Koźniewski spleen, czyli na tropie szlacheckiej bożnicy

Historia jest nauczycielką życia i znowu triumfalnie głosi prymat ekonomii nad kulturą. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nadal nie uczymy się, ba nie uczymy się na własnych sukcesach. Gdy w końcu XIX wieku, nastała w „Priwisljanskim kraju”, koniunktura na przedsiębiorczość i bogacenie się, zaradny obywatel polski wielkiego rosyjskiego imperium, wiedział, jak wykorzystać swój potencjał ekonomiczny dla dobra ogółu, tudzież dla innych, którym los nie dał, takiej siły, tej sposobności. I wyrosły wówczas jak grzyby po deszczu tajne szkółki, uczące czytać i pisać, zwłaszcza po polsku, ochronki, będące przytuliskiem dla półsierot i dzieci zapracowanych rodziców, nabrały rozmachu organizacje charytatywne wspierające materialnie rokującą młodzież, rozwijały się prężnie zrzeszenia zawodowe, przysposabiające „maluczkich” do prostych zawodów czy do bardziej wyspecjalizowanych, ale chodliwych umiejętności praktycznych. A dziś? Bogatsi o doświadczenia z przeszłości, z większym zapasem wolności, także tej politycznej, z możliwościami, którymi nie dysponowali nasi przodkowie, naszą kulturę i oświatę traktujemy, co by tu nie mówić po macoszemu, za to rząd dusz oddając ekonomicznemu wyrachowaniu. I pewnie można by było mnożyć liczne przykłady, niemniej jednak skupię się na jednej, ale jakże bulwersującej „wpadce” naszych radnych z gminy Sońsk.
W pobliskim Koźniewie Wielkim, gdzie od przeszło 200 lat, stoi spokojnie, niejako na uboczu, z dala od ruchliwych arterii komunikacyjnych, od naszej krzykliwej współczesności, drewniany dwór barokowy, w którym mieści się przedszkole i szkoła podstawowa. Jak na dzień dzisiejszy, ze szkoły korzysta pobierając pierwsze lekcje 30-cioro naszych, najmłodszych pociech. Biorąc zaś pod uwagę mariaż funkcji społecznej, z substancją zabytkową, wpisaną do rejestru zabytków, układ ten jest optymalny, z jakiego by punktu widzenia nie spoglądać na istniejącą symbiozę. Niestety, nasi radni, dopatrzyli się w tym związku słabości, słabości polegającej na tym, że szkoła generuje ogromne koszty, obliczane na kwotę 14 000 zł rocznie na dziecko i postanowili z końcem tego roku szkolnego zlikwidować w Koźniewie placówkę oświatową. Całej tej sprawie dodaje pikanterii również i fakt, że jest to jedyna tego typu inicjatywa w całym powiecie ciechanowskim. I na nic zdały się protesty mieszkańców, odwołania do sądów polubownych, Wojewoda mazowiecki podtrzymał decyzję radnych, szkoła przejdzie do historii, a razem z nią pewnie obiekt zabytkowy o wyjątkowych walorach poznawczych. Zanim jednak do tego dojdzie, przyjrzyjmy się bliżej dziejom wsi z jej drewnianą rezydencją o szlacheckim rodowodzie sięgającym końca XVIII wieku.

Pierwsze wzmianki w dziejopisach o Koźniewie, pochodzą z XV wieku, które występuje w aktach metrykalnych pod nazwą Cosynewo (względnie Koznyowo, Koszynewo). Według tych zapisów klucz dóbr, do którego wchodziło Koźniewo dzierżył w swych rękach niejaki Bronisław Przedom, rycerz herbu Ostoja. W końcu XV wieku, dobra koźniewskie nabyli Andrzej i Małgorzata Koźniewscy i po skąpych, wzmiankach metrykalnych można domniemywać, że w rękach Kożniewskich pozostawał przynajmniej do połowy następnego stulecia. W 1702 roku, jako właściciel wsi, występuje już Jan Ponikowski, który zasłużył się hojną ofiarą pieniężną na rzecz kościoła parafialnego w Sońsku. W połowie XVIII wieku, w 1756 roku, Koźniewo, wraz z przyległościami, nabył chorąży raciążski Antoni Zieliński, który niepodzielnie rządził wsią aż do swej śmierci. I to na okres, jego życia, przypada budowa okazałego, barokowego dworu typu rezydencjonalnego, na co wskazują najstarsze, zachowane do dziś elementy budowli. Z chwilą odejścia, w 1814 roku, pozostawił po sobie majątek, wśród których dziejopisy wymieniają: pułtuskie dobra Koźniewo Wielkie, zwane inaczej Dębiny i Koźniewo Średnie oraz przasnyskie - Koźniewo Lipe, Ostaszewo, Zaremby Kościelne, Rycice i Duczynin. Po śmierci Antoniego, postępowania spadkowe i liczne procesy cywilne, opóźniały wyłonienie jednego, wspólnego sukcesora. W latach 20-tych XIX wieku, w dobrach koźniewskich, zamieszkiwała, najmłodsza córka Antoniego, Zuzanna, po mężu hrabina Prebendowska. W „Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego” Koźniewo, liczyło wówczas 115 osób, mieszkających w 22 dymach, zaś sam folwark (Koźniewo Wielkie, Średnie, Małe i Łysaki) rozciągał się na przestrzeni 588 ha. Po śmieci Zuzanny Prebendowskiej, w 1843 roku, majątek koźniewski przechodził zmienne koleje losu, i nie pomogły sprawie dziedziczenia ani nakazy podziału wydane przez Trybunał Cywilny Guberni Płockiej ani licytacja publiczna. Dopiero, inicjatywa, prawnuka Antoniego Zielińskiego, Aleksandra Sędzimira, właściciela pobliskiego Ślubowa, doprowadziła do ugody w rodzinie. W ciągu 10-ciu lat, Aleksander, dzięki gospodarności, dobrej koniunkturze i nadwyżkom pieniężnym, drogą kupna, nabył od sukcesorów, prawa do spadku, stając się, od 1861 roku, jedynym właścicielem rozległego majątku. W rodzinie Sędzimirów, Koźniewo, z przyległymi folwarkami, pozostawało do 1885 roku. Po śmierci Aleksandra, w 1868 roku, dzieło jego życia, przeszło w ręce syna, Juliana, który wówczas na stałe zamieszkiwał w Warszawie. Na krótko, przed kolejną sprzedażą, w 1884 roku, z rejestru pomiarowego, wynikało, że dobra koźniewskie rozciągały się na przestrzeni ponad 630 ha. Po śmierci Juliana, w 1886 roku, właściciele Ślubowa, Maria i Bronisław Sędzimirowie, sprzedali Koźniewo, Dawidowi Buchwajtzowi, przedsiębiorcy z Warszawy. Na okres jego rządów, przypada, gruntowna przebudowa drewnianego dworu, i nadanie mu obecnego neobarokowego wyglądu. Po śmierci Dawida, w 1909 roku, majątek koźniewski, w powiecie pułtuskim, stanął na licytacji publicznej, z której obroną ręką wyszli małżonkowie Wacław i Ksawera Kownaccy oraz Stanisław Kędzierski, jubiler z Warszawy. Po I wojnie światowej, w Koźniewie ulokowała się rodzina Kędzierskich, i to właśnie Stanisław, a potem, po 1930 roku, także jego potomkowie, sprawowali rządy nad dobrami do wybuchu kolejnej wojny. Ze „Spisu ziemian Rzeczpospolitej Polskiej roku 1930” wynikało, że przed II wojną światową, dobra koźniewskie rozciągały się na obszarze 572 ha. Po klęsce wrześniowej i powstaniu Rejencji Ciechanowskiej, w następnym, 1940 roku, majątek dostał się w ręce niemieckiego administratora. Po wojnie, w 1946 roku, podpadające pod przepisy ustawy o reformie rolnej, dobra, przeszły na własność Skarbu Państwa, grunty orne, pastwiska i lasy zostały rozparcelowane, a tzw. resztówkę, z dworem i parkiem, przeznaczono na szkołę powszechną, którą pozostaje do dziś. Z upływem lat, powolna degradacja substancji zabytkowej, szła w parze z procesem wycinania drzew parkowych, które po 1960 roku miały służyć do wymiany gontu i całego dachu. Po wymianie poszycia dachowego i adaptacji poddasza na mieszkania dla nauczycieli, także po wstawieniu pieców kaflowych, poprzedzonych remontem kominów, tudzież po przywróceniu pierwotnego układu wnętrz, dwór koźniewski, prezentuje stan zachowania, sytuujący tą rezydencję szlachecką w pierwszym szeregu „perełek” polskiego baroku dworskiego.

Nie byłbym też sobą, gdybym nie powiedział kilku słów o architekturze szlacheckiego dworu. W ujęciu historycznym, w zasadzie można wydzielić trzy okresy architektoniczne i adaptacyjne, które nałożyły się na obecny kształt i wygląd drewnianej budowli. Z pierwotną siedzibą, pobudowaną jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku, przez Antoniego Zielińskiego, wiąże się powstanie zrębu budynku, z rozplanowaniem układu wnętrz, konstrukcją bryły dachu, a także rozmieszczeniem otworów okiennych i drzwiowych od strony elewacji frontowej. Z biegiem lat, coraz starszy budynek popadał w jeszcze większą ruinę, o czym wzmiankują, w 1841 roku, aneksy do kolejnych cesji sukcesorskich. Co nie zrobił upływ czasu, dokonała natura, a w zasadzie pożar, który nawiedził wieś, pożoga, co strawiła zabudowania gospodarcze i mocno nadwerężyła sam dwór. Z właścicielami, ówczesnego Koźniewa, rodziną Sędzimirów, wiążę się, zatem dalsza przebudowa dworu. Na początku lat 80-tych tego stulecia, pod kierunkiem nieznanego z imienia i nazwiska architekta, przeprowadzono szalunek parterowej kondygnacji, w elewacji frontowej zastosowano boniowaną lizenę, a w części środkowej, ściany nieznacznie zryzalitowano. W następstwie pożaru, przeprowadzono dalszą dekorację fasady, stosując snycerskie dopracowanie otworów okiennych i drzwiowych w listwowe, uszkowate obramienia oraz pilastrowane podokienniki. Od strony ogrodowej, wprowadzono otwory drzwiowe, po bokach salonu, także założono nowe okiennice, z ozdobnymi obramieniami, a wraz z drzwiami, profilowane odrzwia i skrzydła. W kolejnej fazie przebudowy, zmiany architektoniczne, były jeszcze bardziej znaczące. Bowiem, około 1900 roku, pod kierunkiem nowego właściciela Koźniewa, Dawida Buchwajtza, przeprowadzono dalsze prace budowlane, które zrewolucjonizowały wygląd całego dworu. Przede wszystkim, wystawiono, dwie facjaty o konstrukcji sumikowo-łątkowej, z pomieszczeniami, do których, wchodziło się, od środka, przez sień po schodach, a wychodziło na zewnątrz poprzez nieistniejące już balkony. Partie szczytowe facjat, ograniczono, silnie wystającym i profilowanym gzymsem, o zindywidualizowanym, acz barokowym wygięciu linii, z licznymi, ale obcymi w szczegółach ornamentami dekoracyjnymi, niewystępującymi w innych, polskich dworach drewnianych. Niewątpliwie, na taki stan rzeczy, miały wpływ, upodobania Dawida, który w ten sposób chciał nawiązać do rozwiązań mu bliskich, do elementów, stosowanych przy budowie drewnianych bożnic żydowskich. Również dziś przyglądając się tylnej facjacie, bez zbędnego wpatrywania się, widać, te zdwojone, zamknięte półkoliście okna, a nad nimi okrągłe opaski ze środkiem wypełnionym kratką, tudzież wyżej jak brwi nicujące przestrzeń, drewniane kroksztynki, jednym słowem elementy z dawnej, niestety unikatowej, snycerskiej architektury żydowskiej. Wracając zaś do dalszych robót budowlanych, z polecenia Dawida, nadbudowane facjaty, oszalowano nadając im ostateczny wygląd przypominający w zwieńczeniu bożnice żydowskie. Z budową frontowej facjaty, wiążę się także proces obudowania drzwi wejściowych zadaszonym gankiem ze smukłymi, strzelistymi kolumienkami, a także z kilkoma schodkami oraz wiatrołapem, dziś przypominającym metalowe barierki o prymitywnej ornamentalistyce. Duże zmiany, nastąpiły też w wyglądzie i wystroju pomieszczeń. W pierwszym rzędzie przyozdobiono ściany i sufity neobarokową sztukaterią, również skrzydła drzwi między pomieszczeniami osadzono w rokokowych płycinach, w końcu wstawiono kaflowy piec, który stoi tam do dziś. Kolejne przebudowy dworu, zwłaszcza po I wojnie światowej, za następców Dawida, miały już bezstylowy charakter, polegały raczej na adaptacji dotychczasowego rozwiązania, niż na przemyślanej polityce architektonicznej. Z tego to czasu, pochodzą, żeliwne i metalowe wstawki ozdabiające ganek i obie facjaty oraz drewniane, głowice kolumn przedfrontowych. Po przejęciu majątku na rzecz Skarbu Państwa i instalacji szkoły powszechnej, po 1960 roku, wymieniono w dachu poszycie z gontowego, na eternit, potem zaś i na szczęście dach pokryto ocynkowaną blachą oraz wstawiono połaciowe lukarny i kolejne piece kaflowe.
Bogate w wydarzenia koźniewskie historie, w tym ciągle zmieniające się koleje losu wsi i jej zaradnych właścicieli, paradoksalnie dziś nie spajają nas wewnętrznie, nie krzyczą o naszej tożsamości, o tej tożsamości, co przydaje nam siły, dumy i...wyjątkowości, miast tego niestety jesteśmy ciągle zmuszani do przebierania nogami w szarym koniunkturalizmie. Zlikwidowanie szkoły podstawowej, administracyjnie wydaje się rzeczą prostą, ale o skutkach, takiej decyzji, pewnie wolelibyśmy już nie myśleć. Bowiem za taką decyzją, jak zwykle kryje się również czynnik ludzki – ten, kulturogenny. W nowoczesnym państwie, z paneuropejskimi aspiracjami, w sercu naszego kraju, wydłuża się dzieciom drogę do szkoły, rodzicom przysparza zmarszczek na czole, kilku osobom odbiera pracę, zaś najbliższym ośrodkiem kulturalnym pozostawia sklep spożywczy, którego produkty ponoć spożywa się w domu. Drodzy, Radni, apeluję na przyszłość, częściej podnoście oczy znad cyfr, także szybciej przenoście wzrok za okna i czasami powtarzajcie sobie jak mantrę słowa z tytułu powieści Milana Kundery „życie jest [jest zaiste -przyp. aut.] gdzie indziej”!


Tygodnik Ciechanowski, nr 23 z dnia 7 czerwca 2011 roku, str. 17