Wyposzczony niczym latawiec...

james joycePortret artysty z czasów młodości Jamesa Joyce’a – irlandzkiego pisarza w dorobku anglojęzycznego tudzież wielkiego literackiego eksperymentatora a nawet i nihilisty swoich czasów to powieść psychologiczno-obyczajowa w dużej mierze także autobiograficzna co niejako in compendium stanowi liryczne wprowadzenie do poczesnego w literaturze i skandalizującego po dziś dzień głównego jego dzieła dramatycznego - Ulissesa; gdzie właśnie w preludium do niego samego podmiot liryczny ukrywający się pod postacią Stefana Dedalusa przenosi nas w dublińskie realia swego młodzieńczego życia rodzinnego i szkolnego przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku; jeszcze polegującego na tamtej godzinnej lekcji w gimnazjum Clongowes Wood w Sallins gdzieś przed pilnymi oczami a i kolorowymi kartami w atlasie geograficznym z niekartkującą się acz zawsze swoją wierszowaną czy imienną doń inskrypcją; gdzie właśnie tam nasz Stefan przeczytał te wiersze wspak, lecz nie była to już poezja. Następnie odczytał kartę przedtytułową z dołu do góry, aż doszedł do swego nazwiska. To on, i znowu zaczął odczytywać tę stronę z góry na dół. Co następuje po wszechświecie? Nic. A czy jest naokoło wszechświata coś, co by wskazywało, gdzie kończy się wszechświat, a gdzie zaczyna się to nic? Niemożliwe, żeby to był mur; ale może być cieniuchna linijka, która otacza wszystko. Bardzo to wielkie myślenie o wszystkim i o wszędzie. Tylko Bóg potrafi tak myśleć; a zmęczony takim krzywo wymykającym się czy może i nazbyt impertynenckim myślom od których jedynie głowa puchnie dalej kartkuje atlas i tępo przygląda się zielonej krągłości Ziemi pośrodku kasztanowatych obłoków. Począł zastanawiać się nad tym, co jest właściwsze, czy wybrać zieloną barwę czy kasztanowatą, bo Dante pewnego dnia odpruła nożycami zielono-aksamitny grzbiet szczotki przeznaczonej dla Parnella [irlandzki polityk - przyp. aut.] i powiedziała, że Parnell jest łajdakiem. Zaciekawiło go, czy sprzeczają się o to w domu. Taka rzecz nazywa się polityką. Polityka ma dwie strony: Dante jest po jednej stronie a ojciec i pan Casey po drugiej, ale matka i wujek Charles nie są ani po tej, ani po tamtej stronie; aczkolwiek za to stronniczo straszą wyobraźnie nie-winnych grzeszników niczym sączące się poniżej ognia i pomału wyrzucane w eter płomienne wersety z niezliczonych wyniosłych ambon że trzeba poprawić swoje tajemne życie więc Stefan po obiedzie poszedł na piętro do swego pokoju, aby być sam na sam ze swoją duszą, a za każdym krokiem dusza jak gdyby wzdychała; za każdym krokiem dusza pięła się wzdychając przez obszary gęstego mroku; zza podestu skrzypiących pod stopami schodów i przed wysokimi jak czoło odrzwiami pokoju do którego prowadzi porcelanowa gałka a za nimi tuż tuż już nie-on sam akurat bardziej prawdziwy niż prawdziwszy tak jakby czekał wśród lęku i zamierania duszy i modlił się bez słów, by śmierć go nie dotknęła, gdy przekroczy [następny – przyp. aut.] próg, by złe moce przemieszkujące w mroku nie uzyskały nad nim władzy. Bez ruchu czekał na progu, niby u wejścia do mrocznej jaskini. Były tam jakieś twarze, oczy, które czaiły się i spoglądały frasobliwie szeptając między sobą czy może bez przerwy do siebie pewnie, wiedzieliśmy doskonale, że chociaż to musiało wyjść na jaw, bardzo mu będzie trudno postarać się i spróbować nakłonić siebie do podjęcia wysiłków w celu wyszukania duchowego pełnomocnika, więc pewnie, że wiedzieliśmy doskonale…; iż żeby stać się naprawdę wolnym czy może inaczej znowu bezgrzesznym trzeba się wyspowiadać nie przed swoimi kolegami a przed nieznanym mu księdzem więc skulił się w cieniu tej myśli, poczuł się mały, pełen czci dla Boga, który stworzył każdą rzecz i wszystkich ludzi. Szaleństwo. Jak można myśleć takie rzeczy? I skulony w mroku [swej jaskini – przyp. aut.], czując się podłym, modli się niemo do swego anioła stróża, by mieczem odpędził szatana szepczącego mu do mózgu o wężowym istnieniu przypełzającego doń pożądania i o pozostałych wątpliwie niecnych pragnieniach dziecięcych co jako żywo czy jeszcze bardziej oślepiająco niczym puszczane filuternie zajączki biją w oczy od zapuszczanych w ruch zwierciadeł duszy; znowu patrzących na niechlujne dziewczęta co siedzą wzdłuż chodników, przed nimi stoją kosze. Zwilgłe kosmyki włosów zwisają im z czoła. Przykucnięte w błocie wcale nie wyglądają pociągająco acz w miriadach miriad luster – w niewidzialnych oczach Opaczności – są nadal niejako zawieszone pomiędzy alfą i omegą jego przenikliwej miłości; a on – wiecznie grzeszny Stefan - wciąż powiewa na wietrze swego upadłego poniżenia wietrze co wiejąc uderza od metra po następny wiszący nad nim metr w zazębiające się pomiędzy sobą puklerze innych dusz, bardziej lub mniej opromienionych boską życzliwością, a były to gwiazdy raz jaśniejsze, raz bardziej przyćmione, rozbłyskujące i gasnące. Świecące dusze powędrowały dalej, rozbłyskując i gasnąc, i pogrążyły się w pędzącym tchnieniu. Jedna dusza zagubiła się, drobniutka duszyczka: jego własna; może i powiewająca w rombie pomiędzy niebem a ziemią także w dublińskim college’u jezuickim nad pismami czy filozoficznymi traktatami anielskiego doktora Tomasza z Akwinu; gdzie nawet sam dziekan niekiedy stosując sztuki bardziej pożyteczne niż wyzwolone wyciąga cztery ogarki świec z bocznych kieszeni sutanny i zręcznie je porozmieszczał między węglem i zwitkami papieru aby zrazu rozpalić ogień nie w sobie lecz w sercu zimnego jeszcze pieca; co w przyklęku a i na płycie kamiennej podłogi bardziej niż kiedykolwiek podobny był do pokornego sługi przygotowującego miejsce ofiarowania w pustej świątyni, do lewity Pańskiego. Jak prosta płócienna szata lewity, zblakła i wytarta sutanna drapowała klęczącą postać służebnika, dla którego liturgiczne szaty lub efod [w hebr. – naramiennik u arcykapłana bogato haftowany złotem – przyp. aut.] bramowany bisiorem byłyby męczące i kłopotliwe. Ciało jego zestarzało się w najniższej służbie Pańskiej; co więcej nawet jego rogowiejąca po obrzeżach dusza jakoś sama przygarbiła się w tej niemej służbie w dusznym niczym nawyk przyklęku i przestała rozwijać się ku światłu i pięknu, przestała roztaczać wokoło miły zapach świątobliwości, pozostała tylko umartwiona wola, nie reagująca już nawet na pobudki własnego posłuszeństwa, podobnie jak nie reagowała już na pobudki miłości lub zmagań starzejące się ciało, wychudłe i żylaste, siwiejące srebrnoiglastym puchem; co tak samo ledwie trzyma się siebie nawzajem w duszy artysty którego samotną misją jest tworzenie - jak przy rozniecaniu ognia - obiektywnego dla wszystkich piękna choć ono samo to już zupełnie inna kwestia; jako że pulchra sunt visa placent/ piękne jest to, co oglądamy z przyjemnością w granicach percepcji wzroku, co, moim zdaniem – powiada za Akwinatą Stefan – równa się estetycznemu rozumowaniu, ogień ten będzie piękny. Lecz Tomasz z Akwinu powiada także: Bonum est in quod tendit appetitus/ Dobre jest to, do czego dąży pragnienie. W granicach zaspokajania zwierzęcej potrzeby ciepła ogień jest dobrem. W piekle jednakowoż jest złem; na co dziekan z iście jezuicką kazuistyką czy też mało estetycznie uchyla drzwi ponieważ a nawet podobno przeciąg pomaga w takich okolicznościach; co jedynie utwierdza Stefana w przekonaniu że w tym milcząco-przebiegłym narodzie zakonnym nie odczuwa się wcale jakiejkolwiek miłości do Boga że zawsze zakon był tym, czym założyciel [Ignacy Loyola – przyp. aut.] chciał żeby był: laską w ręku starca, na której można się oprzeć w drodze, gdy noc zapada lub dmie wichura, którą można położyć na ławce ogrodowej obok bukietu damy, laską, którą można wznieść groźnie; a przecież cudna nad wszystko akwinacko-artystyczna claritas/ promienność to nic innego jak czysta istota wewnętrzna realnie widzianego estetycznego obrazu podobnego w tej tajemniczej dla oka chwili do przygasającego w piecu acz wciąż rozżarzonego węgielka; to tamta może również chwila, gdy najwyższy przymiot piękna, jasna promienność estetycznego obrazu, jako świetlane pojęcie powstanie w umyśle, uderzonym poprzednio zawartością tego tworu i olśnionym jego harmonią, jest świetlanym, cichym zastojem estetycznej rozkoszy, jest stanem duchowym podobnym wielce do owego uczuciowego stanu co nazywa się in profanum nie-nawykłym jeszcze oczarowaniem serca; co po-nie-w-czasie właśnie zakończonej edukacji już znacznie przerasta jego rozszalałe piersi więc niejako roztrzaskuje ten bogobojny a jednak nadal kusząco piękny w sobie witraż niespójnych teraz w nim kawałków na wszystkie strony świata bowiem w każdym zakątku pamięci zaczęły się pojawiać jej karykaturalne obrazy: kwiaciarka w zaszarganej sukience, o wilgotnych nie uczesanych włosach i prostackiej twarzy, nazywająca siebie jego dziewczyną i żebrząca, by kupił u niej kwiatek jako pierwszy gość; kucharka z sąsiedniego domu, leniwie wyśpiewująca przy szczęku zmywanych talerzy pierwsze takty piosenki By Killarney’s Lakes and Fells [napisanej przez Edmunda Falconera – irlandzkiego poetę - przyp. aut.]; dziewczyna zanosząca się śmiechem, kiedy potknął się zahaczywszy podartą podeszwą o żelazną kratę chodnika niedaleko Cork Hill; inna dziewczyna, na którą rzucił okiem, bo spodobały mu się jej małe, pełne usta, a która, wychodząc z fabryki biszkoptów Jacoba zawołała doń przez ramię: Co mu się tyż spodobało we mnie: włosy jak drut a brwi jak wąsiska!; po czym niejako wyzuty z tak krępującego rozwiązania Stefan Dedalus - alter ego pisarza - wypowiada bluźniercze non serviam i na zawsze wyfruwa z irlandzkich nizin w zbyteczną wolność promienistość miłości niczym tamten Dedal - jego mitologiczny imiennik a zarazem prawdziwy ojciec duchowy; gdzie w przestworzach czarują ramiona i odgłosy: białe ramiona gościńców – obietnicą mocnego uścisku, a czarne ramiona wielkich okrętów, za którymi stoi księżyc – opowieścią o odległych ludach; więc Przedwieczny Ojcze, przedwieczny twórco, sprzyjaj mi teraz i o każdej porze; obrazoburcza i melancholijna powieść Joyce’a to prototyp literackiej a i późniejszej o półwiecze kontestacyjnej w wymowie „powieści drogi”; gdzie na pozór sztywne może i nazbyt sofistyczne reguły rządzące światem czy zadeptane przez zapominalski czas ścieżki duchowe ulegają przewartościowaniom choć ich nowocześniejszy ton wcale nie różni się od antycznego nie tylko homeryckiego pierwowzoru; tak właśnie dokładnie odciśniętego chociażby w Przemianach Owidiusza w atramentowej czy zupełnie inaczej idącej gęsiego przez życie artystycznej obwódce – Et ignotas animum dimittit in artes/ I umysł zwrócił ku nieznanym sztukom…