Posłowie z górnej półki...

poslowie     Bo pisanie jest jak pospolita celebracja z pary, co w tobie i krztyny wyładowania igrającego niczym ogarek na spirali dwojga wypalających się oczu może i niecodzienny rytuał ten na poważnie mszalny gdzie na białej kartce e-papieru kursor ciągle stoi i miga-się-miga i stroi zalotnie a czemu by nie niecierpliwie gdzie na biurku a więc tuż tuż obok ciebie to jesiennie stłumione światło niczym karotenowe liście rozdaje blaski rozrzutnie spadających godzin a unosząca się wokół aureola z samo-zapętlającej się muzyki raz po raz wbija cię w trans i z transu na nowo studzi. Potem nagle przechodzisz w światło a światło zamiata w tobie cienie i jak u upojonego do żywego nałogowca z samych pełnych liter więcej już nie drżą ci ręce gdyż piszesz się.

 

     To prawda, że repertuar-wybór-literacko-poetycko-naukowy tego, co napisałeś co napisało się wcale nie jest przypadkowy, ponieważ nie istnieją poza gramatyką teoretyczną czy zaraz i zastosowaną jakieś tam służebne przypadki. Aczkolwiek to przecież nie ty sam wybierałeś to, w co się wkomponowałeś a więc tamtą literaturę mniejszą i większą, wiersze rozproszone i jakimś cudem potem klecone, tudzież pokaźne lektury z nauk humanistycznych i przyrodniczych dając na ostatniej długiej prostej szczególnie bliskiej osobie pewien może i zbyt jawnie sumaryczny wyciąg z połączenia wszystkiego w jednym w jedynym a zatem przez to możliwym ciągu przyczynowo-skutkowym.

 

     To prawda, że nie sam wybierałem cytaty to one wybrały mnie nadając prawdziwości literackiej cechę rozwiązłej prędko-mówności. No, bo powiedźcie sami jak ocenić czy to naukowo a potem i zaraz rzetelnie, że w onych cytatach i poetyckich po nich średnikach akurat to ja widziałem siebie a wy jak również także siebie a czasem i mnie-nie-mnie samego. Niewątpliwie pisałem o sobie w czasie mocno już zaprzeszłym, także ledwie przeszłym czy jak najbardziej teraźniejszym wracając do lektur młodzieńczych niczym do zaludnionej po lustro wody ocembrowanej studni (może ze dwie pozycje książkowe czytałem w biegu) przy tym zachłannie pijąc ten chłodny nektar do rozpuku czasami czystego bólu z samego suchego czy do połowy pustego rozliczenia się z kolejnego etapowania swego życia.

 

     Tak to prawda, że ten eksperyment dobiega już końca (doprawdy?), ale chcę jeszcze z Wami podzielić się pewną dłuższą refleksją o tym, co jest tak naprawdę fikcją czy też fiksacją wyobraźni a co już faktem a i oczywistością w naocznej realności. A zatem gdzie spoczywają czy może właśnie kładą się nam niczym cienie kruche granice pomiędzy wyobraźnią, jakby wyobrażeniem o rzeczywistości a tym, co nasza wyobraźnia zastaje niejako in situ. Tak, więc chyba naocznie zdementowałem zwłaszcza poprzez kolejne posty blogowe, że tak naprawdę to nie istnieje fikcja literacka, spekulatywna czy poetycka. Dobry pisarz bowiem dzieli się doświadczeniami swoimi czy też zasłyszanymi a także w swym wizjonerstwie iluminuje niektóre wydarzenia, które faktycznie gdzieś/ komuś nastąpiły czyżby na odcisk lub dopiero niejako nastąpią w przyszłej terapii może ledwie na chwilę zajmującej naszą uwagę i czas przez co zawsze są - one chwile - potencjalną w sile i rozumieniu realnością. Może to i nieco nad wyraz karkołomna teza a może i po części powiedzmy że w jakimś tam sensie meta-filozoficzna koniugacja co nie zmienia stanu rzeczy że za wyjątkiem w zasadzie niemających większego znaczenia nazw własnych, imion czy nazwisk w prozie czy rzadziej poezji to każdy z nas z nie byle jaką łatwością odnajduje siebie samego czarno na białym tak właśnie tam zapisanym. Bo tak to już jest, że człowiek/ ludzie od zarania aż niemal po dzień dzisiejszy (jutrzejszy) nie różnią się między sobą w kwestiach fundamentalnych – szukania siebie w otaczającym nas świecie, wyrażania swej tęsknoty za wiecznością czy może lepiej nieśmiertelnością, także mówienia o prawdzie i swym w tej materii duchowej świato-oglądzie, o sygnalizowaniu cierpienia i o zwycięstwach (porażkach?) w miłości, o doborze tego, co jest dla nas piękne a co szpetne czy zwłaszcza na zawsze nijakie. Człowiek-teraz to faktycznie ten sam człowiek, co wczoraj i nie obawiam się z przytakującym doń wertykalnym ruchem szyi potwierdzić, że także i jutro. Ci zaś, co za bardzo myślą inaczej, że teraz to dopiero nastały nam wieki jasne/ jasno-oświecone czy że nasza człowiecza era zaczęła się rzekomo wraz z powiedzmy rewolucją francuską a potem i naukowym pozytywizmem sami dobrze nie wiedzą, co mówią a więc nie-sami niejako owijają się w swej nowomowie niczym w szczelną jak karton popelinę.

 

     Nieco o quasi-naukowym jasnowidztwie czy jakiejś tam paranaukowej telepatii. No, cóż to wszystko en bloc można faktycznie pochować z honorami pomiędzy fałszywymi w puencie bajkami gdzieś może także na drugim tam mglistym brzegu czy na trzecim za nim za to mniej kolorowym już planie. Miast tego warto przyjrzeć się prototypowym w naszym umyśle detalom, co lśnią w Sile Nieujarzmionego Ducha i gnieżdżą się wysoko i jeszcze wyżej w wyższym stanie umysłu zwanym niekiedy czy słusznie - Pięknem-dążącym-ku-Miłości. To one wspólnie zespolone ze sobą mają ten ogromny wpływ na to, co tak naprawdę dzieje się między nami a i na niektóre wydarzenia czasem wcale im jakoś nie-towarzyszące. I na ten poniekąd przykład wiedzcie że jestem ze smętnego wyboru apolityczny, choć niektórzy czytelnicy pewnie dopatrywali się w odcinku pt. Cierpkie saguaro jasno-ciepłego czy może i prysznicowego wyniku wyborczego. Podobnie acz nieco w drugą swoją stronę przyznaję, że nieco umyślnie (doprawdy?) wstrzymałem się z emisją pewnego piątkowego odcinka pt. Strażnik skamieniałych Kuszytów zwalniając w ogóle tempo następnych z kolei emisji. Bo czy mogłem wiedzieć, że w Paryżu tego samego piątkowego dnia nastąpią wstrząsające w skutkach zamachy terrorystyczne a jednak dzień wcześniej postąpiłem jak na swą nawykową regularność nad wyraz nietypowo. O całej, a więc pozostałej reszcie zaiste "arcy-ciekawych przygód" nie wspomnę więcej a niech tam na zawsze już pozostaną - one nagie fakty czy ciche tajemnice - między nami, tymi co widzieli to wówczas bez wątpienia najlepiej.

 

     Trochę o formie artystycznej. Faktycznie przyjąłem pewną konwencję artystyczną unikającą znaków przystankowych i pewnych regresji może za wyjątkiem panoszących się tu i ówdzie małych liter, średników, przypisów i wielokropków. Ta maniera powiedzmy artystyczna miała podkreślić ciągłość (płynność) narracji w dziejącej się żywiołowo powieści-rzece także nadać bez-przystankowej formie jeszcze więcej muzykalności ku falowaniu w przypływach i odpływach kolejnych myśli w sub-świadomości tego autora-nie-autora.

 

     Jeszcze jedno. Jestem tradycjonalistą acz w nieco szerszym niż węższym po polsku zakresie. A mianowicie: wygląda to trochę tak jakbym przyjął czy może lepiej że we mnie raźno przez lata zbiegały się różne zapoznane wcześniej nurty i tradycje kulturotwórcze, które przyjmuje za pewnik a może i objawienie wyprowadzając z tego własną indywidualną ścieżkę duchową ku samorealizacji swego publicznego „ja”. Nie jestem też skończonym na amen indywidualistą raczej zużytym marzycielem, bowiem kocham, co zawsze wspólne, tudzież jaskrawo wspólnotowe, także wszystkich w poszczególności ludzi z ich ułomnościami i poszukiwaniami tego własnego „złotego środka” ku sobie samemu i ku drugiemu człowiekowi.

 

      Z natury jestem także pastelowym czy może niekiedy i zgniłym realistą gdyż lubię kompromisy tudzież różne formy mediacji środowiskowej i raczej niepoprawnym optymistą (bynajmniej nie patronem kostuchowatej śmierci), choć przede wszystkim i skończonym w swej nieskończoności idealistą zwłaszcza w niecodziennym a więc czarno-białym czyli radykalnym widzeniu-rozumieniu naczelnego naszego współ-istnienia: wobec majestatu objawiającego się nam piękna in gustibus i miłości in perpetuum mobile prędzej tej subtelnie platonicznej niż nachalnie przedtem potem zmysłowej. Tam gdzie kiedyś indziej i nie tak znowu dawno chciałem być czarnym byłem a posteriori za kolorowy a tam gdzie znowu nieco infantylnie czy może i zbyt stanowczo nastawałem na puste czy białe szachownic pola zaraz osuwałem się w szarość i potem spowijała mnie jedynie mgła snującego się za mną przezroczystego rozmarzenia.

 

     Kwestie wiary czy jak kto woli jakiejś tam skodyfikowanej prędzej niż później religii. Trochę na ten temat pisałem (niektórzy zaraz chórem powiedzą, że tylko) a więc nie znam człowieka, który w coś/kogoś nie wierzy. Bo nawet ten, co pysznie zwłaszcza deklaratywnie zapewnia, że nie-wierzy to właśnie w to akurat wierzy i pętla nie-do-o-powiedzenia szybko się nam zamyka. Tak, więc zdarza się mi być powszechnym katholiké gdyż z założenia nie wierzę aby natural born dajmy na to chrześcijanin nagle stał się oddanym buddystą a wyznawca pokojowego islamu jakimś tam fanatycznym hinduistą. Kwestie religijne to nie sprawa wyłącznie jednostkowa czy i nawet osobista aczkolwiek również nie myślę, żeby Istota Sprawcza (o ile taka w ogóle istnieje) w swej naddoskonałości i wszechstronności nie mogła objawiać się na swój sposób w różnych religiach ludziom tak jak w duszy cokolwiek komukolwiek gra i o ile się ją w ogóle ma (sic!). Nie ma również we mnie zanadto tęsknot cendentalnych, jako że swoje miejsce/ misję widzę w tym zagięciu (napięciu) czaso-przestrzennym a więc pomiędzy horyzontami tego, co ziemskie a tego, co urasta we mnie do mianownika czy szczebel wyższej potęgi potęgi wyobrażenia o progresywnej roli wyobraźni w życiu ludzkim. Tak, więc widzę siebie w tym czym jestem, co przeżywam, czemu i komu służę tudzież ten sam zawsze "wygnany" raj ziemski jawi mi się i tutaj i wszędzie, co pędzi w nieskończoność wybieranych lub nie ciągle jednak nowych możliwości, wiecznych wyzwań, niegasnących nigdy oczekiwań i upragnionych niczym we śnie marzeń zaś tego wszystkiego jest i tak ponad wszelką miarę i dobrodziejstwo. Nie znam też nikogo, kto nie żywi (się) jakiejkolwiek nadziei, choć są pewnie tacy, co żyją beznadziejnie, lecz czy w takim razie można założyć, że nie mają oni żadnej nadziei w sobie, że odwrotnie nie noszą na sobie większego ponad stan garbu kolejnego kroku w wolną zazwyczaj od niebytu przestrzeń niczyją czy też realnie przecież życiową. Probably not?

 

     Czy to jest zatem definitywny czy jakoś tam inaczej zdefiniowany teraz koniec. Ano, może nieco parafrazując pewne powiedzenie z cudnego oscarowego filmu z pewnością not yet ponieważ nigdy nic się nie zaczyna ani nie kończy zaś naprawdę zawsze czyli po prostu to coś z czymś  j e s t  nawet dalej więc czyżby wystarczyło niemo powiedzieć zwyczajowe do widzenia do kolejnego już w zanadrzu adieu-odcinka? Hmm, przecież i tak - moi kochani może i wierni czytelnicy na pocieszenie a to nie żadna znowu mana - jest jeszcze co czytać przed Wami tyleż samo przede mną tak wiele wspólnie... obopólnie... między≡namiemoticion

Pastelowe szale...

ajtmatowGolgota Czingisa Torekulowicza Ajtmatowa – kirgiskiego pisarza, dramaturga i scenarzysty filmowego piszącego po rosyjsku to powieść na wskroś obyczajowo-społeczna z elementami symbolicznego w sowchozowym artyzmie przestępczego folkloru środowiskowego oraz synkretycznej przypowieści jako proformy do przekazu narracyjnego co nieśmiało przebija się przez rogatą niczym szaleństwo ornamentalistykę z tego ludzkiego tamtego nieludzkiego ozdabiania się; gdzie zasadniczo na kazachsko-kirgiskich stepach w latach osiemdziesiątych minionego stulecia rozgrywa się dramat - moralitet przeplatających się ze sobą istnień ludzkich i zwierzęcych pomiędzy jak zawsze po swojemu sprawiedliwymi prawami natury; uosabianymi przez wilczycę Akbarę co marząc o przyszłych łowach pragnie nie tyle samej zdobyczy, co tego, by czas obławy nadszedł jak najprędzej, by wilki mogły mknąć w stepowej pogoni jak szybkoskrzydłe ptaki; a są to nie byle jakie marzenia wpojone jej przez naturę kto wie, może zesłane z niebios, marzenia, które później nieraz powrócą w gorzkich wspomnieniach, boleśnie zranią serce, śnić się będą często i rozpaczliwie… Zawsze tak jest z marzeniami – rodzą się w naszej wyobraźni, a potem przeważnie umierają, ośmieliły się bowiem wyrastać bez korzeni, jak niektóre kwiaty i drzewa… Zawsze tak jest z marzeniami – i na tym zasadza się tragiczne fatum poznania dobra i zła…; zrządzenia losu rozciągającego się na ziemi po horyzont bezkresnej na którą przybywa tyle niespodziewanie co i celowo eks-seminarzysta a obecnie dziennikarz Abdiasz Kallistratow – intelektualista, życiowy outsider i obrońca świata symbolicznych wartości; a zapominając o tajemnym celu swej relacyjnej podróży w kolejne nieznane cieszy się że można tu jeszcze napotkać ślady dawnego życia: stada burych wielbłądów, cmentarze-mazary rozrzucone po stepie niczym opuszczone miasta, niewielkie auły [z tatar. – podstawowa jednostka społeczna - minimum 20 pasterzy z rodzinami – przyp. aut.] składające się z kilku namiotów; [gdzie - przyp. aut.] czasem mignęła jurta – jedna jedyna jak okiem sięgnąć i aż strach brał o losy mieszkańców tego zagubionego, rozpadającego się ze starości ludzkiego siedliska; [gdzie - przyp. aut.] przed oczyma mknęli jeźdźcy, to pojedynczo, to grupami, niektórzy jeszcze – jak za dawnych czasów – w spiczastych czapkach i na koniach w starodawnej uprzęży; jak dziwnie też musi się czuć tak niemal odosobniony człowiek za dnia a co dopiero nocą zmarzniętą niczym krucha połeć kiedy odsłania się jak na dłoni rozgwieżdżony kosmos co zieje i marzeniem i grozą gdy naraz też uświadamia się sobie człowieczą a zatem absolutną samotność w bezkresnym świecie; a może wprost przeciwnie to właśnie ten majestat stepowych nocy rodzi wspaniałe poetyckie strofy, czymże jest bowiem poezja, jeśli nie samoutwierdzaniem się duszy ludzkiej wśród pustki świata; w którą teraz Abdiasz jedzie pociągiem z kurierami po anaszę [inaczej: konopie indyjskie – przyp. aut.] i że w świetle prawa ma do czynienia z przestępcami, ale do pewnego czasu musi dla potrzeb reportażu, który postanowił napisać, godzić się z tym życiem, ze złem, które narkomani noszą w sobie; acz mimo woli niejako czuje ssący w dołku o cale powyżej pępka chłód może i jakoś zakręcony niczym koncentryczna spirala chłód co przypomina w takich momentach nastroje ludzi, którzy ukrywają coś w głębi serca, rozumiał, że choćby nie wiedzieć jak wielka jest ziemia, jak radosne nowe wrażenia, wszystko to nic nie jest warte, nic nie daje umysłowi i sercu, jeśli w świadomości tkwi [niczym oścień – przyp. aut.] najmniejszy choćby punkt bólu; to on powoli określa samopoczucie człowieka i jego stosunek do otoczenia; jako że tak naprawdę to do niego jest skierowana prawdziwa misja Abdiasza krzewić [dobre samopoczucie – przyp. aut.] wśród żywych ludzi, wcale nie pragnących, by kierował ich na drogę cnoty jakiś tam Abdiasz, taki sam kurier-zbieracz anaszy jadący na koniec świata tak samo jak oni po szmal; choć nie inaczej jak również naiwnie Abdiasz jeszcze nie wie jednego a mianowicie: że skondensowane w sobie zło niczym zapiekłe jabłko ciężko i z bardzo daleka spada ściganemu dobru wprost pod nogi nawet wówczas gdy soczyste dobro chce pomóc ludziom którzy nie wiedzą czym jest jedno a czym drugie; co jak w przebitce filmowej a zatem w proroczym śnie Abdiasza naraz przenosi nas w obręby jerozolimskich murów do tamtej apokryficznej rozmowy Poncjusza Piłata z Jezusem-przestępcą; gdzie mimo to w historii [niczym tautologiczne zło – przyp. aut.] pozostaniesz ty, Poncjuszu Piłacie – z uporem powtórzył człowiek, który za chwilę miał wyruszyć na Golgotę, poza mury Jerozolimy. A ów [czarny – przyp. aut.] ptak, kania czy orzeł, krążący od rana wokół pałacu Heroda, tak jakby na kogoś czekał, opuścił wreszcie swoje miejsce; a Prokurator Judei zagadkowo stojący na pałacowym tarasie ze zgrozą i nie byle jakim zdumieniem obserwował tego dziwnego ptaka, lecącego w ślad za skazańcem, którego straż wiodła na Golgotę; po wielu wielu wiekach w nagle obudzoną a potem już bezsenną noc w rozmyślaniach Abdiasza w których przewodzi zakazana myśl że jeśli najbardziej upragnionym celem życia jest idea miłości do człowieka – idea humanizmu, czyli jak utrzymują ludzie mądrzy, droga człowieka ku samemu sobie, ku ciągłemu doskonaleniu własnego ducha, ducha istoty rozumnej, to jakże ciężko, trudno i okrutnie zaplanowano ową drogę – kto to zrobił i po co? Czyż ludzkość mogłaby istnieć bez owego humanizmu, pojęcia, które każdy interpretuje jak chce – jako humanizm chrześcijański bądź ekumeniczny, społeczno-egoistyczny, klasowy czy też z zasady swej [artystycznie - przyp. aut.] abstrakcyjny? I po co w naszych czasach religie dawno już zwietrzałe pod tym względem?; skoro teraz i tak królują nam realistyczne czy jakoś inaczej racjonalne światopoglądy w których to postępująca nauka podle służy zorganizowanej przemocy a przecież to, co nowe, bezwzględnie powinno być lepsze od tego, co stare. I to nowe jest! Istnieje! Nadciąga nowa, potężna religia – religia przewaga militarnej. W jakiejż to innej epoce człowiek każdego dnia, w ciągu całego swojego życia, był tak zależny od tego, czy militarne siły wywołają wojnę, czy też powstrzymają się przed nią? Czyż nie są teraz bogami posiadacze broni? Tyle, że na razie nie ma jeszcze świątyń, w których modlono by się do makiet bomb jądrowych, wyniesionych na ołtarze, i wybijano [zaklinające – przyp. aut.] pokłony przed [atrapami – przyp. aut.] generałami; którym ślepo-wiernie służy junta sowchozowa z emerytowanym pułkownikiem Ober-Kandałowem na czele bo chodziło o to że Abdiasz pod wieczór popadł w takie samo szaleństwo jak wtedy w wagonie że trzeba było się z nim w końcu ostatecznie rozprawić; gdyż nagonka na suhaki [gatunek ssaka kopytnego, rodzaj antylopy – przyp. aut.] tak go zaszokowała, że zaczął się domagać natychmiastowego przerwania rzezi, nawoływał rozjuszonych myśliwych do skruchy, zwrócenia się ku Bogu z błagalnymi prośbami o wybaczenie krzywd które oni mądrzejsi o wieki ludzie wyrządzają żywej przyrodzie; po czym wszystko następuje już błyskawicznie a Abdiasz nie stawiając nijakiego przed nikim oporu przywiązany do koślawego drzewa, ze skrępowanymi sznurem rękami i nogami, zawisł niczym świeżo ściągnięta skóra, którą powieszono do suszenia. Słyszał jeszcze przekleństwa i wrzaski, ale już jakby z daleka. Cierpienie odebrało mu wszystkie siły. W brzuchu, po stronie, gdzie mieści się [prometejska – przyp. aut.] wątroba, piekło go nieznośnie, w krzyżu coś jakby pękło lub oberwało się – taki tam czuł ból; boleści sączące się wewnątrz w tanim rozbłysku ostatniej świadomości potem tańszego jeszcze oddechu w których słyszy swój chłopięcy śpiew recytowaną przy pianinie wobec swego ojca diakona Kallistratowa modlitwę o zatopionym okręcie co płynie ku dalekim brzegom, tam gdzie leży gród promienisty, choć przybić do tego portu nigdy sądzone mu nie będzie; gdzie niby już nie na niby tamto dziecięce zawodzenie przechodzi raptem w cichy jak ustronna fala czy może coraz cichszy bieluchno pieniący się płacz i zlewa się z wodami równego jak taca stepowego oceanu przez całą noc, w ciszy, nad bezkresną mojunkumską sawanną w blasku księżyca co wydobywa z ciemności zastygłą na drzewie ukrzyżowaną ludzką postać; w parafrazie jedynie przypominającą wielkiego ptaka z rozpostartymi skrzydłami, rwącego się do lotu, lecz ustrzelonego i zawisłego wśród gałęzi; a tymczasem w pobliskim sowchozie nadal niejako trwa wojna tłumionego reżimowego postu z karnawałem zwiewnym niczym ażurowy tiul, samotnego człowieka z osamotnionym zwierzęciem, słabego kwilącego dobra z rozpanoszonym jak w upalnym zenicie złem; gdzie poprzedniej nocy Boston [kierownik sowchozu – przyp. aut.] wciąż przewracał się na łóżku od bezsenności i ciężkich myśli, które napływały jak fale. A wszystko zaczęło się od tego, że znów w pobliżu zimowiska pojawiły się wilki, znów zaintonowały nieznośną, szarpiącą nerwy pieśń [za utraconym potomstwem – przyp. aut.] i znów drżąc ze strachu Guliumkan przytulała się do męża, potem nie wytrzymała i przeniosła śpiącego syna Kendżesza na łóżko, i gładziła go, osłaniała własnym ciałem, jak gdyby dziecku coś groziło. Nieswojo robiło się od tego Bostonowi, chociaż [mało – przyp. aut.] rozumiał, że można wybaczyć kobiecie strach przed ciemnością i niezwykłymi dźwiękami; ponieważ to nikt inny jak sam człowiek w swym szaleńczym okrucieństwie – jak choćby zdemoralizowany sowchozowiec Bazarbaj i jego ludzka w wilczej skórze horda - pierwszy targnął się na święte świętości świata natury i w strachu raczej przed sobą samym niż przez wyjącym nieznanym sprytnie powybierał z dołów-legowisk szczenięce potomstwo prawdziwych królów stepowej gonitwy; gdzie również z dala od ziejących pustką nor wilczyca Akbara ostrożnie obeszła wszystkie owczarnie, wszystkie boksy, nigdzie nie znalazła porwanych wilcząt i zbliżyła się do ludzkiej siedziby; a tam niespodziewanie stanęła przed malcem - chłopcem Kendżeszem co widząc wycofane zwierzę podchodzi bliżej żeby pogłaskać zazwyczaj dobrego przyjacielskiego psa a wtedy osłabłe z rozpaczy serce Akbary zadrżało z rozkoszy ponownego posiadania czegoś swojego; sama podeszła do chłopczyka, liznęła go w buzię. Malca uradowała ta pieszczota, zaśmiał się cicho i objął wilczycę za szyję. A wtedy Akbara, całkiem rozbrojona, legła u jego stóp i zaczęła się z nim bawić – chciała, żeby possał jej sutki, ale on zamiast tego siadł na niej wierzchem unosząc się niczym na grzbiecie fali w beztroskim śmiechu; po czym zmysłowa niczym noc Akbara tak chłonąc dziecięcą woń oddawała mu całą nagromadzoną przez lata w sobie swoją-nie-swoją czułość a potem w myślach roztaczała przed sobą rozmarzone plany jak by to było dobrze gdyby ludzkie szczenię żyło wraz z nią w legowisku pod skalnym nawisem; toteż ostrożnie, żeby nie urazić dziecka, chwyciła malca za kołnierz kurteczki i gwałtownym ruchem przerzuciła go sobie na grzbiet – w taki sposób wilki porywają ze stada jagnięta; jednako w ten oto sposób rozpoczynając swój raczej samobójczy wyścig z człowiekiem z którym w pędzącym co koń wyskoczy galopie Boston znów załadował, wprowadził do komory ostatni nabój, znów wycelował i nawet nie usłyszał własnego strzału, zobaczył tylko, że wilczyca podskoczyła i runęła na ziemię; Zarzuciwszy karabin na ramię Boston jak we śnie pobiegł do leżącej Akbary. Zdawało mu się, że biegnie tak powoli, tak długo, jakby płynął w próżni. I oto wreszcie, cały skostniały, jakby wokół zapanował ziąb, podbiegł do wilczycy. I zgiął się, i skurczył, zachwiał, skręcił w niemym krzyku. Akbara jeszcze żyła, a obok niej z przestrzeloną piersią leżał martwy chłopczyk; w niemym przerażeniu jakby nie wierzącym własnym oczom co unosi w zdrewniałych po przeguby bostońskich rękach martwego niczym szaleństwo synka w swym równomiernie cofającym się czy może raczej po kolei niczym w kalejdoskopie zapadającym się w sobie kroku - rzecz jasna - znikomo wstecz; w rozpływającym się w eterze demonicznym wykroku co natrętnie i nie wiadomo czemu myśląc ze zdziwieniem widzi że zdychająca wilczyca ma [tak nieskazitelnie – przyp. aut.] niebieskie oczy; doraźnie pesymistyczna powieść Ajtmatowa to prawdziwa epopeja o bohaterstwie i nieśmiertelności nieskalanego po wsze czasy ducha we wszelkich stworzeniach małych i dużych; to także a i przede wszystkim nostalgiczna opowieść o prześladowanym czy jeszcze niżej upadającym w człowieku pospolitym dobrze i o nieuchronnie prześladującym go czy raczej zwyrodniałym w bezsensie interpolującym się źle co wspólnie cudnie pastelowo stroją się przed sobą gdzieś pomiędzy bułhakowskim nalotem a bratnim karamazowym dylematem; co teraz właśnie a czemu by nie każe postawić także moją-nie-swoją kropkę nad i a nawet i obok. A przecież jeszcze posłowie…

Nadzieja jak drugie życie...

kobieta z wydmKobieta z wydm Abe Kobo (właśc. Kimifusa Abe) – japońskiego pisarza i nowelisty to powieść psychologiczno-obyczajowa z elementami kafkowskiego absurdu, w którym fikcja literacka mija się z rzeczywistością a ona wciąż jak przez sito przesiewa nasze rozumienie świata i siebie samego w tym co najpierw zaskakuje a potem zniewala; do tego właśnie stopnia że pewnego sierpniowego dnia zaginął człowiek. Od chwili, gdy w czasie urlopu udał się nad morze odległe o pół dnia pociągiem – słuch o nim zaginął. Ogłoszenia w prasie i poszukiwania policji nie dały żadnych rezultatów; w narastającej fabule ów mężczyzna-nauczyciel błąkając się za swymi ulubionymi owadami przez barchany nadmorskiego piasku dociera do Jamy o szerokości ponad dwudziestu metrów, co stanowiła nieregularny owal gdzie Na mrocznym dnie stał mały dom pogrążony w ciszy. Jedna strona dachu była wciśnięta na ukos w ścianę piasku. Wyglądała zupełnie jak ostryga; zresztą zobaczył chatynkę jedną z wielu jako że w sąsiednich niszo-jamach stała już cała wioska a gdy tylko ześliznął się po piasku w niż przed nim pojawiła się delegacja wiejska ze starcem na czele; która uspokoiwszy wstępne obawy zaprosiła go w gościnę do domku gdzie mieszkała samotna kobieta; do którego w dół prowadziła drabiniasta winda z koszem i taka sama też jedyna droga wiodła do góry z powrotem; a w tej jamie nocą nasz bohater widzi – jak „tutejsza” kobieta - odgarnia zasypywane przez piasek domostwo i ze zdumieniem słyszy że nie wypada, żeby pan robił wszystko już od pierwszego dnia…; zaś nad ranem dowiaduje się że w naszej wiosce wszyscy stosują się do hasła: „Kochaj swój dom” absolutną miłością do miejsca, w którym mieszkamy; z początku abstrakcja ta budziła jedynie jego ciekawość jednak do czasu gdy przeszła w zdenerwowanie na które składało się także i zapewnienie kobiety że Wioska istnieje właśnie dzięki temu, że pracujemy pilnie jak pszczoły przy usuwaniu piasku [ze swoich jam – przyp. aut.]. Gdybyśmy tego zaniechali, nie upłynęłoby dziesięć dni, a zasypałoby całą wieś, a potem przyszłaby kolej na sąsiadów za nami!; może w buncie co budzi sprzeciw wreszcie i on również zajmuje się tym co i cała reszta w wiosce przesypując nadmiary nawiewanego piasku w kosze i worki; zwłaszcza że widział z jakim oddaniem pracuje kobieta z którą chcąc nie chcąc dzielił teraz najbliższe mu lokum; może i chcąc być pomocnym co też wcale nie przychodzi łatwo gdy Materac stawał się coraz bardziej mokry i coraz więcej piasku oblepiało jego ciało. Jakież to wszystko niedorzeczne i tajemnicze. Dlatego właśnie nie powinien czynić sobie wyrzutów, że odrzucił łopatę. Nie ma powodu, żeby brał na siebie aż taką odpowiedzialność. I tak zbyt wiele zobowiązań dźwigał do tej pory. Jego zainteresowanie piaskiem i owadami było w końcu tylko pretekstem do ucieczki – choćby na krótką chwilę – od udręki tych zobowiązań i życiowej inercji; z upływem kolejnych dni można powiedzieć że "topił się" w sprzecznych o sobie i o tym miejscu rozmyślaniach niczym ten wosk co powoli rozpływa się w równie bursztynowej kadzi: I przez to dzisiejszej nocy znowu będzie przeklinał bezsenność nie do zniesienia. Będzie próbował liczyć od stu do jednego, w rytm oddechu. Będzie mozolnie przebywał tę samą drogę od domu do szkoły, którą zazwyczaj chodził. Spróbuje wyliczyć nazwy wszystkich owadów, jakie zna, i ułożyć je według rodzin i rzędów. Wiedział, że nie da to żadnego rezultatu, więc tym bardziej był zdenerwowany […] Zanim chłodne niebieskawe światło ześliźnie się po krawędzi jamy, [tych, co przyjeżdżają samochodami i zabierają z sobą „urobiony” piasek – przyp. aut.] zaczną się znowu zmagania ze snem wchłaniającym go w siebie jak gąbka. Obawiał się, że dopóki nie przerwie się jakoś tego błędnego koła, to nie tylko jego zegarek, lecz nawet czas zostanie unieruchomiony przez ziarnka piasku.; abstrahując od swojej prawdy, że czas wcale nie galopuje jak koń ani nie posuwa się tak wolno jak wózek ręczny; gdzie z czasem czyli następnego dnia znowu nadejdzie ta sama lawina piasku a on nawet przyzwyczaił się już do tego huku, powtarzającego się niezmiennie każdego dnia. [podczas którego – przyp. aut.] Mężczyzna i kobieta spoglądali na siebie mimo woli.; choć niewiasta widząc jego ponury niepokój odwracała od niego wzrok w milczeniu. Nadąsana, zdawała się mówić, żeby martwił się sam, jak chce! Wobec tego dalsze zadawanie jej pytań byłoby już tylko histerią. Piasek sypał się nierównomiernie – czasem strumień wydłużał się jak nitka, to znów opadał szerokim pasem – aż wreszcie zamierał; nie tak jak jego serce co wtedy właśnie żywiej biło zapewne wizją ucieczki z tego zapomnianego między bogami a prawdą miejscem wiecznej walki o przeżycie; tym bardziej realnego planu jako że jakimś cudem ci co zabierali ich "urabiany" piasek dziwnie zapomnieli zabrać za sobą spuszczaną tutaj co noc sznurowaną przemyślnie drabinkę; do której po kilkuset ruchach z dachu swego domostwa wyprężyło się jak kot ciało mężczyzny by w efekcie wbić swe paznokcie w ostatni wysoko worek z piaskiem który służył odbierającym za przeciwwagę-dźwignię tego co jechało ku górze; dzięki też której przeciwwadze wydostał się nad krawędź jamy wreszcie z widokiem płaskim jak stół: Był wolny! Czterdzieści sześć dni i nocy spędził w tej jamie; teraz już wiedział że powinien jakoś przekraść się przez wieś zanim grupa transportowa rozpocznie pracę przy piasku więc skierował swe kroki w stronę najbliższych świateł; co z tego skoro znowu się pomylił! Bardziej w lewo! Gdyby szedł w tym kierunku, trafiłby w sam środek wsi. Choć minął już trzy wzgórza, światła wcale się nie przybliżały…Tak jakby krążył w jednym miejscu; wtedy też po raz pierwszy głęboko odetchnął i nie wiadomo czemu stanęła mu w myślach a zatem w obrazach tamta kobieta z którą spędził tyle pracowitych dni: czy jak się ona obudzi to jakoś zareaguje na jego nieobecność czy może poczuje suchość między obolałymi udami i lekkie pieczenie – i przypomni sobie szaleństwo dzisiejszego poranka… Szukając po omacku lampy uśmiechnie się zawstydzona…; po czym sam poczuł się jak okruszyna którą śmiało można zastąpić byle jakim lustrem albo i wrzeszczącym radiem; to tam właśnie w swym wnętrzu a nie w jakimś tam lustrze odbijały się w nim kobiece słowa: „Naprawdę mi pomagasz… Teraz jest zupełnie inaczej niż wtedy, gdy byłam sama. Nie muszę się tak śpieszyć rano, a pracę kończę ze dwie godziny wcześniej… Później poproszę związek [wiejski – przyp. aut.] o jakąś robotę do domu… Zaoszczędzę trochę z tego… i wtedy będę mogła kupić lustro czy radio…”; a tamte myśli zabijał coraz szybszym biegiem co żywcem paliły go w skronie i na stosie niemych wyrzutów w nich raz po raz potykając się o jakieś cienie gdzieś z nagła przemykających psów to znowu o bezradne dzieci pozostawione na pastwę nieruchomego księżyca w środku tej upiornej jak sen zimnej nocy; dopóty dopóki światła latarek tworzące krąg wokół niego [nie – przyp. aut.] zacieśniły się z prawej i lewej strony i zaczęły coraz bardziej przybliżać.; ku niemu coraz mocniej brnącemu już nie w piasku a w zwalistym piachu w miejscu gdzie naprawdę groziło ci niebezpieczeństwo. Ilu było takich, co nieświadomie się tu zabłąkali i nigdy już nie wrócili! To miejsce osłonięte jest górą, piasek nanoszony z wiatrem, zatrzymuje się… W zimie gromadzi się śnieg, na tym piasek, znowu śnieg i tak przez wieki nakładają się warstwy jak w andrucie; po czym mieszkańcy wsi ponownie spuścili go uwiązanego na zwyczajowej linie do znajomego dołu; do tej samej jamy gdzie Kobieta była jeszcze ciemniejszą plamą w tym mroku. Szła za nim, gdy kierował swe kroki ku pościeli, lecz – nie wiadomo dlaczego – była dla niego niewidoczna. Nie, nie tylko kobieta – wszystko dookoła było zasnute mgłą. Nawet potem, gdy opadł na posłanie, wydawało mu się, że ostatkiem sił biegnie po piasku…; tak... tak.. prosto... i prosto do tego samego celu co jawił mu się w-ten-czas-potem wolnością choć ocknąwszy się znowu zdał sobie sprawę że jest nieszczęśliwy a może nawet więcej niż taki ponieważ godny litości; w czym zresztą utwierdziła go ona - kobieta - słowami - Nie udało się to przecież jeszcze ani razu… nikomu…; choć jego wciąż nurtowała ta sama myśl że jest jeszcze tamto życie ale i to także jest życiem choć najtrudniejsze do zniesienia jest to, że nie wiadomo, co nas jeszcze czeka. Oczywiście, nigdy tego nie będziemy wiedzieli, niezależnie od tego, jakie jest nasze obecne życie. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że lepsze jest to życie, które – jakie by nie było – pozwala człowiekowi zapomnieć o wszystkim…; może zapomnieć jak dreszcze bo to dziwne drżenie ciała nie wiadomo czemu zaczęło kojarzyć mu się z powierzchnią księżyca; w drżeniu o nim czy w lunarnym dotyku podobne do świerzbu posypanego nierówno pudrem… tanie wysuszone mydło… a może raczej zszarzałe aluminiowe pudełko na jedzenie… Ogniskowa przybliżyła się znowu […] białe, przyprószone pyłem tabletki na dnie butelki do zabijania owadów… zdumiewające podobieństwo między powierzchnią księżyca a zwietrzałymi tabletkami cyjanku potasu; o których teraz myślał nie inaczej jak… złowieszczo… o tej gnijącej w zakamarkach duszy czy odwrotnie podpełzającej doń zalotnie zazdrości rzecz jasna w kontekście świeżo udobruchanego żalu; co z utęsknieniem patrząc na krawędź jamy w świetle jałowego księżyca myślał że zazdrość to-to wszystko, co istnieje poza tą jamą, to ulice, pociągi wiozące ludzi do pracy, sygnały na skrzyżowaniach, ogłoszenia na słupach telefonicznych, ciała zdechłych kotów, drogerie sprzedające papierosy… Jak piasek wdzierający się w drewniane ściany i filary, zazdrość wierciła w nim dziury i czyniła z niego pustą patelnię na ogniu. Temperatura pustego naczynia szybko rośnie. Może się zdarzyć, że nie zniesie tej temperatury, że się podda, że ze wszystkiego zrezygnuje. Czy zdoła przezwyciężyć tę chwilę, nim zacznie mówić o nadziei?; która w końcu w mieszaninie zimnych uczuć przyniosła wraz z wiosną nad morzem tak długo wyczekiwane radio z długą anteną choć i nowe zmartwienia - chorobę połogową kobiety; którą musiano z niszy zabrać ale teraz drabina została na miejscu. Z wahaniem [mężczyzna – przyp. aut.] wyciągnął rękę i lekko dotknął ją palcami. Gdy upewnił się, że nie znika, zaczął powoli wspinać się do góry. Niebo było brudno-żółte. Ręce i nogi ciążyły mu bezwładnie, jakby wyszedł z wody. To jest właśnie drabina, na którą czekał tak długo…; to po niej i nad krawędzią jamy wszedł na najbliższe wzniesienie skąd widać było bezkresne morze a one stąd wydawało mu się i żółte i mętne; więc jedynie zaczerpnął powietrza – zazgrzytało morze między zębami i nie posiadało smaku, jakiego oczekiwał za to kątem oka dostrzegł w jamie zbyt długi cień swego odbicia i przypadkowo ostatnio uszkodzoną drewnianą ramę od pułapki na zbieraną wodę; co razem jak wzbierający w nim płacz i tamten cień i tamta rama prosiły się o naprawę A o tym, jak stąd uciec, może równie dobrze pomyśleć znów jutro; przejmująca i pełna alegorii powieść Kobo to sfilmowane arcydzieło światowego formatu której mocne aluzje niekiedy graniczące z rozprawą naukową w pasjonującym studium psychologicznym stawiają człowieka sam na sam z odwiecznymi pytaniami o doczesne granice ludzkiej egzystencji; w granicach co konstruują nowe nadzieje ze szlabanami otwartymi na to co nie tak daleko stąd. 

Przyjazna spowiedź...

derwiszDerwisz i śmierć Mehmeda „Mešy” Selimovicia – jugosłowiańskiego (bośniackiego) pisarza, myśliciela i eseisty piszącego w języku serbsko-chorwackim to powieść psychologiczno-obyczajowa choć najsampierw osadzona czy może raczej bardziej prawdopodobnie w osiemnasto-wiecznej a więc historycznej bośniackiej scenerii totalitarnego państwa osmańskiego; gdzie na planie pierwszoplanową postacią a i narratorem jest przełożony sufickiego klasztoru muzułmańskiego co zwie się Achmed Nurudin; nadano mi to imię i przyjąłem dar ten z dumą, ale teraz po wielu latach rozmyślam o nim ze zdumieniem, a niekiedy z ironią, gdyż  ś w i a t ł o  w i a r y  [z tur. - Nurudin – przyp. aut.] to pycha, której nawet nie wyczuwałem, a obecnie jej nawet po trosze się wstydzę. Jakimże jestem światłem? Czym oświecony? Wiedzą? Etyką? Czystym sercem? Właściwą drogą? Brakiem zwątpienia? Wszystko to [wraz z kropką – przyp. aut.] stanęło pod znakiem zapytania. Teraz jestem tylko Achmedem [z tur. – przyjaciel – przyp. aut.] – ani szejkiem [z tur. - naczelnik muzułmańskiej gminy wyznaniowej – przyp. aut.], ani Nurudinem. Wszystko opada ze mnie jak szata, jak pancerz i pozostaje to, co było przedtem: naga skóra i nagi człowiek; co w tym negliżu sam będąc niczym nadwątlona pieczęć po przełamującej się na dwoje nierównej czterdziestce a więc w wieku o dziesięć lat większym od tego żeby było mu już wszystko jedno a może obojętne co się stanie czy i o tyle samo więcej w latach stateczniejszym żeby rozgrzewana pomału starość zalakowała w nim potrzebę jakiekolwiek buntu występuje wobec władz w obronie zbuntowanego przeciw tureckim ciemiężcom brata Szewkija; co właśnie czeka przed trybunałem sędziowskim na najsroższy tudzież może jednak cudowny wyrok w sarajewskiej twierdzy tureckiej a jego starszy brat w zakonie tańczących derwiszów czuje jak boleśnie wyrastają mu za plecami czarne niczym noc skrzydła szeleszczące w martwym powiewie śmierci; co są jak nieuchronna konieczność przeniesienia się na drugi świat, w którym człowiek osiągnie swój pełny wzlot/ Abu’l-Faradż al-Isfahani – poeta arabski gdzie zastygły koniec to przemijanie materii, a nie duszy/ Ibn Sina (Awicenna) – lekarz i filozof arabski gdzie już samo odejście to zmiana stanu. Dusza zaczyna żyć sama. Zanim oddzieliła się od ciała, chwytała dłonią, patrzyła okiem, słuchała uchem, ale istotę rzeczy znała sama przez się/ Abu Hamid al-Ghazzali (Algazel) – teolog i mistyk arabski; cierpliwa dusza która także wiedziała że młoda żona kadiego [z tur. – sędzia muzułmański – przyp. aut.] Ajni-efendiego może doprowadzić do uwolnienia od zarzutów derwiszowego brata choć niewiasty takie jak ona - osobliwie piękne i młode – znają wartość wszystkiego, co mogą stracić, a co zyskać, i zawsze mają swoje racje, którym można się dziwić, lecz które rzadko bywają naiwne. Ich oczy błyszczą śmiałością, nawet wtedy, gdy są opuszczone, są żenująco otwarte nawet wtedy, gdy kryją się pod rzęsami; jako że są święcie przekonane o własnej potędze, z której nie korzystają, dzierżą ją jak miecz, z ręką na rękojeści [i już – przyp. aut.] widzą w nas niewolników lub nienawistne stworzenia, bez powodu pyszniące się swą nieużyteczną siłą. Ta szalona pewność siebie jest tak przekonywująca, że działa nawet wtedy, gdy nią gardzimy. W człowieku budzi się strach mimo wiary, w jakąś nieznaną możliwość, w jakieś czary i dziwy, w jakąś tajemną moc iblisa [z tur. – diabeł, szatan – przyp. aut.]; choć derwisz nie może ukryć że wciąż patrzy na nią - tak spokojną niewiastę - z przyjemnością, z głębokim spokojnym zachwytem, z jakim patrzy się na cichy nurt rzeki, na przedwieczorne niebo, na księżyc o północy, drzewo obsypane kwieciem, jezioro mego dzieciństwa o świcie. Bez chęci posiadania, bez możliwości pełnego przeżycia, bez siły odejścia. Przyjemnie było patrzeć, jak splatają się jej żywe ręce, jak zapominają się w igraszce, przyjemnie było słuchać, jak mówi – nie, nic nie musiała mówić, wystarczyło, że była że istnieje w sercu lakonicznego wiersza; a jednak która to chciała z derwiszem porozmawiać o swoim bracie utracjuszu pałętającym się wśród ludzi gminu - Hasanie żeby za jego zakonnika namowami zwłaszcza dobrowolnie a i bez skandalu czyli licho wie czemu cicho wyrzekł się swej czy raczej wszelkiej schedy ojcowskiej; który to Hasan w wirydarzu zakonnym wyznaje że każdy z nas jest dziwny/ niezwykły, prócz ludzi nijakich, bez oblicza, którzy właściwie też są dziwni/ niezwykli, bo nie mają w sobie nic charakterystycznego, ich cechą jest właśnie to, że żadnej szczególnej cechy nie posiadają. I oczywiście za wyjątkiem nas samych, jako że do siebie przyzwyczajamy się tak bardzo, że wszystko, co jest inne niż w nas, wydaje nam się dziwne/ niezwykłe, można by więc rzec, iż dziwne/ niezwykłe jest to, czego my sami w sobie nie mamy. Zatem [jego – przyp. aut.] ojciec jest dziwny/ niezwykły dlatego, iż sądzi, że ja jestem dziwny/ niezwykły, a ja przeciwnie, i tak dalej, coraz dalej, nie ma końca zdziwieniu, a może właśnie temu należałoby się dziwić/ niezwykle bardziej niż najbardziej; choć w tym dziwno-niezwykłym a jednak miłosnym ku sobie wzrastaniu czy i może raczej upadaniu Ojca-z-Synem czy Syna-w-Ojcu kryje się piękna od wiek wieków przyjazna poznaniu tajemnica w której niech diabli wezmą i jego, i tę dubrowniczankę. Jest mu ważniejsza niż własny ojciec, żebym przynajmniej wiedział dlaczego. Drachmy [z gr. – jednostka wagi – przyp. aut.] ciała na niej nie ma. Ale niech tam, niech włóczy się po szerokim świecie tymi maślanymi oczami, skoro taki z niego głupiec. Deszcz go przemoczy, mróz ściśnie, hajducy napadną. Nic sobie, głupiec, nie da wytłumaczyć. A ty, ojcze, siedź tutaj wtulony w swój kąt jak cybuch i czekaj. Zamieraj, kiedy otwierają drzwi i kiedy ktoś biegnie po schodach, zrywaj się z krótkiej drzemki, czarnych snów i złych przeczuć. Płodź dzieci na swoje nieszczęście, żeby ci było ciężej. Och, wybacz, Boże, co ja plotę; same czarne nici szarpiąc na białej szpuli i gryząc się potem w język podczas tej hasającej to tu to tam nieobecności co sprawiała że ci co Hasana dobrze znali snuli bajkę o nim. Był sobie kiedyś piękny królewicz... A sam Hasan opowiadał o swoich porażkach bez żalu, ze śmiechem. Klęski jego nie wydawały się ani ciężkie, ani ważne, dzięki czarowi swej pogodnej szczerości zmieniały się nawet w sukcesy, o których nie chciał mówić i na których specjalnie mu nie zależało; jako że taką właśnie bajecznie zamotaną przyjaźń Hasana przyjmuje się z takim upragnieniem, by zaspokoić tę silniejszą od rozumu ludzką potrzebę niemalże wiarę co nie musi wcale gór przenosić gdyż one są wtedy wszędzie; nie tam jednak gdzie panoszy się krzykliwa obojętność i krytyczna ponad stan serca drażliwość zwłaszcza na swoim punkcie selfistycznym nie na niby ślepo karzącym wszelkie przejawy niesubordynacji choćby jedynie zrywu samodzielnego myślenia; którego kolejną już ofiarą z długiego rzędu poprzednich pada a może i z rąk uzbrojonych najemników-semenów przed das Schloß [z niem. – zamek – przyp. aut.] osamotniony brat naszego derwisza; a ten potem czy jako żywo po świeżej stracie odczuwa przygnębienie graniczące ze szlabanem podnoszonego przed wszystkimi wstydu że pokazałem zabitego chłopca rozjuszonemu tłumowi, nie chciałem pogodzić się z myślą, że nic się nie stało. Pragnąłem, żeby coś nastąpiło, gotów byłem przyjąć przed Bogiem swoją część winy. Ta niepewność męczyła mnie, ale równocześnie sprawiała mi zadowolenie: sumienie moje było czyste, nawet gdy chodziło o NICH; czyste niczym łzy śmiechu w żartach zawsze przyjacielskiego Hasana mówiącego że derwisz jest okrutny jak krogulec i wrażliwy jak stara panna; można powiedzieć iż nadwrażliwie zdewociały niczym puer aeternus co w jakimś tam niedokończonym rachunku z domniemanych zysków i wątpliwych strat stawia rozgorączkowane równania ze zbyt wieloma niewiadomymi że jedynie pamięta jak piękna była wtedy. I wyraz cierpienia na jej twarzy, którego długo nie mogłem zapomnieć, gdyż ja byłem jego przyczyną. Dla tej kobiety, jedynej, którą w życiu kochałem, nie ożeniłem się. Przez nią, straconą, przez nią, zabraną, stałem się twardszy i bardziej zamknięty wobec wszystkich, czułem się okradziony, nie dawałem innym tego, czego nie mogłem dać jej. Może mściłem się na sobie i ludziach, bezwiednie i nieświadomie. Choć nieobecna, przyprawiała mnie o cierpienie. A potem zapomniałem, ale było już za późno. Szkoda, że swą niewyżytą tkliwością nie obdarowałem nikogo: ani rodziców, ani [umierającego teraz – przyp. aut.] brata, ani innej kobiety; za to czy tak jakby na opak wszystkim i wszystkiemu po zaciągu i wojnie z niewiernymi Achmed wybiera krętą drogę na pobliskie wzgórze powyżej swej rodzinnej wioski ponad lasem, ponad rzeką, na skalistym bezludziu, na którym tylko orły krążą [a tam wyznaje że - przyp. aut.] dotknąłem dłonią płyty wielkiego nagrobka, samotnego między pustką nieba i ziemi, od wieków nie niepokojonego, przez nikogo nie odkrytego, nasłuchiwałem głosu kamienia lub grobu kryjącego [ponoć – przyp. aut.] tajemnicę życia i śmierci co wnosi w spadku jedynie zawodzenie gwiżdżącego na wszystko zimnego czy północnego wiatru; tak nie inaczej Achmed siedział z beztrosko zwisającymi mu nogami nad niewidocznie stromą po chropowatym skosie przepaścią pomiędzy dwoma pustyniami – bałwanami - samotności i nieistnienia niczym ów rozsypujący się szkielet pod [nagrobną – przyp. aut.] płytą; może też krzycząc niezrozumiałe w niebo-głosy do niego tu leżącego a jednak dalekiego w nieskazitelności czasu gdzie głos mój potoczył się między ostrymi kamieniami – samotny głos i samotny wiatr; co teraz i zaraz lada chwila acz po wielu wielu dopiero latach zawiewa mu niczym donosiciel-powiew w odartą ze złudzeń i świeżo pogodzoną ze sobą twarz po święcie już rozgrzeszonym i obojętnym (na niego) zamkowym wyroku śmierci; kafkowska i autorefleksyjna powieść Selimovicia to prawdziwy majstersztyk o krępującej nas na całego samotności, absurdalnej niekiedy bezsilności i obojętnej zazwyczaj bezduszności z całą nutą pogodnego i przeciągle potem brzmiącego w kontekście elan vital; z drugiej strony na rewersie tego samego medalu to iście munchowski krzyk przeciwko nienaturalnie wykrzywionemu myśleniu ideologicznemu co a rebour łapie się za głowę spóźnionego a więc chorego w nim człowieczeństwa; a jednak czy może zwłaszcza pomimo tego w powiewających na wietrze panoramicznych krzywiznach w ustępujących parabolach z życia ludzkiego gdyby Allach karał ludzi tak, jak na to zasługują, nie zostawiłby na powierzchni Ziemi ani jednego stworzenia/ Koran, sura 35, Stwórca, w. 44...

Wyposzczony niczym latawiec...

james joycePortret artysty z czasów młodości Jamesa Joyce’a – irlandzkiego pisarza w dorobku anglojęzycznego tudzież wielkiego literackiego eksperymentatora a nawet i nihilisty swoich czasów to powieść psychologiczno-obyczajowa w dużej mierze także autobiograficzna co niejako in compendium stanowi liryczne wprowadzenie do poczesnego w literaturze i skandalizującego po dziś dzień głównego jego dzieła dramatycznego - Ulissesa; gdzie właśnie w preludium do niego samego podmiot liryczny ukrywający się pod postacią Stefana Dedalusa przenosi nas w dublińskie realia swego młodzieńczego życia rodzinnego i szkolnego przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku; jeszcze polegującego na tamtej godzinnej lekcji w gimnazjum Clongowes Wood w Sallins gdzieś przed pilnymi oczami a i kolorowymi kartami w atlasie geograficznym z niekartkującą się acz zawsze swoją wierszowaną czy imienną doń inskrypcją; gdzie właśnie tam nasz Stefan przeczytał te wiersze wspak, lecz nie była to już poezja. Następnie odczytał kartę przedtytułową z dołu do góry, aż doszedł do swego nazwiska. To on, i znowu zaczął odczytywać tę stronę z góry na dół. Co następuje po wszechświecie? Nic. A czy jest naokoło wszechświata coś, co by wskazywało, gdzie kończy się wszechświat, a gdzie zaczyna się to nic? Niemożliwe, żeby to był mur; ale może być cieniuchna linijka, która otacza wszystko. Bardzo to wielkie myślenie o wszystkim i o wszędzie. Tylko Bóg potrafi tak myśleć; a zmęczony takim krzywo wymykającym się czy może i nazbyt impertynenckim myślom od których jedynie głowa puchnie dalej kartkuje atlas i tępo przygląda się zielonej krągłości Ziemi pośrodku kasztanowatych obłoków. Począł zastanawiać się nad tym, co jest właściwsze, czy wybrać zieloną barwę czy kasztanowatą, bo Dante pewnego dnia odpruła nożycami zielono-aksamitny grzbiet szczotki przeznaczonej dla Parnella [irlandzki polityk - przyp. aut.] i powiedziała, że Parnell jest łajdakiem. Zaciekawiło go, czy sprzeczają się o to w domu. Taka rzecz nazywa się polityką. Polityka ma dwie strony: Dante jest po jednej stronie a ojciec i pan Casey po drugiej, ale matka i wujek Charles nie są ani po tej, ani po tamtej stronie; aczkolwiek za to stronniczo straszą wyobraźnie nie-winnych grzeszników niczym sączące się poniżej ognia i pomału wyrzucane w eter płomienne wersety z niezliczonych wyniosłych ambon że trzeba poprawić swoje tajemne życie więc Stefan po obiedzie poszedł na piętro do swego pokoju, aby być sam na sam ze swoją duszą, a za każdym krokiem dusza jak gdyby wzdychała; za każdym krokiem dusza pięła się wzdychając przez obszary gęstego mroku; zza podestu skrzypiących pod stopami schodów i przed wysokimi jak czoło odrzwiami pokoju do którego prowadzi porcelanowa gałka a za nimi tuż tuż już nie-on sam akurat bardziej prawdziwy niż prawdziwszy tak jakby czekał wśród lęku i zamierania duszy i modlił się bez słów, by śmierć go nie dotknęła, gdy przekroczy [następny – przyp. aut.] próg, by złe moce przemieszkujące w mroku nie uzyskały nad nim władzy. Bez ruchu czekał na progu, niby u wejścia do mrocznej jaskini. Były tam jakieś twarze, oczy, które czaiły się i spoglądały frasobliwie szeptając między sobą czy może bez przerwy do siebie pewnie, wiedzieliśmy doskonale, że chociaż to musiało wyjść na jaw, bardzo mu będzie trudno postarać się i spróbować nakłonić siebie do podjęcia wysiłków w celu wyszukania duchowego pełnomocnika, więc pewnie, że wiedzieliśmy doskonale…; iż żeby stać się naprawdę wolnym czy może inaczej znowu bezgrzesznym trzeba się wyspowiadać nie przed swoimi kolegami a przed nieznanym mu księdzem więc skulił się w cieniu tej myśli, poczuł się mały, pełen czci dla Boga, który stworzył każdą rzecz i wszystkich ludzi. Szaleństwo. Jak można myśleć takie rzeczy? I skulony w mroku [swej jaskini – przyp. aut.], czując się podłym, modli się niemo do swego anioła stróża, by mieczem odpędził szatana szepczącego mu do mózgu o wężowym istnieniu przypełzającego doń pożądania i o pozostałych wątpliwie niecnych pragnieniach dziecięcych co jako żywo czy jeszcze bardziej oślepiająco niczym puszczane filuternie zajączki biją w oczy od zapuszczanych w ruch zwierciadeł duszy; znowu patrzących na niechlujne dziewczęta co siedzą wzdłuż chodników, przed nimi stoją kosze. Zwilgłe kosmyki włosów zwisają im z czoła. Przykucnięte w błocie wcale nie wyglądają pociągająco acz w miriadach miriad luster – w niewidzialnych oczach Opaczności – są nadal niejako zawieszone pomiędzy alfą i omegą jego przenikliwej miłości; a on – wiecznie grzeszny Stefan - wciąż powiewa na wietrze swego upadłego poniżenia wietrze co wiejąc uderza od metra po następny wiszący nad nim metr w zazębiające się pomiędzy sobą puklerze innych dusz, bardziej lub mniej opromienionych boską życzliwością, a były to gwiazdy raz jaśniejsze, raz bardziej przyćmione, rozbłyskujące i gasnące. Świecące dusze powędrowały dalej, rozbłyskując i gasnąc, i pogrążyły się w pędzącym tchnieniu. Jedna dusza zagubiła się, drobniutka duszyczka: jego własna; może i powiewająca w rombie pomiędzy niebem a ziemią także w dublińskim college’u jezuickim nad pismami czy filozoficznymi traktatami anielskiego doktora Tomasza z Akwinu; gdzie nawet sam dziekan niekiedy stosując sztuki bardziej pożyteczne niż wyzwolone wyciąga cztery ogarki świec z bocznych kieszeni sutanny i zręcznie je porozmieszczał między węglem i zwitkami papieru aby zrazu rozpalić ogień nie w sobie lecz w sercu zimnego jeszcze pieca; co w przyklęku a i na płycie kamiennej podłogi bardziej niż kiedykolwiek podobny był do pokornego sługi przygotowującego miejsce ofiarowania w pustej świątyni, do lewity Pańskiego. Jak prosta płócienna szata lewity, zblakła i wytarta sutanna drapowała klęczącą postać służebnika, dla którego liturgiczne szaty lub efod [w hebr. – naramiennik u arcykapłana bogato haftowany złotem – przyp. aut.] bramowany bisiorem byłyby męczące i kłopotliwe. Ciało jego zestarzało się w najniższej służbie Pańskiej; co więcej nawet jego rogowiejąca po obrzeżach dusza jakoś sama przygarbiła się w tej niemej służbie w dusznym niczym nawyk przyklęku i przestała rozwijać się ku światłu i pięknu, przestała roztaczać wokoło miły zapach świątobliwości, pozostała tylko umartwiona wola, nie reagująca już nawet na pobudki własnego posłuszeństwa, podobnie jak nie reagowała już na pobudki miłości lub zmagań starzejące się ciało, wychudłe i żylaste, siwiejące srebrnoiglastym puchem; co tak samo ledwie trzyma się siebie nawzajem w duszy artysty którego samotną misją jest tworzenie - jak przy rozniecaniu ognia - obiektywnego dla wszystkich piękna choć ono samo to już zupełnie inna kwestia; jako że pulchra sunt visa placent/ piękne jest to, co oglądamy z przyjemnością w granicach percepcji wzroku, co, moim zdaniem – powiada za Akwinatą Stefan – równa się estetycznemu rozumowaniu, ogień ten będzie piękny. Lecz Tomasz z Akwinu powiada także: Bonum est in quod tendit appetitus/ Dobre jest to, do czego dąży pragnienie. W granicach zaspokajania zwierzęcej potrzeby ciepła ogień jest dobrem. W piekle jednakowoż jest złem; na co dziekan z iście jezuicką kazuistyką czy też mało estetycznie uchyla drzwi ponieważ a nawet podobno przeciąg pomaga w takich okolicznościach; co jedynie utwierdza Stefana w przekonaniu że w tym milcząco-przebiegłym narodzie zakonnym nie odczuwa się wcale jakiejkolwiek miłości do Boga że zawsze zakon był tym, czym założyciel [Ignacy Loyola – przyp. aut.] chciał żeby był: laską w ręku starca, na której można się oprzeć w drodze, gdy noc zapada lub dmie wichura, którą można położyć na ławce ogrodowej obok bukietu damy, laską, którą można wznieść groźnie; a przecież cudna nad wszystko akwinacko-artystyczna claritas/ promienność to nic innego jak czysta istota wewnętrzna realnie widzianego estetycznego obrazu podobnego w tej tajemniczej dla oka chwili do przygasającego w piecu acz wciąż rozżarzonego węgielka; to tamta może również chwila, gdy najwyższy przymiot piękna, jasna promienność estetycznego obrazu, jako świetlane pojęcie powstanie w umyśle, uderzonym poprzednio zawartością tego tworu i olśnionym jego harmonią, jest świetlanym, cichym zastojem estetycznej rozkoszy, jest stanem duchowym podobnym wielce do owego uczuciowego stanu co nazywa się in profanum nie-nawykłym jeszcze oczarowaniem serca; co po-nie-w-czasie właśnie zakończonej edukacji już znacznie przerasta jego rozszalałe piersi więc niejako roztrzaskuje ten bogobojny a jednak nadal kusząco piękny w sobie witraż niespójnych teraz w nim kawałków na wszystkie strony świata bowiem w każdym zakątku pamięci zaczęły się pojawiać jej karykaturalne obrazy: kwiaciarka w zaszarganej sukience, o wilgotnych nie uczesanych włosach i prostackiej twarzy, nazywająca siebie jego dziewczyną i żebrząca, by kupił u niej kwiatek jako pierwszy gość; kucharka z sąsiedniego domu, leniwie wyśpiewująca przy szczęku zmywanych talerzy pierwsze takty piosenki By Killarney’s Lakes and Fells [napisanej przez Edmunda Falconera – irlandzkiego poetę - przyp. aut.]; dziewczyna zanosząca się śmiechem, kiedy potknął się zahaczywszy podartą podeszwą o żelazną kratę chodnika niedaleko Cork Hill; inna dziewczyna, na którą rzucił okiem, bo spodobały mu się jej małe, pełne usta, a która, wychodząc z fabryki biszkoptów Jacoba zawołała doń przez ramię: Co mu się tyż spodobało we mnie: włosy jak drut a brwi jak wąsiska!; po czym niejako wyzuty z tak krępującego rozwiązania Stefan Dedalus - alter ego pisarza - wypowiada bluźniercze non serviam i na zawsze wyfruwa z irlandzkich nizin w zbyteczną wolność promienistość miłości niczym tamten Dedal - jego mitologiczny imiennik a zarazem prawdziwy ojciec duchowy; gdzie w przestworzach czarują ramiona i odgłosy: białe ramiona gościńców – obietnicą mocnego uścisku, a czarne ramiona wielkich okrętów, za którymi stoi księżyc – opowieścią o odległych ludach; więc Przedwieczny Ojcze, przedwieczny twórco, sprzyjaj mi teraz i o każdej porze; obrazoburcza i melancholijna powieść Joyce’a to prototyp literackiej a i późniejszej o półwiecze kontestacyjnej w wymowie „powieści drogi”; gdzie na pozór sztywne może i nazbyt sofistyczne reguły rządzące światem czy zadeptane przez zapominalski czas ścieżki duchowe ulegają przewartościowaniom choć ich nowocześniejszy ton wcale nie różni się od antycznego nie tylko homeryckiego pierwowzoru; tak właśnie dokładnie odciśniętego chociażby w Przemianach Owidiusza w atramentowej czy zupełnie inaczej idącej gęsiego przez życie artystycznej obwódce – Et ignotas animum dimittit in artes/ I umysł zwrócił ku nieznanym sztukom…