Nadzieja jak drugie życie...

kobieta z wydmKobieta z wydm Abe Kobo (właśc. Kimifusa Abe) – japońskiego pisarza i nowelisty to powieść psychologiczno-obyczajowa z elementami kafkowskiego absurdu, w którym fikcja literacka mija się z rzeczywistością a ona wciąż jak przez sito przesiewa nasze rozumienie świata i siebie samego w tym co najpierw zaskakuje a potem zniewala; do tego właśnie stopnia że pewnego sierpniowego dnia zaginął człowiek. Od chwili, gdy w czasie urlopu udał się nad morze odległe o pół dnia pociągiem – słuch o nim zaginął. Ogłoszenia w prasie i poszukiwania policji nie dały żadnych rezultatów; w narastającej fabule ów mężczyzna-nauczyciel błąkając się za swymi ulubionymi owadami przez barchany nadmorskiego piasku dociera do Jamy o szerokości ponad dwudziestu metrów, co stanowiła nieregularny owal gdzie Na mrocznym dnie stał mały dom pogrążony w ciszy. Jedna strona dachu była wciśnięta na ukos w ścianę piasku. Wyglądała zupełnie jak ostryga; zresztą zobaczył chatynkę jedną z wielu jako że w sąsiednich niszo-jamach stała już cała wioska a gdy tylko ześliznął się po piasku w niż przed nim pojawiła się delegacja wiejska ze starcem na czele; która uspokoiwszy wstępne obawy zaprosiła go w gościnę do domku gdzie mieszkała samotna kobieta; do którego w dół prowadziła drabiniasta winda z koszem i taka sama też jedyna droga wiodła do góry z powrotem; a w tej jamie nocą nasz bohater widzi – jak „tutejsza” kobieta - odgarnia zasypywane przez piasek domostwo i ze zdumieniem słyszy że nie wypada, żeby pan robił wszystko już od pierwszego dnia…; zaś nad ranem dowiaduje się że w naszej wiosce wszyscy stosują się do hasła: „Kochaj swój dom” absolutną miłością do miejsca, w którym mieszkamy; z początku abstrakcja ta budziła jedynie jego ciekawość jednak do czasu gdy przeszła w zdenerwowanie na które składało się także i zapewnienie kobiety że Wioska istnieje właśnie dzięki temu, że pracujemy pilnie jak pszczoły przy usuwaniu piasku [ze swoich jam – przyp. aut.]. Gdybyśmy tego zaniechali, nie upłynęłoby dziesięć dni, a zasypałoby całą wieś, a potem przyszłaby kolej na sąsiadów za nami!; może w buncie co budzi sprzeciw wreszcie i on również zajmuje się tym co i cała reszta w wiosce przesypując nadmiary nawiewanego piasku w kosze i worki; zwłaszcza że widział z jakim oddaniem pracuje kobieta z którą chcąc nie chcąc dzielił teraz najbliższe mu lokum; może i chcąc być pomocnym co też wcale nie przychodzi łatwo gdy Materac stawał się coraz bardziej mokry i coraz więcej piasku oblepiało jego ciało. Jakież to wszystko niedorzeczne i tajemnicze. Dlatego właśnie nie powinien czynić sobie wyrzutów, że odrzucił łopatę. Nie ma powodu, żeby brał na siebie aż taką odpowiedzialność. I tak zbyt wiele zobowiązań dźwigał do tej pory. Jego zainteresowanie piaskiem i owadami było w końcu tylko pretekstem do ucieczki – choćby na krótką chwilę – od udręki tych zobowiązań i życiowej inercji; z upływem kolejnych dni można powiedzieć że "topił się" w sprzecznych o sobie i o tym miejscu rozmyślaniach niczym ten wosk co powoli rozpływa się w równie bursztynowej kadzi: I przez to dzisiejszej nocy znowu będzie przeklinał bezsenność nie do zniesienia. Będzie próbował liczyć od stu do jednego, w rytm oddechu. Będzie mozolnie przebywał tę samą drogę od domu do szkoły, którą zazwyczaj chodził. Spróbuje wyliczyć nazwy wszystkich owadów, jakie zna, i ułożyć je według rodzin i rzędów. Wiedział, że nie da to żadnego rezultatu, więc tym bardziej był zdenerwowany […] Zanim chłodne niebieskawe światło ześliźnie się po krawędzi jamy, [tych, co przyjeżdżają samochodami i zabierają z sobą „urobiony” piasek – przyp. aut.] zaczną się znowu zmagania ze snem wchłaniającym go w siebie jak gąbka. Obawiał się, że dopóki nie przerwie się jakoś tego błędnego koła, to nie tylko jego zegarek, lecz nawet czas zostanie unieruchomiony przez ziarnka piasku.; abstrahując od swojej prawdy, że czas wcale nie galopuje jak koń ani nie posuwa się tak wolno jak wózek ręczny; gdzie z czasem czyli następnego dnia znowu nadejdzie ta sama lawina piasku a on nawet przyzwyczaił się już do tego huku, powtarzającego się niezmiennie każdego dnia. [podczas którego – przyp. aut.] Mężczyzna i kobieta spoglądali na siebie mimo woli.; choć niewiasta widząc jego ponury niepokój odwracała od niego wzrok w milczeniu. Nadąsana, zdawała się mówić, żeby martwił się sam, jak chce! Wobec tego dalsze zadawanie jej pytań byłoby już tylko histerią. Piasek sypał się nierównomiernie – czasem strumień wydłużał się jak nitka, to znów opadał szerokim pasem – aż wreszcie zamierał; nie tak jak jego serce co wtedy właśnie żywiej biło zapewne wizją ucieczki z tego zapomnianego między bogami a prawdą miejscem wiecznej walki o przeżycie; tym bardziej realnego planu jako że jakimś cudem ci co zabierali ich "urabiany" piasek dziwnie zapomnieli zabrać za sobą spuszczaną tutaj co noc sznurowaną przemyślnie drabinkę; do której po kilkuset ruchach z dachu swego domostwa wyprężyło się jak kot ciało mężczyzny by w efekcie wbić swe paznokcie w ostatni wysoko worek z piaskiem który służył odbierającym za przeciwwagę-dźwignię tego co jechało ku górze; dzięki też której przeciwwadze wydostał się nad krawędź jamy wreszcie z widokiem płaskim jak stół: Był wolny! Czterdzieści sześć dni i nocy spędził w tej jamie; teraz już wiedział że powinien jakoś przekraść się przez wieś zanim grupa transportowa rozpocznie pracę przy piasku więc skierował swe kroki w stronę najbliższych świateł; co z tego skoro znowu się pomylił! Bardziej w lewo! Gdyby szedł w tym kierunku, trafiłby w sam środek wsi. Choć minął już trzy wzgórza, światła wcale się nie przybliżały…Tak jakby krążył w jednym miejscu; wtedy też po raz pierwszy głęboko odetchnął i nie wiadomo czemu stanęła mu w myślach a zatem w obrazach tamta kobieta z którą spędził tyle pracowitych dni: czy jak się ona obudzi to jakoś zareaguje na jego nieobecność czy może poczuje suchość między obolałymi udami i lekkie pieczenie – i przypomni sobie szaleństwo dzisiejszego poranka… Szukając po omacku lampy uśmiechnie się zawstydzona…; po czym sam poczuł się jak okruszyna którą śmiało można zastąpić byle jakim lustrem albo i wrzeszczącym radiem; to tam właśnie w swym wnętrzu a nie w jakimś tam lustrze odbijały się w nim kobiece słowa: „Naprawdę mi pomagasz… Teraz jest zupełnie inaczej niż wtedy, gdy byłam sama. Nie muszę się tak śpieszyć rano, a pracę kończę ze dwie godziny wcześniej… Później poproszę związek [wiejski – przyp. aut.] o jakąś robotę do domu… Zaoszczędzę trochę z tego… i wtedy będę mogła kupić lustro czy radio…”; a tamte myśli zabijał coraz szybszym biegiem co żywcem paliły go w skronie i na stosie niemych wyrzutów w nich raz po raz potykając się o jakieś cienie gdzieś z nagła przemykających psów to znowu o bezradne dzieci pozostawione na pastwę nieruchomego księżyca w środku tej upiornej jak sen zimnej nocy; dopóty dopóki światła latarek tworzące krąg wokół niego [nie – przyp. aut.] zacieśniły się z prawej i lewej strony i zaczęły coraz bardziej przybliżać.; ku niemu coraz mocniej brnącemu już nie w piasku a w zwalistym piachu w miejscu gdzie naprawdę groziło ci niebezpieczeństwo. Ilu było takich, co nieświadomie się tu zabłąkali i nigdy już nie wrócili! To miejsce osłonięte jest górą, piasek nanoszony z wiatrem, zatrzymuje się… W zimie gromadzi się śnieg, na tym piasek, znowu śnieg i tak przez wieki nakładają się warstwy jak w andrucie; po czym mieszkańcy wsi ponownie spuścili go uwiązanego na zwyczajowej linie do znajomego dołu; do tej samej jamy gdzie Kobieta była jeszcze ciemniejszą plamą w tym mroku. Szła za nim, gdy kierował swe kroki ku pościeli, lecz – nie wiadomo dlaczego – była dla niego niewidoczna. Nie, nie tylko kobieta – wszystko dookoła było zasnute mgłą. Nawet potem, gdy opadł na posłanie, wydawało mu się, że ostatkiem sił biegnie po piasku…; tak... tak.. prosto... i prosto do tego samego celu co jawił mu się w-ten-czas-potem wolnością choć ocknąwszy się znowu zdał sobie sprawę że jest nieszczęśliwy a może nawet więcej niż taki ponieważ godny litości; w czym zresztą utwierdziła go ona - kobieta - słowami - Nie udało się to przecież jeszcze ani razu… nikomu…; choć jego wciąż nurtowała ta sama myśl że jest jeszcze tamto życie ale i to także jest życiem choć najtrudniejsze do zniesienia jest to, że nie wiadomo, co nas jeszcze czeka. Oczywiście, nigdy tego nie będziemy wiedzieli, niezależnie od tego, jakie jest nasze obecne życie. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że lepsze jest to życie, które – jakie by nie było – pozwala człowiekowi zapomnieć o wszystkim…; może zapomnieć jak dreszcze bo to dziwne drżenie ciała nie wiadomo czemu zaczęło kojarzyć mu się z powierzchnią księżyca; w drżeniu o nim czy w lunarnym dotyku podobne do świerzbu posypanego nierówno pudrem… tanie wysuszone mydło… a może raczej zszarzałe aluminiowe pudełko na jedzenie… Ogniskowa przybliżyła się znowu […] białe, przyprószone pyłem tabletki na dnie butelki do zabijania owadów… zdumiewające podobieństwo między powierzchnią księżyca a zwietrzałymi tabletkami cyjanku potasu; o których teraz myślał nie inaczej jak… złowieszczo… o tej gnijącej w zakamarkach duszy czy odwrotnie podpełzającej doń zalotnie zazdrości rzecz jasna w kontekście świeżo udobruchanego żalu; co z utęsknieniem patrząc na krawędź jamy w świetle jałowego księżyca myślał że zazdrość to-to wszystko, co istnieje poza tą jamą, to ulice, pociągi wiozące ludzi do pracy, sygnały na skrzyżowaniach, ogłoszenia na słupach telefonicznych, ciała zdechłych kotów, drogerie sprzedające papierosy… Jak piasek wdzierający się w drewniane ściany i filary, zazdrość wierciła w nim dziury i czyniła z niego pustą patelnię na ogniu. Temperatura pustego naczynia szybko rośnie. Może się zdarzyć, że nie zniesie tej temperatury, że się podda, że ze wszystkiego zrezygnuje. Czy zdoła przezwyciężyć tę chwilę, nim zacznie mówić o nadziei?; która w końcu w mieszaninie zimnych uczuć przyniosła wraz z wiosną nad morzem tak długo wyczekiwane radio z długą anteną choć i nowe zmartwienia - chorobę połogową kobiety; którą musiano z niszy zabrać ale teraz drabina została na miejscu. Z wahaniem [mężczyzna – przyp. aut.] wyciągnął rękę i lekko dotknął ją palcami. Gdy upewnił się, że nie znika, zaczął powoli wspinać się do góry. Niebo było brudno-żółte. Ręce i nogi ciążyły mu bezwładnie, jakby wyszedł z wody. To jest właśnie drabina, na którą czekał tak długo…; to po niej i nad krawędzią jamy wszedł na najbliższe wzniesienie skąd widać było bezkresne morze a one stąd wydawało mu się i żółte i mętne; więc jedynie zaczerpnął powietrza – zazgrzytało morze między zębami i nie posiadało smaku, jakiego oczekiwał za to kątem oka dostrzegł w jamie zbyt długi cień swego odbicia i przypadkowo ostatnio uszkodzoną drewnianą ramę od pułapki na zbieraną wodę; co razem jak wzbierający w nim płacz i tamten cień i tamta rama prosiły się o naprawę A o tym, jak stąd uciec, może równie dobrze pomyśleć znów jutro; przejmująca i pełna alegorii powieść Kobo to sfilmowane arcydzieło światowego formatu której mocne aluzje niekiedy graniczące z rozprawą naukową w pasjonującym studium psychologicznym stawiają człowieka sam na sam z odwiecznymi pytaniami o doczesne granice ludzkiej egzystencji; w granicach co konstruują nowe nadzieje ze szlabanami otwartymi na to co nie tak daleko stąd.