Przyjazna spowiedź...

derwiszDerwisz i śmierć Mehmeda „Mešy” Selimovicia – jugosłowiańskiego (bośniackiego) pisarza, myśliciela i eseisty piszącego w języku serbsko-chorwackim to powieść psychologiczno-obyczajowa choć najsampierw osadzona czy może raczej bardziej prawdopodobnie w osiemnasto-wiecznej a więc historycznej bośniackiej scenerii totalitarnego państwa osmańskiego; gdzie na planie pierwszoplanową postacią a i narratorem jest przełożony sufickiego klasztoru muzułmańskiego co zwie się Achmed Nurudin; nadano mi to imię i przyjąłem dar ten z dumą, ale teraz po wielu latach rozmyślam o nim ze zdumieniem, a niekiedy z ironią, gdyż  ś w i a t ł o  w i a r y  [z tur. - Nurudin – przyp. aut.] to pycha, której nawet nie wyczuwałem, a obecnie jej nawet po trosze się wstydzę. Jakimże jestem światłem? Czym oświecony? Wiedzą? Etyką? Czystym sercem? Właściwą drogą? Brakiem zwątpienia? Wszystko to [wraz z kropką – przyp. aut.] stanęło pod znakiem zapytania. Teraz jestem tylko Achmedem [z tur. – przyjaciel – przyp. aut.] – ani szejkiem [z tur. - naczelnik muzułmańskiej gminy wyznaniowej – przyp. aut.], ani Nurudinem. Wszystko opada ze mnie jak szata, jak pancerz i pozostaje to, co było przedtem: naga skóra i nagi człowiek; co w tym negliżu sam będąc niczym nadwątlona pieczęć po przełamującej się na dwoje nierównej czterdziestce a więc w wieku o dziesięć lat większym od tego żeby było mu już wszystko jedno a może obojętne co się stanie czy i o tyle samo więcej w latach stateczniejszym żeby rozgrzewana pomału starość zalakowała w nim potrzebę jakiekolwiek buntu występuje wobec władz w obronie zbuntowanego przeciw tureckim ciemiężcom brata Szewkija; co właśnie czeka przed trybunałem sędziowskim na najsroższy tudzież może jednak cudowny wyrok w sarajewskiej twierdzy tureckiej a jego starszy brat w zakonie tańczących derwiszów czuje jak boleśnie wyrastają mu za plecami czarne niczym noc skrzydła szeleszczące w martwym powiewie śmierci; co są jak nieuchronna konieczność przeniesienia się na drugi świat, w którym człowiek osiągnie swój pełny wzlot/ Abu’l-Faradż al-Isfahani – poeta arabski gdzie zastygły koniec to przemijanie materii, a nie duszy/ Ibn Sina (Awicenna) – lekarz i filozof arabski gdzie już samo odejście to zmiana stanu. Dusza zaczyna żyć sama. Zanim oddzieliła się od ciała, chwytała dłonią, patrzyła okiem, słuchała uchem, ale istotę rzeczy znała sama przez się/ Abu Hamid al-Ghazzali (Algazel) – teolog i mistyk arabski; cierpliwa dusza która także wiedziała że młoda żona kadiego [z tur. – sędzia muzułmański – przyp. aut.] Ajni-efendiego może doprowadzić do uwolnienia od zarzutów derwiszowego brata choć niewiasty takie jak ona - osobliwie piękne i młode – znają wartość wszystkiego, co mogą stracić, a co zyskać, i zawsze mają swoje racje, którym można się dziwić, lecz które rzadko bywają naiwne. Ich oczy błyszczą śmiałością, nawet wtedy, gdy są opuszczone, są żenująco otwarte nawet wtedy, gdy kryją się pod rzęsami; jako że są święcie przekonane o własnej potędze, z której nie korzystają, dzierżą ją jak miecz, z ręką na rękojeści [i już – przyp. aut.] widzą w nas niewolników lub nienawistne stworzenia, bez powodu pyszniące się swą nieużyteczną siłą. Ta szalona pewność siebie jest tak przekonywująca, że działa nawet wtedy, gdy nią gardzimy. W człowieku budzi się strach mimo wiary, w jakąś nieznaną możliwość, w jakieś czary i dziwy, w jakąś tajemną moc iblisa [z tur. – diabeł, szatan – przyp. aut.]; choć derwisz nie może ukryć że wciąż patrzy na nią - tak spokojną niewiastę - z przyjemnością, z głębokim spokojnym zachwytem, z jakim patrzy się na cichy nurt rzeki, na przedwieczorne niebo, na księżyc o północy, drzewo obsypane kwieciem, jezioro mego dzieciństwa o świcie. Bez chęci posiadania, bez możliwości pełnego przeżycia, bez siły odejścia. Przyjemnie było patrzeć, jak splatają się jej żywe ręce, jak zapominają się w igraszce, przyjemnie było słuchać, jak mówi – nie, nic nie musiała mówić, wystarczyło, że była że istnieje w sercu lakonicznego wiersza; a jednak która to chciała z derwiszem porozmawiać o swoim bracie utracjuszu pałętającym się wśród ludzi gminu - Hasanie żeby za jego zakonnika namowami zwłaszcza dobrowolnie a i bez skandalu czyli licho wie czemu cicho wyrzekł się swej czy raczej wszelkiej schedy ojcowskiej; który to Hasan w wirydarzu zakonnym wyznaje że każdy z nas jest dziwny/ niezwykły, prócz ludzi nijakich, bez oblicza, którzy właściwie też są dziwni/ niezwykli, bo nie mają w sobie nic charakterystycznego, ich cechą jest właśnie to, że żadnej szczególnej cechy nie posiadają. I oczywiście za wyjątkiem nas samych, jako że do siebie przyzwyczajamy się tak bardzo, że wszystko, co jest inne niż w nas, wydaje nam się dziwne/ niezwykłe, można by więc rzec, iż dziwne/ niezwykłe jest to, czego my sami w sobie nie mamy. Zatem [jego – przyp. aut.] ojciec jest dziwny/ niezwykły dlatego, iż sądzi, że ja jestem dziwny/ niezwykły, a ja przeciwnie, i tak dalej, coraz dalej, nie ma końca zdziwieniu, a może właśnie temu należałoby się dziwić/ niezwykle bardziej niż najbardziej; choć w tym dziwno-niezwykłym a jednak miłosnym ku sobie wzrastaniu czy i może raczej upadaniu Ojca-z-Synem czy Syna-w-Ojcu kryje się piękna od wiek wieków przyjazna poznaniu tajemnica w której niech diabli wezmą i jego, i tę dubrowniczankę. Jest mu ważniejsza niż własny ojciec, żebym przynajmniej wiedział dlaczego. Drachmy [z gr. – jednostka wagi – przyp. aut.] ciała na niej nie ma. Ale niech tam, niech włóczy się po szerokim świecie tymi maślanymi oczami, skoro taki z niego głupiec. Deszcz go przemoczy, mróz ściśnie, hajducy napadną. Nic sobie, głupiec, nie da wytłumaczyć. A ty, ojcze, siedź tutaj wtulony w swój kąt jak cybuch i czekaj. Zamieraj, kiedy otwierają drzwi i kiedy ktoś biegnie po schodach, zrywaj się z krótkiej drzemki, czarnych snów i złych przeczuć. Płodź dzieci na swoje nieszczęście, żeby ci było ciężej. Och, wybacz, Boże, co ja plotę; same czarne nici szarpiąc na białej szpuli i gryząc się potem w język podczas tej hasającej to tu to tam nieobecności co sprawiała że ci co Hasana dobrze znali snuli bajkę o nim. Był sobie kiedyś piękny królewicz... A sam Hasan opowiadał o swoich porażkach bez żalu, ze śmiechem. Klęski jego nie wydawały się ani ciężkie, ani ważne, dzięki czarowi swej pogodnej szczerości zmieniały się nawet w sukcesy, o których nie chciał mówić i na których specjalnie mu nie zależało; jako że taką właśnie bajecznie zamotaną przyjaźń Hasana przyjmuje się z takim upragnieniem, by zaspokoić tę silniejszą od rozumu ludzką potrzebę niemalże wiarę co nie musi wcale gór przenosić gdyż one są wtedy wszędzie; nie tam jednak gdzie panoszy się krzykliwa obojętność i krytyczna ponad stan serca drażliwość zwłaszcza na swoim punkcie selfistycznym nie na niby ślepo karzącym wszelkie przejawy niesubordynacji choćby jedynie zrywu samodzielnego myślenia; którego kolejną już ofiarą z długiego rzędu poprzednich pada a może i z rąk uzbrojonych najemników-semenów przed das Schloß [z niem. – zamek – przyp. aut.] osamotniony brat naszego derwisza; a ten potem czy jako żywo po świeżej stracie odczuwa przygnębienie graniczące ze szlabanem podnoszonego przed wszystkimi wstydu że pokazałem zabitego chłopca rozjuszonemu tłumowi, nie chciałem pogodzić się z myślą, że nic się nie stało. Pragnąłem, żeby coś nastąpiło, gotów byłem przyjąć przed Bogiem swoją część winy. Ta niepewność męczyła mnie, ale równocześnie sprawiała mi zadowolenie: sumienie moje było czyste, nawet gdy chodziło o NICH; czyste niczym łzy śmiechu w żartach zawsze przyjacielskiego Hasana mówiącego że derwisz jest okrutny jak krogulec i wrażliwy jak stara panna; można powiedzieć iż nadwrażliwie zdewociały niczym puer aeternus co w jakimś tam niedokończonym rachunku z domniemanych zysków i wątpliwych strat stawia rozgorączkowane równania ze zbyt wieloma niewiadomymi że jedynie pamięta jak piękna była wtedy. I wyraz cierpienia na jej twarzy, którego długo nie mogłem zapomnieć, gdyż ja byłem jego przyczyną. Dla tej kobiety, jedynej, którą w życiu kochałem, nie ożeniłem się. Przez nią, straconą, przez nią, zabraną, stałem się twardszy i bardziej zamknięty wobec wszystkich, czułem się okradziony, nie dawałem innym tego, czego nie mogłem dać jej. Może mściłem się na sobie i ludziach, bezwiednie i nieświadomie. Choć nieobecna, przyprawiała mnie o cierpienie. A potem zapomniałem, ale było już za późno. Szkoda, że swą niewyżytą tkliwością nie obdarowałem nikogo: ani rodziców, ani [umierającego teraz – przyp. aut.] brata, ani innej kobiety; za to czy tak jakby na opak wszystkim i wszystkiemu po zaciągu i wojnie z niewiernymi Achmed wybiera krętą drogę na pobliskie wzgórze powyżej swej rodzinnej wioski ponad lasem, ponad rzeką, na skalistym bezludziu, na którym tylko orły krążą [a tam wyznaje że - przyp. aut.] dotknąłem dłonią płyty wielkiego nagrobka, samotnego między pustką nieba i ziemi, od wieków nie niepokojonego, przez nikogo nie odkrytego, nasłuchiwałem głosu kamienia lub grobu kryjącego [ponoć – przyp. aut.] tajemnicę życia i śmierci co wnosi w spadku jedynie zawodzenie gwiżdżącego na wszystko zimnego czy północnego wiatru; tak nie inaczej Achmed siedział z beztrosko zwisającymi mu nogami nad niewidocznie stromą po chropowatym skosie przepaścią pomiędzy dwoma pustyniami – bałwanami - samotności i nieistnienia niczym ów rozsypujący się szkielet pod [nagrobną – przyp. aut.] płytą; może też krzycząc niezrozumiałe w niebo-głosy do niego tu leżącego a jednak dalekiego w nieskazitelności czasu gdzie głos mój potoczył się między ostrymi kamieniami – samotny głos i samotny wiatr; co teraz i zaraz lada chwila acz po wielu wielu dopiero latach zawiewa mu niczym donosiciel-powiew w odartą ze złudzeń i świeżo pogodzoną ze sobą twarz po święcie już rozgrzeszonym i obojętnym (na niego) zamkowym wyroku śmierci; kafkowska i autorefleksyjna powieść Selimovicia to prawdziwy majstersztyk o krępującej nas na całego samotności, absurdalnej niekiedy bezsilności i obojętnej zazwyczaj bezduszności z całą nutą pogodnego i przeciągle potem brzmiącego w kontekście elan vital; z drugiej strony na rewersie tego samego medalu to iście munchowski krzyk przeciwko nienaturalnie wykrzywionemu myśleniu ideologicznemu co a rebour łapie się za głowę spóźnionego a więc chorego w nim człowieczeństwa; a jednak czy może zwłaszcza pomimo tego w powiewających na wietrze panoramicznych krzywiznach w ustępujących parabolach z życia ludzkiego gdyby Allach karał ludzi tak, jak na to zasługują, nie zostawiłby na powierzchni Ziemi ani jednego stworzenia/ Koran, sura 35, Stwórca, w. 44...