Blog

 

03.04.2022

Pokonani

„Już nie wrócą

do mnie sny złote

 i wiara głęboka,

nie ma dla mnie

cienia nadziei”.

Aleksander Błok

[…]

Świat pogrążył się w żałobie. Nie sposób sobie wyobrazić, że można patrzeć nań radosnym wzrokiem. Elżbietka czuła się tak, jakby stała nad drogą mogiłą, a wszyscy wokół mieli smutne twarze i rozmawiali szeptem, tylko grabarze wymieniali między sobą rzeczowe uwagi i nawet się śmiali.

[…]

Wreszcie skończyło się wszystko. Tam gdzie byli bohaterowie i święci, teraz mówcy i wierszokleci, dziennikarze i niedawni sprzedawcy z zapałem znęcali się nad historią kraju, podeptanego przez nich. Trzeba było zapomnieć o walkach i okopach, zapomnieć o morzu krwi, o „kompaniach śmierci”, o natarciach oficerskich batalionów, zapomnieć o Samsonowie, który się zastrzelił, by uniknąć hańby, zapomnieć o Kołczaku, który rzucił swoją szablę do morza, bo nie chciał służyć bolszewikom… Mijały lata, nastało nowe życie, ludzie włączali się w jego nurt. Wyglądało na to, że rzeczywiście zapomnieli o wszystkim. Została pielęgniarką w klinice chirurgicznej, zarabiała, miała własny pokój, pięknie urządzony; nikt z jej bliskich nie siedział w więzieniu ani nie został zesłany w latach najsroższego terroru – na pozór życie Elżbietki ułożyło się pomyślnie. Były to jednak tylko pozory. Nie była ładna. Trochę za wysoka, trochę za szczupła, zbyt duże dłonie i stopy, ziemista cera. Za wysokie czoło, nieładny wykrój ust. Piękne były tylko zamyślone piwne oczy i czarny warkocz do pasa, Elżbietka jednak nie umiała czesać się twarzowo, włosy mocno zwinięte w kok nie wyglądały efektownie. Ubierała się schludnie i gustownie, ale nazbyt skromnie. Ponad wszystkie wymysły mody przedkładała kostium z angielską bluzką. W wieku dwudziestu siedmiu lat w jej wyglądzie pojawiły się przedwcześnie cechy staropanieńskie. Instynktownie czuła, że przyroda, poskąpiwszy jej kobiecego uroku, pozbawi ją także wielu szczęśliwych chwil, więc jeszcze we wczesnej młodości szukała ich w swoim wewnętrznym świecie. Umiejętność zamykania się w sobie była ucieczką od przygnębienia. Książki nadal sprawiały wiele radości, ale teraz unikała lektur o dziejach rosyjskiego oręża, żeby nie jątrzyć ran.

[…]

Im dłużej żyła, zamknięta w swoim wewnętrznym świecie, ze sobie tylko znanymi radościami i smutkami, tym bardziej oddalała się od otaczających ludzi. Współpracownicy szanowali ją, ale trzymała się od nich z daleka, nie przyjaźniła się z nikim, nie znosiła prostackiego sposobu bycia niższych urzędników. Patrzyła na życie jak na puste, zwariowane przedstawienie. To przedstawienie z trywialnymi flirtami, filmami, ciuchami, listami płac, było nudne i niezrozumiałe, marna też była sama sztuka, w której każda bohaterka w pierwszym akcie pozwalała się wszystkim mężczyznom ściskać, zapraszać do kina i odwiedzać się w domu, w drugim znikała, żeby zrobić zabieg, a w trzecim zjawiała się jak gdyby nigdy nic. Dawniej w sferach, które właśnie zeszły ze sceny, coś takiego było niemożliwe. Teraz życie uproszczono, aż się stało ordynarne.

[…]

„Nie mieszkam już w Zalesiu. Mam dla Ciebie bardzo smutną wiadomość – nie ma już naszego Zalesia, dezerterzy z frontu i mieszkańcy kolejarskiego osiedla, pod wpływem propagandy sielsowietów, spalili je do cna. Nie majątku mi żal, lecz domu, w którym urodziły się i wyrosły moje dzieci, w którym byłam tak szczęśliwa. Szaleli jak wandale: rabowali sprzęty, powycinali stare dęby, wydeptali kwietniki, zniszczyli oranżerię, nawet wodę z basenu wypuścili, pewnie po to, by unicestwić złote rybki. Niech im Pan Bóg wybaczy. Nie niepokój się o mnie. Zamieszkałam na wsi u chłopów, wiesz przecież, że mnie lubili. Mam co jeść i dach nad głową, a więcej nie potrzebuję. Wyszłam z domu jak stałam, nie mogłam zabrać ani biżuterii, ani pieniędzy, ani dokumentów. Mam tylko zdjęcia: Twoje z niedźwiedziem, kiedy miałeś dwa latka, i drugie – Ty z Dymitrem w kadeckich mundurach. Jeżeli Pan Bóg zachowa Was dla mnie, będę się czuła bardzo bogata. Dokładniej mówiąc, mam przy sobie jeszcze Reksa; wczoraj znalazłam go na pogorzelisku, wył przy szczątkach domu. Gdybyś mógł widzieć, jak się na mój widok ucieszył, jak skakał wokół mnie i lizał ręce. Sama się ucieszyłam, jakbym spotkała człowieka. Nie wiem, czy list dotrze do Ciebie. Zdecydowałam się wysłać go do Kryckoje, stamtąd pewien oficer wybiera się do Białych Armii za pośrednictwem Białego Orła. Może odszuka Ciebie… Niekiedy wierzę, że się spotkamy, a kiedy indziej wydaje się, że już nigdy Was nie zobaczę. Wkładam do koperty listek z jabłoni, która się uratowała z pożaru. Wiem, że ani mnie, ani Zalesia nigdy nie zapomnisz. Twoja mama”.

[…]

Niechże siostra [Elżbieta – przyp. aut.] nie odmawia! Bardzo proszę! To nie jest zapłata – za współczucie nie da się zapłacić, to tylko maleńki dowód wdzięczności od człowieka, dla którego jest pani taka dobra w ciężkim dla niego okresie. Wsparty na prawym ramieniu jął lewą ręką otwierać flakon, chciał skropić Elżbietkę perfumami, ale rozlał pewnie jedną trzecią zawartości flakonu na jej fartuch. Nie widziała go więcej [księcia Olega Daszkowa – przyp. aut.]. Tej nocy zachorowała na tyfus, zapadła się w rozpaloną malignę. Chorowała siedem tygodni, a kiedy wreszcie wstała z łóżka, w mieście rządzili czerwoni, a szpital został rozformowany. Wkrótce doszły ją słuchy o barbarzyńskiej rozprawie z rannymi oficerami. Zapewniano ją, że żaden z nich nie uszedł z życiem, wymieniano zdrajców, którzy donieśli o nazwiskach i stopniach oficerów. Była wstrząśnięta; dygotała na samą myśl o tym, że jego także nie ominął ten los. Zabić człowieka bezbronnego, słabego, umęczonego – to było straszne. Nie powinna była o tym myśleć, ale myśli wciąż wracały do tego samego, jakby były zaczarowane: właśnie poczuł się lepiej, miał weselsze spojrzenie, pierwszy raz uniósł się na łokciu bez bolesnego grymasu na twarzy.

[…]

Asia skończyła grać [na fortepianie – przyp. aut.] i zbierała się do wyjścia. Czy nie za lekko się pani ubrała? – powiedziała Julia Iwanowna [nauczycielka Asi – przyp. aut.], kiedy dziewczyna zaplątała się w podartej podszewce rękawa jesionki. O, nie jest tak źle, otulę się jeszcze byłymi sobolami – uśmiechnęła się Asia. Co znaczy „byłymi”? Czy soból może być były? – zdziwiła się nauczycielka. Asia zaśmiała się wesoło. To takie moje powiedzonko z czasów, kiedy miałam dwanaście lat. Wtedy ciągle słyszałam: były książę, były oficer, były szlachcic… I wyobraziłam sobie, że moje sobole także są byłe [już nie białe – przyp. aut.]. Odtąd tak je nazywamy.

[…]

Te fragmenty „Śnieżynki” [utwór fortepianowy – przyp. aut.] szczególnie poruszyły Elżbietkę. Tego wieczoru już w łóżku myślała o Asi, a przed oczami miała duże płatki śniegu – przypominały jej tamtą szczególną zimę, która na zawsze odeszła w przeszłość; biedna Śnieżynka nie wie, że niesiona huraganem znalazła się wśród strasznej rosyjskiej wiosny i sądzone jej jest roztopić się, zginąć na pogańskim ognisku rozpalonym przez zbójców… Za dziecinnych czasów w wyobraźni Elżbietki ukształtował się wizerunek istoty płci żeńskiej, taki wzorzec kobiecości; cechy, których brakowało Elżbietce. I zawsze, kiedy w kimś widziała oddzielne rysy ze swego wymarzonego portretu, mówiła do siebie: „Podobna”. Z czasem słowo „podobna” stało się rzeczownikiem, samodzielnym pojęciem, określającym całokształt istoty, którą chciałaby być, gdyby się mogła wyrzec siebie.

[…]

Westchnęłam, moje dziecko [mówi stryjeczna babcia Natalia Pawłowna do Asi – przyp. aut.], ponieważ myślę o twoim życiu. Nie wyobrażam sobie, kto może zwrócić na ciebie uwagę. Teraz prawie nie ma młodych ludzi. Znajdą się, mamo – rzekł Siergiej Pietrowicz – bieda w tym, że życie jest inne; wszyscy się ukrywają po kątach.

[…]

Uwielbiałam zawsze czytać o wróżkach i czarownikach – powiedziała cicho Asia. – Pamiętam, pozwolono mi patrzeć, jak mama ubierała się przed swoimi lustrami, kiedy miała jechać do teatru albo na bal, bawiłam się jej biżuterią. Mama miała powiewny, jasnoliliowy szal, otulałam się nim i tańczyłam, czułam się Wieszczką Bzów. Mówiłam, że kiedy dorosnę, zostanę wieszczką. Oczywiście nie wierzę już w wieszczki… Ale w cuda… Nie dziw się, Lelu [kuzynka Asi – przyp. aut.], ja wierzę w cuda. Kiedy człowiek czegoś bardzo pragnie, całym swoim jestestwem, pragnienie jak modlitwa trafia do Boga, a może ono samo ma jakąś magiczną siłę… Tak czy inaczej musi znaleźć możliwość urzeczywistnienia się, musi mieć wpływ na przyszłość. Wierzę, że w życiu każdego, kto potrafi pragnąć i czekać, może zdarzyć się cud. Dla jednego będzie to książę z bajki, dla innego – królestwo albo księżniczka, dla innych – talent, mądrość albo uroda… Ja doczekam się księcia albo rycerza „bez lęku i skazy” – biały oficer, jak papa albo następca tronu, który – jak się okaże – żyje… Nie wiem kto. Może będzie prześladowany albo ubogi, będę musiała poznać go w tej postaci, jak pod postacią niedźwiedzia poznaje się księcia. Poznam go natychmiast po rysach, po pierwszym słowie! Da mi wielkie szczęście, ale muszę bardzo tego pragnąć…

[…]

Wiesz dobrze, Asiu, że pociągało mnie wszystko zakazane; w dzieciństwie – zakazane książki, później – fokstrot, a teraz – nowe, nieznane środowisko. Mówisz, że się pospolituję, a w moim odczuciu żyjemy pod kloszem. Trzeba się uwolnić od kurateli starszych. Trzymają nas z dala od rzeczywistości, a my musimy spojrzeć prawdzie w oczy i szukać swego miejsca w życiu. Niestety, nie wiem, jak to zrobić. Nigdzie nas nie chcą. Gdyby chociaż znaleźć pracę, a tak… Pamiętasz piękne, niebieskie fiołki, tyle ich zawsze kwitnie przy grobowcu dziadka na Nowodziewiczym? Wyhodowano je z pospolitych fiołków, uszlachetniono, mają pełne kwiaty i niezwykły kolor, ale wymagają pielęgnacji, giną w warunkach, w których zwykłe fiołki czują się doskonale. Ty właśnie jesteś takim fiołkiem, Asiu. A czyż ty nie jesteś szklarnianym kwiatem? Podobno pochodzisz z rodziny starszej niż Bołogowscy. Oczywiście ja także jestem szlachetna i szklarniana, chociaż raczej jestem goździkiem, uwielbiam korzenną woń goździków. Ale się zmienię, zdziczeję, zaaklimatyzuję się! – uśmiechnęła się Lela, zadowolona, że znalazła właściwy termin.

[…]

Siergiej Pietrowicz [stryjeczny dziadek Asi – przyp. aut.] zamilkł, przypomniało mu się zajęcie Krymu przez czerwonych, kiedy jego starszy brat, Wsiewołod, został rozstrzelany. Siergiej okropnie lękał się o los Asi i ledwo odszukał ją w jakimś magazynie na przedmieściach Sewastopola. Rzuciła mu się na szyję chudziutka, wygłodzona. Wsiewołod niepotrzebnie zabrał rodzinę na Krym, gdzie były skoncentrowane siły białych. Wciągnął żonę i dzieci w samo centrum wydarzeń. Lepiej byłoby, gdyby przeczekały ten czas gdzieś na wsi, albo w Petersburgu z matką; w Petersburgu było spokojniej… Nikt oczywiście nie mógł przewidzieć, jak się potoczą wydarzenia, ale skutki były opłakane: żona i synek Wsiewołoda umarli na tyfus, a na Krymie po jego własnej śmierci, mogła także zginąć Asia. Niektórzy dziwią się teraz, że przygarnęli madame, ale to ona przecież zaopiekowała się dzieckiem w najtrudniejszych chwilach. Są uczynki, których nie sposób zapomnieć. Spojrzał na Ninę [kuzynka Daszkowów – przyp. aut.]. Ich oczy spotkały się… znowu są aresztowania byłych wojskowych. Uważaj, nie daj się złapać, bo twoja Asia będzie musiała sprzedawać kwiaty, jak madame Nielidowa [matka Leli – przyp. aut.]. To przeznaczenie, Nino. Jeden tylko Pan Bóg wie, jak się obawiam tego, co może czekać ją i matkę. Nawiasem mówiąc, wczoraj wzywano mnie do trzech liter. Do GPU? Ciebie?! Tak. Moi nie wiedzą o tym, nic im nie mówiłem. Pogawędzili ze mną miło dwie godziny. Wycierali sobie gęby nazwiskiem mego ojca i brata. I barona Wrangla także [dowódca białych w wojnie domowej – przyp. aut.]. Pytali u kogo bywam. Nie bój się, nie wymieniłem ciebie, powiedziałem, że mam dużo pracy i nigdzie nie chodzę… No i puścili.

[…]

Tym razem zapomniany klucz tkwił w zamku, zahaczyła o niego rękawem bluzki. Otworzyła drzwiczki, żeby sprawdzić, czy wszystkie książki są na miejscu i pierwszy raz zwróciła uwagę na ukryte na dolnej półce gazety, zwinięte w rulon i przewiązane sznurkiem z napisem, wykonanym babcinym pismem: „zachować, to bardzo ciekawe!” Była to gazeta „Nowaja żyźń”, wydawana w 1918 roku. Dziwne, dlaczego Elżbietka nigdy nie zwróciła na nią uwagi? Dlaczego potrzebna była interwencja starego klucza? W tej gazecie zamieszczony był gniewny artykuł pod tytułem: „9 stycznia 1905”. Porównywano w nim zmasakrowanie przez bolszewików manifestacji zwolenników Konsytuanty z krwawą niedzielą! „«Prawda» wie, że pod pałac Taurydzki idą robotnicy z Wyspy Wasiljewskiej, z dzielnicy Wyborgskiej i z innych dzielnic. Właśnie do tych robotników strzelano i żadne łgarstwa «Prawdy» nie ukryją tego haniebnego faktu!” i dalej: „Najwybitniejsze umysły Rosji prawie od stu lat żyły ideą Konstytuanty – politycznej instytucji, która umożliwi rosyjskiej demokracji swobodnie wypowiadać swoją wolę. Na ołtarzu tej świętej idei spłynęły rzeki krwi, a teraz ludowi komisarze kazali strzelać do demonstracji, która manifestowała na rzecz tej idei.” A pisał to GORKI! Elżbietka była zdumiona. Więc dlatego władza sowiecka zamknęła tę gazetę! I nie zezwala na wypożyczenie nawet jednego egzemplarza! Więc dlatego w wydanych dziełach Gorkiego nie ma żadnego jego artykułu z tej gazety, poza wybranymi cytatami. Oto co myśli pisarz – duma proletariatu! Tak, „w Rosji są dziesiątki milionów ludzi, którzy nie uznają autorytetu władzy komisarzy i nie da się ich wszystkich rozstrzelać” – artykuł z 3 maja 1918 roku. Tak „bolszewizm jest narodowym nieszczęściem, ponieważ grozi zniszczeniem kiełkującej rosyjskiej kultury w chaosie obudzonych przezeń brutalnych instynktów” – z 22 maja 1918 roku. „Bolszewiccy władcy rzucili hasło «rabuj zrabowane», a jest to przełożone na język współczesności zawołanie wołżańskich zbójców: «burłacy na dziób!» – 8 maja 1918 roku. To wszystko prawda, ale jakie wyjście z tej sytuacji? Kto uratuje Rosję? Wielki umysł pisarza zda się odgadywał jej myśli… Na chwilę uniosła się opuszczona głowa. „A więc mój umysł nie jest wcale tak ograniczony; to umysł kobiecy, ale nie jest pusty. Jest zdolny do dokonywania historycznej analizy!”.

[…]

Asia spojrzała na Elżbietkę spod rzęs swymi pięknymi oczami. Była zdziwiona. Pani jest niezwykła! Nie myśleć o własnym szczęściu, ponieważ ojczyzna jest w biedzie! A ja myślę, wyłącznie o sobie. Ale moje szczęście jakoś się nie urzeczywistnia. Pani to co innego. Wtedy była pani jeszcze małą dziewczynką, która nie mogła odczuć całego tragizmu tamtych czasów, nie pamięta pani ludzi, którzy wówczas ginęli. Rosja odwoływała się do swoich bohaterów, a oni bronili jej, padali i znowu się podrywali do obrony. Należał do nich pani ojciec. Pracowałam wtedy w szpitalu i na własne oczy widziałam, jak ci ludzie umierali i nawet w malignie mówili o Rosji. A ci, którzy wracali do zdrowia, natychmiast znowu szli na front. Ich bohaterstwo nie zostało docenione, nagrodzono ich krwawymi egzekucjami i łagrami… Dziś już takich ludzi nie ma! W sowieckim kraju zapomniano o miłości ojczyzny, o szacunku dla kobiet, o subtelności uczuć i romantyzmie, nie pozostało nic z duchowego życia. To są drapieżcy, troglodyci, którzy odprawiają swoje chamskie obrzędy, krwawą stypę. Od nich nie chcę nikogo i niczego – Elżbietka zamilkła i ze smutkiem patrzyła w chłodną czeluść kominka. Mówi pani tak, jakby był ktoś nade wszystko drogi, kto zginął w tamtych czasach – powiedziała cichutko Asia. Elżbietka drgnęła. Coś pani przypomniałam! Przepraszam. Proszę jednak powiedzieć, był taki człowiek, nie pomyliłam się? Był – powiedziała cicho Elżbietka.

[…]

Zdeklasowany. Dawniej Oleg [książę Daszkow – przyp. aut.] nie do końca rozumiał znaczenie tego słowa, dopiero dziś stało się ono jasne: wytrącony z życia, wyobcowany ze swego środowiska, pozostający poza nurtem wydarzeń. W ostatnim czasie zauważył, że smutek trapi go dotkliwiej niż kiedyś. W obozie – wyczerpany ciężką pracą fizyczną, stale głodny, nieustannie kontrolowany przez niegodziwców – nigdy nie tracił panowania nad sobą; napięcie nerwowe podtrzymywało słabnące z każdym dniem siły. Być może sprawiał to instynkt samozachowawczy, tak czy inaczej żył w stałym psychicznym napięciu, nie analizował swoich nastrojów, żeby nie poddawać się rozpaczy. A teraz, kiedy się zmieniła sytuacja życiowa, kiedy miał minimum komfortu i odpoczynku, możliwość dysponowania dwoma-trzema wolnymi godzinami, obudził się smutek poprzednio dławiony wysiłkiem woli i dał o sobie znać, jakby został uwolniony. A razem z nim zjawiło się ogromne zmęczenie, bezsenność, osłabienie. Nie chciał zasięgać porady lekarza, rozumiał, że jest to naturalna reakcja organizmu po nadmiernym wysiłku, a tymczasem ten stan dokuczał mu bardzo. Po powrocie z pracy padał wyczerpany na tapczan, każdy ruch wymagał wysiłku, nie miał chęci nic robić: wstać, porozmawiać, pójść gdzieś; dokąd zresztą mógł pójść? Nie miał ani przyjaciół, ani znajomych; miejsca publiczne – kina, restauracje, świetlice – były dostosowane do gustów i wymagań nowego środowiska, które było mu obce, brzydziło go. Często, bardzo często błąkał się po mieście i miał wrażenie, że go nie poznaje. Zmieniły się ulice, domy, sylwetki, twarze – były mu obce. Ani jednej eleganckiej kobiety, ani jednego strojnego dziecka w towarzystwie niani czy guwernantki. Zniknęły nawet rasowe psy na smyczy. Szary, zatroskany spieszący się gdzieś tłum! Ani land, ani rysaków z baranicą, ani białych samochodów, nawet dorożek nie było – tylko pędzące z łoskotem ciężarówki i tramwaje. A wojskowi bez ogłady i postawy – wszyscy w jednakowych wymiętoszonych rudych szynelach, wszyscy z gębami sklepikarzy, żaden nie odda honorów, nie stanie na baczność, nie przemaszeruje defiladowym krokiem. Jak dobrze, że nie nazywają się oficerami – sam wygląd zhańbiłby tę rangę! Oto pałac Aniczkowa bez warty. Sobór pułkowy – nie ma jednak pomnika Sławy z tureckich dział. Z placu Troickiego zniknęła maleńka stara kapliczka. Ratusz miejski – tu także nie ma kaplicy. W Pasażu i Gościnnym Dworze zamiast lśniących wystaw – puste okna… Żadnych restauracji czy kawiarń… A tutaj była niegdyś cerkiew upamiętniająca ofiary Cuszimy… Mój Boże! Przecież ściany tej świątyni były wyłożone płytami, na których wyryto nazwiska poległych marynarzy, wisiały ich ordery i medale… Zniszczyć pamięć o bitwie! To jeszcze jedna zbrodnia wobec ojczyzny. Jeszcze jedna krzywda.

[…]

Arystokraci, nie wystrzelano wszystkich! Chłopak i dziewczyna spojrzeli na siebie z zaskoczeniem. Co im zrobiliśmy, Szura? Przecież rozstrzelali już naszych ojców… Czyżby i nasze pokolenie trzeba było mordować i wypędzać? Czy mało jeszcze było krwi? Oni to nazywają walką klasową, Asiu. Pragniemy żyć, uczyć się, marzymy o szczęściu, ale wyrok zapadł, rzecz tylko w terminach. Uczmy się języków obcych lub studiujmy coś innego, wykształcenie jest dla nas na razie kotwicą ratunku, ale oni chcą mieć własne kadry i kiedy je stworzą, nas – byłych – wykorzenia, jak pnie w lesie. Ale cośmy zawinili? Kiedy się zaczęła rewolucja, miałam siedem lat, a pan – dziesięć. A poza tym skąd on mógł wiedzieć, jakiego jesteśmy pochodzenia? Gdybyśmy przemknęli obok niego w złoconym powozie, ale my nie jesteśmy ani trochę lepiej ubrani od wszystkich! Przytulił do siebie jej ramię. Powóz nie jest wcale potrzebny, panno Asiu! Zdradza panią twarz, jest zbyt szlachetna. Ma pani wygląd wybitnie kontrrewolucyjny. Zresztą i ja wyglądam wielce charakterystycznie. Niedawno wstąpiłem do cukierni, a sprzedawczyni mówi: „Wygląda pan na kilogramy, a kupuje odrobinę!”.

[…]

Muszę pomówić z tobą bardzo poważnie [mówi Misza – przyp. aut.]. Chciałbym, żebyś mnie zrozumiała, Asiu. Cały czas o tym myślę, odkąd otrzymałem twoją kartkę. Widzisz, klasa, która nas ukształtowała, spełniła już swoją rolę. Zrozum, ona nie wróci, a my – dzieci tej klasy – dopiero wchodzimy w życie i powinniśmy wywalczyć sobie prawo do istnienia, jeżeli nie chcemy, żeby wyrzucono nas za burtę. Przed rewolucją – dzięki zasługom naszych ojców – mieliśmy otwarte wszystkie drzwi, teraz płacimy nie za zasługi, lecz za „grzechy” ojców, nasze pochodzenie społeczne stanowi, że tak powiem, piętno, które powinniśmy zetrzeć. Nie dyskutujmy, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. To fakt, który należy brać pod uwagę, a kto ma rację, rozstrzygnie historia. Naszą sytuację komplikuje jeszcze to, że szykowano nas do znacznie lżejszego istnienia niż surowa walka, na którą jesteśmy skazani. Wpajano nam subtelność, smak estetyczny, elegancki sposób bycia, rozwijano wrażliwość, a dziś zamiast kultury ciała i ducha potrzebna jest raczej zdrowa prostota uczuć i niezachwiana pewność siebie, wynikająca z ograniczenia, za które jednak w naszych czasach chętnie oddalibyśmy wysoki poziom umysłowy i wytworność. Co robić! Powinniśmy starać się ze wszystkich sił, aby nasze nieprzystosowanie nie okazało się zgubne. Nie daj się przekonać, że bolszewicy niedługo wylecą w powietrze. Nie można żyć jakby w oczekiwaniu na pociąg. Pozostaje jedno: przystosować się do nowych warunków istnienia – zamilkł i spojrzał na Asię.

[…]

Kiedy Oleg Daszków wszedł do dobrze znanej sali byłej Resursy Szlacheckiej i obwiódł wzrokiem białe kolumny, serce ścisnęło mu się pod wpływem wspomnień, a każde wspomnienie przywoływało następne. Znalazł sobie miejsce przy kolumnie i rozejrzał się. Nie ma popiersia Katarzyny ani czerwonych pluszowych ławeczek, herby zamalowano. Publiczność rzeczywiście wygląda inaczej; niektórzy są podobni do niego – tak samo wynędzniali i zastraszeni. Żadnego szyku, żadnych strojów. Gdybyż mogła się tu zjawić matka, taka jaką była niegdyś! Przypomniał ją sobie z trenem, wysoką fryzurą, w rodzinnych kolczykach z perłami. Jakże szczycił się jej urodą, kiedy prowadził ją pod ramię. Wiedział, że na sali nie ma damy piękniejszej od jego matki. Rozstrzelana! Przez motłoch pod dowództwem komisarza czerezwyczajki! I nikogo przy niej nie było, ani męża, ani synów, ani oddanych służących! Lepiej o tym nie myśleć. Z takimi myślami można rzeczywiście rzucić się pod samochód. Znowu spojrzał na salę. Dziwne, wojskowi siedzą. Dawniej nie siadali, nim zaczął się koncert. Ileż w tym było elegancji, uroku, a teraz ubogo i smutno. Ile prostackich twarzy! Rozproszone resztki „byłych” i naprędce ukształtowana sowiecka inteligencja „od warsztatu” – oto współczesny świat, w którym nikt nikogo nie zna, wszyscy są sobie obcy.

[…]

„Siostra ze szpitala [Elżbieta – przyp. aut.], w którym leżałem! Tamta siostra, szczególnie miła, szczególnie troskliwa!” Pochłonęły go wspomnienia, których zwykle unikał, ponieważ splatały się w nich ból fizyczny z bólem serca i trudno było określić, co jest bardziej dojmujące. To wtedy wyrobił w sobie hart, który sprawiał, że dzisiaj wszystko traktował z dystansem; to wówczas powstała w jego duszy bolesna blizna, która – czuł to – już nigdy nie zniknie. Nie sposób było leżeć bez ruchu, nie sposób westchnąć bez ostrego bólu, nie sposób podnieść głowy bez nieznośnych mdłości. Nie dało się odpędzić myśli o tym, że już nie ma nikogo, że wszyscy, których kochał, zginęli. Światło osłoniętej abażurem lampy, białe chusteczki, list, który mu przeczytała. A nad tym wszystkim widmo zbliżającej się katastrofy… Gdybyż można było zapomnieć to wszystko!… Był wtedy bardzo młody, po raz pierwszy znalazł się w szpitalu, brakowało mu matki, matczynej troski. Doskwierała tęsknota za nią, czuł się niedobrze wśród obcych. Nie mógł nic zarzucić otoczeniu, robili wszystko, co do nich należało, widział, że są zmęczeni i wyczerpani, ale cierpiał z powodu braku osobistego, ciepłego stosunku do siebie. Zawsze zachowywał pewien dystans wobec obcych, ale od dzieciństwa cenił tych, z którymi łączyły go więzy duchowe. Nie było obok niego takiego człowieka! Stopniowo jednak na tle obcych twarzy, jakby wśród cieni na ekranie, zarysowała się i zapadła w pamięć pewna twarz – teraz ją tutaj ujrzał. Ta siostra różniła się od innych czymś niezawodowym, była jakaś swojska, miła. Widać było, że się przejmuje jego stanem, że martwi się o niego; opiekowała się nim delikatniej i troskliwej niż inne. Na jej twarzy nie widział zmęczenia, irytacji czy obojętności. Kiedy robił najlżejszy wysiłek, by podnieść rękę lub poruszyć się, już była przy nim: „Potrzebuje pan czegoś? Proszę się nie ruszać! Nie wolno, trzeba było zawołać, po to tu jestem!” Nigdy nie czekała na wezwanie, a jednocześnie jej troskliwość przepojona była wstydliwą powściągliwością, nie narzucała się. Dobre wychowanie pomimo młodości pozwoliło mu ocenić i zrozumieć te subtelności. Kiedy nie tknął śniadania, siadała przy łóżku i karmiła go łyżeczką, prosząc i namawiając, by jadł. Zawsze znajdowała czas i zdawało się, że każdy zjedzony przez niego kęs sprawia jej radość. Przypomniał sobie pewien szczególnie bolesny opatrunek, kiedy pogryzł sobie usta do krwi, ponieważ uważał, że okazywanie cierpienia jest małoduszną nieprzyzwoitością. Lekarze i siostry mówili: „Jeszcze chwilkę cierpliwości, poruczniku, zaraz będzie po wszystkim, zaraz. Wiemy, że pan jest bohaterem”. Ale brzmiało to jak obkuta formułka, powtarzana codziennie. Oni mu także współczuli, ale było to współczucie jakby bezosobowe, współczucie z nawyku. Te słowa nie znaczyły nic, poza pragnieniem, żeby zachowanie się pacjenta nie utrudniało pracy… Zresztą nie chciał nic od obcych ludzi! Ale ta siostra!… Zwrócił na nią uwagę, kiedy szczególnie delikatnie podnosiła jego głowę, aby mógł się napić. Otworzył oczy i zobaczył, że siostra płacze… Tak mogła się zachować jego matka lub siostra! Zaczynał oczekiwać jej dyżuru, ale nagle zniknęła, a kiedy o nią spytał, usłyszał, że zachorowała na tyfus. A teraz – po dziewięciu latach – nieoczekiwanie zjawiła się przed nim.

[…]

Sołowki! Dziwne, święte miejsce strasznych cierpień [w której Oleg spędził siedem lat łagrów – przyp. aut.]. Stary monaster o białych murach na brzegu zimnej zatoki, pod chłodnym światłem białych nocy. Białe mury przeglądające się w chłodnej wodzie. Już za czasów Iwana Groźnego więziono tam niepokornych bojarów, którzy jednak żyli sobie tak wesoło, że igumeni słali do carów listy z prośbą o zabranie zesłańców, ponieważ ich sposób życia deprawuje brać zakonną. Ten monaster malował Niestierow. Obraz „Marzyciele” przedstawia dwóch zakonników – starca i młodzieńca – na monasterskim dziedzińcu, którzy marzą o wielkich czynach, a wokół nich biała noc, białe mury, białe gołębie. A teraz monaster stał się miejscem cierpień najlepszych ludzi Rosji. Partia komunistyczna zażyczyła sobie urządzić „ohydę nędzy i ubóstwa w miejscu świętym”. Rozpędzono zakonników, a miejsce zbawienia przekształcono w miejsce tortur, o których szeptano po cichu jak Rosja długa i szeroka…

[…]

Nawet w takich strasznych warunkach, w jakich przychodziło wówczas żyć, rodzice starali się umożliwić młodzieży zabawę. Kiedy nie było miejsca na tańce – rezygnowano z nich, ale spotkania się odbywały. Bywały czasem komplikacje: spotkania pewnego grona osób mogły budzić podejrzenia; nieżyczliwa sąsiadka lub czujny sąsiad sygnalizowali do administracji lub bezpośrednio do GPU o podejrzanym zebraniu „byłych” i często w trakcie zabawy dzwonek zapowiadał inwazję nieproszonych gości. W lepszym przypadku był to administrator, w gorszym – nieugięci rycerze rewolucji, agenci GPU. Czytanie własnych wierszy, utworów Gumilowa, Błoka czy Balmonta, rozmowy na tematy mistyczne lub filozoficzne, opowiadanie anegdot były źle widziane i mogły stanowić materiał dowodowy dla oskarżenia o niepewność polityczną lub kontrrewolucję, co kończyło się zesłaniem do obozu. Znany był przypadek, kiedy zakwestionowano przebieranie się w stare rosyjskie stroje – dwóch młodzieńców ubrało się w stroje rycerskie, a dziewczęta w stroje bojarówien. Gospodarza mieszkania oskarżono o szowinizm wielkoruski i skazano na siedem lat obozu, z którego nie wrócił, a chłopców-rycerzy i dziewczęta-bojarówny zesłano do Turkiestanu. Mieszkanie i meble skonfiskowano. Niemal na każdym takim spotkaniu dowiadywano się jakiejś kolejnej bolesnej nowiny – tego aresztowano, tamtego zesłano, ktoś zaginął bez śladu. Zbierano się w miarę możliwości potajemnie, rozmawiano półgłosem, a wychodzono pojedynczo, sprawdziwszy najpierw, czy nie ma nikogo na schodach. W takich warunkach trudno było o radosny nastrój, ale życie rządzi się własnymi prawami, człowiek przyzwyczaja się do stałego niebezpieczeństwa, młodzież więc potrafiła się bawić nawet pod mieczem Damoklesa. W latach czterdziestych wojna przemieszała społeczeństwo, ale w dwudziestych i trzydziestych szlachta i inteligencja zachowały jeszcze odrębność, a zrodzony przez bolszewicką propagandę antagonizm między nimi i proletariatem był niezmiernie ostry. Słowa „inteligent” używano jako obelgi, a takie przezwiska, jak „oficerstwo”, „burżuj”, „ziemianka” były etykietkami, które pozwalały bezkarnie szczuć człowieka. Z kolei w środowiskach przeciwnych słowa „proletariusz” i „towarzysz” stały się synonimami tępoty, „chamstwa i zarozumialstwa, używano ich z ironią.

[…]

Często słyszę, że życie jest teraz smutne, nudne i prozaiczne, że wskutek trudnych warunków grzęźniemy w drobiazgach codzienności. A mnie się wydaje, że wiele zależy od nas samych i że ci, którzy tak mówią, nie potrafią lub nie chcą się postarać, by życie było choć trochę piękniejsze! Nie można zbyt wiele czasu poświęcać drobiazgom – inaczej w nich utoniemy! Trzeba umieć żyć iskrą z niebios, jak mawiali Egipcjanie, lub na zawsze pozostać w dzieży, jak Chleb u Maeterlincka. Bardzo lubię „Błękitnego ptaka” i gdy gram bez zapału, zawsze wołam do babci: „Jestem dzisiaj w dzieży!*’. Wczoraj wieczorem długo i z natchnieniem grałam „Arabeski” Schumanna, potem „Barkarolę” Schuberta-Liszta. Julia Iwanowna nie pozwala mi grać „Barkaroli”, ja jednak gram ją cichutko. Babcia z początku czytała, a potem odłożyła książkę i zasłuchała się. Nowy lokator zepsuł nam wieczór, gdyż zaczaj stukać pięściami w ścianę i krzyczeć: „Dość mam już tej waszej katarynki! To skandal!” A była dopiero dziesiąta wieczór…Babcia bardzo się zmartwiła, rozumiem dlaczego: dano jej po chamsku do zrozumienia, że nie jest już panią we własnym domu.

[…]

Bolszewicy milczą o tym, co zrobili na Krymie, chyba mają nadzieję, że wszystko pójdzie w niepamięć, a Europa nigdy się nie dowie o ich zbrodniach! Nic z tego! Znajdą się ludzie, którzy pamiętają i nie wybaczą! I kiedyś napiszą, opowiedzą, będą głośno krzyczeć o potwornej, diabelskiej nienawiści, z jaką rozprawiano się z pokonanymi. By wyłowić białogwardzistów, którzy ocaleli podczas pierwszej, krwawej rozprawy (zaraz po zdobyciu miasta), władza sowiecka ogłosiła amnestię dla tych białych oficerów, którzy zgłoszą się dobrowolnie na rejestrację. Bardzo wielu z nich zeszło przecież do podziemia, ukrywało się w cudzych mieszkaniach, szopach i norach w mieście oraz okolicy. Wielu, tak jak mój Oleg, zdobyło żołnierskie papiery – wielu ocalił chemik Chołodnyj – w majątku Prewo za miastem zorganizował wytwórnię fałszywych dokumentów. Któregoś dnia wpadli nagle do niego z rewizją, lecz jeden z domowników zdążył narzucić szmatę na miednicę, w której mokły dowody osobiste, a czekiści nie zainteresowali się brudną bielizną. Swoimi dowodami ten wspaniały człowiek ocalił mnóstwo ludzi.

[…]

„Oj, to się dobrze nie skończy! I rzeczywiście, gdy tylko zapełniły się sale, dziedziniec i schody, nagle zamknięto bramę i drzwi, wychynęły nie wiadomo skąd ukryte gdzieś oddziały Czeka, otoczyły budynek (hotel w pobliżu dworca). Pamiętam, jak szlochała moja koleżanka ze Smolnego, która odprowadziła tam narzeczonego, ojca i brata ciesząc się, że doczekali amnestii! Nasi oficerowie byli zbyt ufni, przywykli mieć do czynienia z władzą carską, zapewne niemądrą, krótkowzroczną, lekkomyślną, lecz wychowaną na rycerskich tradycjach. Kto mścił się na zwyciężonych? Gdy padł Plewen, rannego sułtana wsadzono do powozu i przysłano mu rosyjskiego chirurga. A Szamil? Jego synów przyjęto do Korpusu Paziów i dopuszczono na dwór. W nietolerancyjności bolszewików jest coś azjatyckiego! Żadnego szacunku dla przeciwnika, ani krztyny wielkoduszności, nigdy, nigdzie! Spoza tych wrót – tam, w Teodozji – nie wyszedł ani jeden człowiek!

[…]

Gdybym wiedział [mówi Oleg Daszkow – przyp. aut.], że dożyję wyzwolenia, że jeszcze mogę być pożyteczny! Chyba tylko ta myśl może sprawić, bym pragnął żyć. Bóg mi świadkiem – wcale nie myślę o własnej wygodzie, o odzyskaniu straconego majątku, przywilejów, tytułu. Nawet nie pragnę restauracji monarchii. Byłem z nią związany tradycją rodzinną, lecz tych ludzi już nie ma. Zresztą rzeczywistość dowiodła, że ta forma rządów przeżyła się. Albo jak na razie jest niewłaściwa. Myślę teraz tylko o Rosji. Potrzebny jest ustrój, w którym nasz naród istotnie mógłby rozkwitnąć, wykształcić swoje najlepsze cechy. Zginąć w bojach, które zmiotą z oblicza ziemi to podłe Czeka – oto czego chcę dla siebie, taką mam ambicję! Wie pani, że w łagrze nieraz marzyło mi się powszechne pospolite ruszenie, coś podobnego do bitwy na Kulikowym Polu lub w czasach Wielkiego Zamętu – potężne, zgodne dążenie całego narodu, wielka decydująca bitwa, chorągwie, bicie dzwonów, słowa pieśni „Ratuj, Panie, lud twój”. Lecz nim do tego dojdzie, zginę pewno w ich kazamatach. Wszystko zdrętwiało, ucichło – nic nie zapowiada upragnionej walki!

[…]

Mały odpowiedział: „Mama wyszła i powiedziała, że Edek przyniesie mi bułkę, a Edek nie poszedł do piekarni, tylko do kina”. Edek to jego starszy brat. Przyniosłam dziecku bułkę francuską, a babcia rozgniewała się na mnie: „Nie żal mi bułki, ale musisz zrozumieć, że należy trzymać się jak najdalej od tych ludzi. To nie nasze środowisko. Mały opowie, że weszłaś do pokoju i jeszcze nie wiadomo, co na to powiedzą. Twoje najszlachetniejsze intencje mogą zostać oplute”. Może to i prawda, lecz w takim razie na co komu „najszlachetniejsze intencje”, skoro nie można ich wcielać w życie? Ten dzieciak jest taki samotny, blady, niemal siny – czy można na coś takiego patrzeć obojętnie?

[…]

Chłopcu Oleg nie powiedział nawet „do widzenia”, by nie wzbudzać podejrzeń. Gdy został sam, natychmiast wziął do ręki portret i zatrzymał oczy na pięknej twarzy. „Czy widzisz teraz swojego syna? Jeśli nie chcesz, bym znalazł się w ciemnościach – uczyń cud! Bo tak jak teraz, dłużej już nie mogę!” Jeśli czuł ideę nieśmiertelności, to tylko poprzez jej miłość, poprzez myśl, że miłość ta nie mogła zniknąć, rozpłynąć się w niebycie. Jej wzniosła dusza zostawiła po sobie nieuchwytny ślad czysty strumień. Czasem potrafił go uchwycić dzięki wewnętrznemu skupieniu. I to właśnie mgliste, lecz silne wrażenie nie pozwalało mu przestać wierzyć w prawdę nieśmiertelności. Bardziej subtelnej, czystej i wzniosłej duszy nie widział nigdzie. Coś podobnego miała, być może, w sobie ta dziewczyna, Asia też jakby promieniująca wewnętrznym światłem.

[…]

Mam list do ciebie – powiedziała. Wezwanie, chce pani powiedzieć? – poprawił Oleg Daszkow wspomniawszy okrutnego Naga. Niby jakie wezwanie? List, powiadam, przed chwilą wyjęłam ze skrzynki. Bierz. Wziął list ze zdumieniem – od kogo? Charakter pisma nieznany, chyba dziecinny… Przed jego nazwiskiem przekreślono dużą literę D, dopiero potem napisano: „Ob. Kazarinow”. Więc pisał ktoś, kto zna tajemnicę jego pochodzenia… Rozerwał kopertę.

[…]

O parlamencie frankfurckim mówiłem w klasie, nie było nikogo obcego – a zatem mamy kapusiów. Komsomoł wszystkich podzielił, zachęca do szpiegowania. Któż mógłby powiedzieć teraz jak niegdyś Puszkin o licealistach z Carskiego Sioła: „Druhowie, piękny jest nasz związek!”. Niedawno Mika [syn Niny – przyp. aut.] przeczytał artykuł, w którym zalecano młodzieży naśladować wzorowych obywateli; ich heroiczną postawę opisywano z entuzjazmem. Pewna komsomołka często odwiedzała swoją koleżankę z klasy i zauważyła, że jej rodzice mówią z niechęcią o partii i rządzie. Zaczęła ich obserwować, a w domu tym darzono ją zaufaniem. Zostawszy kiedyś sama w cudzym pokoju, skorzystała z okazji, by postąpić zgodnie z zasadami komsomolskiej moralności – zrewidowała etażerkę i wyciągnęła stamtąd zeszyty z jakimiś pamiętnikami, już dawno budzącymi jej zainteresowanie. Pomogła w ten sposób organom GPU wykryć zakonspirowanych wrogów rewolucji. Albo inny przykład: komsomolec, owładnięty ideą „czujności”, obserwował swojego współlokatora, czytał przychodzące do niego listy i w końcu naprowadził GPU na ślad niebezpiecznego kontrrewolucjonisty.

[…]

Wśród wczasowiczów ani jednej sympatycznej twarzy – sami „gospodarze naszego życia”. Chodziłam [Elżbieta – przyp. aut.] na samotne spacery, a po powrocie wsadzałam nos w książkę, by nie słyszeć płaskich żartów i głupkowatego chichotu, nie dostrzegać prymitywnych zalotów, od których robi się niedobrze. Rozwiązłość tak wielka, że zwrócił na nią uwagę personel medyczny – w imieniu lekarza naczelnego surowo zabroniono opuszczać łóżka w nocy; opóźnia to ponoć rekonwalescencję, przez co marnują się zużyte na ten cel państwowe środki. Którejś nocy przestraszyła mnie nagle latarka oświetlająca moje łóżko, to lekarz dyżurny w towarzystwie pielęgniarki sprawdzał, czy wszyscy są na miejscu. Powiedział przy tym: „Jak na razie, to pierwsza we własnym łóżku”. Zagrozili, że tych, co chodzą gdzieś po nocach, skreślą z listy pacjentów. Większość kuracjuszy przyjechała tu z otwartą gruźlicą. Tylko ja, jak się okazało po badaniu, jestem zdrowa. Tak się jakoś składa, że zawsze i wszędzie stanowię wyjątek, ludzi ze środowiska szlacheckiego zsyłają, a ja dostaję nagrody, wszyscy są chorzy, a ja jestem zdrowa, wszyscy oddają się rozpuście, a ja żyję w cnocie. Za to zawsze jestem samotna. Nikt nie próbował się nawet do mnie zalecać, tak jakby na moim czole widniał napis: „grozi śmiercią lub kalectwem”. Cieszyłam się tylko sympatią kelnerek – prostych dziewcząt, tutejszych chłopek. Nawet mnie przezwały „nasza mądrala”. Z początku cieszyłam się, że mogę odpoczywać i nic nie robić, spacerować sobie po malowniczych wzgórzach, lecz wkrótce mi to tak zbrzydło, że nie mogłam się doczekać końca turnusu.

[…]

Księżna wyjeżdża pojutrze. Postanowiłam odprowadzić ją na dworzec. Znalazłam się w kręgu arystokracji i muszę przyznać, że dźwięczne, stare nazwiska, wytworność manier, grasejowanie i francuszczyzna – wszystko to dziś, w czasach terroru i nędzy, imponuje mi. Tak naprawdę środowisko to jest mi obce; wywodzę się ze skromnej rodziny szlacheckiej, ściślej z inteligencji pracującej. A nasza rodzina nigdy nie szukała kontaktów z arystokracją. Lecz kiedy inteligencję rosyjską, wywodzącą się głównie ze szlachty tak się opluwa i maltretuje, kiedy zabito już prawie wszystkich arystokratów, a słowa „paź”, „licealista”, „szambelan”, „gwardzista”, „senator” brzmią niemal jak wyrok moja sympatia jest po stronie prześladowanych, tak było zawsze! Ginie klasa, która dała Rosji wielu wybitnych ludzi; zbyt wielu, by nie wybaczyć jej tych kilku, co nie potrafili znaleźć się na wysokości. Bronię więc czci tego sztandaru! Miałam szczęście spotkać wśród tych ludzi osoby o wyjątkowych zaletach ducha, że choćby wspomnę człowieka, którego kocham {Olega Daszkowa – przyp. aut.].

[…]

Cóż mogę ci opowiedzieć? – rzekł zesłany do łagru Siergiej Pietrowicz, gdy przyszła kolej na niego. – Samowola i straszliwe chamstwo! Do pracy pędzą w las, ale to najmniejsze zło; wiesz, jak kocham przyrodę – jeszcze z epoki starych ziemiańskich dworków. Gdybym musiał odpracowywać te godziny w cechu fabrycznym, pewno bym nie wytrzymał! Przyroda uzdrawia, dodaje sił. Kocham ją o każdej porze roku, nawet kiedy jest mgła lub deszcz. Wstawać trzeba czasami przed świtem; wtedy się cieszę, że zobaczę wschód słońca w lesie. Wczesną wiosną tajga była przepiękna; w czerwcu nie dawały nam żyć meszki. Włażą do nosa, ust, uszu, całe ciało swędzi od nich niemiłosiernie; męczyliśmy się dopóty, póki nie zaczęliśmy smarować się naftą. W tajdze zbieramy żywicę: przymocowujemy do sosen specjalne pojemniki, do których spływa, a potem chodzimy i zbieramy żywicę do baniek, zawieszonych na piersiach. Rozchodzimy się dwójkami na swoje działki, ale broni nam nie dają; boją się, że ktoś ucieknie! Jeśli który spotka jakieś drapieżne zwierzę – koniec z nim! „A wy – mówią nam na to – stukajcie w bańki, wtedy niedźwiedź ucieknie”. Nigdy tego nie robię – wolę leśną ciszę. Jesteśmy tu jak Murzyni na plantacjach; na szczęście nas nie biją, chociaż traktują brutalnie i nie dają pieniędzy, tylko racje żywnościowe, bardzo nędzne. Naprzeciwko mojego okna jest pole zasiane lnem; co dzień pędzą tam do wyrywania lnu malarkę, żonę absolwenta liceum; on jest w obozie koncentracyjnym, a ją zesłano tutaj z trójką dzieci, które wciąż chorują. Do tajgi jej więc nie gonią – wielkoduszny wyjątek! – ale do zrywania lnu – owszem. Norma, którą ma wykonać, przewyższa jej siły, więc bierze ze sobą dwie starsze dziewczynki – ośmio– i dziesięcioletnią. Licealiści od czasów Puszkina spotykali się rok w rok, by czcić rocznicę ukończenia tej szkoły – stało się to świętą tradycją, na którą nikt się nie targał. Ale władza sowiecka uznała rocznicę licealną za kontrrewolucję! Za to właśnie mąż tej kobiety trafił do łagru.

[…]

Nie muszę się tłumaczyć, ale nie mam nic do ukrycia, więc powiem! W ogóle jestem [Elżbieta o sobie – przyp. aut.] kategoryczną przeciwniczką kary śmierci. Życie jest zbyt wiele warte, nikt go nie może zwrócić. Choćby nie wiem jak zły i niebezpieczny był przestępca, zawsze można stworzyć warunki, w których nie zaszkodzi ani innym obywatelom, ani państwu. Zabijać – to niewybaczalne okrucieństwo! To nie moja myśl; wielu ludzi wypowiadało ją przez całe wieki! Gdybym żyła w społeczeństwie kapitalistycznym i zamierzano by tam skazać na śmierć komunistę, powiedziałabym to samo – nie, nie wolno tego zrobić! – I z płonącymi policzkami zeszła z podium. Odprowadzano ją wzrokiem. Przez kilka minut panowała cisza, wypowiedź Elżbietki wywarła wielkie wrażenie. Jakaś salowa zaszlochała i wytarła łzy chusteczką, w tylnym rzędzie ktoś zaczął klaskać, lecz umilkł speszony. Członkowie prezydium cicho rozmawiali.

[…]

Zaczęło się od telefonowania, a skończyło na wizycie; postanowiła więc powstrzymać zalotnika i żartobliwie, lecz stanowczo go ostrzegła: Niech pan da spokój… Od pewnego czasu jestem zimna jak ryba. Lecz zużyty donżuan szepnął jej do ucha: Nie ma nic lepszego niż zimna rybka pod stare wino!

[…]

Ruś, moja Ruś ginie! Nie możemy wymieniać jej imienia, nie wolno nam nazywać się Rosjanami! Nasi bohaterowie zostali jakby wyklęci – niechby ktoś spróbował w jakimś oficjalnym miejscu wspomnieć o Aleksandrze Newskim, księciu Pożarskim, Suworowie czy Kutuzowie! Nie mówiąc już o bohaterach ostatniej wojny. Zostaliśmy dzisiaj wyzuci z historycznego dziedzictwa Rosji, strzeżonego przez naszych przodków. Na mojej Rusi zabraknie wkrótce inteligencji o kilkupokoleniowych tradycjach, ginie ona w łagrach bądź w zapadłych dziurach na zesłaniu! Odbierają nam religię, niemal wszystkie cerkwie i klasztory zamknięto, a towarzystwa teozoficzne i ich biblioteki rozgromiono. Teraz ulega zagładzie prastary patriarchalny stan chłopski, pustoszeją pola. Moja Ruś ginie! Czemu nie jestem mężczyzną – zdobyłabym się wówczas na jakiś czyn, z radością poświęciłabym życie dla ratowania mojej ojczyzny! Nie potrafię się modlić, czuję się opustoszała, zasklepiona w sobie i cierpka jak jarzębina.

[…]

Proszę nie wpadać w panikę, Heleno Lwowno [Lela – przyp. aut.]! Pogróżki tego rodzaju nie zawsze są spełniane. Zastraszanie człowieka jest ich zwykłą metodą. I ja byłem w podobnej sytuacji i pomimo kategorycznej odmowy jestem cały i zdrów. Proszę się trzymać. Dać się wciągnąć w to bagno jest gorsze, niż zesłanie czy obóz. Zapewniam panią. Proszę nie zdradzać przed nikim wahania bądź strachu. W takiej sytuacji, im bardziej zdecydowanie się odmawia, tym lepiej. Wiem z własnego doświadczenia.

[…]

Umiecie, Wiaczesławie [mówi Oleg Daszkow do sąsiada komunalnego – przyp. aut.], dlatego że mówicie szczerze! Tylko jakoś nie mogę uwierzyć, że zgodnie z rytmem waszego serca biją miliony innych. Gdyby było więcej takich ludzi, jak wy bezgranicznie, bezinteresownie oddanych idei nie byłoby tych obrzydliwości budzących we mnie odrazę. Rozumiem, że w samej zasadzie arystokratyzmu jest z gruntu coś oburzającego, niesprawiedliwego: niewielka część społeczeństwa cyzeluje, wysubtelnia i uszlachetnia intelekt oraz uczucia, gdy w tym samym czasie ogół pochłonięty jest walką o byt. Jednakże warunki, w których możliwe były takie kontrasty, obumierały, szlachta podupadła, straciła już swoje przywileje. Jeszcze ze dwie-trzy liberalne reformy i stare porządki odeszłyby na zawsze. A rzeki krwi, w których spodobało się wam utopić miliony ludzi, zamiast rozumnie ich wykorzystać, doprowadziły do całkowitego wyniszczenia inteligencji, przynajmniej tej od kilku pokoleń, najbardziej twórczej, wyrafinowanej. Spróbujcie bez niej się obejść! Już dziś brakuje wam „kadr”, a im dalej, tym będzie trudniej. Grozi wam pełne skostnienie myśli, kulturę kształtują pokolenia, zniszczyliście wartości tworzone przez wieki.

[…]

Wczoraj spotkałam [Elżbieta w pamiętnikach o sobie – przyp. aut.] na ulicy znajomą, która obraca się wśród literatów, i dowiedziałam się, że poetę Mandelsztama wysiedlono do Woroneża, mieszka na peryferiach, w kącie zakaraluszonej wiejskiej izby, niemal głodując… Krążą plotki, jakoby Stalin miał o nim powiedzieć: „Usunąć, ale nie likwidować”. Co za cynizm: o poecie, jak o jakimś owadzie! Służalczość wobec wschodniego tyrana zaszła tak daleko, że nawet ci, co o tym szepczą, podkreślają, iż towarzysz Stalin zalecił jednak: „nie likwidować” i doszukują się w tym przejawów humanitaryzmu. Mikołajowi I zarzuca się, że nie zapobiegł pojedynkowi Puszkina, Aleksandrowi I, że wysłał poetę do majątku Michajłowskoje, gdzie ten jeździł konno, grał w bilard, grzebał się w książkach i przyjmował przyjaciół. Z Mandelsztamem postąpiono znacznie gorzej, ale bodaj nikogo to nie obchodzi. Jesienin skończył samobójstwem, Gumilowa rozstrzelano za kontrrewolucję, chory i głodujący Błok w śmiertelnej rozpaczy wyrywał się z fińskich błot, Mandelsztam bez środków do życia na zesłaniu – oto los najlepszych, wspaniałych, najbardziej utalentowanych poetów pod skrzydłami władzy sowieckiej. Tak to się ona troszczy o tych, co są chlubą Rosji. A w kręgach literackich dowcipkują: „A z boru wilk z wilczycą głodną/ Na skrzyżowanie dróg się wymknie…”– to o Mandelsztamie i jego wiernej Nadii. Cynicy! […] Jestem oschła! Tak, zapewne tak. Mojej niechęci do dziecka nie dało się ukryć. Przywykli do zachwytów i uniesień, od razu zauważyli moją powściągliwość. No i dobrze! Roztkliwianie się nad dziećmi nie jest obowiązkowe. Jestem oschła! Ale czy zawsze byłam taka? Czy to moja wina, że jako młoda dziewczyna spotkałam człowieka, po którym nikim już nie mogłam się zainteresować? Czy to moja wina, że mężczyzna ten nie pokochał mnie i nie zostałam jak Asia, młodą szczęśliwą matką? Zresztą i ona niedługo taką pozostanie. Jeżeli co roku sprawią sobie potomka, zobaczymy, jak będzie wyglądać za pięć lat. Jestem oschła. Dziękuję za trafne określenie! Dowiodłam tego, gdy podziurawiony kulami leżał ranny, nie mogąc się nawet poruszyć. Oschła!

[…]

Widok nieposprzątanych pokoi, kobiety w szlafrokach i fartuszkach, przerzucające się okrzykami i pytaniami w rodzaju: „Asiu, czy posprzątałaś w bawialni?” albo „Sławeczek znowu nie ma czystych majteczek, trzeba zrobić pranie!” – wywoływały w nim [Olegu – przyp. aut.] irytację i głuche rozdrażnienie. „Ta strona życia nie jest dla nas – rozmyślał – mężczyzna nawet w pierwotnym stadium rozwoju społeczeństwa zajęty był zawsze poza domowym ogniskiem polowaniem, pasterstwem, walką. Gdy człowiek wraca po pracy do domu, gdzie czeka na niego nakryty do obiadu stół, czuje się wtedy głową rodziny zasługującą na poważanie. Później, w godzinach odpoczynku z przyjemnością można pobawić się z dzieckiem czy pomóc żonie, ale rozpoczynanie dnia od bezsensownego obijania się po mieszkaniu – oznacza stopniową utratę szacunku dla samego siebie!”.

[…]

Zagraj mi jednak to twoje preludium czy może nokturn? Pod względem formalnym jest to raczej fantazja – odpowiedziała Asia dalej się ociągając. – Włożyłam w ten utwór wiele serca, lecz wciąż nie mogę go skończyć i usunąć dwóch – trzech chropowatości… Zamysł powstał dawno… – w jej głosie pojawiła się rzewna nutka. – Pamiętam, wujek Sierioża zawiózł mnie któregoś roku na cały sierpień do cichej wioski pod Ługą. Kiedyś jesiennym wieczorem, gdy był na rybach, szłam samotnie przez pola, zebrałam bukiet – strzępiasty, kolorowy, z wierzbicy, miodunki, ostatnich rumianków… robiło się chłodno i ciemno… pola były puste, ciche, srebrzyła się mgła i nagle powiało chłodem. Szłam po łące porośniętej późnymi bratkami, zmarzłam i spieszyłam się do domu… I oto z oddali, z ledwo widocznej na skraju lasu cerkwi doleciał dźwięk dzwonu. Była wigilia święta Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, trwało wieczorne nabożeństwo. Nie wiadomo dlaczego drgnęłam i upuściłam, rozsypałam kwiaty… Usłyszałam w tym dzwonieniu coś osobliwego, smutnego a zarazem podniosłego, dziwnie bliskiego…

[…]

Co za głupstwa do głowy nam wbijacie, że niby Stalin był ukochanym uczniem Lenina? Wciąż bębnicie o tym w gazetach i przemówieniach! Tymczasem starzy rewolucjoniści doskonale wiedzą, że Lenin nie ufał Stalinowi i mówił o nim: mściwy, żądny władzy, „nie pozwólcie, żeby stanął na czele!” Znałam Krupską i sama od niej słyszałam. Wiaczesław nie zdążył jeszcze przetrawić wzmianki o Krupskiej, która podziałała na niego jak pchnięcie nożem, gdy staruszka podjęła nowy atak: Ech, nie potrafiła wasza partia wychować młodzieży! Wspominam nasze pokolenie! Ile w nas było gotowości do poświęceń za lud, absolutnie bezinteresownego samozaparcia. Pracowałam kiedyś przy zwalczaniu epidemii dżumy. Rząd carski do akcji tej nie posyłał nikogo pod przymusem, nie groził pozbawieniem pracy, jak dzieje się teraz. Ogłaszano oficjalnie nabór na ściśle dobrowolnej zasadzie, niemniej od ochotników nie można się było opędzić i nikt sam nie rezygnował – mówi wam to naoczny świadek! A jakie śmiałe płomienne przemówienia wygłaszano nieraz na naszych studenckich zebraniach i wiecach! Nie trzymaliśmy się kurczowo lukratywnych posad i nie powtarzaliśmy jak papugi gazetowych frazesów!

[…]

Nie ma już naszej sfery, Gieno, jesteśmy zdeklasowani, jakby powiedzieli Francuzi. Przy czym szlachcie przypisuje się obecnie mnóstwo grzechów, których w rzeczywistości nie popełniała. Uważaliśmy, na przykład, iż zarozumialstwo jest w złym tonie i charakteryzuje tylko parweniuszy. W dzieciństwie surowo przestrzegano, żebyśmy byli grzeczni i uprzejmi wobec służby czy w ogóle otoczenia. Gdy dzisiaj obserwuję nadęte miny młodych lekarzy, kiedy przechodzą obok pomocniczego personelu, mimo woli myślę, że przydałaby im się lekcja dobrego wychowania u mamy bądź u Natalii Pawłowny.

[…]

Patrzył [Oleg – przyp. aut.] na zasypiającą Asie i zastanawiał się, co by było, gdyby ona, litująca się nad wszelkim stworzeniem – psami, kotami, gołębiami – dowiedziała się, iż wydał rozkaz rozstrzelania ośmiu ludzi? Czy przestałaby go kochać? Nagle z nieprawdopodobną żarliwością poczuł w duszy skruchę za całe popełnione zło, do którego zmusiło go życie. Dotychczas nie myślał o tych ośmiu bolszewickich zezwierzęconych zbójach i grabieżcach [w pewnym dworze ziemiańskim – przyp. aut.], których zabito na jego polecenie. Fakt ten nieoczekiwanie wynurzył się z jego pamięci. Jako grzech. Nie mógł inaczej postąpić, ale biada mu, że los skazał ich na śmierć jego ręką. Skruchę tę poprzedzało niejako wydarzenie z poprzedniego dnia w Łudzę. Oleg umyślił sobie, że spożytkuje codzienne wędrówki po okolicznych lasach i przywiezie, korzystając z przyjacielskiej usługi Markiza, dziczyznę na obiad. Gajowy, obok którego chaty często przechodził, pożyczył mu broń i ruszył z nią na polowanie. Markiz też miał swoje plany i szybko wypłoszył na polanę zająca. „Dawno nie strzelałem… Ech, spudłuję!” – pomyślał celując. Zając umykał jednakże dziwnie powoli, prawie nie klucząc. Wystrzał Olega powalił go. Kiedy podszedł, zobaczył zdychającą samicę, wokół której z żałosnym piskiem kłębiły się dopiero co urodzone zajączki, migały ich długie uszka i ledwo widoczne ogonki. Odruchowo zatrzymał się, przystanął i Markiz, który spojrzał na pana wymownym, pełnym zrozumienia wzrokiem. „Cośmy obaj zrobili! Czujemy się teraz jak potwory!” – zdawał się mówić wzrok psa. Umierająca matka oparła się na łapce i próbowała oblizać najbliższe dziecko… Oleg odwrócił się i odszedł.

[…]

Tego bałam się [mówi w pamiętnikach Elżbieta – przyp. aut.] w ostatnich trzech latach! Życie ostatecznie straciło dla mnie sens. Wolałabym umrzeć, niż przeżyć to, co przeżywam dziś. Przed trzema laty, boleśnie dotknięta, opłakiwałam nadzieje na szczęście osobiste i nie umarłam. Teraz moja rozpacz jest wolna od osobistych uczuć – ginie człowiek [mowa o aresztowanym Olegu – przyp. aut.], który był zdolny do bohaterstwa, który pragnął walki i czekał na odpowiednią chwilę, by się rzucić na wroga. To Pożarski! Teraz ten człowiek ginie w kazamatach! Ginie, a nędzne masy, żałosne kreatury – wychowankowie partii komunistycznej – pozbawieni honoru i szlachetności, otumanieni propagandą zdrajcy, będą żyli! Rosję czeka zagłada – upadek moralny, zubożenie. Jej koniec jawi mi się jako czarna otchłań, otchłań, w której kotłują się zwyrodnialcy! Czuję strach, kiedy patrzę w tę otchłań. Moja wiara w wielką misję „ostatnich Mohikanów”, którzy staną na czele przyszłej decydującej walki, chwieje się, ci ludzie giną. Ukrywające się jednostki są skazane. Nie ma ratunku dla Rosji, a jeżeli nawet jest, to całkiem inny, ale dla mnie załamanie się moich marzeń oznacza moralną śmierć. Jestem martwa! […] Rozstrzelanie… Wyprowadzą, zawiążą oczy i… Zginie taki człowiek! Proletariat policzy się z arystokratą! Chociaż mówię głupstwa. Kiedy palono ich majorat i zabijano matkę – to była proletariacka zemsta, a teraz to się dzieje nie oddolnie, nie żywiołowo, to inicjatywa z góry, od Stalina, im nie są potrzebni ludzie, oni chcą mieć stado baranów, które dadzą się popędzić na nowe drogi. Boją się starych nazwisk, nie tylko jako sztandarów, wokół których mogłaby się skupić opozycja, wiedzą, że są to tęgie umysły, wycyzelowane z pokolenia na pokolenie, które świetnie rozumieją zachodzące procesy i nie pozwolą sobą kierować. Przesłuchania… Wiem wszystko. Zięć Julii Iwanowny wyszedł stamtąd niedawno z odbitą nerką – zrobił to oficer śledczy podczas przesłuchania! Najpierw dochodziły niejasne słuchy, przekazywane szeptem: „Wie pani, odbito nerkę…” „Połamano palce…”. Teraz tortury w więzieniu nie są tajemnicą, wszyscy o nich wiedzą! Wczoraj wieczorem całkiem się rozkleiłam pod wpływem niepokoju i smutku, tłukłam się po mieszkaniu, biała noc za oknem doprowadzała do szaleństwa, pogrążała w rozpaczy… W końcu jakoś się opanowałam. Nie wolno wpadać w histerię, jak robi Lela. Przy mnie nikt nie siedzi na kanapie i nie podaje wody.

[…]

Nie mieszaj mnie z Olegiem, kolego [mówi Mika do Wiaczesława – przyp. aut.]! Daszkowowie – to rodzina należąca do wojskowej arystokracji, a nasza rodzina jest jak najbardziej cywilna i liberalna. Ojciec w swoim czasie zrezygnował ze stanowiska szambelana; dziadek zorganizował w majątku bezpłatny szpital i szkołę; nie czepiam się przeszłości, urodziłem się w piętnastym roku, nie pamiętam dawnego życia. Nigdy mnie nie obchodziło, że straciliśmy majątek. Nienawidzę własności. Pochodzenie nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Ja także szukam nowego życia, nowych form. Poszedłbym z wami, gdyby nie wasza nietolerancja, ciasnota umysłowa, chciwość i przewrotność. Była taka chwila, kiedy szukałem sztandaru, któremu mógłbym służyć! Ale pokazaliście swój niezrównany terror. Sami wykuliście ze mnie wroga, rozumiesz? Pożałujecie, kiedy przyjdzie czas porachować się…

[…]

Oleg przypomniał sobie obraz, namalowany według jego fantazji. Księżna Daszkowa opowiedziała kiedyś znajomej malarce, jak jej synek wyobrażał sobie piekło. Malarka namalowała kędzierzawego chłopczyka, który wielkimi wystraszonymi oczami patrzy na widmo zła – przerażające gady, kotłujące się w ciemnej pieczarze. Główkę dziecka otaczała aureola – symbol czystości. „Taki byłem wówczas, ale później sądzone mi było przeżyć tyle zgryzot i bólu, krwi i zła. Teraz mogę liczyć tylko na zlitowanie, jak w owej modlitwie: »Lecz powiem jako złoczyńca do ciebie…« Nie popełniłem podłości, za tych, których kochałem, gotów byłem oddać życie, ale obcych kochać nie potrafię. Asia ma rację, jestem zbyt dumny!”. Przypomniał sobie słowa żony: „Chciałabym, abyś miał otwarte serce”.

[…]

Pociąg wciąż się zatrzymywał na dalekich bocznicach. Lela przez szczelinę wyglądała na zewnątrz, wzdłuż toru ciągnęły się lasy, gdzieniegdzie tylko błyskały światełka stacji, ale pociąg ani razu nie zatrzymał się przy stacyjnych zabudowaniach. Dziękowała Bogu za to, że wśród więźniarek nie było kryminalistek. Na ogół wszystkie kobiety zachowywały się sympatycznie i grzecznie; było sporo pań z arystokracji, które trzymały się dzielnie i swobodnie. Kiedy się ze sobą oswoiły, zaczęły się długie rozmowy, opowiadano o swoich losach, mówiono wiersze, streszczano ciekawe książki. Znalazły się artystki, które śpiewały i recytowały. Lela także się odważyła, powiedziała „Białą narzutę” i „Dla ojczystego brzegu w dali…” Po ostatniej strofie „Lecz czekam go, jest za tobą.” pomyślała o Wiaczesławie… „On jest za mną, spotkamy się…” Były w wagonie także stare rewolucjonistki, oskarżone o różne „odchylenia”, albo po prostu o terror. Opowiadały o represjach w czasach carskich. Gdyby ganiano kijami starych rewolucjonistów, jak zrobiono z nami, albo szczuto psami czy ośmielono się uderzyć – wybuchłby potężny protest ze strajkami, samobójstwami i ulotkami w więzieniu i na wolności. Teraz samowola jest usankcjonowana prawem, terror zamyka wszystkim usta – powiedziała jedna z eserówek [ruch socjalistyczno-ludowy potem także represjonowany przez bolszewików – przyp. aut.].

[…]

Konwojenci wołali co chwila: Nie zostawać w tyle! Wyrównać, bo poszczuję psa! Kto tam usiadł? Wstawaj! Tu nie ma żartów! – zaraz spuszczę psy! Rzucała się w oczy sylwetka niemłodej malarki, która szła o kulach – kazano jej iść na czele kolumny. Młoda matka już dawno zabrała dziecko od Leli i śmiertelnie zmęczona zwalniała coraz bardziej, a Lela myślała tylko o tym, żeby się nie przewrócić. Naraz zbliżył się jeden z konwojentów i bez słowa ciosem kolby wytrącił dziecko z matczynych ramion, a następnie kopniakiem odrzucił je na pobocze! To nie był sen ani przywidzenie – to zdarzyło się naprawdę! Jak mogły w milczeniu iść dalej? Ale szły po krótkim zamieszaniu, kiedy idące z tyłu wpadły na szereg, w którym szła Lela… Groźne krzyki konwojentów błyskawicznie zaprowadziły porządek. Maszerowały znowu.

[…]

Dziwne: teraz [po rozstrzelaniu Olega i zesłaniu do łagru – przyp. aut.] często Asia wspominała dzieciństwo, natomiast życie z Olegiem odsunęło się w przeszłość… Słoneczny pokój dziecinny, białe łóżeczko, zabawki, troskliwe twarze, kołysanki, pluszowy miś… Wspominała poranki w dziecinnym pokoju, budziła się wtedy z uczuciem błogiej lekkości; w porannej ciszy czuła szczególną przejrzystość, zda się każdy sprzęt przykrywała świetlista przesłona, którą o tej porze potrafiła dostrzec – jakby nagle posiadła umiejętność widzenia tego, co jest niewidoczne! Może pod wpływem białych hiacyntów, które w tamtych czasach zawsze stały na pulpicie okiennym w dziecinnym pokoju. Jakże kochała te stany – leżała w łóżeczku nieruchomo, żeby nie spłoszyć uroku chwili, i pragnęła, by jeszcze trwała, by nikt nie przyszedł jej budzić. To przeminęło na zawsze. Taką wielką promienną radość po raz ostatni przeżyła po urodzeniu Sławeczka.

[…]

[mówi Nadieżda Spirydonowa także zesłana tam gdzie Asia – przyp. aut.]

Człowiek musi umieć wszystko. Prawdziwa wielkość ducha polega na tym, by nigdy się nie zaniedbywać i nie rezygnować z własnych zasad. Pani babcia, jak mi się zdaje, ma silny charakter i wykwintne maniery – proszę brać z niej przykład. Teraz nawet młodzież z najlepszych rodzin nie umie się zachować. Nawet Nina zrobiła się ostatnio zbyt swobodna: przy byle kim gotowa jest śmiać się lub płakać, chodzi w krótkiej spódniczce i zawsze gdzieś pędzi, jak mała dziewczynka. A przecież pochodzimy ze starego rodu. […] Pierwszy raz pojechałam za granicę jeszcze jako młoda dziewczyna z ojcem i bratem. Spędziliśmy miesiąc w Nicei – to piękne miasto! Owego lata było tam wielu Rosjan. Pewien oficer gwardii oświadczył mi się, lecz ojciec nie zgodził się na to małżeństwo: oficer był karciarzem i zdążył już przegrać w Monaco swój podmoskiewski majątek. Potem byłam w Lozannie z bratem i małą Ninką, a w Niemczech mnóstwo razy, wyłącznie ze służącą Niuszą. Wtedy było to bardzo łatwe: dasz dozorcy pięć rubli, a on nazajutrz przynosi paszport zagraniczny. Widziała pani Madonnę Sykstyńską? Często siadałam przed tym obrazem i wpatrywałam się bez końca. Rafael genialnie uwiecznił na płótnie wdzięk Dzieciątka i subtelny urok macierzyństwa.

[…]

[ze wspomnień Asi z błogiego niemal zawsze dzieciństwa – przyp. aut.]

Nazajutrz była Wigilia. Co się z wami stało, Wigilie przytulnego, wesołego dzieciństwa? Od rana nie wolno wejść do salonu – stoi tam świąteczne drzewko, wieczorem zapłoną na nim świeczki. Mama wyjechała na bazar kupić ozdoby na choinkę. Mróz pokrył rysunkami szyby w wielkich oknach wychodzących na Newę. Zapada tam wcześnie tajemniczy półmrok – zwłaszcza gdy nie palą się jeszcze żyrandole. Podczas spaceru Asia w białym futerku i białym kapturku, prowadzona za rączkę przez madame, widzi rzęsiście oświetlone wystawy sklepów, a na nich choinki, pod nimi zaś zajączki na śniegu – wyostrza to jej niecierpliwość. Na Jamskiej choinki stoją w długich szeregach, tak jakby się człowiek znalazł w gęstym lesie… Jakiż zachwyt ogarnął wszystkich, kiedy wreszcie otwarły się drzwi salonu i pozwolono dzieciom wejść, zobaczyć czarodziejskie drzewko! Odbija się ono w wielkich lustrach, salon wygląda tak, jakby tych choinek było mnóstwo! Asia patrzy na wierzchołek z gwiazdą betlejemską, lecz wie, że na dole, pod zielonymi gałązkami są ukryte prezenty, chciałaby się tam wślizgnąć, wyciągnąć je spod drzewka. Jakie piękne były wtedy zabawki! Teraz nie ma takich nigdzie! Kiedyś Asia dostała chatkę na kurzej łapce i nakręcaną Babę Jagę; wiedźma chodziła wokół chatki i wymachiwała kosturem! A wspaniała lalka Luba z rzęsami równie długimi jak rzęsy Asi, lalka, która mówiła „mama” i miała na sobie futerko, mufkę i czapeczkę, jak te, które nosiła mama! Podczas owej Wigilii braciszek Wasia otrzymał w prezencie mundur i ekwipunek oficera siemionowskiego pułku, przyszedł na kolację w epoletach i przy szabli. Tatuś wytłumaczył mu, że do stołu nie wolno siadać z bronią, kazał odczepić szablę. Potrawy podawano postne: dania rybne i kutię, potem pierniki, pastiłę – konfiturę owocową i orzechy, które tak lubią tłuc dzieci. A nocą, przed snem, Asia wyślizgiwała się spod kołdry na dywan – ostrożnie, bardzo ostrożnie, tak by nikt nie słyszał, i odmawiała modlitwę o trzech królach i gwieździe. W ciemnościach i ciszy chciała jak najmocniej odczuwać świętość tego wieczora. Szkoda tylko, że choć długo patrzyła w górę, widziała tylko ciemny sufit, a nie białe, czarowne skrzydła anielskie wypełniające tej nocy niebo! Smutne westchnienie roztapia się w myślach o jutrzejszym dniu; pójdzie na choinkę do babci, a tam zawsze jest mnóstwo dzieci, będzie loteria i latarnia magiczna, wujek Sierioża dyryguje dziecięcym kadrylem i zabawą w „złote wrota”. Ileż uroczych dziecięcych twarzyczek – znajomych i bliskich sercu pojawia się i znika w amfiladzie oświetlonych pokoi! Oto kadet – kuzyn Misza, oto licealista Szura o okrągłych czarnych oczach, a oto Lela – ślicznie wystrojona i najładniejsza, ze złocistymi loczkami; tańczy solo w stroju Czerwonego Kapturka. Na trzeci dzień znów choinka, tym razem w Marmurowym pałacu – u cioci Ziny.

[…]

Pożegnajmy się, kochanie [mówi chora generałowa Panowa do Asi na zesłaniu na kilka godzin i przed jej Asi śmiercią – przyp. aut.]. Już się nie zobaczymy, wiem o tym dobrze. Chce pani, bym opowiedziała pewną dziwną historię? Pewnego razu moja zmarła mama w naszym majątku (jak pani widzi, to bardzo stara historia), wyszła z dużego domu po coś tam do oficyny. Był to ładny domek, tonący w zieleni. W pierwszym pokoju z opuszczonymi żaluzjami panował półmrok, lecz nagle przed oczyma mamy zaczął krążyć czarny motyl… Mama w żaden sposób nie mogła go odpędzić, potem straciła z oczu. Gdy wróciła, w mojej obecności wyrażała zdziwienie, skąd wziął się motyl w zamkniętym na głucho pomieszczeniu. Tego wieczora zmarła babcia. Nikt o motylu nie myślał, niczego z niczym nie kojarzył. W dwa lata później, tym razem we śnie, mama znowu zobaczyła tego motyla: wciąż przed nią krążył. I tego jeszcze dnia zmarł nagle jej mąż, mój ojciec. Dopiero wtedy przypomniałyśmy sobie dawną historię, powiązałyśmy jedno z drugim… I co pani myśli? Pięć lat temu, na dzień przed otrzymaniem oficjalnego zawiadomienia o śmierci męża w łagrze, sama zobaczyłam motyla żałobnika. To dziwne, prawda? Nasza rodzina nigdy nie odznaczała się nerwowością ani mistycyzmem. Mama była kobietą zrównoważoną, mądrą, świetną gospodynią, matką pięciorga dzieci. Skąd więc ten rodzinny domorosły mistycyzm, ta zapowiedź losu, która nam towarzyszyła? Tak, to dziwne! Zapewne i stamtąd czasem przychodzi ostrzeżenie… – wyszeptała Asia. Ktoś, kto wierzy w Boga, może dojść tylko do takiego wniosku powiedziała Panowa. – Ja nie wysuwam żadnego, ja opowiadam. Ale to jeszcze nie koniec tej historii: właśnie przed pani przyjściem zdrzemnęłam się i… Ręka Asi zadrżała w jej ręku. Znowu żałobnik? Żałobnik. Latał przede mną, a potem zniknął. To chyba koniec. Zaraz napiszę pani na tym świstku adres mojego syna. Proszę go zawiadomić, że matka umierając kochała go tak samo jak wtedy, kiedy był malutki. Nie mam mu czego wybaczać – zrozumiałam wszystko. Jego fotografię mam tutaj, pod poduszką. A teraz chcę panią pobłogosławić; od pierwszego dnia, gdyśmy się poznały, poczułam do pani ogromną sympatię. Niech Bóg pozwoli, by wybrnęła pani ze swoich kłopotów. Niech mnie pani pocałuje i już idzie. Nikt mi nie jest potrzebny. Chcę być sama w moich ostatnich chwilach, a na panią czekają dzieci. Proszę iść – wkrótce się ściemni, jest pochmurno i wieje wiatr.

[…]

[z pamiętników Elżbiety – przyp. aut.]

O tak! Okazało się, że bolszewizm nie jest zjawiskiem krótkotrwałym, przemocą przeniesionym na nasz grunt, w istocie nam obcym. Gdyby nie miał w sobie niczego, co jest nam organicznie właściwe, nie utrzymałby się długo. Muszę się z tym pogodzić! Jeśli choćby jedno ziarno z panujących dzisiaj idei i stosowania ich w praktyce jest spokrewnione z Obliczem Wieczności i zasiane przez kogoś z niebios, wówczas nawet ten potworny bolszewizm da w przyszłości owoce, chociaż… czy w ogóle istnieje takie ziarno? Wszystkie brudy, całe zło wypłynęło teraz na powierzchnię niczym piana w kotle z brudną bielizną… Cudownie piękne Oblicze pełne jest smutku… […] Bolszewizm… To proces samoistny i głęboko organiczny. Jest zbyt wielki, by przemocą – interwencją z zewnątrz – można go było stłumić. Muszę dojść do wniosku, że i w nim są chyba rysy drogiego mi oblicza, rzecz jasna, strasznie zniekształcone. Dyktatura proletariatu to ohydny, fatalny błąd rewolucji, który na długo skomplikował losy Rosji. A teraz nawet nie ma tej dyktatury, jest tylko dyktatura Monstrum.

[…]

Muszę wpoić Sławeczkowi [synowi Asi i Olega, a którym paradoksalnie to Elżbieta opiekowała się wychowując po śmierci naturalnych rodziców – przyp. aut.] za pośrednictwem tych strof świadomość, jakim człowiekiem był jego ojciec. Już dawno powiedziałam sobie, o czym będę z nim rozmawiała w dniu, kiedy skończy osiemnaście lat. A do tego dnia będę milczeć – co jak co, ale to potrafię! Nie chcę już rozmieniać myśli na drobne, zanim je zrozumie w całokształcie. Byłam najbliższym przyjacielem jego ojca – to duży odważnik na szali mojego wpływu. Powinno mi to pomóc uchronić Sławeczka od demoralizującego ducha czasu – niewiary i wyrachowania.

[…]

Wręczenie Sławeczkowi dziennika będzie dla mnie Elżbiety nową Golgotą – moja miłość przestanie być dla dzieci tajemnicą, lecz rezultaty mogą być zbyt wielkie, bym miała myśleć tylko o sobie. Niech tylko Bóg pomoże mi ocalić te zeszyty i wychować chłopca. Myślę jednak, że teraz, kiedy podjęłam tę decyzję, nie mogłabym pisać dziennika równie szczerze, jak robiłam to dotychczas przez dwanaście lat. I dlatego kończę ten dziennik. Ojczyzno! Czekam na twoje odrodzenie! Gdy wreszcie wypali się ognisko, gdy zdechnie Monstrum i pęknie stary wrzód na twoim ciele, a na zmartwychwstałą Ruś spadnie z nieba „straszny blask”, wówczas zrozumiem, w imię czego były potrzebne te ofiary. Lecz teraz… Teraz wszyscy wokół opłakują zmarłych…

Irina Gołowkina, Pokonani

Saga rodzinna nietuzinkowej rosyjskiej pisarki Iriny Gołowkiny przenosi nas w lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku do „imperium zła” do Petersburga i w okolice oraz na daleką rosyjską prowincję w sowieckim reżymie komunistycznym. Pokonani zwani nie inaczej jak arystokratycznymi rodami, które zdecydowały się pozostać w piekle komunizmu, walczą o przetrwanie nie wiedząc, że „z góry” zostali skazani na nieuchronną zagładę. Nieprzystosowani, okaleczeni, zaszczuci umierają, ale czy bezimiennie…  



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin