Pastelowe szale...

ajtmatowGolgota Czingisa Torekulowicza Ajtmatowa – kirgiskiego pisarza, dramaturga i scenarzysty filmowego piszącego po rosyjsku to powieść na wskroś obyczajowo-społeczna z elementami symbolicznego w sowchozowym artyzmie przestępczego folkloru środowiskowego oraz synkretycznej przypowieści jako proformy do przekazu narracyjnego co nieśmiało przebija się przez rogatą niczym szaleństwo ornamentalistykę z tego ludzkiego tamtego nieludzkiego ozdabiania się; gdzie zasadniczo na kazachsko-kirgiskich stepach w latach osiemdziesiątych minionego stulecia rozgrywa się dramat - moralitet przeplatających się ze sobą istnień ludzkich i zwierzęcych pomiędzy jak zawsze po swojemu sprawiedliwymi prawami natury; uosabianymi przez wilczycę Akbarę co marząc o przyszłych łowach pragnie nie tyle samej zdobyczy, co tego, by czas obławy nadszedł jak najprędzej, by wilki mogły mknąć w stepowej pogoni jak szybkoskrzydłe ptaki; a są to nie byle jakie marzenia wpojone jej przez naturę kto wie, może zesłane z niebios, marzenia, które później nieraz powrócą w gorzkich wspomnieniach, boleśnie zranią serce, śnić się będą często i rozpaczliwie… Zawsze tak jest z marzeniami – rodzą się w naszej wyobraźni, a potem przeważnie umierają, ośmieliły się bowiem wyrastać bez korzeni, jak niektóre kwiaty i drzewa… Zawsze tak jest z marzeniami – i na tym zasadza się tragiczne fatum poznania dobra i zła…; zrządzenia losu rozciągającego się na ziemi po horyzont bezkresnej na którą przybywa tyle niespodziewanie co i celowo eks-seminarzysta a obecnie dziennikarz Abdiasz Kallistratow – intelektualista, życiowy outsider i obrońca świata symbolicznych wartości; a zapominając o tajemnym celu swej relacyjnej podróży w kolejne nieznane cieszy się że można tu jeszcze napotkać ślady dawnego życia: stada burych wielbłądów, cmentarze-mazary rozrzucone po stepie niczym opuszczone miasta, niewielkie auły [z tatar. – podstawowa jednostka społeczna - minimum 20 pasterzy z rodzinami – przyp. aut.] składające się z kilku namiotów; [gdzie - przyp. aut.] czasem mignęła jurta – jedna jedyna jak okiem sięgnąć i aż strach brał o losy mieszkańców tego zagubionego, rozpadającego się ze starości ludzkiego siedliska; [gdzie - przyp. aut.] przed oczyma mknęli jeźdźcy, to pojedynczo, to grupami, niektórzy jeszcze – jak za dawnych czasów – w spiczastych czapkach i na koniach w starodawnej uprzęży; jak dziwnie też musi się czuć tak niemal odosobniony człowiek za dnia a co dopiero nocą zmarzniętą niczym krucha połeć kiedy odsłania się jak na dłoni rozgwieżdżony kosmos co zieje i marzeniem i grozą gdy naraz też uświadamia się sobie człowieczą a zatem absolutną samotność w bezkresnym świecie; a może wprost przeciwnie to właśnie ten majestat stepowych nocy rodzi wspaniałe poetyckie strofy, czymże jest bowiem poezja, jeśli nie samoutwierdzaniem się duszy ludzkiej wśród pustki świata; w którą teraz Abdiasz jedzie pociągiem z kurierami po anaszę [inaczej: konopie indyjskie – przyp. aut.] i że w świetle prawa ma do czynienia z przestępcami, ale do pewnego czasu musi dla potrzeb reportażu, który postanowił napisać, godzić się z tym życiem, ze złem, które narkomani noszą w sobie; acz mimo woli niejako czuje ssący w dołku o cale powyżej pępka chłód może i jakoś zakręcony niczym koncentryczna spirala chłód co przypomina w takich momentach nastroje ludzi, którzy ukrywają coś w głębi serca, rozumiał, że choćby nie wiedzieć jak wielka jest ziemia, jak radosne nowe wrażenia, wszystko to nic nie jest warte, nic nie daje umysłowi i sercu, jeśli w świadomości tkwi [niczym oścień – przyp. aut.] najmniejszy choćby punkt bólu; to on powoli określa samopoczucie człowieka i jego stosunek do otoczenia; jako że tak naprawdę to do niego jest skierowana prawdziwa misja Abdiasza krzewić [dobre samopoczucie – przyp. aut.] wśród żywych ludzi, wcale nie pragnących, by kierował ich na drogę cnoty jakiś tam Abdiasz, taki sam kurier-zbieracz anaszy jadący na koniec świata tak samo jak oni po szmal; choć nie inaczej jak również naiwnie Abdiasz jeszcze nie wie jednego a mianowicie: że skondensowane w sobie zło niczym zapiekłe jabłko ciężko i z bardzo daleka spada ściganemu dobru wprost pod nogi nawet wówczas gdy soczyste dobro chce pomóc ludziom którzy nie wiedzą czym jest jedno a czym drugie; co jak w przebitce filmowej a zatem w proroczym śnie Abdiasza naraz przenosi nas w obręby jerozolimskich murów do tamtej apokryficznej rozmowy Poncjusza Piłata z Jezusem-przestępcą; gdzie mimo to w historii [niczym tautologiczne zło – przyp. aut.] pozostaniesz ty, Poncjuszu Piłacie – z uporem powtórzył człowiek, który za chwilę miał wyruszyć na Golgotę, poza mury Jerozolimy. A ów [czarny – przyp. aut.] ptak, kania czy orzeł, krążący od rana wokół pałacu Heroda, tak jakby na kogoś czekał, opuścił wreszcie swoje miejsce; a Prokurator Judei zagadkowo stojący na pałacowym tarasie ze zgrozą i nie byle jakim zdumieniem obserwował tego dziwnego ptaka, lecącego w ślad za skazańcem, którego straż wiodła na Golgotę; po wielu wielu wiekach w nagle obudzoną a potem już bezsenną noc w rozmyślaniach Abdiasza w których przewodzi zakazana myśl że jeśli najbardziej upragnionym celem życia jest idea miłości do człowieka – idea humanizmu, czyli jak utrzymują ludzie mądrzy, droga człowieka ku samemu sobie, ku ciągłemu doskonaleniu własnego ducha, ducha istoty rozumnej, to jakże ciężko, trudno i okrutnie zaplanowano ową drogę – kto to zrobił i po co? Czyż ludzkość mogłaby istnieć bez owego humanizmu, pojęcia, które każdy interpretuje jak chce – jako humanizm chrześcijański bądź ekumeniczny, społeczno-egoistyczny, klasowy czy też z zasady swej [artystycznie - przyp. aut.] abstrakcyjny? I po co w naszych czasach religie dawno już zwietrzałe pod tym względem?; skoro teraz i tak królują nam realistyczne czy jakoś inaczej racjonalne światopoglądy w których to postępująca nauka podle służy zorganizowanej przemocy a przecież to, co nowe, bezwzględnie powinno być lepsze od tego, co stare. I to nowe jest! Istnieje! Nadciąga nowa, potężna religia – religia przewaga militarnej. W jakiejż to innej epoce człowiek każdego dnia, w ciągu całego swojego życia, był tak zależny od tego, czy militarne siły wywołają wojnę, czy też powstrzymają się przed nią? Czyż nie są teraz bogami posiadacze broni? Tyle, że na razie nie ma jeszcze świątyń, w których modlono by się do makiet bomb jądrowych, wyniesionych na ołtarze, i wybijano [zaklinające – przyp. aut.] pokłony przed [atrapami – przyp. aut.] generałami; którym ślepo-wiernie służy junta sowchozowa z emerytowanym pułkownikiem Ober-Kandałowem na czele bo chodziło o to że Abdiasz pod wieczór popadł w takie samo szaleństwo jak wtedy w wagonie że trzeba było się z nim w końcu ostatecznie rozprawić; gdyż nagonka na suhaki [gatunek ssaka kopytnego, rodzaj antylopy – przyp. aut.] tak go zaszokowała, że zaczął się domagać natychmiastowego przerwania rzezi, nawoływał rozjuszonych myśliwych do skruchy, zwrócenia się ku Bogu z błagalnymi prośbami o wybaczenie krzywd które oni mądrzejsi o wieki ludzie wyrządzają żywej przyrodzie; po czym wszystko następuje już błyskawicznie a Abdiasz nie stawiając nijakiego przed nikim oporu przywiązany do koślawego drzewa, ze skrępowanymi sznurem rękami i nogami, zawisł niczym świeżo ściągnięta skóra, którą powieszono do suszenia. Słyszał jeszcze przekleństwa i wrzaski, ale już jakby z daleka. Cierpienie odebrało mu wszystkie siły. W brzuchu, po stronie, gdzie mieści się [prometejska – przyp. aut.] wątroba, piekło go nieznośnie, w krzyżu coś jakby pękło lub oberwało się – taki tam czuł ból; boleści sączące się wewnątrz w tanim rozbłysku ostatniej świadomości potem tańszego jeszcze oddechu w których słyszy swój chłopięcy śpiew recytowaną przy pianinie wobec swego ojca diakona Kallistratowa modlitwę o zatopionym okręcie co płynie ku dalekim brzegom, tam gdzie leży gród promienisty, choć przybić do tego portu nigdy sądzone mu nie będzie; gdzie niby już nie na niby tamto dziecięce zawodzenie przechodzi raptem w cichy jak ustronna fala czy może coraz cichszy bieluchno pieniący się płacz i zlewa się z wodami równego jak taca stepowego oceanu przez całą noc, w ciszy, nad bezkresną mojunkumską sawanną w blasku księżyca co wydobywa z ciemności zastygłą na drzewie ukrzyżowaną ludzką postać; w parafrazie jedynie przypominającą wielkiego ptaka z rozpostartymi skrzydłami, rwącego się do lotu, lecz ustrzelonego i zawisłego wśród gałęzi; a tymczasem w pobliskim sowchozie nadal niejako trwa wojna tłumionego reżimowego postu z karnawałem zwiewnym niczym ażurowy tiul, samotnego człowieka z osamotnionym zwierzęciem, słabego kwilącego dobra z rozpanoszonym jak w upalnym zenicie złem; gdzie poprzedniej nocy Boston [kierownik sowchozu – przyp. aut.] wciąż przewracał się na łóżku od bezsenności i ciężkich myśli, które napływały jak fale. A wszystko zaczęło się od tego, że znów w pobliżu zimowiska pojawiły się wilki, znów zaintonowały nieznośną, szarpiącą nerwy pieśń [za utraconym potomstwem – przyp. aut.] i znów drżąc ze strachu Guliumkan przytulała się do męża, potem nie wytrzymała i przeniosła śpiącego syna Kendżesza na łóżko, i gładziła go, osłaniała własnym ciałem, jak gdyby dziecku coś groziło. Nieswojo robiło się od tego Bostonowi, chociaż [mało – przyp. aut.] rozumiał, że można wybaczyć kobiecie strach przed ciemnością i niezwykłymi dźwiękami; ponieważ to nikt inny jak sam człowiek w swym szaleńczym okrucieństwie – jak choćby zdemoralizowany sowchozowiec Bazarbaj i jego ludzka w wilczej skórze horda - pierwszy targnął się na święte świętości świata natury i w strachu raczej przed sobą samym niż przez wyjącym nieznanym sprytnie powybierał z dołów-legowisk szczenięce potomstwo prawdziwych królów stepowej gonitwy; gdzie również z dala od ziejących pustką nor wilczyca Akbara ostrożnie obeszła wszystkie owczarnie, wszystkie boksy, nigdzie nie znalazła porwanych wilcząt i zbliżyła się do ludzkiej siedziby; a tam niespodziewanie stanęła przed malcem - chłopcem Kendżeszem co widząc wycofane zwierzę podchodzi bliżej żeby pogłaskać zazwyczaj dobrego przyjacielskiego psa a wtedy osłabłe z rozpaczy serce Akbary zadrżało z rozkoszy ponownego posiadania czegoś swojego; sama podeszła do chłopczyka, liznęła go w buzię. Malca uradowała ta pieszczota, zaśmiał się cicho i objął wilczycę za szyję. A wtedy Akbara, całkiem rozbrojona, legła u jego stóp i zaczęła się z nim bawić – chciała, żeby possał jej sutki, ale on zamiast tego siadł na niej wierzchem unosząc się niczym na grzbiecie fali w beztroskim śmiechu; po czym zmysłowa niczym noc Akbara tak chłonąc dziecięcą woń oddawała mu całą nagromadzoną przez lata w sobie swoją-nie-swoją czułość a potem w myślach roztaczała przed sobą rozmarzone plany jak by to było dobrze gdyby ludzkie szczenię żyło wraz z nią w legowisku pod skalnym nawisem; toteż ostrożnie, żeby nie urazić dziecka, chwyciła malca za kołnierz kurteczki i gwałtownym ruchem przerzuciła go sobie na grzbiet – w taki sposób wilki porywają ze stada jagnięta; jednako w ten oto sposób rozpoczynając swój raczej samobójczy wyścig z człowiekiem z którym w pędzącym co koń wyskoczy galopie Boston znów załadował, wprowadził do komory ostatni nabój, znów wycelował i nawet nie usłyszał własnego strzału, zobaczył tylko, że wilczyca podskoczyła i runęła na ziemię; Zarzuciwszy karabin na ramię Boston jak we śnie pobiegł do leżącej Akbary. Zdawało mu się, że biegnie tak powoli, tak długo, jakby płynął w próżni. I oto wreszcie, cały skostniały, jakby wokół zapanował ziąb, podbiegł do wilczycy. I zgiął się, i skurczył, zachwiał, skręcił w niemym krzyku. Akbara jeszcze żyła, a obok niej z przestrzeloną piersią leżał martwy chłopczyk; w niemym przerażeniu jakby nie wierzącym własnym oczom co unosi w zdrewniałych po przeguby bostońskich rękach martwego niczym szaleństwo synka w swym równomiernie cofającym się czy może raczej po kolei niczym w kalejdoskopie zapadającym się w sobie kroku - rzecz jasna - znikomo wstecz; w rozpływającym się w eterze demonicznym wykroku co natrętnie i nie wiadomo czemu myśląc ze zdziwieniem widzi że zdychająca wilczyca ma [tak nieskazitelnie – przyp. aut.] niebieskie oczy; doraźnie pesymistyczna powieść Ajtmatowa to prawdziwa epopeja o bohaterstwie i nieśmiertelności nieskalanego po wsze czasy ducha we wszelkich stworzeniach małych i dużych; to także a i przede wszystkim nostalgiczna opowieść o prześladowanym czy jeszcze niżej upadającym w człowieku pospolitym dobrze i o nieuchronnie prześladującym go czy raczej zwyrodniałym w bezsensie interpolującym się źle co wspólnie cudnie pastelowo stroją się przed sobą gdzieś pomiędzy bułhakowskim nalotem a bratnim karamazowym dylematem; co teraz właśnie a czemu by nie każe postawić także moją-nie-swoją kropkę nad i a nawet i obok. A przecież jeszcze posłowie…