmiast uśmiech ze strony wtajemniczonych. Wiem też, że nikt nie może ręczyć za to, co się dzieje w jego podświadomości. Spieszę dodać, że przy całym moim ograniczeniu umysłowym z szacunkiem schylam głowę przed kompleksem Edypa, którego odkrycie i wyjaśnienie przynosi zaszczyt Zachodowi i stanowi niewątpliwie, wraz z naftą saharyjską, jedno z najbardziej płodnych odkryć bogactw naturalnych naszego podglebia. Powiem więcej: zdając sobie sprawę z mego nie­co azjatyckiego pochodzenia i chcąc się okazać godnym wysoko rozwiniętego społeczeństwa Za­chodu, które mnie z taką gościnnością przyjęło, nieraz starałem się wyobrazić sobie moją matkę w jakiejś sytuacji budzącej pożądanie i w ten sposób wyzwolić się z kompleksu, którego istnie­nia nie pozwalałem sobie podać w wątpliwość, wywlec ów kompleks na pełne światło kultury współczesnej i dowieść raz na zawsze, że jestem człowiekiem nie cofającym się przed niczym i że jeśli chodzi o dotrzymanie placu naszym intelek­tualnym koryfeuszom, cywilizacja atlantycka może na mnie polegać do końca. Wysiłki te jed­nak zakończyły się niepowodzeniem. A przecież byli z pewnością wśród moich tatarskich przodków nieustraszeni jeźdźcy, którzy jeśli wierzyć opinii, jaką się cieszą — nie powinni byli cofać się ani przed gwałtem, ani przed kazirodztwem, ani przed żadnym innym z naszych znakomitych tabu. I w tej sprawie, nie próbując bynajmniej się usprawiedliwiać, sądzę, że mogę jednak pew­ne rzeczy wytłumaczyć. Jeśli prawdą jest, że nig­dy do mojej matki nie czułem pociągu fizyczne­go, to nie z powodu łączących nas więzów krwi, ale dlatego, że była już osobą starszą, dla mnie zaś akt cielesny nierozerwalnie kojarzył się ze świeżością fizyczną i z młodym wiekiem. Dzięki wschodniemu pochodzeniu — wyznać muszę — zawsze byłem szczególnie wrażliwy na uroki wie­ku i z żalem stwierdzam, że skłonność ta z biegiem lat raczej jeszcze się potęguje, co podobno wśród azjatyckich satrapów jest regułą powszech­ną. Toteż wydaje mi się, że do matki, której nie znałem w czasach jej młodości, żywiłem jedynie uczucie platoniczne i pełne serdeczności. Nie je­stem aż tak naiwny, by sądzić, że tego rodzaju oświadczenie nie zostanie w sposób należyty, to znaczy w sensie odwrotnym, skomentowane przez trzy czwarte naszych psychoterapeutów, nurków głębinowych, pasożytujących na duszach ludzkich. Ci subtelni badacze wytłumaczyli mi na przykład, że jeśli ktoś garnie się zbytnio do ko­biet, to dlatego, że w rzeczywistości jest zamas­kowanym homoseksualistą; jeśli nie lubi do­ tknięcia męskiego ciała — mamże wyznać, że tak właśnie dzieje się ze mną? — to dlatego, że tro­szeczkę go to jednak pociąga i że — by już iść za tą żelazną logiką do końca — jeśli odczuwa głę­boką odrazę przy zetknięciu z trupem, to dlate­go, że w swej podświadomości dotknięty jest ne­krofilią i czuje niepowstrzymany pociąg, bez względu na płeć, do tej urzekającej sztywności. Psychoanaliza, jak wiele idei współczesnych, przybiera dziś postać totalitarnej aberracji, usi­łuje narzucić nam obrożę swoich własnych perwersji. Wzięła w posiadanie obszary opuszczone przez zabobon, przywdziewa zręcznie płaszcz se­mantycznego żargonu, który sam sobie wymyśla przedmioty własnej analizy i przyciąga publicz­ność metodami zastraszania i psychicznego szan­tażu, podobnie jak gangsterzy amerykańscy ofiarujący klientom swoją opiekę. Chętnie więc po­ zostawiam szarlatanom i pomyleńcom, którzy kierują nami w tylu innych dziedzinach, próby wytłumaczenia mego uczucia do matki jakąś pa­tologiczną naroślą: jeśli wziąć pod uwagę, czym stały się w ich rękach wolność, braterstwo i inne najszlachetniejsze ideały ludzkości, nie widzę powodu, dlaczego zwykła miłość synowska nie miałaby się przeobrazić w ich chorych mózgach na podobieństwo tamtych rzeczy. Tym łatwiej przyszłoby mi zgodzić się z ich diagnozą, że dla mnie z pojęciem kazirodztwa nie kojarzy się ów ponury piwniczny mrok wiecz­nego potępienia, jakim fałszywa moralność oto­czyła pewną postać seksualnej wybujałości, któ­ra moim zdaniem zajmuje niezwykle skromne miejsce na monumentalnej skali naszych wyna­turzeń. Wszystkie potworności kazirodztwa wy­dają mi się nieskończenie mniej odpychające niż potworności Hiroszimy, Buchenwaldu i pluto­ nów egzekucyjnych, terroru i tortur policyjnych, tysiąc razy przyjemniejsze niż leukemia i inne je­szcze możliwe genetycznie konsekwencje wysił­ków naszych uczonych. Nikt mnie nigdy nie zmu­si, bym w obyczajach seksualnych ludzi upatry­wał kryterium złego i dobrego. Żałosna postawa pewnego znakomitego fizyka, który zaleca cywilizowanemu światu dalsze prowadzenie wybu­chów nuklearnych, jest mi nieporównanie bar­ dziej antypatyczna niż myśl o synu żyjącym z własną matką. Wobec intelektualnych, nauko­wych, ideologicznych wynaturzeń naszych cza­sów zboczenia seksualne znajdują w moim sercu słowa najtkliwszego przebaczenia. Dziewczyna, która każe sobie płacić za to, że udostępnia męż­czyznom swoje wdzięki, wydaje mi się siostrą mi­łosierdzia i szlachetną rozdawczynią chleba, jeśli się jej skromną sprzedajność porówna z prosty­tucją uczonych, którzy sprzedają swe mózgi pro­ducentom genetycznej trucizny i atomowego strachu. W zestawieniu z tą perwersją duszy, umysłu i ideałów, jakiej oddają się ci zdrajcy ro­dzaju ludzkiego, nasze seksualne mozoły — sprzedajne czy nie-sprzedajne, kazirodcze czy nie-kazirodcze — przybierają wobec trzech skrom­nych zwieraczy, jakimi dysponuje nasza anatomia, wyraz całkowicie anielskiej niewinności, jak uśmiech dziecka.

Wreszcie, by zamknąć ostatecznie ten temat występny, powiem jeszcze, że nie zapominam bynajmniej, iż ta metoda bagatelizowania kazi­rodztwa może być z łatwością interpretowana jako podstęp ze strony podświadomości, która stara się uśmierzyć to, co napawa ją przerażeniem, a zarazem rozkosznie wabi. Teraz więc, po wykonaniu reweransów i trzech okrążeń w takt kochanego starego walca wiedeńskiego, powra­cam do mojej skromnej miłości. Bo chyba nie mam potrzeby mówić, że to, co mi każe snuć niniejsze opowiadanie, to właśnie ów powszechny, bratni i wszystkim znajomy cha­rakter mojego uczucia; nie kochałem matki ani więcej, ani mniej, ani inaczej niż wszyscy ludzie. I wierzę głęboko, że moje młodzieńcze wysiłki, by rzucić świat do jej stóp, były w wielkiej mie­rze bezosobowe i niezależnie od tego, czy więzy, jakie nas łączyły, były skomplikowane, czy pro­ste — o tym niech każdy sądzi wedle swego uzna­nia, własnej miary i własnego serca — jedna rzecz wydaje mi się zupełnie jasna dzisiaj, kiedy rzucam ostatnie spojrzenie na to, co było moim życiem: kierowała mną w tym wszystkim zawzię­ta wola, by blaskiem triumfu oświetlić raczej los człowieczy niż jednej ukochanej istoty.

[…]

Wszyscy znają historię kameleona, który chciał jak najlepiej. Posadzono go na zielonym dywanie i kameleon zrobił się zielony. Posadzono go na dywanie czerwonym i zrobił się czerwony. Posadzono go na białym i zrobił się biały. Na żółtym stał się żółty. Posadzono go wreszcie na dywanie w szkocką kratę i wówczas kameleon pękł z hukiem.

[…]

Zacząłem uczyć się żonglerki w epoce Wali [imię butnej koleżanki z podwórka warszawskiego – przyp. aut.] dla jej pięknych oczu. Uprawiałem jednak tę sztukę nadal, przede wszystkim z myślą o mojej matce, by przebłagać ją za to, że nie mam innych talentów. Na koryta­rzu szkolnym, pośród olśnionych kolegów, żon­glowałem teraz pięcioma i sześcioma pomarań­czami i gdzieś w głębi duszy pałałem szaloną żą­dzą dojścia do siedmiu, a nawet do ośmiu, jak wielki Rastelli [artysta cyrkowy – przyp. aut.], a może — kto wie — i do dzie­więciu, co zapewniłoby mi tytuł najznakomitsze­go żonglera świata. Matka zasługiwała na to w pe­łni i wszystkie wolne chwile poświęcałem tym ćwiczeniom. Żonglowałem pomarańczami, talerzami, bu­telkami, nawet szczotkami — wszystkim, co mi wpadło w ręce; potrzeba doznań artystycznych, chęć zdobycia najwyższych szczebli doskonałoś­ci, tęsknota do wspaniałych i niepowtarzalnych osiągnięć, słowem moje pragnienie wspięcia się na szczyty znajdowało tu ujście skromne, ale żar­liwe. Czułem, że zbliżam się w ten sposób do granic cudownego świata, do którego garnąłem się z całej duszy; do świata, w którym zdobywa się i urzeczywistnia to, co niemożliwe. Była to moja pierwsza próba artystycznej wypowiedzi, pierwsze przeczucie uchwytnej doskonałości i ogarnęło mnie ono aż do zapamiętania. Żonglowałem w szkole, na ulicy, na schodach, wchodzi­łem żonglując do pokoju i żonglując stawałem przed matką: sześć pomarańczy wirowało w po­wietrzu, wciąż wyrzucane i wciąż chwytane od nowa. Niestety i w tej dziedzinie, gdzie rysowała się już przede mną najwspanialsza przyszłość, która dzięki moim talentom miała pozwolić mi na otoczenie matki najwyszukańszym zbytkiem, z wolna uświadamiać sobie zacząłem brutalną rzeczywistość: nie mogłem przekroczyć granicy sześciu kul. A przecież się starałem, Bóg widzi, jak usilnie się starałem. Zdarzało się w owym czasie, że żonglowałem po siedem, osiem godzin dziennie. Czułem niejasno, że gra toczy się o sta­wkę poważną, a nawet decydującą, że idzie tu o całe moje życie, o wszystkie marzenia, o moje najgłębsze jestestwo, że sprawa dotyczy granic uchwytnej i nieuchwytnej doskonałości. Ale mimo wszelkich starań siódma kula pozostawała nieosiągalna. Szczyt mistrzostwa był już bliski, już widoczny, już wyczuwalny, a przecież wciąż nie udawało mi się go dosięgnąć. Doskonałość wciąż mi się wymykała. Zdobywałem się na naj­wyższy wysiłek woli, mobilizowałem całą zręcz­ność, szybkość ruchów, kule wyrzucane w powie­trze przebiegały z precyzją wyznaczone szlaki, ledwie jednak wyrzucałem siódmą kulę, cały gmach się rozpadał; stałem zgnębiony, niezdolny do poddania się, do porzucenia dalszych prób. Zaczynałem od nowa. Ale ostatnia kula pozosta­ła na zawsze nieuchwytna. Nigdy nie udało mi się jej dosięgnąć. Próbowałem przez całe życie. I dopiero kiedy wkraczałem w czterdziesty rok ży­cia, po dłuższym obracaniu się wśród arcydzieł, powoli poznawać zacząłem prawdę i zrozumia­łem, że siódma kula nie istnieje.   

[…]

Instynktownie, bez żadnego uchwytnego literackiego wpływu, odkryłem wartość humoru, tego praktycznego i przynoszącego pełne zado­wolenie sposobu unieszkodliwiania rzeczywistoś­ci właśnie w chwili, kiedy zamierza spaść nam na głowę. W ciągu całej mojej życiowej drogi hu­mor był mi dobrym towarzyszem; zawdzięczam mu jedyne chwile prawdziwego triumfu nad przeciwnikiem. Nikomu nie udało się nigdy pozbawić mnie tej broni i zwracam ją przeciwko sobie samemu tym chętniej, że poprzez owo „ja” godzę przecież w całą istotę naszego ludzkiego bytowania. Humor jest świadectwem godności człowieka, jego wyższości nad własnym losem. Niektórzy moi „przy­jaciele”, całkowicie pozbawieni humoru, mar­twią się, kiedy widzą, jak w tym, co piszę lub mówię, zwracam tę potężną broń przeciwko so­bie; podejrzewają mnie ci wtajemniczeni o ma­sochizm, o pogardę dla siebie samego, a nawet, kiedy wciągam do tych wyzwalających igraszek bliskie mi osoby, mówią o ekshibicjonizmie i grubiaństwie. Żal mi ich. Rzeczywiście wygląda tak, że „ja” nie istnieje, że nie jest nigdy celem, tylko progiem, który przekraczam, kiedy przeciw­ko owemu „ja” zwracam moją ulubioną broń; godzę w dolę człowieka we wszystkich przemija­jących wcieleniach, w sytuację, która została nam narzucona z zewnątrz, w prawo, które po­dyktowały nam różne ciemne siły, niczym jakieś ustawy norymberskie. To nieporozumienie było dla mnie w stosunkach z ludźmi stałym źródłem samotności, nic bowiem tak nie odgradza nas, jak nasza braterska dłoń humoru wyciągnięta do ludzi, bardziej pod tym względem bezrękich niż pingwiny.

[…]

Ukończyłem nową powieść, wysłałem wydawcom i po raz pierwszy jeden z nich, Robert Denoël, pofatygował się, by mi od­ powiedzieć osobiście. Sądził, jak mi pisał, że może mnie zainteresować ocena jednego z jego lektorów. Otóż po przejrzeniu kilku kartek mego dzieła przekazał je wybitnemu specjaliście od psychoanalizy, w danym wypadku księżnej Marii Bonaparte, i właśnie przysłał mi dwudziestostronicowe studium na temat autora powieści „Wino umarłych”. Sprawa przedstawiała się dość jasno. Byłem dotknięty kompleksem ka­stracji, kompleksem fekalnym, zdradzałem ten­dencje do nekrofilii i nie wiem ilu jeszcze drob­nych zboczeń, z wyjątkiem jedynie kompleksu Edypa — absolutnie nie rozumiem dlaczego. Po raz pierwszy poczułem, że „stałem się kimś” i że zaczynam wreszcie usprawiedliwiać nadzieje i zaufanie, jakie matka pokładała we mnie.

Mimo że wydawca odrzucił moją książkę, bar­dzo mi pochlebiało poświęcenie mi studium psychoanalitycznego, toteż niezwłocznie zacząłem przybierać ton i postawy, jakich ode mnie ocze­kiwano. Pokazałem studium wszystkim znajo­mym i na kolegach wywarło ono głębokie wraże­nie; zwłaszcza kompleks fekalny, świadczący niezbicie o duszy ponurej i wstrząsanej burzami, wydał im się szczytem dobrego tonu. W kawiarni „Pod Dwoma Chłopcami” stałem się niewątpliwie kimś i powiedzieć mogę, że po raz pierwszy blask powodzenia opromienił moje czoło. Tylko wędliniarka zareagowała na odczytany jej przeze mnie dokument w sposób zgoła nieoczekiwany. Demoniczna i nadludzka strona mojej natury, której istnienia nigdy dotąd nie podejrzewała, ale która w ten sposób została objawiona, skło­niła ją w stosunku do mnie do wymagań znacznie przekraczających moje demoniczne czy niedemoniczne możliwości. Gorzko zarzuciła mi okru­cieństwo, kiedy przy moim zdrowym, lecz dość skromnym temperamencie dałem wyraz zdumie­niu wobec pewnych jej sugestii. Mówiąc krótko, wydaje mi się, że nie potrafiłem sprostać mojej reputacji. Zacząłem jednak uprawiać zawzięcie ten styl fatalistyczny, jaki wydawał mi się odpo­wiedni dla człowieka obciążonego skłonnościami do nekrofilii i kompleksem kastracji; nigdy nie pokazywałem się publicznie bez małych noży­czek, które otwierałem i zamykałem z ujmują­cym uśmiechem; kiedy mnie pytano, co właści­wie robię z tymi nożyczkami, odpowiadałem; „Nie wiem, nie mogę się od tego powstrzymać” i koledzy spoglądali po sobie w milczeniu.

[…]

— Jeszcze się z nimi policzymy! Po raz pierwszy usłyszałem wówczas to wyra­żenie z ust francuskiego żołnierza pod adresem francuskiej armii; do tego czasu sądziłem za­wsze, że jest ono zarezerwowane wyłącznie dla Niemców. Co do mnie, nie czułem ani nienawiś­ci, ani urazy; chciało mi się tylko rzygać i aby opanować mdłości, starałem się myśleć o Morzu Śródziemnym, o pięknych dziewczynach na pla­ży; przymykałem oczy i tuliłem się do ich ra­mion, gdzie nic nie mogło mnie dosięgnąć i nic nie mogło mi być odmówione. Izba dokoła była pusta, a jednak nie byłem sam. Poczwary mego dzieciństwa, którym matka wydzierała mnie z ta­kim trudem — i taka już była pewna, że zostały gdzieś daleko za nami — otoczyły mnie nagle na ziemi francuskiej, choć przekonany byłem, że jest dla nich niedostępna; to ich idiotyczny śmiech rozległ się nagle w tradycyjnej ojczyźnie Rozumu. Bez trudu w tym podstępnym ciosie, jaki spadł na mnie, rozpoznałem rękę Totoche, bożka głupoty, tego samego, który wkrótce uczynić miał z Hitlera władcę Europy i otworzyć drogę niemieckim czołgom. Ale przede wszyst­kim rozpoznałem tu robotę Filoche, drobnomieszczańskiego bożka pospolitości, przesądów i po­gardy dla człowieka, najbardziej zaś wściekało mnie to, że tym razem przywdział mundur i oto­czoną galonem czapkę naszych Sił Lotniczych.

[…]

Minęło dwadzieścia lat; młodość moja dawno uleciała i człowiek dojrzały, jakim dziś jestem, o wiele mniej na serio i z nieco większą dozą ironii wspomina owego młodzieńca pełnego powagi i głębokiej wiary, jakim byłem wówczas. Powie­dzieliśmy już sobie wszystko, a przecież wydaje mi się, że zaledwie się znamy. Czy to ja rzeczywi­ście byłem kiedyś tym chłopcem rozedrganym i zawziętym, tak naiwnie wiernym czarodziejskiej bajce swego dzieciństwa, tak do gruntu opanowanym jedną myślą, by stać się mistrzem własne­ go losu? Zbyt wiele opowiadała mi matka pięk­nych bajek, wkładała w to zbyt wiele talentu, szeptała mi je o świcie, kiedy każde doznanie dziecka ryje w nim ślady przez całe życie; zbyt wiele składaliśmy sobie przyrzeczeń, czułem się ich niewolnikiem. Przy takiej wewnętrznej po­trzebie wzniosłości wszystko stawało się przepaś­cią i dnem upadku. Dziś, kiedy upadek stał się już faktem, zdaję sobie sprawę, że talent mojej matki przez długi czas kazał mi traktować życie niby tworzywo dzieła sztuki i że poniosłem klęs­kę, bo chciałem kształtować to tworzywo wokół ukochanej istoty wedle klasycznych zasad propor­cji. Zamiłowanie do sztuki, do mistrzostwa, do piękna kazało mi niecierpliwymi dłońmi chwytać bezkształtną masę, której żadna wola ludzka nie zdoła narzucić formy, a która za to swą podstępną a niedostrzegalną władzą ugniata nas na swo­je podobieństwo; ilekroć próbujemy nasycić ją własną treścią, nam samym coraz bardziej narzu­ca kształty tragiczne, groteskowe, bezduszne albo dziwaczne, póki wreszcie nie znajdziemy się na przykład na skale nad brzegiem Oceanu, w samotności, którą przerywa niekiedy tylko szcze­kanie fok i krzyk mew, wśród nieruchomych tłu­mów morskiego ptactwa, przeglądającego się jak w lustrze w wilgotnym piasku. Zamiast żonglować na miarę moich możliwości pięcioma, sześ­cioma czy siedmioma kulami, jak wszyscy szanu­jący się artyści, czyniłem nadludzkie wysiłki, by przeżyć to, co można jedynie opiewać. Byłem jak ktoś, kto w błędnej wędrówce na próżno sta­ra się ukoić pragnienie, które zrodziła sztuka i którego życie nie może zaspokoić. Od dawna już wyzwoliłem się spod władzy tych rojeń i jeśli wciąż jeszcze marzę, aby świat przemienić w ogród szczęśliwości, wiem już dziś dobrze, że kieruje mną nie umiłowanie ludzi, tylko ogro­dów. I oczywiście ów smak sztuki żywej i przeży­tej, który wciąż czuję na wargach, ale który w tej chwili jest już raczej jak uśmiech; będzie to nie­wątpliwie moje ostatnie dzieło literackie, jeśli mi pozostało choć trochę talentu.   

[…]

… choć dziś przeważnie należymy już do umarłych, nasza beztroska żyje nadal i spotykamy się cza­sem wszyscy, żywi i zdrowi, w spojrzeniach mło­dych chłopców wokół nas. Życie to młodość. Kiedy się starzejemy, staje się trwaniem, czasem - pożegnaniem; zabrało nam już wszystko i nic nie ma do zaofiarowania. Bywam często w miejs­cach, gdzie jest wiele młodzieży; staram się od­naleźć to, co utraciłem. Czasami udaje mi się rozpoznać twarz któregoś z towarzyszy, zabitego w dwudziestym roku życia. Są to często te same ruchy, ten sam śmiech, te same oczy. Coś pozo­staje zawsze. I zdarza mi się wówczas, że zaczy­nam prawie — prawie — wierzyć, że i we mnie pozostało coś z tego, czym byłem przed dwudzie­stu laty, że nie zniknąłem całkowicie. Staram się wtedy trochę wyprostować, chwytam floret, schodzę energicznym krokiem do ogrodu, spo­glądam w niebo i rozpoczynam fechtunek. Nie­kiedy także wspinam się na moje wzgórze i żon­gluję trzema lub czterema kulami, by im poka­zać, że władam jeszcze ręką i trzeba się ze mną liczyć. Im? Oni? Wiem, że nikt na mnie nie pa­trzy, ale niekiedy muszę dowieść sobie samemu, że jestem jeszcze zdolny do naiwności. To praw­da, że zostałem pokonany; ale pokonano mnie tylko, a niczego nie nauczono; ani mądrości, ani rezygnacji. Kładę się na rozprażonym piasku Big Sur i w całym ciele czuję młodość i męstwo tych wszystkich, którzy przyjdą po mnie; czekam na nich z ufnością, przyglądając się fokom i wielory­bom, których setki przepływają przede mną o tej porze roku i raz po raz wytryska na powierzchni mała fontanna i słucham Oceanu; zamykam oczy, uśmiecham się i wiem, że znów jesteśmy razem, gotowi zacząć wszystko od nowa.

[…]

Matka niemal co wieczór przychodziła dotrzy­mywać mi towarzystwa na pokładzie [wtedy akurat na statku płynącym do Afryki – przyp. aut.] - Nie pisałeś do mnie od kilku miesięcy - mówiła z wyrzutem.- Przecież jest wojna, prawda?- To nie powód. Trzeba pisać. Wzdychała. - Zawsze chciałam być wielką artystką. Serce mi się ściskało. - Nie martw się, mamo - mówiłem. - Bę­dziesz wielką artystką, będziesz sławna. Ja to za­łatwię.

[…] 

Pierwsze jej listy dotarły do mnie niedługo po moim przybyciu do Anglii. Były wysyłane po­ tajemnie przez Szwajcarię, skąd pewna znajo­ma mojej matki przysyłała mi je regularnie. Na żadnym z nich nie było daty. Aż do mojego po­wrotu do Nicei w trzy i pół roku później, aż do wigilii dnia mojego powrotu do domu te listy bez daty, jak gdyby obecne poza czasem [nawet nie wiedział jak blisko był nieubłaganej prawdy o losach matki – przyp. aut.] towarzyszyły mi wiernie. [...] W hotelu Mermonts [w Nicei - przyp. aut.], przed którym kazałem zatrzymać jeepa, nikt nie wyszedł na moje powitanie. Słyszano coś o mojej matce, ale nikt jej nie znał. Upłynęło kilka godzin, nim dowiedziałem się prawdy. Moja matka nie żyła już od trzech i pół roku, umarła niedługo po moim przybyciu do Anglii. Wiedziała jednak dobrze, że nie potrafię wyrwać, jeśli nie będę czuł w niej oparcia, toteż się zabezpieczyła. W ciągu ostatnich kilku dni, poprzedzających jej śmierć, napisała około dwustu pięćdziesięciu listów, które wysłała swej przyjaciółce do Szwajcarii. W rzeczywistości moje wielkie wyczyny nie zdążyły się jeszcze zmaterializować; starałem się jednak, jak mogłem, by utrzymać się w formie. Co dzień ćwiczyłem: pół godziny gimnastyki, pół godziny biegów płaskich i pięt­ naście minut ciężkiej atletyki. Żonglowałem w dalszym ciągu sześcioma kulami i nie traciłem nadziei, że uda mi się pochwycić siódmą. Nadal również pracowałem nad moją powieścią „Edukacja europejska” i ukończyłem cztery nowele, które miały być włączone do niej. Wierzyłem mocno, że w literaturze, zarówno jak w życiu, kształtować można świat wedle swego natchnie­nia i przewrócić go właściwemu powołaniu — tworzeniu dzieł rozsądnie pomyślanych i dobrze wykonanych. Wierzyłem w piękno — więc wie­rzyłem w sprawiedliwość. Talent mojej matki domagał się ode mnie, bym złożył u jej stóp to wielkie dzieło sztuki i życia, o którym tak dla mnie marzyła, w które tak namiętnie wierzyła i któremu tyle poświęciła trudu. Wydawało mi się niemożliwe, by życie miało jej odmówić tego słu­sznego zadośćuczynienia; wydawało mi się rze­czą nie do pomyślenia, by życie do tego stopnia mogło rozmijać się ze sztuką. Jej naiwność, fan­tazja i wiara w cuda — które kazały jej w dziec­ku zagubionym gdzieś na kresach Polski widzieć przyszłego znakomitego francuskiego pisarza i ambasadora Francji — żyły we mnie wciąż jesz­cze, jak trwają w nas piękne i dobrze opowie­dziane bajki. Zycie było dla mnie nadal jedynie swoistym gatunkiem literackim.

Romain Gary, Obietnica poranka

Przejmująca i pełna przemijającego jak sen dziecięcego uroku na który składają się „ostatnie, jedyne i niepowtarzalne chwile” naszej egzystencji powieść Romaina Gare’go to przede wszystkim autobiograficzna opowieść o władczej, porywającej, ale i neurotycznej miłości Matki do Syna, w której przejrzeć się nie sposób. Kto wie a może uda się zobaczyć ją pośród pewnej ulotnej sceny z wileńskiego dzieciństwa naszego rosyjsko-polsko-żydowsko-francuskiego autora, tamtego dzieciństwa spędzanego podówczas w pracowni krawieckiej swojej charyzmatycznej mamy i w osobliwości tamtej chwili kiedy to filuterne klientki z wielkim namaszczeniem spoglądały w ulatujące pokłady błękitnych oczu Romana widząc w nich moje-twoje śród-ziemno-morskie morze…    



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin