Nasze babunie wiejskie

 

NASZE BABUNIE WIEJSKIE
Dziś mamy supermarkety z bogatym asortymentem, a w zalewie towarów nawet nie zastanawiamy się, dlaczego najchętniej sięgamy po takie produkty, które w przydawce noszą nazwę Babuni. Drogi Czytelniku, czy na pewno wiesz, czemu producent używa takiej właśnie zachęty? I czy wszystko, co najlepszego można powiedzieć o naszych przodkach da się streścić w uproszczonej tradycji po promocyjnej cenie?

Po te i podobne odpowiedzi, trop znowu wiedzie mnie do czasów tej naszej, przedwojennej aktywności i ku tym postawom, które widziały w drugim człowieka, nad którym trzeba się było pochylić, żeby własną ręką pokazać mu świat. Po rewolucji 1905 roku, władze rosyjskie, pozwoliły polskiemu obywatelowi organizować się w stowarzyszenia i towarzystwa społeczne, także o profilu zawodowym. Niebawem, na fali tej koniunktury powstało Centralne Towarzystwo Rolnicze, które zcentralizowało pojedyncze wysiłki w jedną wspólnotę na czele z niezmordowanym Stanisławem Chełchowskim (†1907). Organizując pracę nowej instytucji, nie zapomniano o utworzeniu Wydziału Kółek Rolniczych, które propagując kulturę rolną, oświatę i pracę u podstaw rozpoczęły popularyzację idei stowarzyszania się w kółka rolnicze angażując drobnych rolników do pracy nad sobą. W sukurs energicznym ziemianom, poszły także ruchliwe ziemianki, które w tym samym czasie skrzyknęły się w Stowarzyszenie Zjednoczonych Ziemianek, w zrzeszenie kierowane przez Marię Rodziewiczównę (†1944). W trosce o przyszłość następnych pokoleń, a w zasadzie z fuzji tego marzenia z zaletami osobistymi wielu społeczników narodziła się idea organizowania kursów gospodarstwa domowego, przysposabiająca małorolne gospodynie do samodzielnego życia w świecie. Już w pierwszym takim kursie w Lekowie pod Ciechanowem wzięło udział aż 28 ubogich uczennic. Pod czujnym okiem Jadwigi Bojanowskiej z Klic (†1946) dziewczęta same gotowały posiłki, w tym piekły chleb i ciasto, same też sporządzały zapasy spiżarniane pochodzące z własnego uboju świńskiego. Potem również sprzątały, nakrywały i usługiwały przy stole, po czym prały, prasowały i czyściły plamy jak również cerowały oraz łatały znoszone ubrania. W międzyczasie uczyły się szycia i kroju formując bluzki, spódnice, staniki i koszule. W pogadankach słuchały o higienie osobistej i zdrowiu, o dziejach ojczystych i hodowli zwierzęcej, wreszcie o obowiązkach i prawach przyszłego rodzica. Ponadto uczyły się śpiewu, a po odbytym kursie stawały do egzaminu kończąc swą pracę radosnymi śpiewkami. W kolejnych latach, podczas kursów w Chruszczewie, oprócz pogadanek z zakresu przedmiotów ścisłych i o wzorowym prowadzeniu gospodarstwa rolnego, kursanci praktykowali wiedzę sami dojąc krowy, sami też czyszcząc i aplikując pasze trzodzie, sami podnosząc swoje umiejętności w rachunkowości, w ręcznym i maszynowym wyrobie masła czy pleceniu koszyków wiklinowych. Potem równie precyzyjnie zaznajamiali się z funkcjonowaniem wirówek, maślnic, wygniataczy i odtłuszczaczy oraz dobrze sobie radzili z odznaczaniem tłuszczu metodą Gerbera w mleku i śmietance. Prelegenci, także w osobie Józefa Choromańskiego z Żoch (†1925) nie szczędzili wysiłku, żeby zainteresować 21 słuchaczy, oferując im ciekawe przeźrocza, pokazujące ważniejsze narzędzia i maszyny rolnicze, w tym i przyrządy weterynaryjne. W tym samym czasie w Grędzicach pod Ciechanowem 25 słuchaczek przygotowywało się do zajęć domowych, a zatem do gotowania, prania i prasowania, także do hodowli drobiu na tamtejszej fermie. W finansowaniu tej szkoły pomagało Centralne Towarzystwo Rolnicze, ale ziemianki ciechanowskie uciekały się też do nieszablonowych metod pozyskiwania środków i do promowania własnej działalności edukacyjnej. I tak, na przykład w 1912 roku w Okręgowym Towarzystwie Rolniczym w Ciechanowie zorganizowały koncert, na który przyjechali z występami aktorzy scen warszawskich pp. Przesmycki i Trojanowski, którym dzielnie wtórowały miejscowe amatorki pp. dr Dembicka-Mischke i Wanda Kanigowska z Sulerzyża (†1943). Szczególnie ta ostatnia otrzymała od publiczności rzęsiste brawa za wielce miły i przeczysty głos, ale i pozostałe ziemianki pp. Ludwika Bojanowska z Bądkowa, Wanda Zawadzka z Grzybowa (†1944) i Zofia Domaszewska z Wierzbowa zręcznie karotując gości ręcznie wykonanymi laurkami zebrały całkiem okrągłą sumkę.

Po odzyskaniu niepodległości, na wyraźne życzenie Kółek Rolniczych w Częstochowie, ukonstytuował się przy Centralnym Towarzystwie Rolniczym w Warszawie - Wydział Kół Gospodyń Wiejskich. Na fali ogólnego entuzjazmu z powstania własnej państwowości także w Ciechanowskiem powstało szereg miejscowych kółek kobiecych. Stacjonując we dworze Jadwigi Piotrowskiej (†1935) w Koziczynie nieopodal Szulmierza, tutejsze Koło Gospodyń Wielskich, ufundowało wsi piękny krzyż, a kościołowi puszkę do komunikantów. Gospodynie zręcznie przeprowadzały kursy: uboju trzody, gotowania, wyrobu sera, robót ręcznych, a także kurs tkacki z wystawą, którą podziwiali liczni goście, co na nudę nie mogli narzekać, bowiem kursantki przetykały momenty skupienia wesołymi przyśpiewkami i zabawnymi skeczami. Po kolejnym kursie, kursie na temat zdrowia, zrzeszone kobiety już na drugi dzień założyły we wsi punkt apteczny, z którego można było korzystać zarówno w nagłych przypadkach, jak i w sytuacjach, które wymagały użycia przyrządów ratowniczych. Aktywnie zaś włączając się w życie społeczne urządzały przyjęcia komunijne i majówki, a dbając o gospodarstwo kobiece rok w rok zakupywały jaja zarodowe ptactwa domowego. Nie samym chlebem żyje człowiek, więc kółkowiczki nie zapominały i o artyzmie powiedzmy że wyższego lotu, odgrywając wraz z młodzieżą przedstawienia, wesołe komedyjki, z których największym wzięciem cieszyła się dwuaktówka pt. „Ciocia Karola”. W Rydzewie koło Sulerzyża, członkinie Koła Gospodyń, same zakupiły i własnoręcznie wykonały obrus na ołtarz parafialnego kościoła. Z wielką pasją urządzały kursy szycia, zabawy taneczne i loterie fantowe, z których zyski przeznaczały na opłaty członkowskie i legalizację własnego stowarzyszenia w pobliskim starostwie. Nie brakowało im również odwagi w organizowaniu konkursów, w tym wypieku jak największego chleba, obsadzania poletek przydzieloną fasolą czy jak najestetyczniejszego urządzania ogródków kwiatowo-warzywnych. Z inicjatywy dziedziczki Haliny Bacciarelli (†1945) współuczestniczyły w przygotowywaniu śniadań dla dziatwy komunijnej i krzątały się przy podwieczorkach dla uczniów po zakończeniu roku szkolnego. W Grudusku, Koło Gospodyń powstało po rozwiązaniu miejscowego Koła Ziemianek, przejmując po nim 104 zł majątek i 25-cioosobowe zaplecze ludzkie. Gospodynie spotykały się regularnie w drugą niedzielę każdego miesiąca ciekawie łącząc sprawy ogólne z pogadankami o wydźwięku praktycznym. Cele społeczne zaś osiągały poprzez organizowanie wesołych majówek i bezpretensjonalnych zabaw tanecznych, w tym balów, po których dochody równo rozdzielano na zapomogi zwłaszcza dla pogorzelców i na inwestycje, choćby na budowę gruduskiej remizy strażackiej. W miejscowym kościele ufundowały obrus pod ołtarz, także niektóre alby przechowywane później w kościelnej zakrystii. W Mieszkach Wielkich pod Ciechanowem, 15-toosobowe Koło szlachetnie rywalizowało między sobą w pracy i w organizowaniu konkursów, w tym urządzania ogródków warzywnych z dominującą pozycją pielęgnacji poletek cykorii. Co roku członkinie urządzały również kursy przyrządzania przetworów owocowych, pieczenia ciast, bicia wieprzy i doglądania drobiu. W organizowaniu imprez celowych gospodynie zbierały datki na fakultatywne wycieczki i akcje wspierające np. powodzian na dalekim Polesiu. W Sońsku, Koło urządziło w Szkole Rolniczej w Gołotczyźnie kurs gotowania potraw z soi, w tym uformowano kluski, tort i ciastka delektując się nimi na wspólnym podwieczorku, a także kawą zaparzoną z nasion tego przysmaku, do której na deser podano upalone z cukrem sojowe orzeszki. W Chotumiu, gdzie członkinią była moja prababka Stanisława Mysiakowska (†1975) gospodynie prowadziły kursy gotowania, peklowania jarzyn i higieny oraz zdrowia. Dzięki staraniom dziedziczki z Rydzewa we wsi założono biblioteczkę i punkt apteczny, a członkinie zbierały się pod własnym sztandarem, który cementował kobiecą wspólnotę. W obejściu domostw gospodynie zaprowadziły hodowlę zielononóżek, kontrolę ich nieśności i ogródki kwiatowo-warzywne, które rodziły kapustę, cebulę, marchew i buraki ćwikłowe o niespotykanych rozmiarach. W konkursie higieny i czystości prześcigały się w ogradzaniu ogródków i regulacji ścieżek do chałup, a także w wyposażaniu ich w umywalnie, wycieraczki i spluwaczki. Kółkowiczki uczestniczyły raz po raz w ogólnopolskich dożynkach w Spale, a po jednej z nich prezydent Ignacy Mościcki (†1946) uhonorował je pamiątkowymi odznakami – małymi orzełkami na amarantowej wstążce. W Rydzyniu za Mławą, 18-stoosobowe Koło z wielkim zapałem zorganizowało kursy pieczenia, gotowania i trykotarstwa, a także konkursy ogródków warzywnych. Po kursie zdrowia członkinie założyły apteczkę, dzięki której mogły się cieszyć w pobliskiej Mławie zniżkami na pomoc lekarską, na leczenie zębów i na wizyty u akuszerki. W Chorzelach za Przasnyszem, w nowo pobudowanej szkole powszechnej, 37 kobiet-gospodyń postawiło na kursy higieny i konkursy warzywne, po których zasłynęły, jako specjalistki od sadzenia wybornych pomidorów. W Pawłowie-Kościelnym koło Przasnysza, Koło z 25-cioma kobietami z przekąsem zwane od czerwonych chusteczek „czerwoną gwardią” rozpoczęło swoją działalność od kursu pieczenia, po czym zorganizowały kurs tkacko-trykotarski, po której stanęła wystawa swetrów, rękawic i koszul. Po wystawie, gospodynie dały przedstawienie pt. „Krewniak z Ameryki”, a wypożyczone z Przasnysza warsztaty tkackie zapoczątkowały produkcję tkanin wełnianych i lnianych na skalę zarobkową. Następnie, zaradne kobiety założyły dzieciniec, gdzie przez 4 miesiące nauczyły dzieci deklamować wiersze, tańczyć i śpiewać ku wielkiej uciesze zapracowanych rodziców. Po pierwszych sukcesach, przyszedł czas na kursy przetworów i jarzyn, na konkursy pielęgnowania krzewów owocowych i chowu drobiu, a zimą gosposie spotykały się w świetlicy szkolnej, gdzie przyswajały wiedzę o gospodarzeniu i eleganckim wychowaniu. Gdy nad Polską zbierały się już burze, one u siebie nadal w oknie o poranku, przy lampie wśród wieczora tak gotowały swe ciepłe wspomnienia:

„Gosposie z Pawłowa dobrze się starały
I kurs gotowania zorganizowały
Pani instruktorka kobieta morowa.
Trafiła do serca kobietom z Pawłowa.
Więc jej się gosposie prędko posłuchały,
No i do roboty szczerze się zabrały
A więc na początek są kanapki z chleba.
Ubrane jarzyną, jajkiem i czym trzeba.
A zaś na stolnicy są różne frykasy,
Jakieś tam pierożki, kluski i knedlasy.
W kuchni rozmaite zupiny pitraszą
I śmietanę leją i skwarkami kraszą.
A więc zupy: z jarzyn, z serwatki i mleka,
Czy będzie smakować, każda pilnie czeka.
Pani instruktorka tak nam się udała,
Mądre pogadanki też opowiadała.
Życzymy jej wszyscy ze serca szczerego
Pieniędzy dwie fury i chłopca ładnego”

 

Tygodnik Ciechanowski, nr 46, z dnia 15 listopada 2011, str. 17

Attachments:
Download this file (koła gospodyń wiejskich.pdf)tc, nasze babunie wiejskie[ ]106 kB