Wiersze

 

WARTKIE OBRZEŻYNY - PRÓBA CZY SAMOOCENA?

  „Szron snu na wargach

  i szorstkie podniebienie

  jak szorstka skóra gwiazdy...

 Rafał Wojaczek

            W nieposzlakowanej opinii znamion sztuki poetyckiej szuka się niejako w martwym czasie, w jakiejś dalekiej ciszy, którą coraz trudniej dostrzec w otaczającym świecie. Bo naprawdę ujrzeć ciszę jest zawsze zarysem, takim niewydarzonym jeszcze obrazem, ale też – co równie ważne – mimowolnym dojrzewaniem do stawania się na poły artystycznym, na poły rzecz jasna osobistym. W tej próbie z wody i ognia kolejno stawiane przeze mnie słowa (czasami i dłuższe wyrażenia) same malują się, a przynależna mi pojedynczość ludzka nabiera przysłowiowej wagi i grawituje coraz ociężalej. W takim pozornym paradoksie jawi mi się mój akt twórczy i w upływającym potem czasie, który już nie kaleczy” – ze słowa wstępnego od autora niniejszego tomiku.

            W ars poetica przede wszystkim liczą na siebie słowa, choć w tej poetyce akurat chodzi im po głowie forma jako zabawa lub też staje przed oczami jak ilustracja wizja zapisu literalnego, w których sens jakiejkolwiek wypowiedzi wcale nie jest już odtąd goło-słownym. Jest to zarazem taka a może i swoista gra w chowanego, w której nie ma wytypowanego z góry zwycięscy, ponieważ ten-co-tutaj-coś-szuka porusza się po omacku, z kolei to-co-tamto-gdzieś-chowa stamtąd bierze nogi czym prędzej za pas. Dziwna to zabawa, a jednak…

            Z jednej strony w tomiku widać jak na dłoni pewną ewolucję światopoglądową zwaną niekiedy dorastaniem, której w sukurs idzie niczym zabobon strona formalna a zatem słowotwórcza. O ile bowiem "wierszowaty" mówi przez swoje się o zrastaniu tego się miłości ze śmiercią, zrastaniu w ambiwalentnej skądinąd jedności, mówi o tęsknotach z natury przecież cendentalnych czy też o zachwycie nad „uciekającym” obrazem dotykalnego świata, o tyle wersyfikacja, przekrój związków frazeologicznych czy potem również autonomiczna transliteracja stają się - dla tego ego "się" - tak jakby już płaską, żeby nie powiedzieć i eksperymentalną puentą.

            Podobnie jak w życiu codziennym, gdzie łapię się na tym, jak próbuję postawić nieprzypadkowego interlokutora przed faktami niebłaho wypowiedzianymi, aby z kolei wymagać od niego umiejętności akcentowania swego słuchania, potem i uważniejszego podążania za tokiem takiego a nie innego rozumowania. Niekiedy taki eksperyment przybiera mniej na wadze niż na u-wadze, gdzie jedyne w swoim rodzaju spotkanie tego-ja-tego-ty nabiera niechcianego rozpędu i tak jak olśnienie ciekawego skomunikowania się nie spada jak grom z jasnego nieba. Toteż, aby przetrwać samemu na pustej kartce papieru, trzeba umieć unieść swoje spectrum wyżej niż można dogłębnie w jakikolwiek sposób i komukolwiek wypowiedzieć….

            Jeszcze kilka słów o metodach czytania "wierszowatych". Począwszy od sezonu trzeciego z przebłyskami w sezonie drugim tomiku rośnie dystans między słowami, rośnie w sam raz o tyle, o ile jest mierzalne samo zachłystnięcie co potrzebuje czynu pojednania w plecy. Krótkie formy czyta się więc na kilka sposobów, w których nawet znaki diakrytyczne biorą na siebie odpowiedzialność dopowiedzenia - to w górę to w dół – może jak gama co podobnie próbuje wyjść poza pięciolinię; gdzie i tytuł utworu, a zatem pierwsze słowo tworzy pomost jak paralela z jego ostatnim; gdzie poszczególne wersy można czytać dowolnie czasem naprzemiennie; gdzie i wyrazy z dużej litery wcale nie istnieją a jeśli już nawet to jest to rzecz odświętna, mająca swoje druzgocące w doborze znaczenie; gdzie w końcu znaczenia warstw pośrednich należy dopatrywać się w korelacji ciągów - kolejnych dwóch-trzech wyrazów - z przeskokiem o ten jeszcze jeden więcej, po to, żeby znowu „wyrwać przestrzeń”. Choćby tak jak stoi to w wierszu Zaklęcia: Zaklęcia-ma, ma-być-fantazyjnie, być-fantazyjnie-azaliż, fantazyjnie-azaliż-po, azaliż-po-poetycku, po-poetycku-a-liści z morowym akcentem postawionym na alienację literki „a”. No, właśnie jest próbą nadania literkom nowego już znaczenia tudzież symbolu niezależnego: tak jakby już odtąd zastępczego, na którym to tożsamość pierwszej litery alfabetu obocznie truchleje w zamian odwołując się już w zamyśle do stałego związku frazeologicznego lub częściej do samego sacrum przekazu. Niekiedy eksperymentalność utworów nie znosi autorytetu ortografii naginając najbardziej ortodoksyjną prawidłowość językową do „wyższych” potrzeb przesłania literackiego.

Może dla zilustrowania kilka eksperymentalnych przykładów. I tak oto w wierszu Ogonki, w którym to pierwsze słowo akurat koresponduje z ostatnim wyrażeniem odczasownikowym socjoterapię czy też w utworze Dutki, gdzie analogicznie dopełnia rozumienie czasownik lecą. Z kolei dobrowolną naprzemienność wersyfikacji u "wierszowatych" najlepiej charakteryzuje wiersz pod ciekawym tytułem Sad, gdzie iluzji czytelniczej sprzeciwia się pytanie różniczkujące rozumienie odmiany (podmiany) znaczeniowej ostatniego rzeczownika rodzaju żeńskiego - wiśnią, zaś w dalszej perspektywie i w prawdziwym sensie oddaje temu frazeologicznemu niedopowiedzeniu silne wzmocnienie w istocie już samego przekazu. 

SAD

tu            
i tak            
to smutek        
jak lombard        
zastawia lśnienie
wiśnią    

SAD

tu             
to smutek
zastawia lśnienie
i tak
jak lombard 
wiśnią

 

Bo właśnie poezja dzięki swojej formule jest tak długą podróżą jak długo trwać będzie świadomość ludzka, podróżą, w której ciekawskość bywa niekiedy zaletą, a dociekliwość samym przywilejem. Jeśli temu powiesz już „a” i do tego odważnie: to kolejne wymiary zrozumienia stoją przed Tobą już tylko otworem na miarę tego: jak literka „u” co Cię trąci u-tartą ścieżką w wąwozie….

wartkie obrzeżyny - próba czy samoocena?

 

powrót ››


 

 
 

Darmowy licznik odwiedzin