Ptaki wyolbrzymianych cieni...

hill3Albatros Susan Hill – angielskiej powieściopisarki, nowelistki i krytyka literackiego a także co istotne autorki serii poczytnych książek dla najmłodszych to osobliwy zbiór przejmujących do cna opowiadań psychologiczno-obyczajowych; o natrętnie „uciekającym” w siebie nieludzkim wyobcowaniu może i o nabytej nieumiejętności przystosowania się człowieka do czasem zbyt arbitralnych wzajemnych relacji międzyludzkich; a więc w tytułowo sygnowanym opowiadaniu młody Duncan Pike wciąż pozostaje pod zbyt dominującym wpływem swej niepełnosprawnej jak również samotnie wychowującej go matki-wdowy Hildy; w tym coraz bardziej mętniejącym czy i spolegliwym przyzwyczajeniu co jednak pozwala mu tęsknić za morzem ponieważ obserwował je, spacerował brzegiem i rozmyślał, jak by to było, gdyby mógł jak inni mężczyźni wypłynąć wczesnym rankiem. Wspominał Cragga, który mówił o liniowcach wielkich jak kościół, przemierzających morza świata. I innych takich rzeczach. A jednak nie śmiał podejść zbyt blisko, tam gdzie woda wznosiła się w zimie wysoko i wściekle, gdzie fala rozbijała się hucząc i wznosząc obłoki wodnego pyłu; wtedy odchodził przerażony; w tym odruchowym przestrachu uważnie podbijanym przez matkę niczym zapamiętale żonglowana piłeczka co opadając tam gdzie trzeba aż do znudzenia powtarza że ty byś sobie nie dał rady na morzu, nie wiedziałbyś, jak sobie radzić, nie będziesz pływał. To bardzo niebezpieczne miejsce. Jakby morze było jakimś niebezpiecznym psem, którego nie wolno głaskać. A przecież ona urodziła się nad morzem, tyle wiedział, w innym mieście, dalej na wybrzeżu. I tam mieszkała; zresztą nad tym samym morzem które okiełznuje w swej rybackiej łodzi szyper Ted Flint proponujący Duncanowi popłynięcie z sobą na kutrze w siną dal co już na samą myśl przeraża chłopca wszak nigdy nie byłem na morzu, nie znam się na niczym, nie gada on ze mną, dlaczego proponuje mi, żebym popłynął? A przecież Duncan nie wyczuwał wrogości u Teda Flinta, nie miał przy nim poczucia zagrożenia. Było to dla niego całkowitą zagadką; a raczej przelotną łami-główką co w zachodząc w głowę zawsze pragnie jedynie znaleźć się u siebie: z impetem wpadł do domu i stanął we frontowym pokoju, obok wysokiej dębowej komody, dyszał i drżał, oddech i krew, niczym fale, rozpierały cienkie ścianki jego klatki piersiowej; wsparł się rękami o komodę i płakał – bo uciekł od morza; było mu niedobrze ze wstydu za siebie i dlatego że matka [znowu karcąco – przyp. aut.] odezwała się do niego; jako że i ona nie przyjmowała u siebie nikogo z tą samą wyniosłą dumą wypowiadając posłuszeństwo naturalnym potrzebom jakiejkolwiek relacyjności – Niech sobie idą, nie otwieraj drzwi, nie bierz tego, nie, nie, nie są nam potrzebne, poradzimy sobie. I nauczyła go [Duncana – przyp. aut.] radzić sobie z domem, opiekować się nią, a potem, kiedy skończył szkołę, załatwiła mu pracę we Dworze; gdzie pracowity chłopak czasem zastanawia się co dzieje się w głowie matki, kiedy tak siedzi cały dzień w swoim fotelu na kółkach z białą szydełkową robótką. Nie potrafił przyrównać jej do innych ani do siebie, do swoich niejasnych myśli uczuć podczas naprawiania hamaka albo kopania w dworskim ogrodzie, nie wiedział nic o innych ludziach; a to właśnie nie umyka prawie ojcowskiej uwadze Teda Flinta co  łagodzi strachliwe wzburzenie chłopięcego morza swą znowu dyndającą czy napiętą żyłką ciepłej zanęty: Poradzisz sobie na łodzi, mówię ci, zaufaj sobie chociaż trochę. Ja cię nauczę; choć tak naprawdę to wściekłe morze występnie poucza naszego Duncana i utwierdza go w strachu kiedy ten to właśnie Ted Flint w łodzi ratunkowej - po uderzeniu w bok tonącego trawlera - straciwszy grunt pod nogami, przelatuje przez burtę, ale nim wpadł do morza, został przygnieciony do boku tamtej łodzi. Złapali go wciągnęli na pokład łodzi ratowniczej. Zmarł w drodze powrotnej do Heype, pośród uratowanych ludzi z trawlera; a teraz leży sobie na marach pod prześcieradłem zimnym jak skostniała w bezruchu błyszcząco wyłysiała biel - tak czy inaczej - którego włosy i szorstka skóra były takie same jak przedtem, z wyjątkiem gipsu i bandaża oraz ciemnego sińca tuż pod okiem. Przecież to cały on jest tutaj, pomyślał [Duncan – przyp. aut.], i wyobraził sobie mózg, serce i płuca ciasno zbite w klatce piersiowej, czerwoną krew, gęstą i nieruchomą. Kiedy szedł tutaj wyobrażał sobie coś [znacznie bardziej – przyp. aut.] przezroczystego, coś tak ulotnego jak [zrazu topiący się – przyp. aut.] śnieg, coś co nazwano zwłokami a tutaj był po prostu mężczyzna, Ted Flint, wielki i ciężki [niczym zmurszała leżanina – przyp. aut.] można było wyciągnąć rękę i dotknąć go, a skóra i włosy byłyby w dotyku takie same, jak jego własne; choć również na pogrzebie z kindersztubą dobrze wie że inaczej to już nigdy nie będzie że wszystkie ciała nie są tym samym ciałem. Inny jest rodzaj ciała dla ludzi, inny dla bestii, inny dla ryb i inny dla ptaków co właśnie otaczają go coraz ciemniejszym kordonem rozdartego koncentrycznie krakania iż postanawia zrobić coś naprawdę i do tego niezwykle strasznego; po kolejnym wieczornym utyskiwaniu nad sobą Duncan podaje swej matce zwielokrotnione środki usypiające i nazbyt wiele dokłada drzewek do rozpalonego ogniska domowego; po czym niepewnie zawozi w wózku nieprzytomną matkę nad sam skraj falochronu nad wzburzone morze gdzie nieco jeszcze wahał się, czekał. Nadchodziła fala, mącąc powierzchnię wody, wznosząc się i pędząc w kierunku kamieni. Podnosiła się i przewaliła, a kiedy opadała, Duncan lekko pchnął fotel do przodu. Ześliznął się natychmiast, przeleciał przez krawędź i zniknął. Odgłos spadania zginął w syku i mlaskaniu fal. Nie chciał niczego słyszeć i zaraz uciekł w szczerym popłochu do swej dalekiej samotni a i nieopodal tamtej podziurawionej łodzi nad bagnistą tutaj w zakolu rzekę; gdzie po niecnym czasie wreszcie znaleziono go a on wychodząc z ruderowatego spichlerza jedynie postawił kołnierz kurtki, nie chcąc, żeby światło padało na jego twarz. Kiedy odjeżdżali, szum silnika samochodowego sprawił, że w głowie zaczęło mu dzwonić. Nie odwieźli go do Heype; bowiem i wtedy czy też może na dobre dla niego zaczęła się w przyrodzie odwilż; w opowiadaniu Człowiek-słoń młodym Wiliamem opiekuje się charyzmatyczna niania Fawcett co pochodziła z szanowanej protestanckiej rodziny i miewała humory. Pod jej zbyt obfitymi piersiami kryło się serce przepełnione nieufnością, szczególnie wobec mężczyzn i republiki Eire [Irlandia - przyp. aut.]; a dla tak młodego czy równie chłonnego umysłu jedynym pewnikiem, jedyną prawdą w którą wierzył był świat odbierany za pośrednictwem niani Fawcett. Wszędzie indziej rozpościerało się terytorium obcych ludzi. Przestrzeń, po której stąpał w towarzystwie matki, ojca i babki z Cadogan Square, była jakaś niematerialna. Czuł, że w tej atmosferze nie mógłby dłużej wytrzymać; a humorzasta niania ciągle powtarzała mu że nie jest zwykłą służącą czy mierną posługaczką a jej profesja to prawdziwe życiowe powołanie w zasadzie zawód bez którego nie ostałoby się Zjednoczone Królestwo; choć przede wszystkim chłopak dowiaduje się że winnymi wszelkich nieszczęść w tym również wszystkich kłopotów wrażliwych kobiet są najsampierw niepoprawni a potem dopiero źli mężczyźni; po czym William pragnie już jedynie zmienić płeć, szybko wydorośleć lub w jakiś inny sposób uciec od ciężaru męskiej winy choćby poprzez zjednanie sobie przychylności tych zawsze uważnie lustrujących go oczu naszej czującej inaczej niani; acz na co dzień nie znajdował w nich cienia pochwały. Czasem tylko wyrażały aprobatę, kiedy pamiętał o dobrych manierach lub potrafił się oprzeć jakiejś pokusie. Zastanawiał się nad sposobem zaskarbienia sobie łask niani i odkrycia jakiegoś namacalnego dowodu jej uznania. Ale spojrzenie niani Fawcett prześlizgiwało się po nim zawsze szybko, pogrążając go w rozpaczy. Pozostawały tylko momenty jej przychylnej łaskawości, jakaś godzina czy dzień, których czepiał się kurczowo ucząc się żyć tymi krótkimi chwilami. Były one jak kamienie umożliwiające przejście w ciemnej rzece humorów niani choćby suchą czy potem znowu tęsknie kulejącą nogą; zresztą dziecięcym przeskakiwaniem dopóty dopóki niania Fawcett na spacerze z nim Williamem nie poznaje swego nowego przyjaciela i to akurat tego samego dnia w którym po raz pierwszy od przeszło czterdziestu lat spuszczono wodę z Okrągłego Stawu; gdzie oni nie raz siedzieli obok siebie niedaleko pustej estrady. Niania Fawcett raz po raz dotykała ręką loków wysuwających się spod granatowego kapelusza. Po chwili William podszedł bliżej. Fakt, że przyjacielem niani był mężczyzna, powiększył jeszcze poczucie obcości. Wszystko, co chłopiec wiedział o świecie i ludziach, nagle okazało się kłamstwem, jeśli gardząca mężczyznami niania Fawcett publicznie okazywała sympatię jednemu z nich, potakując i uśmiechając się na zielonej ławce; jako że ten nie inaczej jak obcy mężczyzna wyglądał nad wyraz nietypowo jakby przed chwilą włożył cudze ubranie, a zazwyczaj nosił coś całkiem innego; także jego twarz, kształt głowy i ruchliwe policzki jakby nie pasowały do całej reszty. Przypominał postać z zabawy w „szalonych ludzi”, w której grający przesuwają rząd głów kolejno próbując znaleźć dla nich odpowiedni tułów, choć żaden jakoś nie pasuje. Coś w wyrazie twarzy mężczyzny stale się zmieniało, jak gdyby nakładał wciąż inną maskę, bawił się nią przez chwilę, a potem przybierał nową, uśmiechał się, wykrzykiwał, marszczył, ściągał usta w miękką wąską linię; pewnego razu miast codziennej zabawy w parku i potem swych melancholijnych chwil nad błotnistym dla niego stawem William wraz z nianią udają się na prawdziwe przyjęcie dla dzieci; gdzie w pobliskim wszystkiemu hotelu niania Fawcett oddaje go w ręce swego nowego przyjaciela co łypnął przerażająco okiem, nieoczekiwany grymas wykrzywił jego ruchliwą twarz, rumieniec na chwilę zabarwił policzki, i wreszcie szeroki uśmiech rozjaśnił oblicze mężczyzny nadając mu całkiem nowy [bardziej ludzki – przyp. aut.] wyraz. William był ciekaw, czy twarz przyjaciela zmienia się także w czasie snu; po czym taki "wesołek" zaprowadza go - zaniepokojonego Williama - w nieznane środowisko ludzkie do obcych mu dzieci i dorosłych choć zawsze przecież na świąteczne przedstawienie; do tych rozlicznych zabaw i przedstawień które dopóki zdystansowane nie budzą w nim strachu dopóty na wodzirejskiej scenie nie pojawia się tamten człowiek-słoń; a w pokoju bawialnym nie rozlega się skoczna muzyka z nowej płyty w rytm której chybotliwie drepczący człowiek-słoń pewnie pociąga za sobą korowód trzymających się pojedynczo za ręce dzieci; po czym w tańcu podnosił je kolejno i sadzał sobie na wielkie ramiona a one prawdziwie zachwycone dotykały rękami sufitu i zawadiacko huśtały wiszący nad nimi żyrandol; podczas gdy przestraszony już nie na żarty William stał w ciemnościach i opierał się o ścianę modląc się, aby nikt go nie zauważył. Gdy jednak korowód zbliżył się nieco – spostrzeżono go, kobieta w bladoliliowej sukni zagdakała i chwyciła chłopca za rękę ciągnąc go do grupy dzieci i zmuszając do dreptania w rytm muzyki raz na jednej raz na drugiej nodze. Potem nagle poczuł za sobą człowieka-słonia, jakaś siła unosiła go w powietrze, czyjeś ręce mocno chwyciły pod pachy, uniemożliwiając jakikolwiek opór a on wtedy jeszcze mocniej marzył o powrocie na ziemię w niewidoczność swego ledwie pewnego kąta; zerkającego zza najniższego do tego stopnia ostatniego schodka że po zamknięciu przedstawienia wciąż bał się że człowiek-słoń biegnie za nim że gdzieś się potem ukrywa że i inni także go gonią w zawsze zawistnej zmowie milczenia; w swym dalszym a jakże lękliwym czy raczej zaradnym pośpiechu trafiając w końcu do jakiegoś otwartego pomieszczenia gdzie w półmrocznej sypialni z przewrotną lampą świecącą nad dużą toaletką a i w samym lustrze widzi to niechciane odbicie człowieka-słonia z rękami, które obejmowały głowę. Chłopiec stał oniemiały i ze zgrozą patrzył, jak ręce podnoszą wysoko szarą głowę, a potem kładą ją na kolanach; jako że faktycznie William ma przed sobą dwa obrazy – [wyrastającą – przyp. aut.] twarz mężczyzny i spoczywającą na jego kolanach głowę słonia oraz ich odbicie w lustrze. Czuł się otoczony przez straszne twarze. Chłopiec zaszlochał, zasłonił ręką oczy i zaczął szukać klamki. Drzwi nie ustąpiły jednak, coś pchnęło go do tyłu i do pokoju weszła niania Fawcett co teraz zaraz widzi go nieporadnego Williama w aureoli zanoszącego się zdradziecko śmiechu mężczyzny; aczkolwiek w zupełnych już ciemnościach czyli pod swoimi czy nawet więcej niż akurat bo świeżo nakrochmalonymi prześcieradłami wreszcie może zrozumiał że od tego dnia w którym spuszczono wodę z Okrągłego Stawu, wszystko się nagle zmieniło i nigdy już nie będzie tak jak kiedyś. Czuł strach i zatęsknił do dawnych [sobie samemu wierzących – przyp. aut.] dni, kiedy niania Fawcett gardziła wszystkimi mężczyznami; traumatyczne opowiadania Hill rzucają to samo co zwykle delikatne i kruche a więc poniekąd estradowe spojrzenie na wyludnione audytorium każdego nadwrażliwie dorastającego "ja"; gdzie jego jeszcze dziecięca wiara i proste w założeniach marzenia to nie moje obeznane wejrzenie na świat w notorycznie otwartym ruchu kinetycznym gdzie również moje dorośle jakoś powykręcane doświadczenie życiowe wcale nie buduje jego nie-kończącej się własnej oby prostszej historii...