Posłowie z górnej półki...

poslowie     Bo pisanie jest jak pospolita celebracja z pary, co w tobie i krztyny wyładowania igrającego niczym ogarek na spirali dwojga wypalających się oczu może i niecodzienny rytuał ten na poważnie mszalny gdzie na białej kartce e-papieru kursor ciągle stoi i miga-się-miga i stroi zalotnie a czemu by nie niecierpliwie gdzie na biurku a więc tuż tuż obok ciebie to jesiennie stłumione światło niczym karotenowe liście rozdaje blaski rozrzutnie spadających godzin a unosząca się wokół aureola z samo-zapętlającej się muzyki raz po raz wbija cię w trans i z transu na nowo studzi. Potem nagle przechodzisz w światło a światło zamiata w tobie cienie i jak u upojonego do żywego nałogowca z samych pełnych liter więcej już nie drżą ci ręce gdyż piszesz się.

 

     To prawda, że repertuar-wybór-literacko-poetycko-naukowy tego, co napisałeś co napisało się wcale nie jest przypadkowy, ponieważ nie istnieją poza gramatyką teoretyczną czy zaraz i zastosowaną jakieś tam służebne przypadki. Aczkolwiek to przecież nie ty sam wybierałeś to, w co się wkomponowałeś a więc tamtą literaturę mniejszą i większą, wiersze rozproszone i jakimś cudem potem klecone, tudzież pokaźne lektury z nauk humanistycznych i przyrodniczych dając na ostatniej długiej prostej szczególnie bliskiej osobie pewien może i zbyt jawnie sumaryczny wyciąg z połączenia wszystkiego w jednym w jedynym a zatem przez to możliwym ciągu przyczynowo-skutkowym.

 

     To prawda, że nie sam wybierałem cytaty to one wybrały mnie nadając prawdziwości literackiej cechę rozwiązłej prędko-mówności. No, bo powiedźcie sami jak ocenić czy to naukowo a potem i zaraz rzetelnie, że w onych cytatach i poetyckich po nich średnikach akurat to ja widziałem siebie a wy jak również także siebie a czasem i mnie-nie-mnie samego. Niewątpliwie pisałem o sobie w czasie mocno już zaprzeszłym, także ledwie przeszłym czy jak najbardziej teraźniejszym wracając do lektur młodzieńczych niczym do zaludnionej po lustro wody ocembrowanej studni (może ze dwie pozycje książkowe czytałem w biegu) przy tym zachłannie pijąc ten chłodny nektar do rozpuku czasami czystego bólu z samego suchego czy do połowy pustego rozliczenia się z kolejnego etapowania swego życia.

 

     Tak to prawda, że ten eksperyment dobiega już końca (doprawdy?), ale chcę jeszcze z Wami podzielić się pewną dłuższą refleksją o tym, co jest tak naprawdę fikcją czy też fiksacją wyobraźni a co już faktem a i oczywistością w naocznej realności. A zatem gdzie spoczywają czy może właśnie kładą się nam niczym cienie kruche granice pomiędzy wyobraźnią, jakby wyobrażeniem o rzeczywistości a tym, co nasza wyobraźnia zastaje niejako in situ. Tak, więc chyba naocznie zdementowałem zwłaszcza poprzez kolejne posty blogowe, że tak naprawdę to nie istnieje fikcja literacka, spekulatywna czy poetycka. Dobry pisarz bowiem dzieli się doświadczeniami swoimi czy też zasłyszanymi a także w swym wizjonerstwie iluminuje niektóre wydarzenia, które faktycznie gdzieś/ komuś nastąpiły czyżby na odcisk lub dopiero niejako nastąpią w przyszłej terapii może ledwie na chwilę zajmującej naszą uwagę i czas przez co zawsze są - one chwile - potencjalną w sile i rozumieniu realnością. Może to i nieco nad wyraz karkołomna teza a może i po części powiedzmy że w jakimś tam sensie meta-filozoficzna koniugacja co nie zmienia stanu rzeczy że za wyjątkiem w zasadzie niemających większego znaczenia nazw własnych, imion czy nazwisk w prozie czy rzadziej poezji to każdy z nas z nie byle jaką łatwością odnajduje siebie samego czarno na białym tak właśnie tam zapisanym. Bo tak to już jest, że człowiek/ ludzie od zarania aż niemal po dzień dzisiejszy (jutrzejszy) nie różnią się między sobą w kwestiach fundamentalnych – szukania siebie w otaczającym nas świecie, wyrażania swej tęsknoty za wiecznością czy może lepiej nieśmiertelnością, także mówienia o prawdzie i swym w tej materii duchowej świato-oglądzie, o sygnalizowaniu cierpienia i o zwycięstwach (porażkach?) w miłości, o doborze tego, co jest dla nas piękne a co szpetne czy zwłaszcza na zawsze nijakie. Człowiek-teraz to faktycznie ten sam człowiek, co wczoraj i nie obawiam się z przytakującym doń wertykalnym ruchem szyi potwierdzić, że także i jutro. Ci zaś, co za bardzo myślą inaczej, że teraz to dopiero nastały nam wieki jasne/ jasno-oświecone czy że nasza człowiecza era zaczęła się rzekomo wraz z powiedzmy rewolucją francuską a potem i naukowym pozytywizmem sami dobrze nie wiedzą, co mówią a więc nie-sami niejako owijają się w swej nowomowie niczym w szczelną jak karton popelinę.

 

     Nieco o quasi-naukowym jasnowidztwie czy jakiejś tam paranaukowej telepatii. No, cóż to wszystko en bloc można faktycznie pochować z honorami pomiędzy fałszywymi w puencie bajkami gdzieś może także na drugim tam mglistym brzegu czy na trzecim za nim za to mniej kolorowym już planie. Miast tego warto przyjrzeć się prototypowym w naszym umyśle detalom, co lśnią w Sile Nieujarzmionego Ducha i gnieżdżą się wysoko i jeszcze wyżej w wyższym stanie umysłu zwanym niekiedy czy słusznie - Pięknem-dążącym-ku-Miłości. To one wspólnie zespolone ze sobą mają ten ogromny wpływ na to, co tak naprawdę dzieje się między nami a i na niektóre wydarzenia czasem wcale im jakoś nie-towarzyszące. I na ten poniekąd przykład wiedzcie że jestem ze smętnego wyboru apolityczny, choć niektórzy czytelnicy pewnie dopatrywali się w odcinku pt. Cierpkie saguaro jasno-ciepłego czy może i prysznicowego wyniku wyborczego. Podobnie acz nieco w drugą swoją stronę przyznaję, że nieco umyślnie (doprawdy?) wstrzymałem się z emisją pewnego piątkowego odcinka pt. Strażnik skamieniałych Kuszytów zwalniając w ogóle tempo następnych z kolei emisji. Bo czy mogłem wiedzieć, że w Paryżu tego samego piątkowego dnia nastąpią wstrząsające w skutkach zamachy terrorystyczne a jednak dzień wcześniej postąpiłem jak na swą nawykową regularność nad wyraz nietypowo. O całej, a więc pozostałej reszcie zaiste "arcy-ciekawych przygód" nie wspomnę więcej a niech tam na zawsze już pozostaną - one nagie fakty czy ciche tajemnice - między nami, tymi co widzieli to wówczas bez wątpienia najlepiej.

 

     Trochę o formie artystycznej. Faktycznie przyjąłem pewną konwencję artystyczną unikającą znaków przystankowych i pewnych regresji może za wyjątkiem panoszących się tu i ówdzie małych liter, średników, przypisów i wielokropków. Ta maniera powiedzmy artystyczna miała podkreślić ciągłość (płynność) narracji w dziejącej się żywiołowo powieści-rzece także nadać bez-przystankowej formie jeszcze więcej muzykalności ku falowaniu w przypływach i odpływach kolejnych myśli w sub-świadomości tego autora-nie-autora.

 

     Jeszcze jedno. Jestem tradycjonalistą acz w nieco szerszym niż węższym po polsku zakresie. A mianowicie: wygląda to trochę tak jakbym przyjął czy może lepiej że we mnie raźno przez lata zbiegały się różne zapoznane wcześniej nurty i tradycje kulturotwórcze, które przyjmuje za pewnik a może i objawienie wyprowadzając z tego własną indywidualną ścieżkę duchową ku samorealizacji swego publicznego „ja”. Nie jestem też skończonym na amen indywidualistą raczej zużytym marzycielem, bowiem kocham, co zawsze wspólne, tudzież jaskrawo wspólnotowe, także wszystkich w poszczególności ludzi z ich ułomnościami i poszukiwaniami tego własnego „złotego środka” ku sobie samemu i ku drugiemu człowiekowi.

 

      Z natury jestem także pastelowym czy może niekiedy i zgniłym realistą gdyż lubię kompromisy tudzież różne formy mediacji środowiskowej i raczej niepoprawnym optymistą (bynajmniej nie patronem kostuchowatej śmierci), choć przede wszystkim i skończonym w swej nieskończoności idealistą zwłaszcza w niecodziennym a więc czarno-białym czyli radykalnym widzeniu-rozumieniu naczelnego naszego współ-istnienia: wobec majestatu objawiającego się nam piękna in gustibus i miłości in perpetuum mobile prędzej tej subtelnie platonicznej niż nachalnie przedtem potem zmysłowej. Tam gdzie kiedyś indziej i nie tak znowu dawno chciałem być czarnym byłem a posteriori za kolorowy a tam gdzie znowu nieco infantylnie czy może i zbyt stanowczo nastawałem na puste czy białe szachownic pola zaraz osuwałem się w szarość i potem spowijała mnie jedynie mgła snującego się za mną przezroczystego rozmarzenia.

 

     Kwestie wiary czy jak kto woli jakiejś tam skodyfikowanej prędzej niż później religii. Trochę na ten temat pisałem (niektórzy zaraz chórem powiedzą, że tylko) a więc nie znam człowieka, który w coś/kogoś nie wierzy. Bo nawet ten, co pysznie zwłaszcza deklaratywnie zapewnia, że nie-wierzy to właśnie w to akurat wierzy i pętla nie-do-o-powiedzenia szybko się nam zamyka. Tak, więc zdarza się mi być powszechnym katholiké gdyż z założenia nie wierzę aby natural born dajmy na to chrześcijanin nagle stał się oddanym buddystą a wyznawca pokojowego islamu jakimś tam fanatycznym hinduistą. Kwestie religijne to nie sprawa wyłącznie jednostkowa czy i nawet osobista aczkolwiek również nie myślę, żeby Istota Sprawcza (o ile taka w ogóle istnieje) w swej naddoskonałości i wszechstronności nie mogła objawiać się na swój sposób w różnych religiach ludziom tak jak w duszy cokolwiek komukolwiek gra i o ile się ją w ogóle ma (sic!). Nie ma również we mnie zanadto tęsknot cendentalnych, jako że swoje miejsce/ misję widzę w tym zagięciu (napięciu) czaso-przestrzennym a więc pomiędzy horyzontami tego, co ziemskie a tego, co urasta we mnie do mianownika czy szczebel wyższej potęgi potęgi wyobrażenia o progresywnej roli wyobraźni w życiu ludzkim. Tak, więc widzę siebie w tym czym jestem, co przeżywam, czemu i komu służę tudzież ten sam zawsze "wygnany" raj ziemski jawi mi się i tutaj i wszędzie, co pędzi w nieskończoność wybieranych lub nie ciągle jednak nowych możliwości, wiecznych wyzwań, niegasnących nigdy oczekiwań i upragnionych niczym we śnie marzeń zaś tego wszystkiego jest i tak ponad wszelką miarę i dobrodziejstwo. Nie znam też nikogo, kto nie żywi (się) jakiejkolwiek nadziei, choć są pewnie tacy, co żyją beznadziejnie, lecz czy w takim razie można założyć, że nie mają oni żadnej nadziei w sobie, że odwrotnie nie noszą na sobie większego ponad stan garbu kolejnego kroku w wolną zazwyczaj od niebytu przestrzeń niczyją czy też realnie przecież życiową. Probably not?

 

     Czy to jest zatem definitywny czy jakoś tam inaczej zdefiniowany teraz koniec. Ano, może nieco parafrazując pewne powiedzenie z cudnego oscarowego filmu z pewnością not yet ponieważ nigdy nic się nie zaczyna ani nie kończy zaś naprawdę zawsze czyli po prostu to coś z czymś  j e s t  nawet dalej więc czyżby wystarczyło niemo powiedzieć zwyczajowe do widzenia do kolejnego już w zanadrzu adieu-odcinka? Hmm, przecież i tak - moi kochani może i wierni czytelnicy na pocieszenie a to nie żadna znowu mana - jest jeszcze co czytać przed Wami tyleż samo przede mną tak wiele wspólnie... obopólnie... między≡namiemoticion