Uwięziony sen (s)...

sabatoO bohaterach i grobach Ernesto Sábato – argentyńskiego pisarza i płodnego eseisty pochodzenia włoskiego a także laureata prestiżowej literackiej Nagrody Cervantesa to powieść wielowątkowa w nastroju burzliwie po argentyńsku dziejowym z socjologiczną a posteriori tudzież kosmopolityczną puentą czy może inaczej z wybuchową mieszanką piorunującą niejako podaną w filozoficznym tyglu rozczepialnych strumieni podświadomości u drobnego niczym pył człowieka; a więc nie inaczej jak w iberoamerykańskich magicznych realiach zawsze rozgrywającej się gdzieś akcji nie dość że na co najmniej kilku planach czasowych to i w nowożytnym - jak pisze sam autor – Babilonie nomem omen stolicznego – hehe - Buenos Aires nieco większej połowy minionego stulecia; gdzie między akapitami upływającego w paralelach niedopowiedzianego czasu Olmosowie [Vidal – przyp. aut.] cierpieli na jakiś brak realizmu, odnosiło się wrażenie, że zgoła nie biorą udziału w brutalnej rzeczywistości otaczającego świata; coraz ubożsi, nie mieli jednak dość rozsądku, żeby starać się zarobić albo przynajmniej utrzymać resztki dziedzictwa, brak im było wyczucia proporcji i zrozumienia dla polityki [schodzących po hiszpańskich schodach dni – przyp. aut.]. Olmosowie oddalali się z każdym dniem coraz bardziej od swej sfery, sprawiali wrażenie, że pośród chaosu tego nieubłaganego, zmerkantylizowanego miasta kosmopolitów stanowią epilog dramatu starożytnej rodziny. I zachowali, nie wiedząc o tym rzecz jasna, dawne argentyńskie cnoty, które inne rodziny odrzuciły jako balast, ażeby nie utonąć: byli gościnni, hojni, szczerze patriarchalni, w skromny sposób arystokratyczni; co u dalekich czy zmaterializowanych krewnych zawsze budzi jedynie zawistną niechęć może potem i ironiczny wstręt ponieważ sami niejako nie potrafili zachować tych cnót w sobie i sprzedajnie włączyli się w proces argentyńskiej merkantylizacji życia społecznego końca dziewiętnastego wieku; podobnie jak człowiek, który zawinił, żywi niechęć do niewinnego, tak biedni Olmosowie w śmieszny sposób odizolowani w dawnej swej rezydencji w Barracas byli przedmiotem nienawiści swych krewnych; bo nadal mieszkali w plebejskiej obecnie dzielnicy bo dalej pili mate zamiast herbaty, bo świecili ubóstwem, słowem, bo nie bacząc na swe tradycje, żyli jak prości ludzie; co dobrze wiedzieli że przedmioty materialne niewątpliwie są manifestacjami [choć nie zwierciadłami – przyp. aut.] duszy, dusza bowiem nie może objawić się naszym materialnym oczom inaczej jak poprzez materię, i to jest jej dziwnie subtelną właściwością; a jest ona - ta sama nie inaczej dusza - czymś wręcz dramatycznie różnym od wysokiego niczym czoło i zarazem wyniosłego ponad swój stan rozumu ludzkiego co przebywa jedynie na olimpijsko podniebnych wyżynach tam rozkoszując się samotnością w sobie i niejako istniejąc dla siebie w pre-kontemplacyjnym świecie samych czystych idei, czystego zatem piękna i czystej w niej prawdy; może i z nijaką potem pogardą spoglądając na nasze nędzne ciało na tamte jego potrzeby pierwsze pozostające w jawnym spisku z powiedzmy że zauszną duszą co niekiedy pierwsza bierze udział w burzliwych przygodach ciała a nawet sama bywa ich przyczyną. One to, dusza i ciało, są chyba nierozłączonymi współwinowajcami, są twórcami, a zarazem aktorami w owych plugawych i na ogół okrutnych przygodach ludzkich; jeszcze niewinnie młodzieńczo czy może nazbyt jednak swobodnie siadających na boskiej od soczystej zieloności trawie - miejscu odpoczynku i relaksu - we współczesnym także naszemu pisarzowi Buenos; gdzie wówczas również młoda Aleksandra usiadła na trawniku. Marcin okazał widoczne zdumienie, bo odezwała się po chwili: Czy nie wierzysz w telepatię? To by mnie dziwiło, bo wyglądasz jak doskonałe medium. Kiedy ujrzałam cię wtedy na ławce, wiedziałam od razu, że wrócisz. No, i wróciłeś. Byłam też pewna, że mnie pamiętasz; choć ad vocem wiedzieć czemu Marcin na poważnie milczy niejako zapatrzony w utykającą mu pośpiesznie pamięć ponieważ bywa tak czasem, że ktoś wydaje się nam znajomy z jakiegoś poprzedniego życia; wrażenie to jest podobne do rzeczywistości, jak sen do zdarzeń z dnia poprzedniego. Wiele jeszcze wody upłynie, zanim Marcin pojmie, dlaczego Aleksandra wydała mu się znajomą, i [jego przyjaciel - przyp. aut.] Bruno znowu uśmiechnął się do swoich myśli; aczkolwiek czy zwłaszcza pomimo tego Marcin spogląda na nią Aleksandrę - niby staro-nową znajomą - aktualnie wielce olśniony: ciemne włosy przy białej matowej cerze, wysoka i smukła postać; było w niej coś z modelki z salonu mód, a jednocześnie powaga i surowość niespotykana u kobiet z tej sfery. Niezmiernie rzadko, prawie nigdy nie ujrzy się w niej śladów łagodności uchodzącej za cechę charakterystyczną dla kobiety, a zwłaszcza dla matki. Uśmiech Aleksandry był twardy i sarkastyczny, śmiech gwałtowny jak wszystkie jej odruchy i w ogóle cały jej charakter; gdyż faktycznie taka właśnie Aleksandra nie może spokojnie patrzeć na pozostałe kobiety bowiem uważa je in extenso za godny pogardy gatunek człowieka i jeszcze na dodatek twierdzi że chce przyjaźnić się jedynie z nielicznymi mężczyznami; a tamte obce kobiety ze swej strony odpłacały jej również nienawiścią, co u Aleksandry wywoływało jedynie wzgardliwą obojętność. Nienawiść ich jednak zmieszana była niewątpliwie z ukrytym podziwem dla jej urody co i teraz nie ucieka uwadze Marcina te oczy głębokie i namiętne, te duże wzgardliwe usta, ta mieszanina sprzecznych uczuć i namiętności, które można było wyczytać z jej rysów, wszystko to przydawało jej twarzy coś, czego nie można było zapomnieć; niczym o sztucznym przygaszonym świetle w ciemnym jak noc pokoju więc Marcin zgasił nocną lampkę i siadł znowu obok Aleksandry. Był wstrząśnięty i onieśmielony; do czego Aleksandra go potrzebuje? Nie miał o sobie wysokiego pojęcia, uważał że jest głupim, niepotrzebnym stworzeniem, które może co najwyżej słuchać Aleksandry i podziwiać ją. Ona jest ta mocna, ta rozumna co potrzebuje niepozornego głuptasa na więcej niż kochanka, psa czy nawet przyjaciela; bo tak właśnie czy zupełnie inaczej niż nie-winnie Aleksandra pragnie Marcina niczym przyciskanego do rosnących piersi świętego z taniego księżowskiego obrazka a on wciąż nie mogąc obok niej usnąć jest jak ów książę – myślał – co samotnie przewędrował dalekie kraje i stanął w końcu przed grotą, gdzie śpi królewna strzeżona przez smoka. I który zauważył nagle, że ów straszliwy smok nie trzyma straży przy królewnie, ale, o zgrozo! siedzi przyczajony w niej samej: jest to królewna-smok [piękna smoczyca – przyp. aut.] nierozerwalna całość czysta i zarazem płomienna, nieskalana i odpychająca, jak niewinna, ubrana w biel dzieweczka, którą trapią straszne sny o gadach i wampirach; a w nim Marcinie wciąż zawiewa jakby od mrocznej zagadkowej jaskini tamten tajemniczy wicher co targa jego skołataną duszą w wykrocie z myślami tyle nieskładnymi co i pomieszanymi w sobie aż po chorobliwe niczym w żołądku samo-czynne sensacje; w tamtych pamiętliwie-lękliwych czy eteryczno-domorosłych zmaganiach gdzie zawsze pojawia się moja matka ciało i brud, gorąca kąpiel i wilgoć, ciemna plątanina włosów i zapachów, wstrętny odór skóry i gorących warg a z nich powstaje on niejako samo-stwórca co rozumnie porządkuje ów szatański w nim zamęt raczej nieudzielnie dzieląc zaognioną do żywego czy może więcej niż doskonałą miłość na brudne ciało i na czyste jak łza uczucie; gdzie zwłaszcza czy jakoś ostatecznie odtrąca w sobie jakby wstrętnie nieczystą mu płeć pomimo tego że tyle razy buntowałem się instynktownie przeciwko temu, tym bardziej przerażony, że nagle odnajdywałem na swojej własnej twarzy rysy mojej łóżko-matki; co w-połowie-nocy jest przewrotna i chytra niczym żmija że szybko zdołała przebyć głęboką fosę, której rozpaczliwie strzegłem pragnąc obronić moją wieżę, lecz ona, nieubłagana żmija, powraca co noc i ukazuje się jak ohydna zmora na wieży, której bronię moją ostrą czystą szpadą; także fechtowaną w nowym scenariuszu z daleką bez ściśle wytyczonych granic to znowu za gorąco bliską mu w rozdwojeniu Aleksandrą co przychodzi do Marcina niczym tamta śmierć i zaraz wkrada się w zdrętwiałe ciało nagle w-spół-istotne z balsamicznym duchem, a moja miłość do niej przemienia się w ciało, w gorące pożądanie jej skóry i jej wilgotnej, mrocznej jaskini królewny-smoka; choć z dala od takiego mrocznego teatrum to wytrawny po bezkres rozum ludzki podpowiada mu spokojnie że czysta miłość jest jedynym absolutem pozostającym w nieco makabrycznym takim stosunku do określenia Kanta albo Hegla, w jakim rzeczownik „katastrofa” pozostaje do zderzenia pociągów lub do trzęsienia ziemi, kiedy giną dziesiątki ludzi, a ranni jęczą w kałużach krwi; gdzie podlega - ona miłosna zażyłość - między kochankami nieustannym zmianom wręcz tanim modyfikacjom w których raz jest wzniosła i patetyczna, kiedy indziej znowu obniża swe wysokie loty i staje się niejako zanadto trywialna, z czasem również przechodzi w słuszną wygodę i nieme potem przywiązanie a nawet niekiedy staje się tragicznie zabójczą czy jakoś jeszcze inaczej wstępującą w nich patologiczną nienawiścią; w której kłamstwo zasadniczo różni się od przemilczania niczym stałość w czystej prawdzie od relatywności wszystkiego co istnieje w perspektywicznym kontekście wraz z upływającym czasem; o czym przekonuje Marcina jego przyjaciel Bruno który wierzy w prawdę zawartą w naukach matematycznych, w chemii, w filozofii. Ale nie w życiu. W życiu ważniejsze jest złudzenie, wyobraźnia, pragnienie, nadzieja. Czyż wiemy zresztą, co to jest prawda? Stwierdzając, że ten kawałek okna jest błękitny, mówię prawdę. Ale jest to tylko prawda częściowa, a więc pewnego rodzaju kłamstwo. Bo ten kawałek okna nie jest sam. Jest w domu, w mieście, w krajobrazie. Otoczony jest szarością tego betonowego muru, jasnym błękitem nieba, tymi podłużnymi chmurami i wieloma innymi rzeczami. Jeżeli nie mówię o tym wszystkim, absolutnie o wszystkim, to kłamię; a i tak  w s z y s t k i e g o  wypowiedzieć nie sposób gdyż paradoksalnie świętą nad świętymi prawdą jest właśnie to że nasza rzeczywistość na wzór wszechświata jest  n i e s k o ń c z o n a  i że jako taka posiada równie nieskończoną ilość blednących wokół nas odcieni może i bystrych wzdłuż tego nowych kolorytów a przede wszystkim multi-kulturowych gabarytów tego wszystkiego co wciąż pozostaje jeszcze ciągle przed nami do zakrytego odkrycia; autokefalicznie zjawiskowa powieść Sábato to cudna opowieść o zatracającym się sensie naczelnych aksjomatów w życiu człowieka a więc nierozłącznych duetów: istnienia i cierpienia, miłości i śmierci, moralności i samotności także wiary w retrospektywną sztukę czy może w bardziej progresywną naukę; co summa summarum niejako przeciągle są zakotwiczone w sobie niczym sondująca liryka w urwanym echu samego życia czy może raczej w piosence First Lady of Song - niezapomnianej Elli Jane Fitzgerald: I'm trying to forget you, but try as I may, You're still my every thought, Dear, every day.../ Choć staram się, jak mogę, zapomnieć o tobie, Co dzień w moich myślach pojawiasz się kOCHANIE znowu...