Zza zielonej góry

Pochodzenie wsi Grudusk ginie gdzieś w pomroce dziejów. Wprawdzie w prastarej tradycji nazwa pochodzi od grodu pobudowanego przeszło 900 lat temu, nie mniej jednak istnieje też przekaz o prasłowiańskich korzeniach tej rolniczej osady. Za tezą tą przemawia sama nazwa Gruduska. Według Alfreda Pawińskiego Grudusk nazywał się dawniej

Grudowsk względnie Grudwsk. Jakby na potwierdzenie tych słów znaleziono na terenie pól kamienną sochę, którą ongiś stosowali tu Prasłowianie. Niestety, w 1915 roku, socha ta zaginęła, podczas zmagań wojennych, które wieś obróciły niemal w perzynę. Jeśliby przyjąć prasłowiańską wersję pochodzenia Gruduska należałoby przesunąć jego początki o dalszych kilkaset lat wstecz, a więc niemal do początków naszej ery. Prawdopodobnie, oba przypuszczenia mogą być równie prawdziwe. Bowiem na miejscu prehistorycznego ośrodka kultowego powstaje miejsce obronne.

Pierwsze, drewniane grodzisko zostało wzniesione za książąt mazowieckich na kopcu, który dziś nosi nazwę „Zielonej Góry”, o pochodzeniu, której przekazy wciąż jednak milczą. Na nim też wnosił się gród warowny, otoczony wokół wysoką palisadą. Sam kopiec okrążała zaś fosa, której ślady noszą nieliczne wgłębienia po wschodniej i południowej stronie górującego stoku. Ale i od północy, grodzisko osłaniała bagnista tu rzeczka, która mocno ograniczała swobodny doń dostęp.

Gdyby porównać położenie kopca, z tymi w pobliskich Czernicach, Pawłowie czy Grzebsku być może nasuwa się pewna analogia. Czy, aby wszystkie nie stanowiły ogniwa jakiegoś łańcucha, na którym opierała się dawna granica z Prusami? I rzeczywiście przekazy sugerują takie rozwiązanie. A, mianowicie, że stały na odwiecznym szlaku wojennym niejako na straży przed wojowniczym ludem, który potrafił w zapędzie dotrzeć pod Płock.

Istnienie kopca pozwala przypuszczać, że i sam Grudusk istniał już za Bolesława Śmiałego, a może nawet i dużo wcześniej. Ale, już, jako gród stał się wpływowym ośrodkiem kulturalnym. Za tezą tą przemawiałyby nazwy okolicznych wsi. I tak po kolei: Żarnowo, gdzie prawdopodobnie wyrabiano żarna, Kołaki zamieszkiwane przez kołodziei, Strzelnia – to tu sporządzano strzały i broń, Pszczółki – znane z hodowli miodu, Wiśniewo, skąd dostarczano wisien, Sokołowo, co słynęło z sokolników, wreszcie Rąbierz, bo leżał na rubieży, czyli granicy, za którą ciągnęły się już tylko nieprzebyte bory. Prawdopodobnie też od tego grodu pobudowanego na kopcu pochodzi nazwa dzisiejsza Gruduska.

I znowu powołując się na Pawińskiego trzeba stwierdzić, że w XVI wieku na Mazowszu nie było większych folwarków. Z Gruduska ofiarę, czyli podatek płaciło ledwie kilkunastu poddanych. W czasie wojny 30-letniej, wieś poszła z dymem, w tym piękny, murowany kościół w stylu wiślano-bałtyckim. Potem i ludność przetrzebiły liczne zarazy, w tym czarna ospa, która przechodząc przez Europę nie ominęła także Mazowsza. Pod koniec wieku, liczba ludności spadła o ponad połowę. Po wyludnieniu, pola zarosły lasami, ziemia stała ugorem, całość zamieniała się w krainę lasów i kniei. I wtenczas nastały pierwsze folwarki. A, pozostali przy życiu osadnicy karczowali sobie ile popadło, zagarniali też coraz to większe obszary.

W XVII i XVIII wieku Grudusk przechodził zmienne koleje losu. Dobra wielokrotnie rozdrabniane, to znowu scalane przechodziły z rąk do rąk Zawadzkich, Krasińskich i Grabowskich, nawet przejściowo zarządzane przez tutejsze probostwo. Do dziś w ołtarzu głównym strzelistego kościoła widnieje obraz Matki Boskiej, nieznanego artysty, dar biskupa Krasińskiego.

W XIX wieku dobra gruduskie dostały się rodzinie Turowskich. Zanim jednak przeszły w te ręce, figurowały w hipotece, jako Grudusk A i Grudusk B. Do Gruduska A należały niektóre grunta sąsiedniej wsi Purzyce oraz las wydzielony ze wsi Grabowo – Wykno. Na Grudusk B składały się zaś pozostałe części Gruduska oraz sąsiedni folwark Wiksin. W sumie obszar obu folwarków dochodził do 90 włók, czyli 1511, 5 ha nierównej tu gatunkowo ziemi.

Pierwszym właścicielem Gruduska, wpisanym do płockich ksiąg hipotecznych był Michał Turowski. Najpierw w 1805, a następnie w 1806 roku nabył je od Szymona Grabowskiego za łączną sumę 460.000 zł, czyli za 76.666 talarów 16 groszy oraz za 200 dukatów porękawicznego łącząc te części w jedną, względnie spójną całość.

Księgi te dalej mówią, że w 1827 roku, tenże Michał zmarł pozostawiając po sobie licznych następców. Ale, dopiero w dwa lata później, syn jego Franciszek objął w posiadanie schedę po ojcu. Niebawem, kiedy i on odszedł, do sukcesji stanęło kilkoro rodzeństwa: Jan Turowski, Agnieszka z Turowskich Mieczyńska, Marianna z Turowskich Marcinkowska oraz dzieci po zmarłej siostrze Feliksie Nierzkowskiej.

A, spadkobiercy długo dochodzili do porozumienia. Sam zaś majątek przechodził w ręce to jednych to drugich, po czym wydzierżawiony popadał w coraz to większą ruinę. Jedynie, w 1842 roku, Agnieszka Mieczyńska zdołała spłacić Jana, swego starszego o kilka lat brata.

Taki stan rzeczy trwał jednak zbyt długo. W 1850 roku, dobra nabył syn Agnieszki, Ludwik, który na publicznej licytacji dał zań dokładnie 251.525 zł, czyli 37.683 rubli 75 kopiejek.

Jak na owe czasy nabywca stał się rolnikiem nad wyraz postępowym i podniósł z upadku zrujnowane gospodarstwo. Jako członek Towarzystwa Rolniczego zawzięcie propagował nowe idee, ale i zintensyfikowaną kulturę rolną. Najpierw za pieniądze z wyrębu lasu postawił gorzelnię w Grudusku, choć ta wnet mu upadła. Ale, niebawem przerobił ją na browar, który konkurował na rynku przez lat kilkanaście. Potem, też, jako pierwszy przeprowadził przez mokre pola planową sieć rowów, które tym znacznie osuszył. Z upraw na szeroką skalę siał koniczynę i założył plantację cukrowego buraka, którego odstawiał do cukrowni Krasiniec. W zapale wziął się też za uprawę tytoniu na potrzeby monopolu Kronenberga. Niestety, ogromne nakłady, jak i straty w powstaniu czy wręcz chorobliwa gra w karty wnet poderwały te interesy. Na domiar złego, w 1867 roku, uwłaszczenia włościan uszczupliło majątek o dalszych 468 morgów 229 prętów tj. 262, 5 ha. Za dwa lata odpadł też las ze wsi Grabowo – Wykno, a za dalszych cztery, dwa sąsiednie folwarki: Grudusk Olszak i Grudusk Brzezowo. Próbując ratować swe interesy, Ludwik zapożyczył się w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim. A, jak wynikało z aktu wypłaty majątek wtedy rozpościerał się na obszarze 1209 mórg i na 124 prętach tj. na 677 ha. Tyle, że zabiegi te okazały się płonne. Dopiero wówczas Ludwik oddał się pod opiekę sąsiadów, osób rozsądnych i zapobiegliwych. Ci, zaś w 1892 roku zamienili mu większy Grudusk na mniejszy Sławęcin, w powiecie sierpeckim. W ten sposób, może nieco okrężnie dobra gruduskie dostały się w ręce nowego dziedzica, Stanisława Starzyńskiego.

Stanisław, adept paryskiej Szkoły Nauk Politycznych, nie był dobrym rolnikiem, ale ekonomistą. I jakby na potwierdzenie tych słów każdemu do znudzenia wygłaszał maksymę: „Niech przepada byle płaciło”. W majątku zaś gospodarował nader oszczędnie, wręcz ekstensywnie. Przy niskich nakładach, czerpał znaczne dochody. A, sprzedając wnet Grudusk chwalił się, że wyciągał nawet do 18.000 rubli rocznego dochodu. Zanim jednak do tego doszło, w 1895 roku, włościanie za zrzeczenie się serwitutów dostali 87 mórg 246 prętów, czyli prawie 50 ha czystej, dworskiej ziemi. Wtedy też ostatecznie majątek stanął na 1121 morgach 178 prętach, czyli na jakichś 628 ha pól, lasów i łąk. Starzyński zostawił po sobie murowany spichrz, stodołę i oficynę. Przystosował też budynki i skompletował inwentarze hodowlane.
W 1899 roku, Grudusk zakupił Ignacy Bojanowski za sumę 81.000 rubli. Ale, dalsze 40.000 wydał na długi i pozostałe koszty, głównie te, administracyjne.

Idąc za przykładem poprzedników, Ignacy oparł gospodarstwo na uprawie buraka. A, koniunktura na nie była coraz to większa. W sukurs przyszła cukrownia Ciechanów, która na miejscu, w 1900 roku, otworzyła buraczarnię płacąc po 6 kopiejek za korzec (128 l). Nieco mniej niż na składach kolejowych, ale za to z własnym transportem. Niebawem, w 1905 roku, pobudowała prawie 20 km bruku do Ciechanowa. I jeszcze w tym samym roku, udzieliła plantatorom bezprocentowego kredytu na drenowanie podmokłych pól. A, kalkulacja wydawała się nad wyraz prosta. Bowiem na takich polach buraki miały przynajmniej o 1% więcej cukru niż na dotychczasowych. I tak do wojny wydrenowano w Grudusku aż 20 włók tj. 335, 86 ha pól, zresztą nie tylko buraczanych. W 1914 roku cukrownia oddała też drugą placówkę i położyła tory pod kolejkę wąskotorową aż do samego składu. Ale, nie zdążyła z niej jednak skorzystać dzieląc los wielu urządzeń zniszczonych podczas wojny. Za to pomogła plantacji buraka. Ta zaś, w tym samym roku, stojąc u szczytu potęgi oparła się na 175 morgach, czyli na prawie 100 ha z przeciętnym plonem 350 q z ha. I choć burak nie trafił już do zakładu i tak stanowił brutto blisko połowę całego obrotu pieniężnego zapobiegliwego dziedzica.
Nie mniej jednak to właśnie wojna światowa najboleśniej dotknęła ciągle rozwijający się Grudusk. Od samego początku majątek przechodził z rąk do rąk. Aż wreszcie nagminne rekwizycje, ciągłe pożary, rozbiórki pod okopy, na opał, tudzież wojna pozycyjna zrujnowały go niemal doszczętnie. Budynki mieszkalne i gospodarcze rozebrano do fundamentów. W rozsypkę poszedł inwentarz żywy i martwy. Z upraw wykopane ziemniaki pieniły się w rejach. Z burakami rzecz miała się zgoła tak samo. Równie szybko zgniły w kopcach albo walały się po polach byle jak, gdzie popadło.

Z nastaniem następnego roku rozpoczęła się wojna pozycyjna. Aż 11 razy na przemian to Niemcy, to Rosjanie zajmowali Grudusk. Okopy rosyjskie biegły tak, że zaczynały się w podwórzu, a kończyły w ogrodzie, zaś naprzeciw niemieckie w szczerym polu straszyły zasiekami. I taki stan rzeczy utrzymywał się przez pół roku dopóki ofensywa niemiecka nie odrzuciła Rosjan hen za Narew. W czasie tych działań całkowicie wysiedlono okoliczną ludność, po czym majątek przedstawiał widoki dymiących się zgliszcz, sterczących ledwie kominów. Straty, jakie poniósł Grudusk Powiatowa Komisja Szacunkowo-Rolna oszacowała na sumę 262.570 rubli, co stanowiło i tak prawie równowartość całego, przedwojennego majątku.

Po przejściu frontu, majątek trzeba było postawić na nogi i to prawie, że od podstaw. W połowie lipca 1915 roku z wygnania powrócili ksiądz proboszcz i dziedzic – Ignacy. Obaj, na razie zamieszkali w majątku Rąbierz, który jakoś dziwnie ominęła pożoga wojenna. Najpierw przystąpił do zbioru ocalałej oziminy, potem zakupił konie i wozy oraz zabrał się za naprawę murowanego dziesięcioraka. A, użyto do tego desek z okopów i podgniłej słomy. Na razie dziesięciorak miał służyć za spichlerz i pomieszczenie dla inwentarza. Jeszcze tego samego roku, udało się naprawić dreny i posiać ozime, choć o połowę mniej niż przed wojną. Tymczasem pola po burakach zaorano, pszenica ledwo wzeszła dając plon mizerny, nie na długo wystarczający. Sporo też zboża oddawało się za darmo powracającej ludności. Za to dobrze obrodziły ziemniaki. Chętnie nabywały je niemieckie urzędy po 12 marek za 1 q loco na stacji kolejki wąskotorowej Grudusk. Dumę dziedzica buraki sadziło się w niewielkiej ilości i wyłącznie po ziemniakach. Na razie zachwaszczenie pól było za duże.

Oprócz, sił własnych do odbudowy zaprzątnięto też środki nadzwyczajne. Ignacy otrzymał od Niemców skromną zapłatę za kwity rekwizycyjne. Z pomocą przyszedł brat Michał dając wiosną owies, jęczmień i ziemniaki pod zasiew. Ale, skorzystano też z pożyczki, udzielonej przez Bank Ziemiański ze specjalnego funduszu ustanowionego przez ziemian poznańskich. Tudzież rękę wyciągnął niemiecki okupant. Na wiosnę 1916 roku, w polu za pługiem stanęła kawaleria bawarska, choć nie za darmo. Wreszcie z daleka sprowadzono niby po kosztach drzewo na odbudowę, pomimo, że surowiec ten można było kupić po cenie w prywatnych lasach.

Z nastaniem niepodległości powolny rozwój nie nabrał przyspieszenia, ale przesunął się o dalsze dwa lata. Na taki stan rzeczy miały wpływ niskie ceny zboża i inwazja bolszewicka. O ile to drugie przeszło prawie bez echa nie licząc strat w inwentarzu roboczym i bydle, o tyle popyt na zboże kształtował zakaz eksportu. A, lata te należały do nadzwyczaj urodzajnych. I choć w 1924 roku kłosy uginały się aż do ziemi, rok ten był dla Gruduska jednym z najcięższych z powodu horrendalnego spadku cen zboża.

Sytuację nieco poprawiło oddanie szos Grudusk – Chorzele i Mława – Przasnysz. Ale, i ponowne uruchomienie buraczarni, do którego teraz wiodła bocznica kolejowa wprost z podwórza wpłynęło na intensyfikację rolnictwa. Po wojnie koszt przewozu zboża z przeładunkiem do szerokiej kolei kształtował się na poziomie 40 groszy za 1 q, a buraków do cukrowni Ciechanów po 45 groszy. Za to taniej wychodził przewóz wytłoków, bo tylko 19 groszy za tonaż. Ze sprzedażą produktów rolnych też różnie bywało. Żyto i pszenicę chętnie odbierały młyny, liczne po miasteczkach. Jęczmień zakupywały przeważnie Syndykaty Rolnicze płacąc przy tym jak i za zboża ozime o 2-3 złote mniej niż na Giełdzie Warszawskiej. W mleko zaopatrywano własną Mleczarnię Spółdzielczą, która następnie przerabiała je na masło, zaś trzodę chlewną nabywali handlarze z Mławy.

Po I wojnie światowej, Ignacy ukierunkował się na produkcje buraczano-zbożową. Z czasem profil wzbogacił przestawiając się na produkcję maku i rzepaku zimowo-letniego, czyniąc też pierwsze kroki pod zasiew grochu Wiktoria.

Nie mniej jednak jeszcze długo dochody z buraka dawały prawie ⅓ całego obrotu gotówkowego w gospodarstwie.
W Grudusku, gleby były gatunkowo nierówne, poprzecinane przepalczyskami, bagienkami i źródliskami. Na równi w trzeciej części występowały czarne, bagienne, co bielicowe i gliniaste oraz lżejsze na podłożu piaszczystym. Przed drenowaniem gleby były trudne do uprawy, poletka zaś małe ograniczone smugami łączek i rowami. Po wojnie, w 1928 roku, Spółka Wodna Grudusk dokończyła drenowanie pól na pozostałych 121 ha. Tym razem Ignacy skorzystał z pożyczki w Państwowym Banku Rolnym zaciągając dług w wysokości 95.000 zł. Po wydrenowaniu, grunty orne podzielił na trzy pola, w każdym z pól było tyle samo ziem cięższych, co lżejszych. Pierwsze, nawożone obornikiem obradzało burakami, koniczyną czerwoną lub białą, jarym rzepakiem oraz makiem. Obok rosły ziemniaki. Na drugim posiano pszenicę jarą, jęczmień, groch Wiktoria oraz rzepak zimowy i peluszkę z owsem. Na trzecim szło żyto, po grochu zaś i rzepaku – pszenica. Statystycznie, pola orne obsiewało się w 30-35% oziminami, do 20% zbożami jarymi, okopowymi w 22%, przemysłowymi w 10%, koniczynami do 10% i uprawami pod pastwiska – odpowiednio do 6%. W okresie powojennym niska kultura rolna wymagała używania nawozów sztucznych. W pierwszym rzędzie fosforowy w ilości 100-125 kg na 1 ha, nieco więcej potasowego – 360 kg, niewiele zaś azotowego. Koszt takiego nawozu na 1 ha nie mógł przekroczyć średniej arytmetycznej przeciętnej ceny 1, 8 q żyta czy pszenicy. Z czasem, Ignacy odstępował od zasiewania nawozami, ale i tak plony nie spadły. Szczególnie zaniechał nawożenia azotanami, które skutecznie zastąpiły wsiewki koniczyny i seradeli. Z drugiej też strony głęboka orka stopniowo eliminowała potrzebę używania nawozów. A i tak nadal powszechnie stosował nawóz naturalny w postaci obornika i szlamu. Po polu rozwoziło się go wozami, przeciętnie po 10-15 załadunków na morgę (0, 56 ha). W sumie obornik nawoził przeszło ⅓ pól uprawnych, co i tak było wkładem dość znacznym. Przeciętne plony z 1 ha dawały: buraki cukrowe – 310-325 q, pszenica ozima – 20-24 q, pszenica jara – 18-20 q, żyto – 18 q, jęczmień – 21 q, owies z peluszką – 20 q, rzepak zimowy – 18 q, rzepak jary – 9-18 q, mak – 12 q i ziemniaki – odpowiednio 140-150 q.

Ale, prym, jaki dawał Ignacy uprawom nie pozostawał bez wpływu na stan jego hodowli. A, mianowicie inwentarz żywy był nierasowy. Najwięcej uwagi poświęcał koniom i wołom. Na zimę, co najmniej 6 koni zdawał do rzeźni, ale tyle samo też podczas żniw zaprzęgał do pracy. W polu zaś trzyletnie źrebaki szły przed parą bądź czwórką wołów wzruszając ziemię pod oziminę. Średnio na jednego takiego konia przypadało podczas orki 8, 25 ha, a przy zbiorach do 8, 8 ha pól uprawnych. W stadzie klacze były mało rasowe, o typie niejednolitym, za to ogiery rasy węgierskiej i angielskiej. W oborze hodował przeważnie krowy maści pospolitej, czerwonej, ale i one należały do kółka kontroli obór. Z czasem jednak przechodził na jałówki rasy nizinnej i na cielęta holenderskiej. W sumie pogłowie bydła doszło do 80 sztuk całkiem zdrowego chowu. Przeciętnie mleczność w stadzie kształtowała się rocznie na poziomie 2500 l, przy 3, 7% udziale tłuszczu w mleku. W chlewni przeważały tuczniki do 150 kg żywej wagi, z kilkoma maciorami i rasowym knurem odmiany białej angielskiej. W ogóle świń odstawiano na sprzedaż w ilości, co najmniej 70 sztuk rocznie. Obok zaś chowały się owce. Głównie świniarki, ale też pomorskie fagasy. Z mięsa, skór i wełny żyła potem cała rodzina. Ten ostatni produkt Ignacy zamieniał niekiedy na bele sukna w Leszczkowie. Ogółem stan pogłowia śmiało przekraczał 200 sztuk, co w przeliczeniu na areał dawało 2, 6 ha na sztukę.

Po zniszczeniach wojennych pierwsze budynki, bardziej budy drewniane Ignacy klecił z drewna, po stojących w polu okopach. Z nastaniem lepszej koniunktury wznosił budowle solidniejsze, w tym spichlerz, stodoły, młyn, dwór sześciopokojowy oraz pomieszczenia służbowe. A, gdy znowu nastał powszechny kryzys powrócił do stawiania budynków tanich, prymitywnych i prowizorycznych np. chlewni. Ale i tak do wybuchu następnej wojny skromne budynki gospodarcze nie miały urządzeń ułatwiających hodowlę. Za to i tak tuż przed wojną, Powiatowy Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych oszacował ich wartość na dokładnie 267.600 zł.

W majątku Ignacy zatrudniał robotników stałych i sezonowych. Wśród tych pierwszych, najwięcej było pracowników dniówkowych – 20-tu, ordynariuszy z ekonomem – 15-tu, komorników – zaś 4-ch. Za to o sezonowych z Kurpi starał się głównie podczas prac polowych. I oprócz dniówki dawał im lokal do spania oraz posiłki nawet cztery razy dziennie. Przeciętnie, taki nakład pracy kosztował dziedzica nieco ponad ⅓ wszystkich jego wydatków.

W zasadzie, Ignacy sam zarządzał majątkiem, ale do pomocy utrzymywał ekonoma, który czuwał nad robocizną, zwłaszcza tą konną. Z innych, pisarz, czasem podwórzowy otaczali opieką spichlerz i podwórze. W stosunku dziennym, rozrachunkowym za wykonanie prac w polu odpowiadał włodarz. Z kolei pisarka zapisywała dniówkę, prowadziła księgi rejestrowe, dozorowała udój i wysyłkę mleka. W sezonie, ordynariusze, czasem rolnicy przychodni pełnili rolę tzw. przystawców, czyli dozorców dla 40-tu robotników. W przypadku większej liczby pracujących nad przystawcami stał znowu ekonom. Za to wieczorem odbywała się narada robocza, poprzedzona zapisami w regestrach gospodarczych i dziennikach czynności. Na zebraniach omawiano roboty, które wykonano, ale też te, które nazajutrz należało podjąć. Co dzień za taki akord odpowiadał ten sam dozorca. Same prace projektowali oficjaliści, choć dziedzic je korygował, tudzież uzgadniał kierunki działań. W razie, czego, w zastępstwie rolę tę mogła pełnić pisarka.

Z innych działów gospodarstwa pokaźny wkład do dochodu przynosił też młyn przemiałowy. Nie mniej jednak w okresie zastoju, począwszy od 1933 roku, przestał przynosić zyski, toteż został zamknięty, choć jak się okazało tylko do czasu.
W okresie tuż przed wojną, Grudusk prosperował, więc coraz to lepiej. Wprawdzie, nadal trzeba było spłacać wysoki dług za drenowanie, a także za nawozy sztuczne, nie mniej jednak mitygowała je prosperita na niekontyngentowe buraki. Niejakim oddechem dla gospodarstwa stała się też dewaluacja złotego, dzięki której długi obniżono, nadwyżki zaś Ignacy przeznaczył na inwestycje.

Po krótkiej wojnie z Niemcami, Grudusk znalazł się w Rejencji Ciechanowskiej, w granicach III Rzeszy. Niebawem, też nastał niemiecki zarządca, Ignacemu zaś pozostało rządcowanie na swoim. Na szczęście Niemcy zarzucili pomysł utworzenia na rozległych gruntach poligonu wojskowego, ale stało się to tylko na skutek zapobiegliwości nowego administratora, który przekonał wojskowych o wysokiej kulturze rolnej podległej mu placówki.

W styczniu 1945 roku, zmasowany atak wojsk radzieckich wyparł Niemców daleko za Grudusk. Po przejściu frontu i ucieczce rannego dziedzica nastały mroczne czasy dla opuszczonego majątku. W końcu marca, podkomisarz ziemski przejął Grudusk w Zarząd Państwowy na cele reformy rolnej. W tym samym roku ponad połowę dóbr rozparcelowano na 2-5-hektarowe nadziały. Parcele te dostały się w ręce okolicznego chłopstwa dzielone od strony wsi Wiksin i Grudusk oraz majątków Sokołowo i Purzyce Trojany. Pozostałe grunta, prawie 295 ha pozostało przy Państwowym Ośrodku Kultury Rolnej. Pola obsiewano głównie zbożami i pastewnymi, za to w mniejszym stopniu burakami. W czerwcu następnego roku, Ośrodek przeszedł pod kuratelę Zarządu Państwowych Nieruchomości Ziemskich. W dalszym ciągu gospodarowano po staremu prowadząc księgi kasowe i magazynowe, dziennik czynności i regestr inwentarza żywego oraz kontrolkę najmu. Niewielkiego uszczuplenia w stanie posiadania przyniosły lata następne. W 1949 roku, wyłączono działkę o areale 0, 75 ha przekazując ją Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” pod budowę magazynów spółdzielczych. W trzy lata później, podobną parcelę oddano Polskim Zakładom Zbożowym Delegaturze w Ciechanowie tytułem awansu za wybudowany magazyn zbożowy.

W międzyczasie Ośrodek przemianowano na Państwowe Gospodarstwo Rolne, którym pozostało niemal do dziś.

Niejako z boku toczyła się sprawa młyna. Sam młyn znajdował się na terenie Ośrodka, ale z dala od zabudowań gospodarczych. Na kwadracie powierzchni rysował się, jako budynek murowany, 2-piętrowy, z piwnicą, w całości też pokryty papą. Tuż obok stały dwie niskie przybudówki. W wyniku działań wojennych młyn został częściowo zniszczony, ale szybko podjęto próbę jego uruchomienia. Stało się tak na skutek próśb ludności, która do najbliższego młyna miała ponad 15 km po krętej, dookolnej drodze. W 1947 roku, młyn oddano w dzierżawę Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” z siedzibą w Grudusku. Na cel ten przyznano hektarowy plac z państwowego podwórka. Oprócz, ulg podatkowych obiecano, że roczny czynsz w naturze przeznaczy się na inwestycje, po czym określono zdolność produkcyjną młyna na 40 q przemiału na dobę.

Po wojnie, dwór stał się mieszkaniem dla pracowników państwowych. Nie licząc się z wyglądem oszpecono go dostawiając do elewacji bocznej niską, długą przybudówkę. Od lutego 1981 roku, mieścił biura Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Na szczęście dziś znajduje się w rękach prywatnych i błyszczy niczym perełka w postperelowskiej szarzyźnie chylących się ku ruinie zabudowań spółdzielczych.

 

Tygodnik Ciechanowski, Nr 30 z 25 lipca 2006 roku, str. 12-13

Attachments:
Download this file (zza zielonej góry.pdf)tc, zza zielonej góry[ ]173 kB