Blog

 

25.06.2021

Dzieci Arbatu

[…]

Dojeżdżając do fabryki Sasza [Pankratow – jedna z głównych postaci powieści – przyp. aut.] przypomniał sobie wczesne wstawanie, świeżość porannej ulicy, potok ludzi, wlewający się przez portiernię na dziedziniec, chłodną pustkę hali. Technika nigdy go nie pasjonowała, ale chciał pracować w fabryce, podobało mu się słowo “proletariusz”, przynależność do wielkiej rewolucyjnej klasy. Początek życia, poetyczny i niezapomniany.

[…]

I oto siedzą przy stole nakrytym białym obrusem. Na honorowym miejscu Nina, na prawo od niej Maksym, Sasza, Waria, Serafim, po lewej Wadim, Lena, Jura i Wika [wszystkie dzieci Arbatu, ulicy w Moskwie – przyp. aut.]. Wszystko lśni i błyszczy, wszystko przyszykowane, pachnie tak smakowicie, pobudza apetyt, raduje serca. Za oknami mroźna noc, a tu jest ciepło, dziewczyny w fildepersowych pończochach, pantofle na wysokim obcasie. Planeta mknie po swej niezmiennej orbicie, gwiazdy wędrują po swoim odwiecznym szlaku, a oni spotykają tysiąc dziewięćset trzydziesty czwarty rok od narodzin Chrystusa, mają wódkę, portwajn, riesling, tak samo spotykali rok tysiąc dziewięćset trzydziesty trzeci, oto śledź w sosie musztardowym, szynka ze sklepu komercyjnego, tak samo będą witać i rok trzydziesty piąty i trzydziesty szósty, i trzydziesty siódmy, i jeszcze wiele innych lat. Są młodzi, nie wyobrażają sobie ani śmierci, ani starości, nie urodzili się przecież dla starości i śmierci, ale dla życia, dla młodości, dla szczęścia.

[…]

Michaił Juriewicz [sąsiad Pankratowów na piętrze kamienicy arbackiej – przyp. aut.], samotny kawaler, inteligentny człowiek w binoklach, kolekcjonował książki i ryciny. Jego pokój, zawalony albumami i teczkami, zastawiony antykami, na zawsze przesiąkł kurzem foliałów, zapachem farby, kleju i tuszu. Michaił Juriewicz chętnie pokazywał swoje skarby Saszy i lubił z nim rozmawiać. Dziś pokazał Saszy “Piekło” Dantego z ilustracjami Dorego. Tłumy kłębiły się w otchłani, mężczyźni, kobiety, dzieci, głowy, ręce, nogi, wieczny ogień trawiących ludzkość pragnień i namiętności. Oprócz Dantego Michaił Juriewicz nabył wydanego przez “Akademię” “Księcia” Machiavellego. - Tę książkę znam - powiedział Sasza - rozważania o władzy dość naiwne, dalekie od naukowego rozumienia jej istoty. - Możliwe - zgodził się Michaił Juriewicz - jednakże historię pierwiastków dobra i zła warto zgłębić w każdej epoce, dobra nie powinno się deptać ani w imię wielkich idei, ani małych.

[…]

Pod tym względem Mark Aleksandrowicz [Budiagin, wysoki rangą członek KC Politycznego Rosji Sowieckiej – przyp. aut.] był człowiekiem próżnym i nie lubił schodzić z areny jako pokonany. Dlatego też dzieląc się swoimi wrażeniami z USA, gdzie przez dwa lata pracował w stalowni, opowiedział o zabawnej scence, zaobserwowanej w Nowym Jorku: Z kościoła wyszła niedołężna staruszka w staromodnej czarnej sukni do ziemi i w czarnym kapeluszu, ozdobionym czymś w rodzaju ptasiego gniazda, starowinkę podtrzymywała dziewczyna, zapewne wnuczka lub nawet prawnuczka. Ostrożnie sprowadziła babuleńkę ze schodów do zaparkowanego przed kościołem packarda, troskliwie usadziła w środku, czule ucałowała babcię i zatrzasnęła drzwiczki wozu. A ledwie powłócząca nogami staruszeczka, znalazłszy się za kierownicą auta, uruchomiła silnik: packard skoczył z miejsca i pomknął przed siebie. Ameryka to przestarzały system społeczny, dysponujący najnowocześniejszą techniką.

[…]

Wszystko układało się zupełnie inaczej niż przewidywał Sasza, niż to, na co był przygotowany. Ogarnęło go rozpaczliwe, dławiące uczucie, którego doznał w dzieciństwie, gdy wdrapał się na dach domu po drabince pożarowej - jej górne szczeble oderwały się od ściany, drabinka huśtała się w powietrzu, i trzeba było uchwycić odpowiedni moment, kiedy zbliżała się do dachu, przeskoczyć. Z wysokości siedmiu pięter widział kolegów na dnie głębokiej studni podwórza, jak zadarłszy głowy patrzyli na niego i czekali. Ogarniał go lęk, zdawało mu się, że nie przeskoczy, że nie zdoła oderwać się na czas od drabinki i runie na asfalt podwórza. To samo wrażenie śmiertelnej gry owładnęło nim i teraz, gdy siedział naprzeciwko śledczego [Diakowa, z NKWD moskiewskiego – przyp. aut.], tak samo jak wtedy trwożnie zamierało serce. Jego sprawa to głupstwo, drobiazg, ale potraktowana jako przestępstwo polityczne z aresztowaniem, więzieniem, przesłuchiwaniem, staje się czymś strasznym [za żart w studenckiej gazetce ściennej – przyp. aut.]. Przed nim siedzi jego towarzysz, komunista, ale Sasza jest dla niego wrogiem.

[…]

Aresztowanie Saszy natychmiast wyróżniło Warię [Iwanówną, sąsiadkę-koleżankę Saszy z podwórka kamienicy – przyp. aut.] spośród koleżanek. Była teraz jedną z tych, które czekają na swoich nagle znikających, a potem znów pojawiających się chłopaków, a jeśli czekają niehonorowo, to ci rozprawiają się z nimi okrutnie. Wszyscy wiedzieli, że tańczyła z Saszą w “Arbackiej Piwnicy”, widzieli ich tam, widzieli również bójkę. Teraz Waria przyjaźni się z matką Saszy, wozi paczki do więzienia... Waria jeździła wczesnym rankiem, zajmowała kolejkę, wystawała na mrozie, potem przyjeżdżała Sofia Aleksandrowna [Pankratow, mama Saszy – przyp. aut.] i razem przesuwały się do okienka. Sofia Aleksandrowna nie umiała się wykłócać, bała się rozgniewać człowieka w okienku, krępowała się też wstrzymywać kolejkę - zmęczonych ludzi, stojących cierpliwie od piątej rano na ulicy wzdłuż wysokiego, długiego i zimnego więziennego muru. Waria nie bała się i nie krępowała nikogo. Szukały Saszy po wszystkich więzieniach. W okienkach dawano im do wypełnienia ankietę: nazwisko, imię, imię odojcowskie więźnia, adres. Sofia Aleksandrowna wypełniała ankietę, znów odstawały kolejkę, oddawały ankietę, czekały na odpowiedź dwie lub trzy godziny... “Nie tutaj...” Wtedy Waria gniewnie pytała: “To gdzie?” - “Nie wiadomo”. “- To kto ma wiedzieć!? Wyście go zabrali, i wy powinniście wiedzieć!”.

[…]

Mark rozmawiał o Saszy z wysoko postawionymi i wpływowymi ludźmi. Wierzyła Markowi, Mark nie kłamał, nie uspokajał, zrobił wszystko, co mógł. A jednak jeszcze bardziej niż jemu wierzyła kobietom w więziennych kolejkach. Tam wszystko było jasne, proste i sprawiedliwe. Te słabe kobiety broniły swoich najbliższych, ogrzewały ich własnym ciepłem, które traciły stojąc na mrozie, zaspokajały ich głód tym, co ujmowały ze swoich skąpych przydziałów, przez grube kamienne mury słały im swoją miłość i nadzieję. Sofia Aleksandrowna bez strachu myślała teraz o kolejkach pod więzieniem: tam nie czuła się samotna. Nie złagodziło to jej cierpień, nie usunęło dojmującego uczucia odrębności. Musiała jednak robić to, co inni. Świat, który dawniej wydawał się tak straszny, żądał działania, a działanie zmniejsza strach. Kobiety pouczyły ją, jak odnaleźć Saszę, jak zorganizować przekazanie paczki i co przesłać, gdzie się zwrócić, do kogo i co napisać. Zwracać się i pisać należało właśnie tam, gdzie radziły. Uzyskała posłuchanie u prokuratora do spraw nadzoru nad organami GPU [ścigania przestępstw politycznych – przyp. aut.]. “Po zakończeniu śledztwa zostanie obywatelka poinformowana o jego rezultatach” - odpowiedź, którą kobiety z kolejki z góry przewidziały, lecz która była mimo wszystko ważna: teraz prokurator zwróci uwagę na sprawę Saszy, to może wiele zmienić. Kolejka wiedziała, co robić, kiedy Saszę już osądzą, kolejka znała drogę, ta droga - to też droga życia, ludzie idą i po niej, to uspokajało bardziej niż nadzieje i obietnice. to, dokąd Saszę ześlą, zależy od tego, czy syn domyśli się, by zażądać badania lekarskiego: ma słabe oskrzela, może trafić nad Wołgę, a nie na Syberię. Jeżeli zadzwonią do niej i powiedzą, żeby przywieźć ciepłe rzeczy, to oznacza Syberię albo Północ, jeżeli nie powiedzą, to Azja Środkowa.

[…]

Ze Stalinem jednak nigdy nic nie wiadomo. Na zesłaniu przestał rozmawiać z towarzyszem [Budiaginem – przyp. aut.], który zażartował z jego zwyczaju spania w skarpetkach. Na Syberii Stalin sprawiał wrażenie szczególnie bezbronnego, stale marzł i dlatego sypiał w skarpetkach. Był posiadaczem jedwabnej pikowanej pstrokatej kołdry. Z tego również żartowano. Wszystkie żarty Stalin uważał za wyszydzanie swojej słabości, nieprzystosowania. Przestali więc żartować. Nie można było z nim się spierać - nie umiał przegrywać. Silny akcent gruziński, zawiły styl, którym się posługiwał, powodowały, że nie był dobrym mówcą: również w dyskusjach sprawiał wrażenie całkiem bezbronnego, i nikt nie chciał sprawiać mu przykrości. Nie sprawiać przykrości znaczyło - nie sprzeciwiać się.

[…]

Prawdziwy wódz przychodzi sam, swoją władzę zawdzięcza wyłącznie samemu sobie. Jeżeli zawdzięcza ją innym, to nie jest wodzem, a marionetką. To nie oni wybrali Jego, to On wybrał ich. To nie oni wysunęli go do przodu, to On pociągnął ich za sobą. To nie oni pomogli mu się umocnić, to On wyniósł ich na wyżyny władzy państwowej. Stali się tym kim są tylko dlatego, że byli przy nim. Komu zawdzięczał coś Lenin? Londyńskim i genewskim emigrantom? Komu zawdzięczał coś Piotr? Mienszykowowi? Lefortowi? Dziedziczność władzy nie zmienia istoty sprawy. Aby stać się godnym miana wodza, monarcha musi unicestwić otoczenie, uważające go za figuranta. Tak było z Piotrem, tak było z Groźnym.

[…]

Saszy po pierwszym kieliszku zakręciło się w głowie. - Po więzieniu to normalne - zauważył Borys [kolega Saszy w transporcie na zesłanie – przyp. aut.] - ale przyzwyczai się pan. Nad Angarą będziemy pić spirytus, w transporcie spirytus wypada tam taniej niż wódka – sześćset kilometrów końmi. A tak w ogóle, to jakoś przeżyjemy. Boguczany to duża wieś, znajdę tam pracę w swoim zawodzie, pan też prawie inżynier, a we wsi są traktory, siewniki, wialnie. - Nie znam się na traktorach i siewnikach. - Jak pan zgłodnieje, to szybko się pan nauczy. Dawniej młodzi inteligentni jeździli za granicę, a my - na białe niedźwiedzie. Pewnie, lepiej być Sołowiejczykiem w Moskwie niż Worobiejczykiem na Sołowkach.

[…]

Wariu, zapamiętaj sobie dobrze: poznam cię z pewnymi ludźmi. Pozycja, jaką zajmują, zobowiązuje do paru rzeczy. Przede wszystkim będziesz musiała panować nad swoim językiem. - A co ja takiego powiedziałam? Wika nie chciała powtarzać słowa “szpicel”, to nie ona go użyła. - Twoje wyrażenia trącą ulicą. Waria wybuchła. - Wychowałam się na ulicy! - Nie zrozumiałaś mnie. Nie mówię o wulgarności, nie to miałam na myśli. Po prostu od niektórych rzeczy i słów lepiej trzymać się z daleka. Jura zajmuje się swoimi sprawami, a my nie mamy o nich pojęcia. Waria milczała. O czym miałaby mieć pojęcie? Chyba o tych kolejkach pod więzieniem... Wika ma jednak rację: to nowy, nieznany świat, i trzeba dostosować się do jego reguł. - Po prostu nie lubię Szaroka [Juryja, karierowicza i pracownika NKWD – przyp. aut.] - on ma takie paskudne spojrzenie. Wika objęła ją.

[…]

[dialektyczne, „sofistyczne” rozważania Stalina – przyp. aut.]

Aby w możliwie najkrótszym czasie przekształcić kraj rolniczy w kraj przemysłowy, potrzebne są niezliczone ofiary, zarówno materialne, jak i ludzkie. Naród musi się z tym pogodzić. Sam entuzjazm jednak nie wystarczy. Naród trzeba zmusić do poświęceń. Może tego dokonać jedynie silna władza, która zdoła zaszczepić w narodzie strach. Strach ten należy podtrzymywać wszystkimi możliwymi sposobami, teoria nieustającej walki klasowej świetnie się do tego nadaje. Jeżeli nawet zginie przy tym parę milionów ludzi, to historia i tak wybaczy to towarzyszowi Stalinowi. Jeżeli natomiast pozostawi państwo bezbronnym, skaże je na zagładę, to historia nigdy mu tego nie wybaczy. Wielki cel wymaga wielkiej energii, zaś zmusić zacofany naród do wykrzesania z siebie wielkiej energii może jedynie wielkie okrucieństwo. Wszyscy wielcy władcy byli okrutni. Kamieniew, obecny dyrektor wydawnictwa “Akademia”, nieprzypadkowo wydał Machiavellego. To dla Niego wydał, to Jemu chce pokazać, że metody, które On stosuje, znane były już w piętnastym i szesnastym wieku. Myli się on, ten Kamieniew [członek KC politycznego – przyp. aut.]. Rady i wskazówki Machiavellego są przestarzałe. Nie wiadomo zresztą, czy w ogóle były do czegoś przydatne już wtedy, w piętnastym wieku. Błyskotliwe, ale powierzchowne, schematyczne, dalekie od dialektyki. “Władza, oparta na miłości ludu do dyktatora jest władzą słabą, gdyż zależy od ludu, władza oparta na strachu ludu przed dyktatorem jest władzą silną, gdyż zależy jedynie od samego dyktatora”. To stwierdzenie zawiera w sobie tylko część prawdy: władza oparta wyłącznie na miłości ludu jest słaba, to fakt. Jednakże władza oparta wyłącznie na strachu też jest władzą dość chwiejną. Trwała i stabilna władza opiera się i na strachu przed dyktatorem, i na miłości do niego. Wielki władca to ten, który poprzez strach wpaja ludowi miłość do siebie. Taką miłość, gdy wszystkie okrucieństwa jego rządów lud i historia przypisuje nie jemu, lecz wykonawcom.

[…]

Bieliński [rosyjski ideolog, panslawistyczny – przyp. aut.]mówi: “Potrzebny nam jest Piotr Wielki, nowy genialny despota, który by w imię ogólnoludzkich zasad obchodził się z nami bezlitośnie i nieubłaganie. Powinniśmy przejść przez terror. Dawniej potrzebny był kij Piotra Wielkiego, żeby nas uczynić choć trochę podobnymi do ludzi, teraz musimy przejść przez terror, żeby stać się ludźmi w pełnym i szlachetnym znaczeniu tego słowa. Nas, Słowian, nieprędko da się rozbudzić do świadomego życia. Wiadomo, że dopiero jak Pan Bóg zagrzmi, to chłop do pacierza. Tak, moi panowie, mówcie sobie, co chcecie, ale gilotyna to dobra rzecz”.

[…]

W momencie, kiedy Lena [dziewczynka Juryja Szaroka – przyp. aut.] pomyślała o Saszy, Jura zaczął o nim mówić. Był to czysty przypadek, ale Lena aż się wzdrygnęła. - Wadim zmienił się po aresztowaniu Saszy - powiedział Jura - od razu to wtedy zauważyłem. Aresztowanie Saszy przestraszyło go. Teraz ze strachu stara się krzyczeć głośniej niż inni. - Tak - zgodziła się Lena ze smutkiem. - Po aresztowaniu Saszy wszyscy staliśmy się inni.

[…]

Dawniej można było jakoś wytrzymać, zesłańcy pracowali u chłopów albo utrzymywali się z tego, co im przysyłano z domu, rzadko kto się nimi interesował. A teraz potworzyły się kołchozy, pojawiły się władze, przyjeżdżają pełnomocnicy, każde nieznane słowo biorą za agitację, cokolwiek się w kołchozie stanie, od razu szukają winnego, a kto jest winny - naturalnie zesłaniec, kontrrewolucjonista, to on oddziałuje na ludność miejscową, i to tak oddziałuje, że i kartofle nie rosną, i ryby nie chcą brać, i krowy się nie cielą i nie dają mleka.

[…]

[wypowiedź Ałfierowa, naczelnika NKWD w Kieżmie na Syberii – przyp. aut.]

Na każdym kroku szkodnictwo: traktory, kombajny, młockarnie, żniwiarki - wszędzie szkodnictwo. Czy to na pewno tak? Specjalnie psują? Kołchoźnicy? Po co? I wychodzi na to, że nie mamy innego wyjścia. Nasz chłop od stuleci znał tylko jeden rodzaj techniki: siekierę, a my go na traktor, na kombajn, do samochodu, on je psuje, bo nie umie, bo się nie zna, bo jest technicznym i wszelkim innym analfabetą. To co mamy robić? Czekać, aż wieś zdobędzie wiedzę techniczną, upora się ze swoim wielowiekowym zacofaniem? Aż chłop zmieni swą naturę, ukształtowaną w ciągu wieków? A na razie niech psuje traktory, kombajny, samochody, niech się w ten sposób uczy? Nie możemy sobie na to pozwolić, żeby nasz sprzęt techniczny został zniszczony, żeby poszedł na złom, bo zapłaciliśmy za niego krwią. I czekać też nie możemy - kraje kapitalistyczne nas zduszą. Mamy tylko jeden sposób, surowy, ale jedyny - strach. Strach jest ucieleśniony w słowie “szkodnik”. Zepsułeś traktor, to znaczy, że jesteś szkodnikiem - dziesięć lat! I za żniwiarkę, i za młockarnię też dziesięć! My swój pierwszy traktor wyprodukowaliśmy w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym, a na Zachodzie w tysiąc osiemset trzydziestym, sto lat wcześniej, mają stuletnie doświadczenie i traktory są tam własnością prywatną, właściciel dba o swoje mienie. A nasze mienie jest państwowe, dlatego trzeba o nie dbać po państwowemu.

[…]

Szczerze mówiąc, Sofia Aleksandrowna była nawet zadowolona, że Nina [siostra Wari Iwanowny – przyp. aut.] nie przychodzi. Z początku Nina uważała, że aresztowanie Saszy to fatalna pomyłka, potem w jej słowach zaczęły się pojawiać nowe nutki: skomplikowana sytuacja międzynarodowa, zaostrzenie walki klasowej, aktywizacja antypartyjnych ugrupowań, każdy powinien zajmować jasną, niedwuznaczną pozycję, to teraz szczególnie ważne, Sasza tymczasem własne rozumienie spraw i wydarzeń stawiał wyżej niż pogląd kolektywu. Jednym słowem, dawała do zrozumienia, że aresztowanie Saszy nie było bezpodstawne.

[…]

Stalin myślał: Największym rosyjskim pisarzem jest Puszkin! Wszystko rozumiał, wszystkiego się domyślał, wszystko potrafił. Jaką głębią odznacza się choćby obraz Piotra! ...jego “dłoń szarpnęła Rosję twardą uzdą, że dęba wspięła się jak koń!” (A. Puszkin - “Miedziany jeździec”, tłum. J. Tuwim.). Szczytem jego twórczości jest “Borys Godunow”: “Lud nasz głupi, łatwowierny, rad jest zawsze różnym cudom i nowinom; A bojarzy pamiętają, że Godunow był im równy... Jeśliś chytry i stanowczy...” (A. Puszkin - “Borys Godunow”, tłum. S. Pollak) […] przeczytał “Borysa Godunowa” powtórnie... “Zbiegły mnich wyklęty... A lat ma dwadzieścia... A wzrostu jest małego, pierś szeroka, jedna ręka krótsza od drugiej... włosy ryże”. On też miał wtedy lat dwadzieścia i też rok przed ukończeniem seminarium zrezygnował z kariery duchownego, on również był małego wzrostu i szeroki w ramionach, włosy miał rudawe i prawie bezwładną rękę. […] Zdumiał go los zbiegłego mnicha, wyniesionego na szczyty władzy świeckiej. Z czasem postać ta zblakła w jego pamięci, wyparta przez inne postaci historyczne, które zawładnęły jego wyobraźnią. A jednak gdzieś w zakamarkach jego mózgu obraz ten żył nadal. Czy nie wypłynął podświadomie wówczas, kiedy spotkał w Baku Zofię Piotrowską, rodowitą polską szlachciankę? Podobał jej się, on, proletariacki rewolucjonista-konspirator, karbonariusz w wystrzępionych spodniach, nie ogolony, ponury, zamknięty w sobie człowiek z charakterem […] Zofia, łagodna, wrażliwa, troszczyła się o niego, była to w gruncie rzeczy największa miłość w jego życiu […] …nie rozumie, że człowiek żyjący w dostatku nie jest zdolny do ofiar, do entuzjazmu, przekształca się w filistra, w mieszczucha. Tylko cierpienie wyzwala w narodzie olbrzymią energię, którą można skierować zarówno na niszczenie, jak i na tworzenie. Cierpienie zbliża człowieka do Boga - to podstawowa teza religii chrześcijańskiej, na której naród był wychowywany przez całe stulecia, weszło mu to w krew, i my również powinniśmy to wykorzystać. Socjalizm - raj ziemski, jest bardziej pociągający niż mityczny raj w niebiesiech, chociaż i dla niego trzeba przejść przez cierpienia. Naród, rzecz jasna, powinien być przekonany, że jego cierpienia są przejściowe, że służą osiągnięciu wielkiego celu, że władza najwyższa zna jego potrzeby, troszczy się o niego, broni go przed biurokratami niezależnie od tego, jakie stanowisko ci biurokraci zajmują. Władza najwyższa jest bowiem Wszechwiedząca, Wszechwidząca i Wszechmocna.[…] Kiedyś On w czasach swej wczesnej młodości w imię ich dobra rozpoczynał walkę, nim nie zrozumiał innych, prawdziwych motywów tej walki. Ale teraz On rządzi tymi ludźmi, oni wierzą w niego jak w Boga, a wierzyć w Boga można tylko ślepo i bezkrytycznie, nazywają Go ojcem, ludzie szanują tylko ciężką, surową, ale mocną i opiekuńczą ojcowską rękę. I ten też jest mu oddany tylko za to, że może przebywać w Jego pobliżu, tacy ludzie też powinni się znajdować w jego otoczeniu. Nie tylko strażnicy - psy łańcuchowe, nie tylko pomocnicy - ludzie o wygórowanych ambicjach, ale i prości, skromni, kochający Go i oddani Mu ludzie.

[…]

Sasza Pankratow dumał: po co mu podręczniki francuskiego, które mają mu przysłać z Moskwy, po co ekonomia polityczna i filozofia? Komu będzie to wykładał, z kim będzie rozmawiał po francusku? Z niedźwiedziami w tajdze? Nawet jeśli Ałfierow zostawi go w spokoju, jak zarobić na utrzymanie? Zelować filcaki - tego może się nauczyć. Oto co go czeka! Zapomnieć, o wszystkim zapomnieć! Ideą, w której duchu został wychowany, zawładnęli Baulinowie, Łozgaczewowie, Diakowowie, depczą tę ideę i niszczą ludzi, którzy są jej wierni. Dawniej uważał, że na tym świecie, żeby nie zginąć, trzeba mieć mocne ręce i niezłomną wolę, teraz zrozumiał, że właśnie z silnymi rękami i niezłomną wolą człowiek musi zginąć, bo jego wola zderzy się z wolą jeszcze bardziej niezłomną, a jego ręce z rękami jeszcze silniejszymi, z rękami, które dzierżą władzę. Żeby zachować życie, trzeba się podporządkować cudzej woli, cudzej sile, ciągle mieć się na baczności, przystosowywać się, żyć jak zając, bojąc się wychylić zza krzaka - tylko za taką cenę można przetrwać fizycznie. Ale czy wobec tego warto żyć?

Anatolij Rybakow, Dzieci Arbatu

Kultowa, zwłaszcza w czasie radzieckiej „pierestrojki” książka Rybakowa z jednej strony stanowi dyskretną próbę ukazania „ludzkiego” oblicza dyktatora wszech-czasów Józefa Wisarionowicza Stalina w okresie sprzed kultu tejże jednostki, z drugiej nakreśla „żywy” obraz społeczeństwa radzieckiego zmuszonego represjami, często i „głodem” do walki o przetrwanie, w której zwykłe karierowiczostwo przeplata się z pozornie niezależnym sprytem życiowym a indywidualizm jako idealizm u mniej zaradnych jednostek ludzkich ze strachem niepojętym ludzi z ulicy proletariackiej bojących się wypowiadać „nieuczesane” myśli a rebour. To także a może przede wszystkim powieść o „wiecznej” młodości i o „kulawym” dorastaniu, o tym wchodzeniu w to niby dorosłe w czymś życie, w takie też poważne życie, które nie jest ani dorosłym ani też młodym od samego swego zarania…       



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin