Blog

 

23.04.2022

Oczyszczenie

„W takie dni jak ten

nawet wrony nie kraczą,

ale kociej chcicy nie uciszy nic.”

[…]

Kupka leżała nieruchomo i prócz określonego rozmiaru była jedną wielką niewiadomą. Kiedyś latem Aino od sąsiadów szła do Aliide główna bohaterka powieści – przyp. aut.] i w koronie rozszczepionej brzozy zobaczyła jakieś światło. Tak się przestraszyła, że czym prędzej pobiegła do domu i zadzwoniła do niej, czy wszystko w porządku, bo na jej podwórku wylądowało chyba UFO. Ona nie zauważyła niczego niezwykłego, ale Aino była pewna, że po podwórzu sąsiadki chodzą ufoludki, tak jak wtedy u Meelisa, który od tamtej pory nie mówił o niczym innym. Pociemniała od deszczu kupka miała jednak wygląd najzupełniej ziemski i choć zlewała się z otoczeniem, jako żywo przypominała człowieka. Może jakiś pijus uwalił się jej pod drzewem. Ale słyszałaby przecież, gdyby ktoś urządził sobie popijawę tuż pod jej oknami. Słuch jeszcze miała dobry. A smród przetrawionego alkoholu wyczuwała przez ścianę. Żuliki jakiś czas temu ukradły skądś ropę i jeździły jej pod nosem traktorem, trudno było ich nie słyszeć. Parę razy przejechali rów i o mały włos nie rozwalili jej płotu. Prócz ufoludków we wsi została już tylko stara gwardia i banda postrzelonych łobuzów. Aino nieraz przychodziła do niej na noc, gdy chłopaki sobie podochocili i robili się nieznośni. Wiedziała, że sąsiadka się ich nie boi i w razie czego twardo się im postawi.

[…]

Aliide. Aliide Truu. Zara [wnuczka Aliide – przyp. aut.] puściła ławkę. Aliide Truu żyła, stała przed nią, we własnej osobie. Mieszkała w tym domu. Sytuacja była równie trudna jak mówienie po estońsku. Pamiętała jak przez mgłę, że zdołała jakoś odnaleźć właściwą drogę i właściwe wierzby, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, czy w ogóle miała świadomość, że trafiła do celu, czy przesiedziała na progu całą noc, nie wiedząc, co robić, czy sądziła, że lepiej zaczekać do rana, aby nie wystraszyć domowników nocnym najściem, czy próbowała znaleźć sobie miejsce do spania w stajni, czy zaglądała przez okno do kuchni, nie śmiejąc zapukać do drzwi, i czy w ogóle myślała, by zapukać, czy myślała o czymkolwiek. Gdy próbowała sobie przypomnieć, zaczynała ją boleć głowa, skupiła się więc na chwili obecnej. Nie miała planu działania po przybyciu do celu, a już najmniej była przygotowana na to, że na podwórzu domu, do którego zmierza, spotka samą Aliide Truu. Nie zdążyła wybiec myślami tak daleko. Teraz musiała jakoś z tego wybrnąć, zapanować nad paniką, choć strach tylko czekał na dogodny moment, aby znów uderzyć. Musiała coś zrobić, by bezustannie nie myśleć o Paszy i Ławrientiju [rosyjskich gangsterach, wykorzystującym Zarę do prostytucji – przyp. aut.], musiała się odważyć być tu i teraz i stawić czoło Aliide Truu. Musiała się wziąć w garść. Zebrać na odwagę. Przypomnieć sobie panujące między ludźmi zasady, obmyślić najlepsze podejście do stojącej przed nią kobiety. Twarz Aliide Truu była drobna i pomarszczona, bez wyrazu. Płatki uszu miała duże i wyciągnięte, obciążone oprawionymi w czerwonawe złoto kamieniami. Tęczówki miała szare, może bladoniebieskie, w kącikach oczu zebrało się trochę wodnistej ropy. Powyżej nosa Zara nie ośmieliła się spojrzeć. Aliide była drobniejsza, niż ją sobie wyobrażała, wprost skóra i kości. Wiatr niósł od niej zapach cebuli.

[…]

Zara pamiętała te wołgi [mieszkając z siostrą Allidy Ingel we Władywostoku na zesłaniu – przyp. aut.], zawsze pędziły jak szalone bez świateł, wyskakiwały nagle, jak spod ziemi. Teraz taką wołgą jeździła Oksanka. I miała własnego szofera. I ochroniarza. I złote kolczyki z dużymi diamentami. I białe zęby. Kiedy były jeszcze dziewczynkami, taka wołga prawie ich rozjechała. Wracały do domu z kina, droga była zupełnie pusta. Zara w kieszeni obracała w palcach niebieskoszarą, twardą gumkę do mazania z dawno wytartym znakiem jakości. I wtedy wyskoczyła ta wołga. Słyszały warkot silnika, ale zobaczyły ją dopiero, gdy wypadła z zakrętu prosto na nie, by po chwili zniknąć w mroku. Mało brakowało. W domu Zara musiała spiłować sobie jeden paznokieć, bo się zagiął, gdy go drasnęła opona auta. Drugi miała naderwany, palec krwawił. Córka jednych państwa z ich komunałki zginęła pod kołami takiej wołgi. Milicjant rozłożył tylko ręce i warknął, że nic nie może zrobić. Że tak to już jest. Rządowy wóz, co zrobisz. Na koniec zwyzywał ich jeszcze i odesłał z kwitkiem do domu. Zara nie chciała matce nic mówić, ale ta zauważyła zakrwawiony palec. Nie dała wiary jej wyjaśnieniom, dobrze wiedziała, że córka zmyśla. Gdy Zara wreszcie się przyznała, że prawie je rozjechała czarna wołga, matka ją uderzyła.

[…]

Pewnej nocy Zara wyszła z łóżka, podeszła do niej i pociągnęła za rąbek koszuli nocnej. Nikt nie przyjdzie. Matka nie odpowiedziała, wyjęła tylko flanelę z jej palców. Mamo, Lenin czuwa nad nami, nic złego nam nie grozi. Matka bez słowa obróciła się do niej i patrzyła długo, trochę obok, jak to ona. Zupełnie jak gdyby za plecami Zary stał jej sobowtór i to na nim skupiał się wzrok matki. Mrok gęstniał, zegar tykał, stopy zapadały się w nierówności desek, w ubytki i szpary, aż wreszcie matka popchnęła ją z powrotem do łóżka, pod kołdrę. Bez jednego słowa. Zara słyszała opowieści o Berii. I o czarnych autach krążących nocami po ulicach miasta i zatrzymujących się przy upatrzonych dziewczętach, po których ginął wszelki ślad. Czarne rządowe auto to już nie przelewki. I teraz Oksanka – gwiazda filmowa z dalekiego świata – wyszła z czarnej wołgi i rozdrapując powietrze, pomachała jej długimi, czerwonymi, nieskazitelnymi paznokciami i obdarzyła łaskawym, szerokim uśmiechem schodzącej na ląd po trapie transatlantyku arystokratki. Ta wołga twoja? – zapytała Zara. Mój samochód został w Niemczech. – Oksanka zaśmiała się. To masz swój prywatny samochód? Oczywiście! Na Zachodzie każdy ma samochód na własność.

[…]

Pasza [gangster rosyjski – przyp. aut.] jest wyjątkowy. No rzeczywiście! W czepku się, dziecko, urodziłaś! Po co by jechał po żonę aż do Władywostoku? Tam dostał pracę. Pracę? Tak, pracę! Bo zazwyczaj to ci z Rosji chcą przyjeżdżać tutaj, a nie odwrotnie. Nie tylko za pracą. Pasza jest wyjątkowy. Prawdziwy książę, jak tak słucham. I jeszcze cię wziął na wakacje do Kanady. W zasadzie to tam się dopiero lepiej poznaliśmy. Pojechałam tam do pracy jako kelnerka, już mówiłam, i tam wpadliśmy kiedyś na siebie przypadkiem. A potem się pobraliście i wtedy ci powiedział, że już nie musisz dłużej biegać z tacą. Coś w ten deseń. Książki byś mogła napisać, historia jak z bajki. Co pani mówi! Słodkie życie, podróże i samochody. Która by nie chciała mieć takiego męża?

[…]

Rano zapytała mamę, co babka [Ingel – przyp. aut.] mówiła i w jakim języku. Ta udała, że nie słyszy pytania, zajęła się przygotowaniem kanapek i herbaty, lecz Zara tak długo wierciła jej dziurę w brzuchu, aż w końcu powiedziała, że babka mówiła po estońsku i że były to słowa takiej dziecięcej piosenki, babcia na starość trochę dziecinnieje. Wymieniła nawet jej tytuł: Matczyne serce. Zara zakarbowała sobie słowo w pamięci i gdy mamy nie było w domu, podeszła do babki i wypowiedziała je na głos. Babka obróciła głowę i po raz pierwszy w życiu spojrzała jej prosto w oczy – a ona poczuła, jak to spojrzenie wnika jej przez oczy do środka, do ust i gardła, w którym poczuła ucisk, jak spływa z gardła do serca, które zakłuło, jak z serca schodzi do brzucha, który zaczął boleć, jak z brzucha spływa do nóg, które zaczęły drżeć, jak z nóg spływa do pięt, które zaczęły mrowić, i zrobiło się jej bardzo gorąco – a babka się uśmiechnęła. Ten uśmiech dał początek ich pierwszej wspólnej zabawie, która słowo po słowie zaczęła rozkwitać mgliście i pożółkle, jak wszystkie martwe języki, trzeszczeć rozkosznie jak stara płyta i dźwięcznie bulgotać jak podwodne głosy. Milczeniem i szeptem tchnęły życie we własny język, który stał się ich wspólną tajemnicą i wspólną zabawą. Nawet gdy mama krzątała się po domu, Zara brała w dłonie różne przedmioty i zabawki, czasem tylko dotykała jakiejś rzeczy, a siedząca na swoim krześle babka bezgłośnie składała usta w estońską nazwę. Zadanie Zary polegało na wyłapaniu niewłaściwego słowa. Jeżeli je przepuściła, nie dostawała cukierka, lecz gdy spostrzegła błąd, czekała ją słodka nagroda. Mamie się nie podobało, że babka bez wyraźnego powodu karmi Zarę słodyczami, ale nie miała czasu, by ciągle jej pilnować, i interweniowała tylko sporadycznie. Zara mogła więc bez większych przeszkód uczyć się słodkiego języka babki i spijać miód z jej ust, a czasem na polu posłuchać opowiadania o kawiarni na drugim końcu świata, gdzie można było dostać rabarbarowe ptysie w grubej polewie bitej śmietany lub rozpływające się w ustach ciastko karmelowe, gdzie w pachnącym jaśminem ogródku słyszało się szelest drukowanych po niemiecku gazet, ale oczywiście nie tylko takich, gdyż mieli tam również gazety estońskie i rosyjskie.

[…]

Rozemocjonowana Zara pociągnęła duży łyk ze szklanki, zachłysnęła się herbatą i tak rozkaszlała, że łzy pociekły jej z oczu. Pojedzie [z Paszą za granicę – przyp. aut.]. Ma już po dziurki w nosie tego wiecznego szurania bamboszy mamy. Inne kobiety tak samo przeżyły w dzieciństwie bombardowania, a mimo to mówią. Co prawda babka wspominała kiedyś, że taka bomba może wystraszyć na dobre i dziecko zostaje niemową, ale dlaczego musiało się to przydarzyć akurat jej mamie? Wyjedzie. Przywiezie babce całą furę pieniędzy, a może nawet teleskop. Ciekawe, czy mama wciąż nie miałaby nic do powiedzenia, gdyby tak wróciła z pełną walizką dolarów i zapłaciła za studia, potem w rekordowym czasie wyuczyła się na lekarkę i kupiła im na dodatek nowe mieszkanie. Miałaby swój pokój, gdzie mogłaby się uczyć do egzaminów, miałaby zachodnią fryzurę, chodziłaby codziennie w lśniących pończochach, a babka oglądałaby sobie przez teleskop tę swoją Wielką Niedźwiedzicę.

[…]

Lecz przerażenie Zary było tak widoczne [myślała Allida – przyp. aut.], że i jej się udzieliło. Mój Boże, jak dobrze jeszcze ciało pamięta to uczucie! Wystarczyło je dostrzec w oczach dziewczyny, by zaraz mu się poddać. A jeśli ona ma rację? Jeśli naprawdę jest się czego bać? Może to rzeczywiście jej mąż? Ten czujny strach powinien był zostać tam, gdzie jego miejsce, w dalekiej przeszłości. Tam go zostawiła i dlatego dzisiaj nic sobie nie robiła z chuligańskich wybryków. Ale teraz, gdy w jej kuchni siedziała obca dziewczyna i swoim nagim strachem walała jej ceratę, nagle sama nie wiedziała, jak się z niego otrząsnąć, choć powinna, tylko pozwalała mu przenikać między tapety i klajster, w szczeliny po ukrywanych tam niegdyś i później spalonych starych fotografiach. Strach rozsiadał się w jej domu, jakby był u siebie. Jakby się nigdy stąd nie wyprowadzał. Jakby tylko na chwilę wyszedł i na noc wrócił do domu. Dziewczyna [Zara – przyp. aut.] przeciągnęła dłonią po ostrzyżonej głowie, zawiązała ciasno chustkę pod szyją, zaczerpnęła z wiadra garnczek wody, przepłukała usta, wypluła do wiadra na pomyje, przejrzała się w szybie kredensu i ruszyła do wyjścia. Wypięła pierś i podniosła głowę jak w pionierskim szeregu, jak żołnierz przed bojem. Kącik oka drgał, była gotowa. Szarpnęła drzwi i wyszła za próg. Dokoła snuła się szara cisza. Gęstniała noc. Zrobiła parę kroków, stanęła w żółtym świetle latarni. Cykały świerszcze, we wsi szczekały psy. Pachniało jesienią. W mroku na podwórzu majaczyły białe pnie. Furtka była zamknięta, druciane oka płotu spoglądały na spokojne, śpiące pola. Zaciągnęła się powietrzem, aż zakłuło w płucach. Pomyliła się. Fala ulgi odjęła jej siły, osunęła się głucho na próg. Nie ma Paszy, nie ma Ławrientija, nie ma czarnego wozu. Uniosła spojrzenie ku niebu. To na pewno Wielka Niedźwiedzica. Ta sama, którą się widziało na niebie we Władyku, choć wyglądała inaczej. Z tego samego podwórza patrzyła na nią babka, kiedy była młoda, i wtedy gwiazdozbiór wyglądał właśnie tak, stała w tym samym miejscu, w progu tego samego domu, na tych samych kamieniach, jej babka. Stały wtedy przed nią te same brzozy, po policzkach głaskał ją ten sam wiatr, szeleścił w tych samych jabłoniach. Babka siedziała w tej samej kuchni, z której ona przed chwilą wyszła, budziła się w tym samym pokoju, w którym i ona spała, piła wodę z tej samej studni, wychodziła na dwór przez te same drzwi. Jej stopy zostawiły ślady w tej ziemi, z tego podwórza wychodziła do kościoła, w tej oborze jej krowa tłukła głową w kojec. Łaskocząca w stopy trawa była niczym dotyk babki i szepczący w jabłoniach wiatr miał jej głos: Zarze się zdawało, że patrzy na Wielką Niedźwiedzicę oczami babki, i gdy wreszcie oderwała spojrzenie od nieba, czuła się tak, jakby miała w sobie młode ciało babki i słyszała jej głos nakazujący wrócić do środka i szukać opowieści, której nikt jej nigdy nie opowiedział. Pomacała kieszeń. Fotografia [babek: Ingel i Allidy z młodości – przyp. aut.] była na swoim miejscu.

[…]

Gdy tylko dziewczyna wyszła, Aliide zatrzasnęła drzwi domu i przekręciła klucz w zamku, po czym wróciła na swoje miejsce przy kuchennym stole i wysunęła nieco ukrytą pod ceratą szufladę, aby w razie czego mieć pod ręką leżący w niej pistolet. Trzymała go tam, odkąd Martin [mąż Aliide, estoński aparatczyk komunistyczny – przyp. aut.] odszedł i została wdową. Z podwórza nie dochodziły żadne dźwięki. Może dziewczyna sobie poszła? Odczekała minutę, potem drugą. Pięć. Zegar tykał, huczał wiatr, ściany skrzypiały, lodówka warczała, wilgoć zżerała strzechę, w kącie skrobała mysz. Czas przez dziesięć minut wlókł się zakosami, aż nagle ktoś zaczął pukać do drzwi wejściowych i usłyszała wołanie. To był głos dziewczyny, prosiła, żeby jej otworzyć, zapewniała, że na dworze nikogo nie ma, że jest sama. Aliide ani drgnęła. Skąd mogła wiedzieć, czy dziewczyna mówi prawdę? Może za jej plecami stał ten cały mąż? Może zdołał załatwić z nią swoje sprawy po cichu?

[…]

Śmieci nazbierało się tyle, że nie zdołała spalić wszystkiego od razu. Skóra przeszła smrodem starości. Umyła ręce po łokcie, ale znów się zabrudziły, gdy tylko chwyciła kolejną gazetę. Niekończące się roczniki „Estoński Komunista”. I sprowadzone przez Martina książki: K. Raave, Doświadczenia pracy ideologicznej w rejonie Viljandi, R. Hagelberg, Analiza efektywności produktywnej hodowli bydła w kołchozie, Nadieżda Krupska, Pytania o komunistyczne wychowanie młodzieży. Pod piecem rosła sterta lepiąca się jeszcze od starego optymizmu. Mogłaby palić stopniowo, używać książek na podpałkę, ale coś jej mówiło, że lepiej od razu pozbyć się wszystkiego. Powinna była raczej dalej szukać czegoś, co mogłoby ją obciążać. Martin doskonale wiedział, że trzeba się zabezpieczać, i nigdy tego nie zaniedbywał, więc musiał coś na nią mieć. Ale stos śmieci pod piecem za bardzo grał jej na nerwach.

[…]

Oprócz fotografii babka dała jej kartkę z adresem, napisała na niej nazwę wsi i swojego rodzinnego domu. Dom Tammów [dąb, narodowy symbol Estończyków – przyp. aut.]. Gdyby czasem Zara w tej swojej wielkiej podróży po świecie trafiła kiedyś do Estonii. Zdziwiła się bardzo, ale dla babki sprawa była oczywista. Niemcy są przecież zaraz przy Estonii! Pojedziesz tam, skoro tak się teraz łatwo do tych Niemiec dostać. Gdy zwierzyła się babce, że pojedzie do pracy do Niemiec, staruszce aż się roziskrzyły oczy. Mama jak zawsze nie wykazała zainteresowania, a nawet była zamiarom córki szczególnie niechętna; jej zdaniem Zachód był zbyt niebezpieczny. I nie zmieniła go nawet w obliczu perspektywy doskonałych zarobków. Zresztą na babce te wielkie sumy też nie wywarły najmniejszego wrażenia, postawiła tylko warunek, że za zarobione pieniądze Zara musi pojechać do Estonii.

[…]

Aliide poszła do chaty Kreelowej. Stara Maria słynęła ze złego oka i sztuki zatrzymywania krwi, jeszcze zanim ona przyszła na świat, więc miała całkowite zaufanie do jej umiejętności. Szła do niej niechętnie, bo stara Kreelowa widziała wszystko jak na dłoni, a ona nie chciała, by ktokolwiek wiedział o jej zgryzocie, lecz w tak beznadziejnej sytuacji nie było innej rady i należało iść. Stara siedziała na ławeczce przed chatą ze swoimi kotami; powiedziała, że na nią czeka. A wie babka Maria, z czym przychodzę? Jasny chłopak, młody i dorodny [Hans, którego kochały i Ingel i Aliide a który odwzajemnił ją tylko Ingel – przyp. aut.]. Bezzębnymi ustami ssała kromkę chleba. Aliide postawiła na progu słoik miodu. W drzwiach wisiały wiązki ziół, obok siedziała wrona i wpatrywała się w nią nieruchomym wzrokiem. Zlękła się, w dzieciństwie ją straszyli, że wrony to zaczarowani ludzie. Całe ich stado krakało w obejściu już wtedy, gdy przyszła do Kreelowej po raz pierwszy, jak ojciec zranił się siekierą w nogę. Stara kazała wszystkim wyjść i została z nim w kuchni sam na sam. Dzieciom nie trzeba było zresztą dwa razy powtarzać, bo cuchnęło tam tak okropnie, że aż nos się jej zatkał. Na stole stał wielki słój muszych larw, na rany. Na szumiące za ławeczką drzewo sfrunęła wrona, stara kiwnęła jej, jakby na przywitanie. Słońce przypiekało, ale na podwórku Kreelowej wiało chłodem. Za otwartymi drzwiami widać było ciemną kuchnię. W sieni stała sterta poduszek. Poszewki lśniły bielą, koronki falowały na granicy światła. Poduszki po zmarłych. Kreelowa je zbierała. Macie, babko, gości? A kiedy ja bym ich nie miała, ledwo się w izbie mieszczą. Aliide odsunęła się od drzwi. Coś tak mi się widzi, że kiepska pogoda na te żniwa będzie – rzekła stara, wsuwając do ust kawałek chleba. – Ale to cię pewnie nie interesuje. Słyszałaś, co wrony powiadają. Aż się wzdrygnęła. Starucha się zaśmiała, wrony milczały już od wielu dni. Aliide powiodła spojrzeniem po obejściu, ptaków rzeczywiście nie brakło, ale żaden nie wydawał najmniejszego głosu. Zza chaty dobiegało tęskne miauczenie kotki w rui, stara zawołała na nią i chwilę później czworonóg ocierał się już o jej kostur.

[…]

Gdyby została starą panną, ludzie by sądzili, że musi być z nią coś nie w porządku. Tak właśnie by myśleli, choć wolnych mężczyzn nie było zbyt wielu. Czerwoni podejrzewaliby, że jej ukochany ukrywa się w lesie. Inni snuliby domysły, dlaczego nikt jej nie chciał. Musiał być przecież jakiś powód, że nie była w pełni kobietą, że nie odpowiadała żadnemu mężczyźnie albo nie potrafiła się z żadnym dogadać. Coś musiało być tego przyczyną. I prędzej czy później pewnie wyszłoby na jaw. Co najważniejsze, teraz nikt już nie mógł insynuować, że podczas przesłuchań do czegoś doszło, skoro wyszła za takiego człowieka jak Martin Truu. Nikt by nie uwierzył, że kobieta po czymś takim mogłaby jeszcze wyjść za komunistę. Nikt by nie śmiał mówić, że taka Aliide zgodziłaby się na wszystko. Albo że może trzeba by ją wypróbować. Nikt by nie śmiał, bo była teraz żoną Martina Truu i przyzwoitą kobietą. I to było najważniejsze. Żeby nikt się nigdy nie dowiedział [że zdradziła w donosie na przesłuchaniu siostrę Ingel, którą zesłano do łagrów sobie zapewniając względny spokój – przyp. aut.].

[…]

Aliide zaczęła wkładać swoje sukienki do szafy – prawą ręką – i wrócił jej dobry humor, mimo że nie zdołała wyprawić Martina na noc z domu. Położyła swoją szczotkę do włosów na stoliku pod lustrem, obok szczotki Ingel. Miała poczucie, że wprowadza się do ich wspólnego domu, jej i Hansa [ukrywanego w domu na strychu przed zemstą estońskich komunistów – przyp. aut.]. Do naszego domu. Będzie mogła siedzieć za kuchennym stołem naprzeciwko niego i będą sobie prawie jak mąż i żona. Jego Aliide będzie mu gotować i grzać wodę do mycia, będzie mu podawać przy goleniu ręcznik. Teraz ona będzie robić to wszystko, co wcześniej robiła Ingel, wszystkie prace przynależne żonie. Będzie dla niego prawie jak żona. I teraz dopiero się przekona, że Aliide piecze lepszy chleb niż Ingel, że robi na drutach lepsze skarpety, gotuje smaczniejsze obiady. Kiedy skończy się wreszcie to wieczne wodzenie oczami za warkoczami Ingel, Hans zobaczy, że Aliide jest powabna i słodka. Teraz będzie musiał rozmawiać z nią, a nie z Ingel. Teraz będzie musiał widzieć ją, a nie Ingel. A nade wszystko będzie musiał w końcu zauważyć, jak doskonale poznała tajemnice roślin i sztukę leczenia. W tym była zawsze zdolniejsza od siostry, ale kto by to zauważył, kiedy u estońskiej gospodyni wyżej ceniono umiejętność zaczyniania ciasta i zręczność przy krowach, kto by zauważył, że tym samym chrzanem, którym Ingel doprawiała kwaszeniaki, ona leczyła bóle brzucha! Ale teraz będzie musiał to wreszcie zobaczyć! Przygryzła wargę. Z wiedzą tajemną nie wolno się obnosić, bo gdzie zaczyna się pycha, tam się kończy magia. Początkiem wszystkiego jest pokora, a czary czerpią moc z milczenia.

[…]

Aliide nie potrafiła pojąć, jakim sposobem fotografia jej i Ingel znalazła się nagle w dłoni Zary. Dziewczyna mówiła o tapecie i kredensie, ale ona nie przypominała sobie, by cokolwiek tam ukrywała. Zniszczyła wszystkie zdjęcia, ale może Ingel coś ukryła, gdy jeszcze była w domu? Ale to nie miało sensu, po co Ingel miałaby to robić, ukrywać fotografię z siostrą? Co prawda miała na nim na piersi emblemat Związku Młodzieży, ale znaczek był taki mały, że kto by go tam wypatrzył oprócz samej Ingel. Wyprawiwszy Zarę do łóżka, umyła ręce i zaczęła ostukiwać ścianę i kredens, pukała palcem w tapetę, wsuwała nóż w szczeliny szafki, za lamperię, ale nic nie znalazła. W kredensie pobrzękiwały tylko naczynia i kartkowy arsenał butelek z alkoholem. Śpiąca w izbie dziewczyna Zara oddychała równo, radio trzeszczało o wyborach, Ingel na zdjęciu była wiekuiście piękna. Pamiętała dzień, kiedy poszły zrobić to zdjęcie do zakładu „Modern” B. Veidenbauma. Ingel miała już osiemnaście lat. Wstąpiły do kawiarni Dietrichów, Ingel zamówiła kawę po warszawsku, natomiast ona gorącą czekoladę. Ciastko karmelowe tajało w ustach, pachniały jaśminy. Ingel kupiła na drogę ciastka francuskie, Helena Dietrich zawinęła je w biały papier i w sznurek wplotła patyczek, to była ich specjalność – piękne opakowania z wygodną rączką. Dym tytoniowy, szelest gazet. Wtedy jeszcze były nierozłączne.

[…]

Uspokój się! Zgodnie z paragrafem dwieście szóstym wszyscy repatrianci muszą podpisać zobowiązanie do zachowania milczenia. Co to znaczy? Że nie wolno im puścić pary z gęby o prowadzonym przeciwko nim śledztwie. I nietrudno sobie wyobrazić, że będą musieli jeszcze podpisać drugie takie zobowiązanie, jak zaczną ich wypuszczać. Dotyczące pobytu w łagrze. Więc nie będą mogli nic mówić o tamtych sprawach? Chyba że będą bardzo chcieli wrócić tam, skąd przyszli. Talvi [córka Aliide i Martina – przyp. aut.] przestraszyła się podniesionych głosów, rozpłakała się. Martin wziął córkę na ręce, zaczął uciszać. Ona namacała w kredensie buteleczkę palderjanu. Podłoga miękła jej pod stopami. Ja to załatwię – rzekł w końcu. Wierzyła mu, wcześniej zawsze dotrzymywał słowa. I tym razem jej nie zawiódł. Nie wróciły. Zostały tam.  Zresztą i tak nie zamieszkałyby w ich domu. Nie osiedlono by ich nigdzie w pobliżu. Ale gdyby tylko znalazły się w Estonii, ona by nie mogła… Aliide chciała mieć w nocy spokojny sen. Chciała bez strachu chodzić po zmroku i jeździć rowerem w blasku księżyca, chodzić przez pola po zachodzie słońca i budzić się rano w domu, który w nocy nie spłonął, grzebiąc w pożodze ją i Talvi. Chciała czerpać wodę ze studni i widzieć, jak autobus kołchozu przywozi córkę ze szkoły do domu, chciała, by jej dziecko czuło się bezpieczne także wtedy, kiedy ona nie czuwa. Nie chciała już nigdy w życiu ich spotkać. Nie były to chyba wygórowane marzenia. Chyba chociaż tyle mogła jeszcze zrobić dla swojej córki?

[…]

Warkot silnika cichł. Właz skrytki zaczął dudnić od uderzeń. Tarasująca go szafa drżała, podzwaniały stojące na niej talerze, uszko filiżanki Ingel uderzało o szklaną cukierniczkę, przez krawędź podskakującego naczynia zaczął się sypać cukier. Podeszła do szafy – tak się kopie, jak się jest młodym, zapamiętale i na próżno. Włączyła VEF-a. Kopanie stało się jeszcze bardziej natarczywe. Pogłośniła radio. Pasza nie jest policjantem! I nie jest moim mężem! Proszę mu nie wierzyć! Proszę mnie wypuścić! [Zarę ukryła Aliide tam, gdzie skrywał się przez kilka lat Hans – przyp. aut.]. Podrapała się po gardle. Grdyka wydawała się zupełnie luźna, ale co do pozostałych odczuć nie miała już pewności. Część niej cofnęła się o kilkadziesiąt lat do tamtej chwili na podwórzu przed biurem kołchozu, kiedy wszystkie siły ją odeszły, spłynęły po nogach w piasek. Teraz miała pod stopami tylko betonową posadzkę, szron przenikał do pięt i kości, tak samo musiało być tam, w obozie w Archangielsku. Czterdzieści stopni mrozu, na wodzie ciężka mgła, świdrująca do szpiku kości wilgoć, oszronione rzęsy i usta, pnie w basenie selekcyjnym jak unoszące się na wodzie trupy, ludzie pracujący po pas w wodzie, nieskończona mgła, nieskończone zimno, nieskończoność. Ktoś opowiadał o tym na rynku zduszonym szeptem. Nie jej, ale z biegiem lat uszy jej urosły i słuch się wyostrzył jak u zwierzęcia, więc łapczywie słuchała. Okolone zmarszczkami oczy mówiących były tak ciemne, że nie odróżniała źrenic od tęczówek, i patrzyły na nią, jak gdyby wiedziały, że słyszy. Był rok 1955, rehabilitacja szła pełną parą. Odeszła pospiesznie, serce waliło jak młot.

[…]

Aliide do tamtej pory była przekonana, że Hans potrafi się przystosować, ale teraz nie mogła być już tego taka pewna. Co będzie, jeżeli znowu go nawiedzą te wizje? I to wtedy, gdy Martin będzie w domu? Co prawda całymi dniami przebywał poza domem, ale w każdej chwili mógł do niej przyjść ktoś ze wsi. Co będzie, jeśli Hans nie zgodzi się wtedy wrócić na strych, narobi hałasu albo wyskoczy na dwór, może nawet prosto w łapy enkawudzistów? Na wszelki wypadek przygotowała sobie mały tobołek i ukryła go w sieni między innymi rzeczami, których Martin nigdy by nie dotknął, pośród lnianej przędzy i innych kobiecych robótek. Będzie pod ręką, gdyby po nią przyszli. Tylko tędy będą ją mogli wyprowadzić z domu. Chyba że Hans dostałby ataku, kiedy byłaby w izbie, a Martin w kuchni. Wtedy musiałaby się wymknąć przez okno. Może warto by przygotować drugi tobołek i tam schować? Ale gdyby nawet zdążyła go zabrać ze sobą, dokąd by uciekła? Hans pewnie od razu zabiłby Martina, gdyby ten otworzył drzwi kryjówki, ale co by to pomogło? A jeśli w domu byliby akurat goście? Choćby sama uciekła, prędzej czy później złapaliby ją i wzięli na przesłuchanie. Gdyby Martin dowiedział się o wszystkim, pierwszy by ją rzucił w łapy czekistów, co do tego nie było żadnej wątpliwości, a ci szybko by sobie dopowiedzieli, że ona i Hans byli kochankami, no i zaczęliby ją wypytywać, co i jak, gdzie i kiedy. Może kazaliby jej to narysować albo pokazać, rozebrać się i zademonstrować. To by ich zainteresowało, żona Martina i jej kochanek faszysta, kazaliby sobie wszystko opowiedzieć o faszystowskim kochanku, a że była żoną Martina, musiałaby porównywać, co robiła z faszystowskim kochankiem, a co z oddanym sprawie towarzyszem. Który był lepszy, który miał twardszego? Jak się ciągnie druta faszystowskiej świni? I otoczyliby ją ciasnym kręgiem, ze sterczącymi chujami, gotowi ją ukarać, dać jej dobrą szkołę, wydrapać do czysta z faszystowskiego nasienia.

[…]

Stanęła przed kryjówką i pogładziła palcami szafę, pogładziła ścianę i zaczęła powoli przesuwać mebel, centymetr po centymetrze. Słyszała, jak strzyka jej kręgosłup, jak trzeszczą stawy. Czuła cały szkielet, zupełnie jakby zmysł czucia przeniósł się z mięśni w głąb ciała, do wnętrza kości. Córka siostrzenicy. Rosjaneczka. Dziewczyna, co wyglądała na Rosjankę. W rodzinie Aliide porodziły się Rosjanki. Nie tylko takie małe pionierki jak Talvi, nie tylko takie, co to miały kokardy większe od głowy i krótkie spódniczki, ale prawdziwe Rosjanki, takie, co to przyjeżdżały tu w poszukiwaniu lepszego życia, burząc je innym, przyjeżdżały domagać się i żądać, Rosjanki, które niczym się nie różniły od innych Rosjanek. Linda nigdy nie powinna mieć dzieci. Ani ona. Żadna kobieta z ich rodziny nie powinna. Trzeba im było tylko dożyć do końca swoich dni. Wyprostowała się, oderwała od szafy, nalała sobie do szklanki wódki, wychyliła jednym haustem, wydmuchała nos w rękaw. Zupełnie jak Rosjanie. Jeszcze nie wiedziała, co zrobić, jak postąpić. W nosie poczuła zapach brzozy, poczuła wywar z jej liści, którym Ingel myła i płukała włosy, poczuła ów ciężki zapach drzewa, którym buchało powietrze, kiedy siostra rozplatała warkocz. Druga szklanka wódki jeszcze nie zmogła tego smrodu, zemdliło ją. Znów zaczęło się jej mącić w głowie, myśli się tłukły jak diabeł po piekle, to się rozjaśniały, to znów plątały. Spostrzegła, że nazywa ją w myślach dziewczyną, jej imię gdzieś się zapodziało, nie potrafiła się nim posłużyć. Strach dziewczyny był prawdziwy. Ucieczka musiała być prawdziwa. Mafiosi byli prawdziwi. Nie interesowali się nią, Aliide Truu, tylko dziewczyną. Może i historia, którą jej opowiedzieli [będąc pierwszego razu z wizytą u Aliide i rozpytując o Zarę – przyp. aut.], była prawdziwa, może los rzeczywiście rzucił dziewczynę do Tallina, gdzie zabiła klienta i uciekła, i może rzeczywiście nie znała żadnego innego miejsca, gdzie mogłaby się schronić. Brzmiało to wiarygodnie. Może ta dziewczyna naprawdę niczego od niej nie chciała. Może interesowało ją tylko jedno, może tylko jednego chciała – uciec. Może to było właśnie tak. Dobrze wiedziała, jak to jest, gdy człowiek myśli tylko o tym, by uciec. Martin chciał politykować, ale jej to nigdy nie interesowało, choć maszerowała z mężem ramię w ramię. Może historia dziewczyny była tak samo nieskomplikowana jak jej własna. Ale musiała się jej pozbyć, nie chciała więcej mafiosów pod swoim dachem. Tylko co ma teraz zrobić? Może lepiej nie robić nic.

[…]

Kuchnia pogrążała się w wieczornej szarudze. Siedziała bez ruchu na swoim krześle. Czy Ingel powiedziała dziewczynie? Nie, na pewno nie. Albo Linda? Nie. Niemożliwe. To byłoby jeszcze głupsze. Ale dziewczyna skłamała. Jakiej pomocy spodziewała się od ciotecznej babki, która nie wie, że są dla siebie rodziną? A może i chciała jej powiedzieć, ale potem zmieniła zdanie? Czy Ingel wiedziała, że dziewczyna tu jest? A to zdjęcie, czy to nie kolejne kłamstwo, czy to aby ona go tu z sobą nie przywiozła, nie dostała go od Ingel? Zapiał kogut. Zegar tykał. Herbaciany grzyb w słoiku gapił się na nią, choć bardziej przypominał hubę w brunatnej wodzie niż zwierzę. Z kryjówki dobiegało skrobanie, zupełnie jakby pazury Hiisu [istoty demoniczne w mitologii fińskiej – przyp. aut.]. Mafiosi mogli jeszcze wrócić. Jeśli im nie otworzy, wejdą siłą. Podpalą dom. A może chcieli jednak jej lasu, kto ich tam wie. Może dziewczyna zwiedziała się jakoś, że cioteczna babka będzie mieć niedługo las, który można potem dobrze sprzedać Finom. I zleciła sprawę mafii, żeby się nią zajęła, ale potem o coś się poprztykali. Czy to Ingel stała za tym wszystkim? Może dziewczyna była naiwna, wyobrażała sobie pewnie, że mafia odzyska dla niej pieniądze, a potem zdała sobie sprawę, że zabiorą jej wszystko. Niczego nie można było wykluczyć. W tym kraju, w ten czas wszystko było do wzięcia. Rosjanka czy nie, miała podbródek Hansa.

[…]

Ants Makarov, syn Andresa – Hans powtarzał swoje nowe personalia. – I mam się tylko zarejestrować w hotelu i iść do pracy? Tak. Zdumiewająca z ciebie kobieta. Kwestia organizacji. Kosztowało mnie to jedną świnię. I dwa słoje miodu. Wręczyła Hansowi plik komunistycznych gazetek i kazała czytać w pociągu do Tallina. I trzymaj je potem na widocznym miejscu w swoim pokoju. Odłożył gazetki i wytarł ręce o spodnie. Hans, musisz być wiarygodny! I masz chodzić na zebrania i zabierać głos! Nie jestem zdolny do czegoś takiego. Masz być! Zawiozę cię bryczką na stację, ukryjesz się w towarze, aby się we wsi nie dziwili, że obcego mężczyznę wiozę. A potem tylko wskoczysz do pociągu. Jak później przyjadę, to ci powiem, co nowego słychać. Kiwał głową. Dasz tu sobie radę? I odwróciła się do pieca.

[…]

Dziewczyna Zara była tak podniecona, że bez trudu dała się wepchnąć do taksówki, choć coś tam jeszcze mamrotała pod nosem. Aliide przypomniała jej, że lada chwila ktoś się może zjawić po Paszę i Ławrientija [których zastrzeliła na progu swego domu – przyp. aut.], że czas ją ciągle goni. Lepiej, żeby dotarła do portu, zanim ktoś zauważy ich zniknięcie. Jeśli dziewczyna wyjdzie z tego cało, ma powiedzieć Ingel, że czeka tu na nią dawno utracona ziemia. Ingel i Linda dostaną estońskie obywatelstwo, emeryturę, paszport, a potem ziemię. Ingel wróci, a ona nie będzie już mogła temu zapobiec. Dlaczego zresztą nie miałoby się Zarze udać, paszport się znalazł u Paszy w kieszeni, a zwitkiem zielonych opłaci nie tylko taksówkę do Tallina, ale i szybką wizę, po co jeszcze szukać tirów w porcie? Oczy tylko wytrzeszczała jak spłoszony koń, ale wyjdzie z tego cało. Taksówkarz dostał gruby plik banknotów i po drodze nie zapyta o nic. Dziewczyna po Ingel i Lindzie też dostanie estoński paszport. Już nie będzie musiała wracać do Rosji. Może powinna była jej o tym powiedzieć. Kto wie? Ale chyba sama się zorientuje. Przeszła do izby, wzięła kartkę papieru i długopis. Napisze do Ingel list. Że wszystkie dokumenty potrzebne do odzyskania ziemi znajdzie u notariusza, muszą tylko z Lindą przyjechać; w piwnicy jest pełno konfitur i zapraw, które zrobiła według ich starych przepisów. Koniec końców wyrobiła się w kuchni, choć Ingel nigdy nie wierzyła w kulinarne zdolności siostry. A tu ją nawet chwalili. Przez drzwi izdebki widziała buty Paszy i Ławrientija. Czy idą już tu chłopcy, ci, co śpiewają piosenki? Czy już wiedzą, że została sama? Chłopcy Aino wystarają się o benzynę. Da im cały alkohol i co tylko zechcą wziąć z domu. Mogą zabrać wszystko. Zeszyt z przepisami złożyła na pół i wsadziła do koperty. Jutro nada list, załatwi benzynę i obleje nią dom. Potem już tylko zerwać podłogę w kryjówce, powinna jeszcze dać radę. Położy się obok Hansa, w swoim domu obok swojego Hansa.

Sofi Oksanen, Oczyszczenie

Powieść obyczajowa fińskiej pisarki młodego pokolenia Sofi Oksanen przenosi nas na estońską prowincję w lata trzydzieste po dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Nikt nie wie jakie mroczne tajemnice ze swej przeszłości skrywa Aliide Truu, staruszka pędząca swój idylliczny żywot na głuchej wsi estońskiej. Nikt też nie wie, że siostrzenica Zara, która tak jakby „przypadkiem” pojawia się w jej życiorysie i w skromnym obejściu daje więcej niż niewzruszoną okazję do tej nader ludzkiej ekspiacji w której życie domyka się w idealne okręgi, holistyczne koła i wzruszające owale.



powrót ››


 

Darmowy licznik odwiedzin