W garderobie u zaszufladkowanego dramaturga...

saroyanPewnego dnia o zmierzchu świata Williama Saroyana – amerykańskiego pisarza i nowelisty ormiańskiego pochodzenia a także pulitzerowskiego laureata i szlachetnie zobligowanego w scenariuszu filmowym oscarowego zwycięscy to w dużej mierze powieść autobiograficzna w nastroju refleksyjna choć daleka od zazwyczaj niesłusznie przypisywanej temu zadumanemu słowu jakiejś tam dominującej pesymistycznej nuty; w którą niejako przenosi nas sam podmiot liryczny osadzając wątki czasoprzestrzenne w realiach nowojorskiego świata artystycznego ździebko większej już połowy minionego stulecia; gdzie także przyjeżdża weń niejaki Yep Muscat – wtedy starzejący się dramaturg – w zasadzie melduje się pod hotelowym kluczem na pertraktacje z kimś, kto chce, żebym napisał sztukę, a poza tym jedną małą rzecz mają [mu - przyp. aut.] nadać w telewizji; który wyciągnąwszy się na łóżku w hotelu i przymknąwszy zaraz oczy darmo-widzi pod sumiennymi powiekami jak łąka usiana makami wróciła, jakby oczy czekały, aż je zamknie, by jeszcze raz spojrzeć na łąkę. Mocny, narkotyczny zapach maków uderzył mu w nozdrza i mógłby przysiąc, że naprawdę słyszał, jak dziewczynki mówią i śmieją się – ale nie dawno temu [a namacalnie – przyp. aut.] T e r a z; a za nimi głośno śmiejącymi się może i w sam nos przemyka w szeregu rozbieganych literek tamto a więc sprzed lat wspomnienie Archie’go Percha co w liście i po sukcesie Yepa z prawdziwym uznaniem wcale nie zaprzecza że jego wyczyn literacko-wydawniczy nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia i że nie jestem dumny, iż byłem jednym z Twoich najbliższych kolegów przez dobrych parę lat w Emerson, a potem przez pół semestru w Tech, gdzie obaj nauczyliśmy się pisać na maszynie. B a r d z o się tym przejąłem. Yep, stary draniu, jeżeli Ty potrafisz pisać, to i ja mogę. Czy zechciałbyś przeczytać załączone trzy przykłady mojej sztuki pisania listów [handlowych – przyp. aut.]; nie tylko że wnikliwie czyta ale i tamten familiarny „Stary [nie inaczej jak ormiański – przyp. aut.] Nochal” wręcz próbuje zainteresować nimi potencjalnych przedsiębiorców a potem to i nawet wydawców książkowych acz nowszymi i do tego prawdziwymi nowelkami Archie’go; a w teraźniejszości nowojorskiego realu Yepa a więc przy kolacji w chińskiej restauracyjce w Chinatown poznaje on wielbicielkę swojej twórczości - córkę znanego choć nieżyjącego już pisarza - co nadal jest największym z wszystkich pisarzy, którzy posługiwali się językiem jidysz; o którym córka nie bez kozery mówi że zawsze wiedziałam, że był to człowiek niezwykły – może wielki. A na pewno szalony że gdyby ożenił się z kimkolwiek innym, a nie z moją matką, jestem pewna, że jego życie byłoby straszne. Miał lat prawie osiemdziesiąt, jak umarł, wie pan – człowiek, który gdyby nie matka, umarłby mając lat trzydzieści pięć albo zwariował lub popełnił samobójstwo. Prawdę mówiąc, kiedy pan przed chwilą podszedł do stołu, byłam zdumiona, że jest pan tak uderzająco podobny do mego ojca w młodym wieku; tamtego ojca co zresztą dziwacznie zwykł w możliwie najserdeczniejszym czy jakoś naturalnie w natychmiast zużytym jak oddech tonie upominać raczkujących pisarzy-interlokutorów zabawnym na odchodne a jednak prawdziwym pożegnaniem: Mój chłopcze, jeśli chcesz być pisarzem, nigdy więcej tu nie przychodź. Gdybyśmy przypadkiem spotkali się na ulicy, proszę się do mnie nie odzywać – tylko skinąć głową i uśmiechać się, tak samo jak ja to zrobię. Jeśli ma pan pisać, musimy być uprzejmymi dla siebie i dumnymi wrogami. A jeżeli nie interesuje pana pisanie [a i owszem – przyp. aut.] niech pan przychodzi, kiedy tylko pan chce; a więc nie przechodzi i znowu przychodzi że z oczu Yepowi wcale nie schodzi następna gdzieś tam retrospekcja w rozpartym pod boki czy wciąż śmiejącym się wyrazie własnej córeczki Rosey którą zawsze na spacerze trzymał za rękę a była to mała rączka, jak jej matki, tylko mniejsza [choć – przyp. aut.] Po drodze rączka sama mówiła. Na przykład nagle poczuł mocny uścisk dłoni dziewczynki i zobaczył, że nadchodzi bardzo szykowna kobieta. Gdy kobieta zbliżała się do nich, rączka szybko i wiele razy ściskała jego dłoń. Mocno ją przytrzymywał, aż uścisk zelżał. Ale po krótkiej chwili znów poczuł nagły uścisk, rozejrzał się i zobaczył ptaszka na drzewku. Dziewczynka przystanęła, by obserwować ptaszka. Jeżeli się poruszył na gałęzi, rączka znów szybko ściskała dłoń ojca. Jeśli zaświergotał, rączka ściskała wiele razy – jeżeli zaśpiewał, rączka też śpiewała; czy znacznie już doroślejsze zjadliwe od jeść zatem teraźniejsze wspomnienie o wspólnej ormiańskiej kolacji z synem Vanem i dorosłą już Rosey po zwycięstwie baseballowych „Dryblerów” nad prawie zawsze górującymi „Jankesami”; gdzie restaurator nie ten sam Archie opowiada słuchaczom historię swego a jednak typowego amerykańskiego sukcesu; u zarania którego to jego armeński ojciec mówi mu przykładnie że chce byś pojechał do Ameryki, Arszag. Arszag to moje prawdziwe imię. Chcę, byś był porządnym chłopcem, ciężko pracował, oszczędzał pieniądze, nauczył się dobrego zawodu i dobrze żył. Ojciec dał wszystkie pieniądze, jakie zaoszczędził w ciągu dwudziestu lat i wysłał mnie do Ameryki; a tam to rzecz jasna pracowałem w winnicach, nosiłem ciężkie paki kupcom no i uprawiałem sport [nie inaczej jak – przyp. aut.] Zapaśnictwo; po czym stopniowo jego daleka ormiańska rodzina przyjeżdża za nim w ślad a on także już może wtedy założyć własną rodzinę i wraz z żoną w końcu zakupić piękną winnicę [gdzie – przyp. aut.] alikant, malaga i cesarskie to jest życie dla mnie – wszyscy są zdrowi, silni i szczęśliwi. Koniec z zapaśnictwem. Tylko słońce, dobre jedzenie, dobra woda i mnóstwo przyjaciół; po wyznaniach których tudzież sytej kolacji nasz Yep zabiera swoje dzieci do prawdziwego amerykańskiego teatru czyli na broadwayowski wodewil co jest teatralnym widowiskiem na które składa się siedem czy osiem różnych numerów. W pierwszym zazwyczaj występują akrobaci albo tresowane zwierzęta. Jest on uważany za najgorszą część programu. Drugi numer to najczęściej duet śpiewno-taneczny. Czasem śpiewa i tańczy para małżeńska. Po drugim numerze zjawia się śpiewak – całkiem dobry. Albo ktoś grający dobrze na fortepianie lub skrzypcach. Ale może to być brzuchomówca lub magik. Czwartym numerem bywa skecz lub sztuczka. Na przykład klasa szkolna, w której dorośli zachowują się jak mali chłopcy i dziewczynki. To zawsze bawi publiczność; dopiero w piątym numerze na scenie zjawia się po kolei cała mieszczańska rodzina z mężem i żoną na czele co wspólnie śpiewają i tańczą dopóki nie wyszła ośmioletnia dziewczynka. Potem jeszcze jeden syn, lat około sześciu, i czteroletnia córeczka i znowu syn, trzy latka, a wreszcie niemowlę w wózku, popychanym przez wielkiego psa. Był to najlepszy numer programu, bo chłopcy świetnie śpiewali i tańczyli, a dziewczynki były bardzo ładne i figlarne; na koniec na słusznie rozbawioną scenę wstępuje klown w workowatym ubraniu w aureoli wydawanych pisków i niejasnych acz zabawnych tąpnięć a po nim w siódmym numerze stary mężczyzna zabawia się z tresowaną foką; a może ten ostatni "wolny" czy raczej już "nieobecny" numer wodewilu to najlepiej jest przenieść na sąsiednie deski swej długiej rozmowy z drugą czyli nie inaczej jak bliższą siebie połówką; którą to rozmowę Yep przeprowadza po spektaklu z Laurą gdzie między słowami teraz jest [również - przyp. aut.] potem gdzie w takim właśnie podarunku można dostać [jedynie - przyp. aut.] m i ł o ś ć  a takie niby już nie na niby Nic Więcej niekiedy dalekie jak najdalsza czy znowu bliskie niczym gwiazda jest zawsze rozpisane na czynniki pierwsze w zero jedynkowych stymulacjach zawsze niecodziennej codzienności; jak również istnieje wiele sposobów zdobycia rzeczy, na jakie nie mamy ochoty, albo uzyskania tego lub owego, bo nie wiemy albo nie możemy się zdecydować, czego właściwie chcemy, ale jedynym sposobem zdobycia tego, na czym naprawdę nam zależy, jest iść po to i wziąć. Być może, ty niczego naprawdę nie chcesz. W tej sytuacji jest większość ludzi i to też ma swój [długofalowy – przyp. aut.] sens; bowiem to z takiej czy jeszcze bardziej prozaicznej codzienności pisze się trafione w sedno scenariusze gdzie pomyślał [Yep – przyp. aut.] mamy fabułę, mamy akcję, postaci, miejsce i czas akcji, atmosferę, nastrój, punkt kulminacyjny i nic więcej z tym wszystkim już nie dam rady zrobić. Rzecz nie jest dobra i nie jest zła, w ogóle nic nadzwyczajnego, ale nie mam innej sztuki [ponad to – przyp. aut.] i muszę rano wcześnie wstać; a przechodząc na drugą czy tamtą już stronę szerokiej jak sen ulicy kocham zmarłych, szczególnie. Ale nie tak jak nie narodzonych – dzieci Rosey, Vana i w ogóle. Kocham niespodziankę, jaką będą ich twarze, oczy i wyciągnięte rączki. Kocham też nie-narodzone [z myślnikiem – przyp. aut.] dzieci, które nigdy nie przyjdą na świat, Laury, Rosey, Vana i inne – dzieci całej rodziny. Kocham je więcej niż te, które się narodzą. Kocham cały ich nieznany, stracony ród, nie różni się on od szczepu, który ujrzał światło dzienne, tylko nie ma twarzy i nawiedza mnie w [proroczych - przyp. aut.] snach; po czym taki właśnie czy może i nowo-narodzony Yep napisze w ciągu kolejnych sześciu dni swą nową sztukę. Ktoś w tej sztuce powiedział: „Myślałem, że umarłem, ale był to, zdaje się, ktoś inny” i przestał wspominać usianą makami łąkę w Kalifornii; poetycka i metaforyczna powieść Saroyana to chwilowo ciepły jak ormiański chlebek a jednak siwiejąco czerstwy rozrachunek z samym sobą i swoim bezprzykładnym we wszechświecie życiem skądinąd zawsze bogatym w kardiologiczne znaki i retoryczne hiperbole; w które pewnego dnia o zmierzchu świata posępna śmierć przyjdzie i osiądzie w tobie, a kiedy wstaniesz, by się przejść, będziesz tak ponury jak śmierć, ale jeśli szczęście ci sprzyja, jedynie tyle się zmieni, że twoja radość będzie większa, a miłość mocniejsza…