Samuraj bez wyrazu...

endoSzaleniec? Shūsaku Endō – japońskiego powieściopisarza i płodnego publicysty telewizyjnego to dramatyczna próba szukania w człowieczeństwie człowieka wspólnego mianownika nad zmiennymi licznikami powiewających między nami a nawet kulturami nośnych ekwiwalentów światopoglądowych; gdzie w takim zwłaszcza intelektualnym zamyśle autor powieści przenosi nas w japońskie realia notorycznych narodzin i śmierci do tamtej powojennej współczesności uciekającej coraz większej połowie ubiegłego stulecia; w zasadzie prującej pomimo niezwyciężonych fal na rączym a więc cudnie białym, francuskim statku pasażerskim „Vietnam” do portu w Jokohamie; gdzie na tajemniczego przybysza zza dalekich południowych mórz czekają sceptyczny jak zawsze Takamori i jego młodsza siostra - osobliwie piękna Tomoe – niejako do żywego przepojona ciekawością acz ze stosownym do wieku czy może raczej feministycznym nastawieniem do nijakości męskiego rodu; którego niektóre zbyt wyrośnięte szczepy uparcie czy znowu oszczędnie podróżują w ładowniach statku, w miejscach niezajętych przez ładunek [gdzie – przyp. aut.] mieszczą się rzędy brezentowych koi, niby półki na kokony. Tu sypiają jeden przy drugim półnadzy kulisi i tragarze chińscy, którzy jadą na zarobek z Singapuru i Makao; a wśród nich kolebie się bardzo wysoki mężczyzna o wyglądzie zapaśnika niejaki Gaston Bonaparte któremu biała smuga światła wlewająca się przez okrągłe okienko do ładowni padała na plecy [gdy - przyp. aut.] Wyciągnął rękę do Takamoriego, a z całej jego postaci biła wprost radość. Twarz miał tak spaloną słońcem, że nie sposób było poznać czy to biały, czy mieszkaniec Dalekiego Wschodu. Długa, zupełnie końska twarz. Duży też miał nos, nawet usta, ukazujące w szerokim uśmiechu dziąsła, które też całkiem przypominały pysk konia; choć jak sam potem wyznaje że jego rodzina miała się wywodzić w prostej linii od syna zrodzonego ze związku Napoleona ze słynną Marią Walewską; w co zwłaszcza trudno jest uwierzyć podejrzliwej Tomoe gdy podczas wspólnego posiłku ukradkiem zerknęła na twarz gościa. To sękate straszydło o twarzy konia! Maniery przy stole godne hipopotama napychającego paszczę jedzeniem. Otwiera wielką paszczę i pcha w nią jedzenie ze stołu, niemal mu ślina cieknie. Doszukać się w Gastonie Napoleona, choćby jednego rysu, cechy charakteru, choćby niewyraźnego śladu, byłoby trudniej niż znaleźć rybę na drzewie; bowiem w wyobrażeniu jeszcze młodej acz szczęśliwie idealistycznej dziewczyny niejako opalizująco skrzy się książkowe marzenie o młodym Francuzie, którego powita w domu. Tym bardziej, że miał to być potomek [samego – przyp. aut.] cesarza Napoleona. Mogła zatem oczekiwać emanowania z niego siły i męskości, przy tym powinien być wytworny a tu pod każdym względem zero, zero, zero. Ta tępa twarz bez przebłysku inteligencji! Jeśli chciałoby się koniecznie znaleźć w tej twarzy podobieństwo do aktora, to można powiedzieć, że przypomina komika Fernandela z nosem jak kartofel. Było zupełną niemożliwością dopatrzyć się w wyglądzie tego mężczyzny dojrzałych, twardych rysów, które wywołałyby u Tomoe bicie serca; zwłaszcza a może nawet wtedy gdy wraz z bratem Takamorim i Gastonem [Gasu-sanem – przyp. aut.] znaleźli się w prawdziwych opałach w zakamarkach tokijskiej dzielnicy mętnego półświatka; gdzie jedynie przyjacielski Gasu-san wychodzi naprzeciw miejscowym chuliganom-chojrakom szukającym raczej taniej a przez to koguciej rozrywki gdzie również widzowie zebrani wokół, wstrzymując oddech, patrzyli na ten dziwny widok. Bez wątpienia odczucia tłumu były podzielone: w połowie żal im było cierpiącego Gastona, w połowie czuli radość, właściwą Japończykom radość, jak wtedy, gdy mały Rikidozan [w jap. slangu – zapaśnik – przyp. aut.] pokonał wielkich braci Sharp [japoński koncern elektroniki użytkowej - przyp. aut.]; bowiem okładany Gaston z twarzą ukrytą w dłoniach płakał jak wielka krowa, gdy ją bije gospodarz. Tępa, flegmatyczna krowa płacze łzami, gdy ją męczyć niesprawiedliwie. W długiej twarzy [w grymasie – przyp. aut.] pełno było tego czarnego krowiego smutku; niedługo potem Gasu-san skrycie opuszcza przytulne schronienie pod dachem Takamoriego i udaje się w podróż za jeden uśmiech po obrzeżach tokijskiego życia może też magicznie wracając do środowiska męt społecznych dzielnicy Sanya – Casby [z wł. - slangowo dzielnica o złej sławie – przyp. aut.] stolicznego Tokio; gdzie najpierw poznaje starego Choteja byłego dyrektora szkoły a obecnie stymulującego wróżbity co zarabia na swe utrzymanie wróżeniem ze spracowanych dłoni w tym także pisaniem listów miłosnych za kobiety żalące się  mu na wszelakie sposoby nad przeciwnościami zawiewającego im losu; który to właśnie Chotej dobrze wie mieszkając w swej ruderze co w dzisiejszej Japonii zostało bezpowrotnie utracone. Wiara! Wiara i zaufanie! Politycy, intelektualiści, wszyscy są bardziej podejrzliwi i nieufni niż lisy i borsuki. Politycy nie wierzą w ideały, intelektualiści nie wierzą w człowieka. Smutne. Tylko ludzie, którzy są na dole, ci jeszcze ufają człowiekowi. Kobiety, które tu wczoraj pana przyprowadziły, na przemian sprzedają swoje ciała, to okradają ludzi, ale są z gruntu dobre i życzliwe, chociaż głupie. One mają to, co się nazywa szczerym sercem. Szczerego, oddanego serca nie znajdzie pan w Japonii wśród polityków i intelektualistów; a nowy Mistrz naszego Gastona naucza go jak właściwie wróżyć z niewieściej ręki patrząc bardziej na chcącego poznać swoją przyszłość a jeszcze głębiej a może i bezpruderyjnie potem zaglądając we własne rozgrzebane nisze doświadczanej intuicji, prostej dedukcji czy ogniskowanej psychologii; choć sam Gaston równie nagle co i jeszcze bardziej niespodziewanie się niejako gubi swemu wróżącemu opiekunowi i w zapyziałej dzielnicy to nocuje pod sekundującymi mu mostami to znowu tam właśnie zaprzyjaźnia się ze skundlonym psem którego nomen omen nazwie nie inaczej jak Napoleonem; gdzie w końcu czy również poznaje tyle samo gangstera co i zdecydowanie stetryczałego gruźlika Endo-sana wciąż zaraźliwie prątkującego wokół siebie osobisto-rodzinną żądzą zemsty za powojenną śmierć swego brata-zbrodniarza wojennego spowodowaną przez spisek jego umundurowanych kolegów po równie nieludzkim wojennym fachu; który to Endo-san wcale nie bezinteresownie zabiera go naiwnego Gastona ze sobą nakłaniając do złego a i do wspólnego poszukiwania jeszcze żyjących „zabójców” rodzonego brata; wciąga do tamtej więc dawno już przebrzmiałej wendetty od której porywczo umyślnie a i więcej niż z obrzydzeniem stroni nasz Gasu-san przy tym nic nie robiąc sobie z ogłuszających oskarżeń gangstera że zgrywasz dobrego. Czy w dzisiejszym świecie istnieje dobra wola i tym podobne rzeczy? Miłość, ufność, to wszystko wygodne słówka, więc się ludzie nimi posługują…Ja w takie rzeczy nie wierzę; po czym zdecydowana rękojeść gangsterskiego pistoletu wściekle-tępo jak stado pędzących imadeł spada na skroń ufnego Gastona a on pod ścianą zakręcił się jak bąk i runął na ziemię niby wielki pień; więc znowu ranny cudzoziemiec trafia pod opiekę na komendę policji skąd otępiałego biedaka zabiera do siebie rodzina Takamoriego wciąż nie mogąc się nadziwić temu dziwakowi co jedynie siedzi w oknie i wpatruje się w nieprzeliczone światełka gwiazd tak jasne na czarnym nocnym niebie; jako że Takamori nigdy nie spotkał człowieka o tak czystym sercu jak Gaston. Podobnie jak gwiazdy małymi światełkami chcą rozjaśnić nocne niebo, tak on, rozpaczliwie, ze wszystkich sił, chce bronić ludzi czystością swego serca. Patrząc na Gastona, który podnosi wzrok ku świetlistej srebrnej rzece Mlecznej Drogi, nie wiedzieć czemu, przypominał sobie Opowieść o zbieraczu bambusów [gdzie – przyp. aut.] Świetlana Księżniczka przybyła z księżycowego świata. A może i Gaston przybył na ziemię ze świata gwiazd; a jeśli nawet nie wprost ani stamtąd to i tak ten Gaston, który dotąd był dla niej [Tomoe – przyp. aut.] nikim, który budził tylko politowanie i pogardliwy uśmiech, nagle stał się w jej oczach mężczyzną obdarzonym dziwną siłą. Wydał się jej, kobiecie, tym niezłomnym, który nie drgnie nawet, choćby z niego pasy darto. Tomoe, w głębi serca pogardzając mężczyznami, po raz pierwszy, odkąd stała się dziewczyną, odczuła coś takiego; nieporadnie również czuje, jak różne znaczenie mają dwa słowa: baka – głupi, po prostu głupi i o-baka-san – głupiec, idiota, niesamowity głupiec, szaleniec; taki człowiek, który szczerze kocha innych ludzi, który szczerze ludziom wierzy, choć oszukiwany, choć zdradzony, wciąż czuwa, aby nie zgasło w nim światełko ufności i miłości. Taki człowiek w [zawsze – przyp. aut.] obecnym świecie uważany jest za głupiego. A on nie jest głupi…on jest [po prostu - przyp. aut.] szaleńcem; znowu jadącym na spotkanie tego samego co zwykle i do tego pociągiem na północ do miasta prefekturalnego Yamagaty; gdzie rzecz jasna chce przestrzec może i pogodzić emerytowanego wojskowego obecnie policjanta Kobayashiego Ihei z zapiekle mściwym i fanatycznym Endo-sanem co uparcie widzi w strachliwym już starcu jedynie tamtego kata swego rodzonego brata; gdzie wreszcie czy nieuchronnie dochodzi do ponurej konfrontacji w czasie której chwilowo wygrywa chciwość Endo-sana nad prawem zemsty ale i przebiegłość stróża prawa z Yamagaty nad poddaniem się wiadomemu przeznaczeniu; jako że ten sam Kobayashi wciąż dysponując jeszcze trzecią częścią sztabek srebra - zrabowanych w czasie ostatniej wojny z banku na jednej z dużych wysp na Pacyfiku - czy to z niemego tchórzostwa czy może prędzej z powodu ściśle określonych wyrzutów sumienia ukrywa je przed sobą a i swoją rodziną na terenie pobliskiego Wielkiego Bagna; gdzie już tam na miejscu po fiasku macanych poszukiwań a i w aurze spolegliwej mgły czy zwłaszcza przeraźliwego ziąbu płynącego z wnętrza bagnistego jeziora ci zapiekli wobec siebie przeciwnicy skaczą sobie do wypiętych gardeł suchej nienawiści; acz postronny Gaston prawdopodobnie śmiertelnie już ranny w głowę od ciosu siermiężnego kobayashowego szpadla wciąż osłania ciałem i jakby charczeniem znad wody jeziora tego samego Endo-sana; wręcz ratuje go przed tępymi uderzeniami Kobayashiego co osłupiały i przerażony patrzył na Gastona. Trwoga gnała go do ucieczki. Odwrócił się i szybko jak szczur popędził ku [uciekającej – przyp. aut.] drodze; jako że to jedynie Gaston zniknął – szeptał w duszy Takamori – ale tak miało być, bo to był człowiek, który musiał zginąć. Jak bohaterka opowiadania o Zbieraczu Bambusów przyszedł z nieba i do nieba wrócił. To nie fantazja, takie było przeznaczenie Gastona; może też kiedyś znowu jakiś tam czy mniej podobny On przyjdzie z dalekiej a więc jasno-księżycowej krainy do nas gdyż i w dzisiejszym świecie między ludźmi [za bardzo – przyp. aut.] pachnie śmiercią; poetycka czy mesjańska powieść Endo w najogólniejszym zarysie przypomina mi choćby wcześniejsze zaludnione przesłanie zawarte w „Idiocie” Fiodora Dostojewskiego; gdzie w żywej jak akapit karykaturze księcia Myszkina i późniejszej tak samo metaforycznej zadumie nad postacią naszego Gasu-sana jawi się śmiertelna tragedia zrujnowanego acz czystego człowieczeństwa; gdzie potem to sama czy prawdziwa prostota króluje sobie w patetycznym bezkrólewiu a zmysłowe dobro i lekka jak piórko ufność ucieka ze śmiechu co usypia (na) niewiele wart…