Blog

 

10.07.2021

Zabiorę Cię tam

Dlaczego raczej coś jest,

niż niczego nie ma?

Parmenides

[…]

Zanim w drugim semestrze mojego pierwszego roku na uniwersytecie wprowadzono mnie w szeregi stowarzyszenia Kappa Gamma Pi, często zbaczałam z drogi, by przejść obok tego domu. Byłam wtedy dopiero kandydatką do korporacji, a nie „siostrą". Wędrowałam tkliwym i tęsknym spojrzeniem ku posępnej, pokrytej bluszczem fasadzie i smukłym, białym kolumnom, których w mojej wyobraźni było znacznie więcej niż cztery, bo aż pięć, sześć, a nawet dziesięć! Greckie litery KΓΠ napełniały mnie zachwytem i podziwem. Bo jeszcze nie wiedziałam, co oznaczają. Czy będę Kappą?— myślałam. Ja... ja będę Kappą. Wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak musiało być możliwe, bo jakże inaczej miałabym kontynuować studia? Byłam owładnięta nieokiełznaną namiętnością kogoś, komu namiętność jest nie znana; namiętnością tłumioną i daremną. Gdyby miłość była grą, to dla mnie celem owej gry byłoby stawianie oporu; jak w szachach — można poświęcić pionki w służbie królowej, wszak królowa jest naszym najprawdziwszym „ja", naszym „ja" nieskalanym, nietykalnym i najświętszym; przecież nigdy nie poświęcilibyśmy królowej!

[…]

Nawet jeśli nie umiałam grać i w żadnym razie nie wolno mi było tego robić. Jednak fortepian istnieje. Jak świat sam w sobie — na drugim roku zaczynałam studiować Immanuela Kanta — istnieje, niedostępny dla nas. Fizyczna solidność zdawała się przemawiać za rzeczywistością istniejącą poza mną; rzeczywistością cenniejszą niż ulotna, zawsze niezadowalająca chwila, przez którą przechodziłam ja, studentka drugiego roku, samotna dziewczyna, obca wśród hałaśliwych „sióstr". Oto, co czułam, poza niechęcią do powrotu na drugie piętro, do zatłoczonego, zadymionego pokoju, do którego zostałam skierowana; niechęcią z powodu mojej współlokatorki, która zapalała jednego Chesterfielda od drugiego i mieszkała w przyprawiającym o zawrót głowy bałaganie, wśród ciuchów, lakierów do paznokci (i zmywaczy pachnących równie ostro jak chemiczne spryskiwacze roślin), tubek tłustych szminek, słoiczków z kremami oraz skserowanych notatek z wykładów, a która tam była, podczas gdy inne korporantki na pewno dobijały się do drzwi albo wyciągały się na moim łóżku, wydychając papierosowy dym z całkowitym brakiem zahamowań dziewcząt pozostających z dala od rodzicielskiego nadzoru i strząsając popiół w bliżej nieokreślonym kierunku wspólnej popielniczki.

[…]

 

Złociste włosy Mercy były potargane, a jej wcześniej staranny makijaż — rozmazany. Wyglądała, jakby pospiesznie ubierała się w ciemności lub została przez kogoś ubrana; pachniała perfumami, piwem i wymiocinami. Gdy chwiejnie wchodziła na schody, potknęła się i zachichotała. — Cholera! — mruknęła, gdy ją schwyciłam, bo podeszłam bliżej i ośmieliłam się dotknąć jej rozgrzanego, wilgotnego ciała. Wyrwała się z moich chłodnych dłoni z półprzytomnym wyrazem godności i powiedziała bełkotliwym, ale pogardliwym głosem: — Ty?! Kimże ty, u licha, jesteś? Precz z tymi cholernymi łapami ode mnie! I właśnie-wtedy-to-się-zaczęło. To odstawanie od innych. A może zaczęło się znacznie wcześniej... Przed wieloma miesiącami lub nawet przed wieloma laty, lecz właśnie wtedy ujawniło się z całą wyrazistością i absurdalnością. To przebudzenie i odkrycie, że jest się wśród obcych, obojętnych i wyniosłych, a pragnących jedynie podziwu i uwielbienia. To rozpaczliwe ściskanie podręcznika etyki pełnego siedemnastowiecznych twierdzeń i tez przypominających geometrię. I próba powstrzymania łez. Przecież nie jesteś dzieckiem. Dziewiętnastoletnia dziewczyna jest już dorosła. A jednak zraniona! Upokorzona. Skazana na wspominanie bólu tamtej wulgarnej, pijackiej odprawy do końca życia.

[…]

Wśród najstarszych fotografii przechowywanych przez babcię było zdjęcie ojca jako ciemnowłosego, muskularnego, przystojnego młodzieńca o bujnych, gęstych włosach i zawadiackim uśmiechu. Ten urodziwy młodzik z wiekiem zmienił się w ponurego nieznajomego mężczyznę z ospałą twarzą i ciągłym kilkudniowym zarostem. W mężczyznę, który był moim ojcem. Z przekrwionymi oczami, nosem tak spuchniętym, jakby użądliła go pszczoła, i zębami pozbawionymi blasku niczym zmatowiała kość słoniowa. Wydzielał jakiś odór, który kojarzył mi się z groźnym i strasznym, a jednak dziwnie zawadiackim urokiem tytoniu, whisky, nieświeżego potu i podniecenia. Ojciec niewiele z nami rozmawiał, ale mełł słowa w ustach, jakby żuł liść tytoniu i okropnie chciał go wypluć, jednak tego nie robił. Niekiedy przyłapywałam go na tym, jak przygląda mi się w świetle lampy, pijąc ze szklanki jakiś ostry, bezbarwny płyn i paląc Camela. Smuga dymu przesłaniała jego wzrok. A więc to ona, tak? Ta mała, winna...[po przedwczesnej śmierci Matki, przy przyjściu Alice na świat – przyp. aut.]

[…]

Studiowanie filozofii jest studiowaniem ludzkiego umysłu. Chociaż filozofowie twierdzą, że badają „rzeczywistość", „świat", „wszechświat" albo „Boga". Studiowanie ludzkiego umysłu, wniknięcie w umysł własny i zbadanie własnych motywów wymaga jednak całkowitej koncentracji.

[…]

Najwcześniejsze nagrobki pochodzące z lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku były wytarte niczym karty do gry i pochylone ku ziemi i to one znajdowały się najbliżej kościoła, nowsze natomiast, takie jak grób mojej matki, położone były dalej, okrywając wachlarzem częściowo puste wzgórze. Przeszło mi przez myśl, że naprawdę, nikt nie oczekuje przyszłości, nikt prawdziwie nie wierzy, że nadejdzie. Wszystko, co jest, istnieje teraz. Najskromniejsza szara granitowa płyta z wyrytym imieniem mojej matki oraz datami jej urodzin i śmierci leżała na samym końcu szeregu tuż obok nieuprawnego pola. Oto jak ziemska jest śmierć, czego Spinoza nigdy nie przyznał. Żaden z filozofów nie mówił o zapachach; o ziemistej wilgoci gnijących liści zmieszanej z dymem drewna (w oddali jakiś farmer palił pniaki, z których wydobywał się najgorszy odór, jaki można sobie wyobrazić). Przesunęłam palcami po surowym, zimnym kamieniu. Jestem Kappą! Taka jestem szczęśliwa, mamo! Czasami myślę, że serce mi spłonie z tego szczęścia!

[…]

Czasami profesor chodził tam i z powrotem po zdartym podium z twardego drewna, mówiąc o Platonie, Arystotelesie, Tomaszu z Akwinu, Kartezjuszu, Spinozie, Leibnizu czy Locke'u. Był chyba tuż po sześćdziesiątce i miał sympatyczny, ale autorytatywny sposób bycia. Jego niemal łysa głowa przypominała jajko, usta wydawały się miękkie, oczy zaś, głęboko osadzone pod szpakowatymi brwiami, były wilgotne, ale przenikliwe i czujne. Atrakcyjny mężczyzna jak na jego wiek, pomyślałam, chociaż nie chciałam oceniać powierzchowności tych starszych od siebie ludzi, których czciłam. Czymże bowiem są pozory, jak nauczali greccy filozofowie, jak nie-złudzeniem, iluzją? Któż prócz bardzo młodych i głupich ufa pozorom? Myśląc o mężczyźnie w jego wieku lub trochę starszym, nie chciałam też przypominać sobie o ojcu; o ojcu, który zniknął na Zachodzie, jakby podążając za słońcem, gdzieś za zachodnim pasmem gór. W niepamięci. Jakbym w ogóle mogła ich porównywać, pomyślałam z uśmiechem. Tego uczonego człowieka i mojego nieszczęsnego, niewykształconego, zgorzkniałego ojca alkoholika. Pewnego ranka po wykładzie profesora o idealizmie odbyła się długa wymiana zdań między nim a elokwentnym czy też raczej dość wytrwałym i nieustępliwym młodzieńcem, który siedział w głębi sali. Czułam, jak popłynęła ku niemu fala niechęci moich kolegów, ale zafascynowana i podekscytowana słuchałam z uznaniem, myśląc: Kto to jest, jakim jest człowiekiem? Nie przypomina nikogo z nas. Za moimi plecami jakiś kobiecy głos mruknął niechętnie: „Rany boskie, przestań gadać", inny zaś dodał coś, co brzmiało jak: „Zamknij dziób, Bambo", i obydwa zaśmiały się nieprzyjemnie.

[…]

Zrozumiałam, że moje ciało nie jest ciałem, które można by kochać, a zatem ja nie jestem dziewczyną, którą można kochać. Czyż mój własny ojciec nie wzdrygał się na mój widok z wyrazem lekkiej odrazy? Kiedy miałam trzynaście lat, z dnia na dzień ciemne kępki delikatnych jak jedwab włosów wykiełkowały mi pod pachami, a gęste pukle na łonie; moje smukłe, ale mocno umięśnione nogi, nieproporcjonalnie długie w stosunku do torsu, pokrywał puch, którego golenie, będąc w szkole, a potem mieszkając w Kappa House, lekceważyłam, podczas gdy inne dziewczyny zajmowały się nim gorliwie. Gdy się pociłam, mój zapach był ostry i cuchnący, co było dziwnie sekretne i satysfakcjonujące. Podobało mi się, że zmieniłam się w lisie stworzonko z lisim zapachem.

[…]

Od mojego brata Dietricha (który natychmiast po ukończeniu szkoły, a przed powrotem na farmę wstąpił do piechoty morskiej) zapożyczyłam sposób poruszania się z godnością; od nauczycielki historii przejęłam sposób podawania w wątpliwość uwag innych bez uciekania się do niegrzeczności (chociaż przypuszczam, że w rzeczywistości czasami byłam nieuprzejma); od dziewczyny o imieniu Lynda, która była moją najbliższą przyjaciółką w szkole średniej, nauczyłam się sposobu bycia „dobrą" i „szczodrą" bez sprawiania wrażenia niemądrej; od dorosłej córki luterańskiego pastora zdobyłam umiejętność obserwowania ludzi schlebiającym wzrokiem rozszerzonych i rzekomo szczerych oczu, nie zaś moim wrodzonym, wąskim i skrytym spojrzeniem; po ojcu miałam nawyk sceptycyzmu i wątpliwości, nieufność nieudacznika wobec każdego, kto miał więcej pieniędzy czy nawet lepszą powierzchowność niż on; jednak od ojca zapożyczyłam również pewien odruch przekory, gdyż miał słabość do kart i hazardu, co dowodzi szaleńczego optymizmu.

[…]

Granice mojego języka są granicami mojego świata. WITTGENSTEIN

[…]

Niemal wszyscy palili papierosy. Była to era palenia. Era przesiąknięta mglistymi rojeniami. Ze ścian kawiarni poprzez romantycznie unoszące się obłoki dymu spoglądały na nas powiększone fotografie sztandarowych postaci francuskiego egzystencjalizmu — naszych świeckich świętych — Camusa, Sartre'a, Simone de Beauvoir z papierosami w rękach albo w ustach. Nie paliłam. Nienawidziłam tytoniu; myśl o zanieczyszczeniu moich płuc, które, co wiedziałam ze swoją fatalistyczną pewnością, byłyby bardziej podatne niż żelazne płuca innych, napełniała mnie odrazą. A jednak poczułam erotyczne podłoże palenia. Poddawałam się jego taniemu filmowemu urokowi. Oto Vernor Matheius [doktorant uniwersytecki, „czarnoskóra” młodzieńcza miłość Alice – przyp. aut.] zapalił papierosa wytrącony z równowagi jakimś ruchem swojego przeciwnika przy szachownicy i zobaczyłam czoło zmarszczone w skupieniu, zmrużone oczy, sposób, w jaki, nonszalancko, potrząsa zapałką i wrzuca ją do popielniczki. I znów ujrzałam wiecznie palącego ojca, mego nieszczęsnego, pijanego ojca patrzącego z ukosa ku lampie na suficie starego domu i uśmiechającego się niemądrze. Zdołał nawet zrobić sobie zdjęcie w tej pozie, nastawiając migawkę starego aparatu, aby trzasnęła, gdy odliczy do trzech. Skąd taka śmieszna poza, dla kogo zrobił to zdjęcie? Czy było świadectwem, wizerunkiem człowieka, jakiego nigdy nie znałam?

[…]

Czytałam Wittgensteina. Nie ma tam żadnych problemów filozoficznych, a jedynie lingwistyczne nieporozumienia. O to chodziło? A jeśli, to dlaczego tak się o tym rozpisywać? Mogłam zrozumieć zainteresowanie Vernora taką filozofią. Spartańską, rygorystyczną. Zaskakująco sceptyczną. No cóż, dobrze: filozofowie powinni być sceptyczni. (Wszystkim innym brakuje sceptycyzmu; przeważająca część ludzkości jest łatwowierna jak gigantyczne niemowlę, gotowe ssać każdą pierś.) W obecności mężczyzny takiego jak Vernor Matheius najmądrzej było mówić bardzo mało. Vernor mógł pokochać jedynie kobietę, która mówi mało, gdyż mowa nas odsłania i czyni bezbronnymi. W milczeniu Vernorowi podobało się to, że mógł je przerwać, kiedy sam tego chciał.

[…]

Żaden wyjątek nie potwierdza reguły, jedynie jej zaprzecza.

[…]

Czy cnie ostrzegałem: nie kochaj mnie. Nawet nie próbuj mnie poznać. Bo to się nie uda. Poznanie mnie. Bo tożsamość jest wewnętrzu. Bo „ja" człowieka jest wewnętrzu, gdzie nikt nie może go ocenić.

[…]

Droga wyjścia. Pokazanie musze drogi wyjścia z butelki było nadzieją, jaką przez całe życie żywił Ludwig Wittgenstein, ale prawda jest taka, że istoty ludzkie wcale nie chcą wyjść z butelki, jesteśmy bowiem zniewoleni i oczarowani jej wnętrzem. Szklane ściany pieszczą nas i koją, są zasięgiem naszego doświadczenia i pragnienia. Butelka jest naszą skórą, naszym ciałem i duszą, przyzwyczajeni do optycznych zniekształceń szkła, wcale nie chcielibyśmy widzieć wyraźnie, bez owej szklanej bariery; nie moglibyśmy oddychać świeższym powietrzem, nie moglibyśmy przeżyć na zewnątrz butelki. Ani przekonać samych siebie, w dźwięczącym echem szklanym języku butelki, że właśnie tak jest.

[…]

Dzięki przestrzeni wszechświat obejmuje i pochłania mnie niczym drobinę; dzięki myśleniu ogarniam świat. PASCAL

[…]

Moi przodkowie [mówi Vernor Matheius – przyp. aut.] z Dahomeju byli ludźmi plemiennymi, pojmano ich i przywieziono do Ameryki Północnej jako niewolników w latach osiemdziesiątych osiemnastego wieku; ale wcześniej sami handlowali niewolnikami. Porywali i sprzedawali członków innych czarnych plemion. Był to sekret, który wyjawił mi dziadek mojej matki, pastor, gdy miałem dwadzieścia jeden lat. To było naszą „przechodnią" tajemnicą; tajemnicą przekazaną mnie. Że moi przodkowie, jego przodkowie, sprzedawali innych czarnych Afrykanów, ludzi z innych plemion, białym europejskim handlarzom żywym towarem […] — Czemuż jednak ich osądzać? Tych moich domniemanych przodków?— pytał z goryczą. — Byli istotami ludzkimi i tak jak wszystkie ludzkie istoty byli okrutni i ksenofobiczni. Tak jak wszyscy wykorzystywali innych. Byli prymitywnymi ludźmi żyjącymi w społeczności plemiennej, w której członków innych plemion nie uważa się za takich samych, pełnowartościowych ludzi; można ich zabijać, sprzedawać w niewolę, można praktykować ludobójstwo, tak jak Niemcy w Trzeciej Rzeszy, a ktoś cię uwolni od grzechu... to „naturalne", to „Natura", to instynkt. Tak więc moi przodkowie sprzedawali swoich czarnych braci i siostry w niewolę i przez jakiś czas rozkwitali, aż przyszła ich kolej na niewolę. Statki handlowe białych ludzi przypływały z Liverpoolu do zachodnich wybrzeży Afryki, gdzie wymieniano tekstylia i broń na czarnych mężczyzn i kobiety, potem statek przepływał Atlantyk, kierując się na Jamajkę, gdzie czarnych mężczyzn i kobiety sprzedawano za cukier, który wieziono na sprzedaż do Anglii, bo cóż zrobiliby Anglicy bez cukru do swojej herbaty i ciasteczek, cóż zrobiłaby cywilizacja białego człowieka bez cukru w swoim krwiobiegu. Potem statek znów żeglował z Liverpoolu ku zachodnim brzegom Afryki, ładował czarnych mężczyzn i kobiety i tak dalej, i tak dalej... Był to kwitnący biznes, czasy boomu gospodarczego, dobrze powodziło się wszystkim oprócz tych, którzy mieli pecha być napiętnowani jako niewolnicy.

[…]

Chętnie zapytałabym Hildie Pomeroy [opiekunka umierającego Ojca Alice, na ostatniej prostej jego życia – przyp. aut.], skąd wie z taką pewnością, że mój ojciec był „niewinny", i co właściwie znaczy dla niej to słowo. Skąd kobieta wie to, w co tak żarliwie pragnie uwierzyć? Prawda jest pragnieniem; pragniemy wierzyć; to, w co wierzymy, bierzemy za prawdę. A tam, gdzie wkracza miłość, gubi się prawda. Myślałam o Vernorze Matheiusie, którego kochałam, albo wyobrażałam sobie, że go kochałam, bardziej niż samo życie, a z pewnością bardziej niż własne życie. Myślałam o dwulicowości tego człowieka, o jego nieuczciwości, o zdradzie. Wiedziałam, że mogłabym uwierzyć we wszystko, co najgorsze, o kimś, kogo kocham, bez względu na to, jak bardzo go kocham, ponieważ wszystko jest możliwe. Mogłabym uwierzyć, że mój ojciec był gwałtownym człowiekiem, a nawet mordercą, i nie zmieniłoby to mojego najgłębszego uczucia do niego. Ale to jest nienaturalne, prawda? Przynajmniej w kobiecie. W takiej żarliwej, „kobiecej" kobiecie jak Hildie Pomeroy. Oczekuje się, że kobieta będzie zaprzeczać nieprzyjemnym faktom, że będzie lojalna i wierna. Rozdrażniona Hildie, oddychając głęboko, najwyraźniej nie domyślała się, jaką odrazę czuję dla jej obłudy, i łagodnie dotknęła mego nadgarstka, jakby chciała mnie pocieszyć.

[…]

[aluzja jak biblijnym zaparciu się Jezusa przez ucznia Piotra – przyp. aut.]

Trzykrotnie przyprowadzano mnie przed oblicze ojca i trzykrotnie napominano, abym się nie odwracała, by na niego spojrzeć. Trzykrotnie przyprowadzano mnie przed oblicze Śmierci i trzykrotnie uciekałam. A odziana w biel kobieta na usługach Śmierci, ściskając mój nadgarstek palcami o paznokciach-szponach, zapewniała: — W tym stanie nie jest sobą. Oto, co się z nim stało. Boże! Nigdy przy mnie nie płakała, jeśli nie liczyć szybkich, gorących łez wściekłości.

[…]

[podróż „piesza” Alice w głąb Kanionu „Czerwonych Skał” – przyp. aut.]

Fale nierzeczywistości przepływały nade mną jak obłoki. Czoło i kark miałam wilgotne od potu. „Zdumiewająca nierzeczywistość"; tak brzmiała pompatyczna niemiecka nazwa tego uczucia, które Vernor Matheius przeczytał mi kiedyś na głos z pokrytego pajęczyną traktatu Heideggera. Śmialiśmy się z niej razem. Zdumiewająca nierzeczywistość! Jest nią wszystko wokół nas, powiedział Vernor, wybałuszając oczy w udawanym przerażeniu. Vernor wprawił w zdumienie uwielbiających go profesorów, rezygnując z doktoratu i porzucając filozofię, a następnie wstępując na Wydział Prawa uniwersytetu w Chicago. Straciliśmy kontakt. Nie miałam od Vernora wiadomości przez dwadzieścia lat. Został ważną figurą państwową związaną z Fundacją Obrony Praw Dziecka w Waszyngtonie. Zdumiewająca nierzeczywistość! Roześmiałam się głośno w tej kamiennej, niemej przestrzeni, ocierając oczy z wilgotnej mgły. Zobaczyłam własne kości zbielałe w słońcu. Migoczący w oddali spektakl przypominający dzieło sztuki. Zobaczyłam własny kapelusz, połamane okulary przeciwsłoneczne, bluzkę z długim rękawem i szorty wydęte piaskiem. Powiedziałam sobie: Zawracaj, nie spiesz się i nie panikuj. Wcale snie zgubił. […] Zmierzając do volkswagena, byłam zdyszana i zlana potem, ale nie poddałam się panice i nie zgubiłam drogi. Mimo to owe osobliwe miraże zwyciężyły. Miałam wrażenie, iż spoglądam przez jakiś tunel; obok pojemnika na śmieci ujrzałam kolumnę jaśniejącego światła, które zdawało się kiwać ku mnie wyciągniętą ręką, a kiedy podeszłam bliżej, zmieniło się w kilkucentymetrowy odłamek rozbitego lustra.

Joyce Carol Oates, Zabiorę Cię tam

Introwertyczno-filozoficzna powieść Oates jest kolejną daremną próbą rozliczenia się ze swoją młodzieńczą przeszłością, które cofnąć nie sposób, ponieważ perspektywą nie sięga do znikomości samego jądra upływającego czasu. Na pocieszenie pozostaje nam przekonanie, że zagadkowy kurs obierany na statku-łupince swego życia mierzy zawsze celnie poza horyzonty swego samo-poznania i obywa się bez autodestrukcji czyjeś nawigacji. Więc ciągle próbuj i „… zapamiętaj go takim, jakim był. Taką też miej nadzieję. Zabiorę cię tam, gdzie leży, na werandę z tyłu domu, w ciągu dnia lubi leżeć właśnie tam.”

 



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin