Raj utrącony...

london2Maleńka Pani Wielkiego Domu Jacka Londona a właściwie Johna Griffitha Chaneya – amerykańskiego pisarza, dziennikarza i działacza społecznego to ostatnia powieść tego wybitnego piewcy indywidualizmu, naturalizmu i aspołecznego zmagania się człowieka z przeciwnościami nieznanego mu losu; co ciekawe sam koniec powieści stanowi prawdo-podobny przyczynek do raczej smutnych in situ rozważań o umyślnie przedawkowanym odejściu młodego jeszcze człowieka walczącego z nieuleczalną chorobą - mocznicą - w swej ostrej czy przewlekłej niewydolności nerkowej; a sama akcja opowieści niejako przenosi nas na początek ubiegłego stulecia do żyznej jeszcze i niezurbanizowanej Kalifornii gdzie wytrawny podróżnik i naukowiec choć przede wszystkim alter-ego pisarza Dick Forrest zapala się do jednej rzeczy – farmerstwa. Chciałbym coś stworzyć. Mój ojciec nie stworzył nic. Panowie tak samo. Zawładnęliście nową ziemią w pionierskich czasach i zbieraliście pieniądze podobnie jak marynarze, którzy wytrząsają bryłki szczerego złota z korzeni traw na złotodajnym gruncie; do czynu którego Dick zabiera się z wielkim tudzież znowu młodzieńczym rozmachem angażując najtęższe umysły praktyczne swojej epoki specjalistów w dziedzinie hodowli koni mleczności krów czy administracji farmerskiej rozwijając inwentarz żywy oraz płodozmianowe uprawy na niespotykaną może i gdzie indziej skalę o której wkrótce stanie się głośno od Valparaiso po Kamczatkę; choć dużo wcześniej Dick skończył studia z miernym rezultatem. Zajął dwudzieste ósme miejsce i niczym nie olśnił świata uniwersyteckiego. Najwięcej sławy przyniósł mu hart, z jakim stawiał czoło matrymonialnym zakusom pięknych panien, wspieranych przez ich matki. I jeszcze w jeden sposób zaznaczył swą obecność na uniwersytecie: jako kapitan reprezentacyjnej drużyny futbolowej poprowadził ją do zwycięstwa nad standfordczykami, pierwszego od pięciu lat; po czym młody adept wyrusza przed siebie w świat a że podróże niechybnie kształcą więc i niebawem wychodząc w przedsionku nieskończoności na cudownie ozdrowionego i jeszcze zacniejszego człowieka zrobił coś bardzo rozsądnego. Ba! Dokonał genialnego czynu i ożenił się z córką zaprzyjaźnionego z Forrestami Filipa Destena – tyle piękną co i romantyczną Paulą; choć wszyscy przyjaciele rodziny ostrzegali go, że bierze w swe ręce skarb niepospolitej wartości i że wszedł w związek małżeński, który nakłada nań wielkie i święte obowiązki, przypomnieli mu o wspaniałych tradycjach i cnotach rodu Destenów i Forrestów, aż w końcu Dick się roześmiał i zbił ich z tropu uwagą, że przypominają mu zapalonych koniarzy lub wyznawców eugeniki; bo stąd aż do-tąd w swej farmerskiej hacjendzie Dick wciąż słyszał głos tej, która jak ptak, zawsze śpiewem oznajmiała, że się obudziła ze snu. Słyszał jej trele z różnych okien, wzdłuż zajmowanego przez nią skrzydła domu. Potem śpiewała w patio i przerywała na chwilę, żeby pospierać się ze swym airedalem [z ang. - wysokonożna rasa psa teriera - przyp. aut.] i złajać szczeniaka colie, który okazał nazbyt chwalebne zainteresowanie japońskimi złotymi rybkami w basenie wokół fontanny, rybkami koloru złocistopomarańczowego, o licznych płetwach i wielu ogonach; a potem to już tylko ona Paula przyfrunęła do niego w miękkim czy nie inaczej jak w jedwabiście roztrzepotanym kimonie i przysiadła na jego kolanie. Przygarnął ją do siebie na znak, że jej obecność wcale nie jest mu obojętna, chociaż przez dobre pół minuty nie oderwał oczu od danych o wynikach szczepień świń przeprowadzonych przez profesora Kenealy’ego; po czym swemu chłopcu - małemu dumnemu księżycowi, swej jakże Wielkiej a tak zawsze przecież Maleńkiej Pani - a jakże szczęśliwy Dick śpiewa prawie przez chrapy swego ulubionego konia Górala zuchowatą pieśń: Słuchajcie! Jestem Eros. Stąpam po wzgórzach. Głos mój wypełnia szerokie doliny. Klacze na cichych pastwiskach słyszą mój głos i drżą, bo mnie znają. Trawa rośnie bujniej, ziemia żyźnieje, soki wzbierają w drzewach. Wiosna. Wiosna to ja. Jestem królem wiosennego państwa. Klacze pamiętają mój głos. Znały go ich matki. Słuchajcie! Jestem Eros. Stąpam po wzgórzach, szerokie doliny są moimi heroldami, niosą echo głosu, który oznajmia, że nadchodzę; w potężnym jak wicher zewie co wstrząsa powietrzem sterczących gór na który z daleka jak echo odpowiada tamto w dolinie cudnie łagodne rżenie Księżniczki Fotherington – z kolei klaczy-oblubienicy naszej Pauli; może też dopóty a zwłaszcza i dopóki gdy z sąsiedniego wzgórza nie stąpił na kalifornijskie nizinne pastwiska Evan Graham – były oficer marynarki wojennej także z dawien dawna przyjaciel Dicka z czasów wypraw po dalekich morzach i jeszcze bardziej niż południowo-chińskich; do gościnnego po szczerzące się zęby i wcale nie metaforycznego Wielkiego Domu w którym nie zamykały się drzwi prawie dla nikogo zwłaszcza dla osób o usposobieniu praktyczno-naukowym czy co najmniej poetycko-filozoficznym; gdzie w jadalni z uderzeniem drugiego gongu spodziewanie zjawia się Dick Forrest i każe natychmiast podawać cocktaile a Graham z niecierpliwością czeka na swoje objawienie w wieczorowej toalecie; jako że faktycznie wstrzymał oddech, gdy weszła. Stanęła oczywiście na chwilkę w drzwiach. Jej postać ukazała się na tle czerni korytarza, w łagodnym [bieluchnym – przyp. aut.] świetle padającym z [uskrzydlonego – przyp. aut.] boku. Graham mimo woli otwarł usta, zdumiony niezwykłą urodą tej, która rano wydawała się tak mała. Stała przed nim już nie drobna figurka ni to dziewczyny, ni to chłopca, jaką ujrzał na koniu, lecz wielka dama o wyniosłej postawie, jaką może przybrać tylko kobieta niedużego wzrostu; dama co poznaje go Evana ze światem miejscowej artystycznej socjety rozweselającym ściany parującego tu pagodowego nastroju; wśród których prym w biologicznej sofistyce wiedzie zaprzedany rewolucjonista i synkretyk filozoficzny Hindus Dar Hyal co sam jest gościem filozofów. Cała trójka zaprosiła go tutaj, tak jak Aaron zaprosił kiedyś Terrence’a, a potem Aaron i Terrence zaprosili Leo. Dick powiada, że należy się spodziewać przyjazdu jeszcze trzech i wtedy będzie miał siedmiu mędrców z madronowego gaju. Trzeba panu wiedzieć, że ich obóz mieści się w lasku drzew madrona. Jest to urocze miejsce ze źródełkami bijącymi w kanonie; z unoszącymi się zeń czy poprzerywanymi dialogami w których to Terrence wykonuje grecki taniec epikurejskiego anarchizmu, Hancock powiewa efektowną zasłoną bergsonowskiej metafizyki a Leo klęczy pokornie przed ołtarzem [czystego - przyp. aut.] piękna; w takim błogostanie cudzych myśli i pojęć a priori gdzie już żaden sąd ludzki nie jest absolutnie pewny jak również prostolinijnie słuszny czy na równi pochyłej znowu niesłuszny; gdzie w jakiejś ostateczności człowiek zostaje bez kompasu, wioseł i mapy – sam na wielkim morzu idei co niczym ustami filozofów mówią, mówią, mówią i przy całej swej erudycji nigdy do niczego nie dochodzą; a nawet ci co uważają się zaprzedańcami trzeźwego realizmu czy znowu empirycznej naukowości w końcu i samodzielnie dochodzą do wniosku że same suche fakty to prowokujące złudzenie; że jak wykaże Terrence nagie fakty są brudne, nie mają [głębszego – przyp. aut.] sensu, a w najlepszym razie znaczenia. Hancock będzie twierdził, że bergsonowskiej niebo usiane jest faktami, lecz faktami wyższego rzędu niż te, na które ty się powołujesz. I wreszcie Leo powie nam, że we wszechświecie jest tylko jeden prawdziwy fakt – piękno – i że to nie żelazna, tylko złota logika; może i podobnie jak z wiarą czy jeszcze bliżej z religią ponieważ Istota Najwyższa czy może Bóg to jedynie pozawerbalna przenośnia a z kolei sama śmierć nie inaczej jak niezgrabna metafora z wycyzelowanymi skrzydlatymi aniołami zamykającymi naczelne pojęcia - piękna i miłości - w wakujących czy wiszących spójnikach; o czym doskonale wie namiętna Paula i zakochany w niej Graham a i spostrzegawczy Dick kiedy, mimo że był pochłonięty grą w bridża, zauważył, jak Graham i Paula po odśpiewaniu „Cygańskiego szlaku” nagle uciekli od fortepianu. Kiedy zaś podeszli do stolika, przy którym grał, i śmiali się, że mu karta nie idzie, odpowiedział beztroskim uśmiechem, ale nie uszło jego uwadze pod szelmowską minką Pauli kryje się coś [nieuchwytnie – przyp. aut.] niezwykłego. Wśród wzajemnych docinków, wciąż się śmiejąc, Dick spojrzał nieznacznie na Grahama i tak samo odczytał na jego twarzy jakąś [właśnie anielską – przyp. aut.] zmianę. Takie myśli chodziły mu po głowie, kiedy śmiechem odpowiadał na ich zaczepki, tasował karty, zlicytował „bez atu” [a wtedy – przyp. aut.] i wygrał; jako że rzeczywiście poza coraz rzadszymi przebłyskami tęcze u Pauli już nie mienią się tak naturalnie i nieszablonowo wesoło a czarno-biały zwłaszcza subtropikalny smutek szczelnie przesłania nastawioną pozytywnie może bezideową naturę w tym zawsze skłonną widzieć w zmierzchu początek bo nie koniec przemijającego świata; ponieważ Dick nie kocha mnie tak jak ty – powiedziała [do Evana – przyp. aut.] – Ty kochasz bez pamięci. Należałam do Dicka tak długo, że miłość stała się dla niego przyzwyczajeniem. Nieraz, zanim poznałam ciebie, zastanawiałam się, co jest ważniejsze dla niego, ranczo czy ja. Jesteś wielkim człowiekiem, moją wielką miłością. Ale Dick przerasta cię. Jesteś bliżej ziemi…trudno mi to wyrazić…bardziej ludzki. I dlatego bardziej cię kocham…tak mi się przynajmniej zdaje; zdaje czy też znowu nie zdaje się na tym zawsze samotnym rozdrożu równoległych miłości gdzie to właśnie Paula uprzedza czy może wyprzedza o krok własne zamiary Dicka i pierwsza próbuje odebrać sobie życie namaszczając do tego strzelbę sama zaś będąc w myśliwskim stroju z wyjątkiem dwóch małych ostróg z brązu, które trzymała przerażona i bezradna Chinka; nie inaczej jak strzelając sobie w wysuniętą pierś z rozkroku i potem spoglądając w powolnym umieraniu na Grahama. Dick odwrócił oczy, gdyż wiedział, że jej ostatnie spojrzenie wyraża miłość i że zaraz tak samo popatrzy na niego; zresztą nawet wtedy szepcąc mu do ucha Ciebie kochałam najbardziej. Jestem dumna, że tak długo, długo należałam do ciebie. Żałuję, że nie mieliśmy dzieci, Czerwony Obłoku; po czym pracowicie zafrasowany lekarz wstrzykuje w tamto ramię nadmierną szprycę morfiny a Paula przekręcając się na bok do wyjściowej ku nowemu życiu pozycji embrionalnej cichutko westchnęła i wyzionęła ducha, zanim obecni spostrzegli się, że umiera. W ciszy dał się słyszeć szczebiot kanarków pluszczących się w fontannie, a z daleka dobiegł zew Górala i srebrne rżenie Księżniczki Fotherington; idealistyczno-romantyczna powieść Londona to swoisty testament poetycki czy może również pożegnalny walc gdzie na autobiograficznej czy metaforycznie rozdartej w sobie płycie to cierpiący niczym skrzypiąca igła człowiek-pisarz dokonuje swego rozrachunku z życiem awanturniczych przygód i soczystych rozmyślań o wrodzonym pięknie natury ludzkiej w tym zawsze wirującym acz bezprzykładnie tanecznym ruchu wszelkich ciał i dusz niebotycznie umuzykalnionych; gdzie też zaczyna się to co nie sposób nigdy skończyć bez tęgiego potem wzruszenia…

Prawda jest krainą bez dróg...

narayanMalarz szyldów R. K. Narayana a właściwie Rasipurama Krishnaswami Iyer Narayanaswami – indyjskiego (tamilskiego) powieściopisarza i nowelisty to zaangażowana powieść obyczajowa gdzie w miniaturowym choć przede wszystkim fikcyjnym miasteczku Malgudi niczym w soczewce skupiają się losy dwojga kochanków Ramana – artysty reklamowego i pięknej Daisy – propagatorki depopulacji i świadomego macierzyństwa; gdzie akcja między nimi szeroko rozlewa się po południowych Indiach na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia; gdzie także pozostałe acz niebłahe losy ludzkie znajdują swoje lustrzane odbicie w kontrastach i rozwarstwieniach społecznych w kastowej piramidzie współzależności; gdzie wreszcie ściera się w podtekście żywa tradycja z napierającą nowoczesnością a czas rozpoznaje jedynie czasowniki teraźniejszości; a one odmieniają się przez wszystkie osoby co potem składają się w szybko biegnące szlaczki tego wszystkiego co zawsze pisze się wielkimi literami w tym naszym regio capitalis z mnóstwem postponujących znaków przystankowych z naczelnymi średnikami w których tyle dobrego co i złego; aczkolwiek Raman bardzo niechętnie to przyznawał, Malgudi w 1972 roku przeżywało okres wielkich przemian. Stanowiło bazę dla budowy wielkiej elektrowni wodnej powstającej gdzieś w górach Mempi i po ulicy Rynkowej cały dzień jeździły łaziki i ciężarówki. Miasto miało nowego komendanta policji, który wypróbowywał swoje nowe pomysły. Policjanci stali co kilka kroków. Wydają się podnieceni widokiem tak wielkiego ruchu, myślał Raman, i wyobrażają sobie chyba, że jesteśmy tylko o krok od klęski, kiedy to piesi i pojazdy zaczną się zderzać ze sobą; choć tak naprawdę życie ludzkie nieprzerwanie toczy się w konserwatywnym Malgudi raczej po dawnemu w którym Raman znał pewnego antykwariusza a człowiek ten fascynował Ramana, nie miał bowiem absolutnie żadnych klientów i żył tylko akceptacją swej klęski. Był pesymistą delektującym się swoim pesymizmem i rozkoszującym się frustracjami, otoczonym całymi stosami najrozmaitszych książek. Wyjedzone przez mole w okładkach i wnętrzach esy i floresy wprawiały go w istną ekstazę. Całe godziny spędzał na studiowaniu tych wzorów i omawianiu ich potem z Ramanem; a Raman przecież wciąż otrzymuje nowe zlecenia na wykonanie szyldów także takich co wydają się nam bardziej ekscentryczne niż nawet sama nieheblowana deszczułka bez nijakiego już na niej przez co zbędnego napisu; choć i w duszy zastanawia się że zupełnie źle robi że zawracam sobie głowę tym malowaniem szyldów. Zająłem się tym, ponieważ kocham kaligrafię, kocham litery, ich kształt, nachylenie i cienie. Ale nikt już o to nie dba, nie ceni tych wartości. Jak ten sprzedawca bransolet, prawnik i tamten drugi, którzy żądają dostosowania się do ich własnych gustów, bo inaczej nie zapłacą. Wciąż trzeba iść na kompromis. A teraz jeszcze ta od planowania rodziny chce – Bóg raczy wiedzieć – czarno-białego czy biało-czarnego napisu, z cieniami czy bez; po czym znowu zaczyna błądzić kształtnymi myślami wokół osoby, która zamówiła ową pracę – nazywa się po prostu Daisy. Jest szczupłą dziewczyną w sari [z ind. - tradycyjne okrycie wierzchnie kobiet – przyp. aut.]. Nikt nie wie, kto jest jej mężem, ojcem, bratem, ani nawet skąd przybyła – nagłe objawienie w Malgudi. Daisy! Co za imię dla kogoś, kto jest na oko tak bardzo indyjski, tradycyjny i łagodny! Należałoby oczekiwać, że osoba na tym stanowisku będzie wyglądała jak jakaś matrona, matka przełożona w klasztorze – wielka, o szerokiej twarzy, górująca nad innymi, władcza, która samym ruchem ręki wydaje ludziom rozkazy. A ta dziewczyna wyglądała jak tancereczka; co nie daje już później zwłaszcza śnić na jawie a jednak któregoś wieczora wziął deskę spod ściany, przesunął po niej palcami. Za gładka, pomyślał farba spłynie. Trzeba trochę zedrzeć strugiem. Wyjął zdzierak, przeciągnął nim po desce i znów zbadał palcem powierzchnię. Wziął puszkę farby, zanurzył w niej pędzel, maznął parę razy po desce i odstawił ją do przeschnięcia opierając pomalowaną stroną o ścianę. Nie chcę więcej niezamierzonych efektów stiukowych więc wyjmuje z kieszeni skrawek wyświechtanego papieru zastanawiając się nad zleconym wcześniej napisem „Ośrodek Planowania Rodziny. Wolne porady”; w tej czystej deliberacji co wprost wiedzie na manowce swego zajętego super-ego: Zaludnienie! Zaludnienie! Wielkie zmartwienie! Czemu nie dadzą premii tym, którzy pozostają w stanie bezżennym – jak on? Bezżenność równa się bezdzietność. Nie, niekoniecznie bezdzietność! Weranda ratusza i chodniki wokół rynku, ta ziemia niczyja Malgudi, aż roi się od najrozmaitszych berbeci, poczynając od tych raczkujących, brudnych, obdartych – jawny dowód postępu w tej dziedzinie w ciągu pięciu lat. Przy takim tempie zaleją całą kulę ziemską – co w tym złego; choć wyglądają na zagłodzonych brązowa lub ciemna skóra lśni zdrowiem, a wilgotne oczy iskrzą się życiem; przeciwnie niż purpurowo-matowe oczy Daisy co skrywają jeszcze ogniste blaski mnie zachodzącego a może komuś drugiemu nagle wschodzącego słońca o którym mówią nasze purany [w hind. - gatunek literacki, świętych ksiąg hinduizmu – przyp. aut.] pełne przykładów upadku świętych skruszonych pięknem. Bogowie pozazdrościli ludziom surowości życia i zaczęli stosować podstępy, aby podkopać ich niezłomność w dążeniu do celu. W takich przypadkach posługiwali się zawsze piękną kobietą. Ta sama sytuacja powstała obecnie przy udziale Daisy. On, Raman, postanowił, że będzie trzymał w ryzach swój popęd płciowy, i widać nie spodobało się to bogom. Dziwne, że po tylu latach malowania szyldów jego klientem staje się nagle kobieta i sprawa okazuje się kłopotliwa. Lecz on uzbroi się przeciw tej pokusie. Mahatma Gandhi tak radził jednemu ze swych zwolenników, który znalazł się w podobnej sytuacji: „Za dnia chadzaj ze wzrokiem utkwionym w palce własnych stóp, w nocy zaś w gwiazdy”; acz w Ramanie wcale nie skrzyła się tak ściśle komfortowa pre-sytuacja a i samo w sobie doskonałe oko Wszech-Opatrzności wciąż mrugało znacząco nad jego niejasnymi pragnieniami tyczącymi się uśpionej wspólnoty serc i ciał; jako że po rychłym wykonaniu podstawowego zlecenia reklamowego przyszła następna niejako pora na jeszcze ambitniejsze depopulacyjne malowidło propagandowe tym razem rychtowane na przeludnionej prowincji tamtejszego tamil-landu; w podróż którą udaje się Raman wraz z wybranką swego serca nie inaczej jak do pewnego oświeconego nauczyciela szkolnego co zapewne pomoże im przekonać tamtejsze wiejskie rodziny a zwłaszcza spolegliwe kobiety o zaniechaniu czy raczej ograniczeniu prokreacji do niezbędnego minimum; a do tego dzieła miał namawiać ramanowski szyld o niepospolitych rozmiarach z hasłem chwytającym za wrażliwe serce a nie tylko za ogołacany brzuch czy niebaczne na nic podbrzusze; jako żywo hasło skierowane do tych zlasowanych przez przyzwyczajenie ciżb ludzkich na czele których zawsze stają niestety gotowi na wszystko anachoreci przenikliwej przeszłości co proroczo mówią wiem wszystko, co się tu dzieje na sto mil wokół, choć od stu lat nie opuszcza tej świątyni. Wiem, co się dzieje wszędzie, w ludzkich umysłach też. Byłem wczoraj duchem na twoim zgromadzeniu. Wiem, co mówiłaś. Uważaj, zła kobieto, nie igraj z Bożymi planami. On cię porazi śmiercią, jeśli spróbujesz to czynić; acz pomimo tego występnego ostrzeżenia Ramana wciąż fascynują fantastyczne roszczenia tego nadczłowieka [starca-pustelnika – przyp. aut.] i prymitywna wiara tutejszych ludzi; więc już sam czy też może niebacznie udaje się do wykutej w skale groty-świątyni nad wioską gdzie przyszło mu pomodlić się przed "kwiecistą" boginią choć bynajmniej nie o jakieś tam nastanie Wieku Rozsądku co o zdobycie na zawsze niezłomnego serca pięknej Daisy; w tej samej ostatniej wymówionej sylabie o której skryty w cieniu groty starzec-pustelnik chytrze mówi do niego widziałeś ten kwiatuszek, który oderwał się od wianka i spadł? Jest to znak wróżebny…Oznacza sukces, ale przedtem i potem kłopoty. Widziałeś jak kwiatuszek spadł najpierw na jej rękę, potem na stopy i stoczył się na podłogę? Gdyby zatrzymał się na jej ręku albo na kolanach, oznaczałoby to, że twoje modły zostały w pełni wysłuchane. Nie zarzucaj swoich starań, nie wahaj się, niczego nie zyskasz, jeśli będziesz tylko dumał i siedział osowiały tracąc czas. Ludzie osowiali niczego w życiu nie osiągają ciągle polując długimi jak noc myślami na przemykające w poświacie zerkającego tu i ówdzie księżyca nazbyt przestraszone zjawy; co niebawem a więc również po nie byle jakich wstępnych trudach - zwłaszcza z bogobojną ciotką co jednak podczas pielgrzymki wybiera zapomniane odejście w jakiejś umieralni nad Gangesem - dla Ramana staje się jasne że teraz można obyć się bez żadnych okoliczności wybierając swoje małżeństwo akurat w systemie zwanym powszechnie Gandharva; a był to typ małżeństwa znanego z literatury klasycznej. Gdy spotkają się dwie dusze w zupełnej harmonii, wówczas małżeństwo zostaje skonsumowane w sposób doskonały i żadne ceremonie ani rytuały nie są już wcale potrzebne. Daisy powiedziała, że chociaż nie wierzy w żadne odwieczne obyczaje, godzi się na ten rodzaj małżeństwa, ponieważ wydaje się jej rozsądny; w rozsądku co zawsze wyraża się niepochlebnie o szlachetno-łzawym uczuciu ponieważ zaplanowałam sobie całkiem inne życie. Mam wyraźnie określony cel, od którego nie odstąpię. Dałam Wielebnemu [pastorowi – przyp. aut.] słowo, że nigdy nie zmienię poglądów. Jeśli chcesz ożenić się ze mną, musisz zgodzić się z moimi planami, mimo że będę twoją żoną. Jeśli kiedykolwiek je zakwestionujesz, to cię opuszczę. Nie będzie to miłe dla mnie, ale cię opuszczę; co po jakimś krótszym niż niestety dłuższym małżeńskim stażu w zapowiedzi popłynie kołysząco niejako spadając wraz z tamtym kwiatuszkiem na tylną podłogę starego chevroleta Gaffura gdzie Daisy sadowi się wygodnie i jej twarz niknie w cieniu. Może będziemy żyli w następnym wcieleniu, pomyślał [Raman – przyp. aut.]. Mam nadzieję, że przynajmniej wtedy zostawi innych w spokoju; zaangażowana powieść Narayana to próba barwnego rozeznania się w zazębiających się mechanizmach społecznych acz również zamach na odwieczne pytanie o granice ludzkiej wolności czy może jeszcze płynniej na zamglone horyzonty wierności swym przykazaniom światopoglądowym w które się święcie wierzy gdzieś tam lub kiedyś wcześniej; bowiem powtarzając za hinduskim teozofem Jiddu Krishnamurtim – możecie o tym czytać, zahipnotyzowani i oczarowani, ale wyjść teraz poza myśl i czas, a tym samym poza smutek, to znaczy być świadomym, że istnieje ów wymiar zwany miłością. Nie wiecie, jak dojść do tego niezwykłego źródła. Cóż więc robicie? Skoro nie wiecie, co należy robić, nic nie robicie. Absolutnie nic. Wpadacie w wewnętrzne milczenie. Czy wiecie, co to znaczy? To znaczy, że nie szukacie, nie pragniecie, do niczego nie dążycie. Wtedy nie ma w ogóle środka [ani celu – przyp. aut.]. I jest wtedy miłość…

Przedmurze przeciętności...

stara pannaStara Panna Edith Wharton – amerykańskiej pisarki, nowelistki i trendsetterki - projektantki także pierwszej kobiety która otrzymała prestiżową a więc literacką Nagrodę Pulitzera to wymowne opowiadanie może mini-powieść psychologiczno-obyczajowa obnażająca stereotypy myślenia stadnego i skostniałe konwencje gaszące życie wewnętrzne i uczuciowe człowieka; gdzie w tle interakcji między dwoma głównymi bohaterkami opowieści pozostają zacieśniające się kręgi dziewiętnastowiecznej elity nowojorskiej – wciąż krzepkich Anglików i równie rumianych Holendrów – co wymieszali się ze sobą, tworząc wspólnie zamożną, przezorną, a mimo to hojnie wydającą pieniądze społeczność zbudowaną na fortunach bankierów, indyjskich kupców, armatorów i dostawców okrętowych. Ci dobrze odżywieni, powolni ludzie, którzy europejskim oczom wydawali się drażliwymi śledziennikami dlatego tylko, że kaprysy klimatu pozbawiły ich zbędnego tłuszczu i trochę mocniej napięły ich nerwy, wiedli życie pańskie i monotonne, którego gładkiej powierzchni nie naruszały nigdy ciche dramaty rozgrywające się niekiedy w głębi. Wrażliwe dusze były w tamtych czasach podobne do klawiatur opatrzonych tłumikiem, na których Los grał bez dźwięku; zwłaszcza że wszyscy potem [po zerwanych zaręczynach – przyp. aut.] zgodnie orzekli, iż zawsze było wiadomo, że Charlotta Lovell zostanie starą panną. Było to widoczne nawet przed jej chorobą: mimo ognistych włosów miała w sobie jakąś pruderię; jako że na co dzień Charlotta wyglądała jak cień i wykaszliwała z siebie płuca co stało się oficjalnym powodem zerwania zaręczyn z Joe’em Ralstonem który „admirował ją” tego roku, kiedy zaczęła bywać w świecie. Była zgrabną danserką i Joe, wysoki i zwinny, przetańczył z nią niejedną écossaise [z franc. typ kontredansa w stylu szkockim – przyp. aut.] i polkę. Przed końcem zimy wszystkie swatki przepowiadały, że coś z tego wyjdzie, ale gdy Delia Ralston próbowała wysondować kuzynkę, wymijająca odpowiedź dziewczyny i jej płonące czoło nasunęły przypuszczenie, że konkurent się rozmyślił i nie można było pytać więcej. Teraz stało się jasne, że jednak łączyła ich wtedy miłość, przerwana zapewne owym interesującym incydentem, któremu na imię „nieporozumienie”; acz owo nieporozumienie jak to bywa z niebagatelną historią każdego człowieka co zawsze długa i szeroka miała swoje podwójne a więc skrywane dno; bowiem Lovellowie zauważywszy pierwiosnki choroby płuc u Charlotty podjęli się ozdrowieńczego a jednak osobliwego leczenia swego dziewczęcia ekspediując je do małej farmy wiejskiej Ralstonów nad Hudsonem gdzie wraz z irlandzką służącą mieszkała prawie sześć lat także z małą dziewczynką-podrzutkiem; a historia z tym podrzutkiem była jeszcze jednym dziwnym epizodem w życiu Charlotty. Od czasu pierwszej choroby, kiedy miała zaledwie dwadzieścia dwa czy trzy lata, rozwinęła się w niej niemal chorobliwa miłość do dzieci. Mówiono – mówił tak podobno doktor Landskell – że niewyżyty instynkt macierzyński bywa szczególnie silny w przypadkach, gdy choroba płuc uniemożliwia macierzyństwo. Kiedy więc zostało postanowione, że Charlotta musi zerwać zaręczyny z Joe’em Ralstonem i zamieszkać [ponownie – przyp. aut.] na wsi, doktor powiedział jej rodzinie, że chcąc uratować chorą, nie można rozłączać jej całkowicie z biednymi dziećmi, lecz pozwolić, by wybrała sobie jedno, najmłodsze i budzące najwięcej litości i poświęciła się jego wychowaniu. Jamesowie Ralstonowie wypożyczyli jej domek a pani Jimowa [Delia – przyp. aut.] z właściwym sobie niezwykłym darem orientowania się w sprawach od pierwszego rzutu oka, od razu wszystko zorganizowała, zobowiązując się nawet do opieki nad dzieckiem w razie śmierci Charlotty; i to nie inaczej jak zobowiązania poczynionego z wyboru spośród dzieci-sierot przygarniętych do „żłobka dziennego” w budynku dawnych stajen na tyłach domu – u rozumiejącej może lepiej od innych nestorki rodu Lovellów - a babki tego „biedactwa” Charlotty co po ponownym rocznym pobycie na Południu znowu bez pamięci popadła w nienaturalny stan macierzyńskiego ducha panicznie objawiający się nadmiernym wzruszeniem w stosunku do tamtejszej poniewierki „białej biedoty”; w tamtym skądinąd miejskim żłobku gdzie znalazły schronienie biedne dzieci z tej właśnie dzielnicy nowojorskiego miasta gdzie znalazła się nawet wśród nich mała dziewczynka, której pochodzenie wzbudziło dwa czy trzy lata wcześniej ogromną ciekawość. Zawoalowana dama w eleganckim okryciu przywiozła wtenczas małą do nędznej nory Cyrusa Washingtona, Murzyna najmującego się do różnych posług a ten rękami swej żony Jessaminy oddał wrzeszczące niemowlę do sierocińca Lovellów wraz ze studolarowym banknotem przypiętym do śliniaczka; a niemal w przeddzień ustalonego już ślubu Charlotty z Joe’em Ralstonem do swej kuzynki przybywa zbyt wcześnie owdowiała Delia Ralston której od zawsze nie obce stawały się rozliczne tajemnice niejako skrywane pod niedbale porzucanymi a może i przykrótkimi płaszczykami rodzinnie pokątnych wzruszeń; w tej nigdy niekrępującej się nikogo acz wciąż domyślającej się rozmowie co pozwala Delii wymownie zerkać na wiszący tam zegar na który ilekroć patrzyła, zawsze przychodził jej na myśl Clem Spender i teraz nagle zadała sobie pytanie: założywszy, że ich sprawy ułożyłyby się inaczej, niż się ułożyły, co on by powiedział, gdybym zwróciła się do niego z taką prośbą jak Charlotta do Joe’ego? Ciężko to sobie wyobrazić, jednakże przestawiając się psychicznie na mgnienie oka, Delia ujrzała siebie jako żona Clema, swoje dzieci jako jego dzieci. Wyobraziła sobie, jak prosi go, by jej pozwolił w dalszym ciągu opiekować się biednymi opuszczonymi maleństwami w stajni przy Mercer Street i wyraźnie usłyszała jego śmiech i rzuconą lekkim tonem odpowiedź: „Po co w ogóle pytasz, głuptasku? Masz mnie aż za takiego faryzeusza?”; jako że w niespełnionym wyobrażeniu Delii tamten Clem Spender był artystyczną duszą, niebotycznie tolerancyjną, sztubacko lekkomyślną, niebaczną na daleko-siężne konsekwencje; a więc niejako robiącą to co dyktuje mu do końca zacne tudzież dobre serce acz także nazbyt często pozostawiającą innym płacenie za to rachunku – w zasadzie tego niespłacalnego nigdy długu - za tak nieosiągalną dla nikogo więcej tudzież znowu nieskalaną niczym nakrochmalone płótno zawsze jednak nadzwyczajną w zatopionej weń wolności właśnie eteryczną miłość; a kiedy tajemnica Charlotty wobec nawiedzającej ją kuzynki przybrała również spenderowskie kształty naraz stało się jasne że losy sieroty - dziewczynki o jasnobrązowych oczach i dziwacznym, ciętym sposobie mówienia, charakterystycznym dla dzieci, które za wiele przestawały z dorosłymi - musiały jakoś wreszcie stopić się w jedno wspólne im kochankom Clema wspomnienie czy może zgasłą wcześnie namiętność a w zasadzie pragnienie zadośćuczynienia za krzywdy i niedole dziecięcego sieroctwa; które potem już pod wspólnym dachem na podmiejskiej prowincji w małym domostwie Ralstonów notorycznie przebierają się w zupełnie inną czy i cichą rywalizację co w pogoni za macierzyńskimi względami tudzież wciąż dręczącymi zawiściami post-miłosnego autoramentu piszą swoje przewlekłe acz namiętne scenariusze; w których Delia zła była na siebie, że ustąpiła wobec życzenia Charlotty. Dlaczegóż to zawsze ona musi ustępować, ona, która ostatecznie jest panią tego domu i której zarówno Charlotta, jak i Tina zawdzięczają – rzec można – życie, a przynajmniej wszystko, co nadaje temu życiu wartość! A mimo to ilekroć wypływały jakieś kwestie związane z dziewczyną, zawsze Charlotta stawiała na swoim, a Delia ustępowała; wyglądało to tak, jakby Charlotta na swój milczący i uparty sposób postanowiła sobie wykorzystać pod każdym względem swoją zależność, która sprawiała, że kobieta o usposobieniu Delii nie była zdolna jej się sprzeciwić; a czas i tak mknie szybko niczym strzała co nigdy nie dosięga swego celu więc wkrótce i Tina pierwotnie Lovell następnie a jednak czy może ku nie byle jakiemu zgorszeniu nowojorskich elit adoptowana przez Delię do pełnokrwistego nazwiska Ralston wychodzi za mąż za holenderskiego nuworysza Lanninga Halseya; choć zawzięta wojna między Delią Ralston a Charlottą Lovell o serce dorastającej Tiny trwała aż do samego końca to i tak pozornie manipulancko zwycięska Delia pojęła teraz, że Charlotta odgadła to wszystko [co ją tak beznamiętnie ominęło a jednak zawsze pozostało głęboko upragnione – przyp. aut.] i że ta wiedza napełniła ją głęboką urazą. Charlotta powiedziała kiedyś, że Clement Spender nigdy naprawdę do niej nie należał; teraz spostrzegła, że to samo odnosi się do jego dziecka. W miarę jak prawda z wolna objawiała się Delii, serce jej tajało w dawnym [raczej wypartym – przyp. aut.] współczuciu dla Charlotty. Zrozumiała, jak straszliwym świętokradztwem jest wtrącanie się do cudzych losów, naruszenie, bodaj najdelikatniejsze, praw jakiejkolwiek ludzkiej istoty do kochania i cierpienia po swojemu; jako że i dla Tiny Ralston nastała również ta ostatnia noc w rodzinnym domostwie przed niechybną a i jutrzejszą przeprowadzką do zniecierpliwionego już męża gdzie jeszcze spokojnie leżała w łóżku, z rękami założonymi pod głową, a w jej szczęśliwych oczach odbijało się srebrzyste niebo wypełniające okno gdzie usiadła przy niej także Delia poddając się temu samemu acz innemu urokowi księżycowej a więc niezapomnianej na lata chwili; w końcu całując „córkę” na dobranoc i odchodząc w nocne zapomnienie poprosiła aby jutro po tym jak pożegnasz się ze mną i ze wszystkimi innymi, kiedy już Lanning będzie cię wsadzał do karety przeznaczyć przezroczysty jak diament pocałunek dla cioci Charlotty. Ten najostatniejszy. Pamiętaj; kontestująca twórczość Wharton przekracza umowne bariery współżycia społecznego kładąc nacisk na takie rozumienie otaczającego nas świata w którym wyższe potrzeby człowieka nie ograniczają się do powszechnie szanowanych czy przetartych akurat wcześniej ścieżek postępowania moralnego; czy może dopiero wtedy poza kodeksami lakonicznej moralnością zauważa się czarno na białym że życie ludzkie pisane między wierszami nie staje się ani przez to barwniejsze ani dojrzalsze lecz że zaczyna się całkiem a i wciąż od nowa…

Zmarznięta bajka...

wielorybGdy wieloryby odchodzą Jurija Siergiejewicza Ritcheu – rosyjskiego pisarza i nowelisty, ojca literatury czukockiej to liryczno-poetycka opowieść o pochodzeniu i zmiennych losach pierwszych autochtonicznych plemieńców zamieszkujących północne a i nadmorskie rubieże dzisiejszej Rosji; o tych prastarych czasach gdy i do okolonej w lagunie Kamiennej Mierzei nieopodal małej człowieczej osady z prymitywnymi jarangami [z jęz. czuk. - domostwo składające się z dwóch namiotów, jeden w drugim] jeszcze wpływały przyjazne wieloryby – olbrzymie czarne ciała – na grzbietach których odbijały się przebłyski słońca a w rozwartych paszczach błyskały drobniutkie czerwone muszelki i przezroczyste meduzy gdzie na głowami w pyle wodnym rozbryzgującej się dziękczynnie wody gnieździła się niewidoczna acz słoneczna tęcza; na którą oniemiale patrzyła młodziutka Nau jakby wabiła, wzywała, zmuszała dziewczynę, aby przekroczyła cichy nakaz, niewidzialny próg zaznaczony tylko pasem różnobarwnych kamyczków naniesionych przez fale. Miała ochotę tak się zbliżyć do tęczy, żeby na ciało spadła jej chociaż jedna kropla, w której połyskiwało malutkie słońce; a kiedy w końcu czysta ciekawość niejako oblała ją rumieńcem wstydu i śmiało podeszła bardzo bardzo blisko do wieloryba nagi słup wody oblał ją od stóp do głowy. Stało się to niespodziewanie, ale tak jak Nau przeczuwała – krople były ciepłe, lśniące, otuliły ją promienie słońca, całym ciałem poczuła nieznaną łagodną pieszczotę. Przyspieszony oddech stał się przerywany, doznała zawrotu głowy, jakby długo patrzyła z góry, na biegnące po wodzie [a i u stóp – przyp. aut.] cienie obłoków; po czym poczuła się jak pędzący wiatr jak rozbujane do głośnej przytomności fale i poszarpane obłoki jak niewyrazista trawa i kwiaty budzące się w zarodku czy znowu usypiające w pochylonym przekwicie niczym myszkujące między mchami susły i lecące w modrą dal beztroskie ptaki pływające w morzu zwierzęta i ryby. Była częścią tego ogromnego świata żywego i martwego: tego dobrego co rozświetla i tonie w puszystej mgle świata czułego którego kołysze cisza pogodnego nieba i otulają łagodne obłoki; ale i gwałtownego czy przede wszystkim niepojętego a więc huczącego, gdy nagły huragan rozhuśtywał fale morskie i ciskał je na brzeg, a one usiłowały dosięgnąć trawy, w której Nau kryła swoje zziębnięte stopy; z czasem to błogie zapatrzenie przybierało coraz bardziej przezroczystą formę jakby olbrzym-wieloryb na jej oczach roztapiał się w chmurze drobniutkich kropelek wody i stawał się znajomą ludzką postacią z czarnymi jak u foki oczami czy pełgającym ciepłem przeszywającym serce na wskroś; to był właśnie On - praojciec Reu – co przeprowadził Nau przez bolesną czy potem szczęśliwą dojrzałość a ludziom z osady zapewnił wyryty w ziemi daszek nad głową i obfite polowania na skrzypiących od foczego tłuszczu długich saniach; przez jakiś czas wraz z ostatnimi promykami zachodzącego słońca człowiek-wieloryb wracał do swoich pobratymców dopóki Wielka Miłość czule nie odwróciła go z powrotem do nowego wolnego życia, do życia prawdziwych ludzi z którymi pozostał już wtedy na zawsze; jako że przyszliśmy na świat dlatego, że jest taka najwspanialsza moc wszystkiego co żyje – Wielka Miłość. Ona sprawiła, że jestem człowiekiem. Jeśli więc będziecie się kochać, kochać swoich braci [także wieloryby – przyp. aut.] zawsze pozostaniecie ludźmi...Miłość jest wszechobecna. Myślę, że nie jesteście samotni na tym świecie. Gdzieś są inne Kamienne Mierzeje, na których stoją jarangi i wasi bracia polują na foki, na morsy i śpiewają pieśni o morzu...Szukajcie waszych braci i powiększajcie ich grono, bo tylko w jedności jest wasza siła; ponieważ dla odchodzącego jak to bywa człowieka - starego Reu - dalsza droga prowadziła już tylko w obłoki choć zawsze też przez zmierzwione morze co wyrzuca na brzeg najbliższe szczęście i również pieni się na piasku we wysychającym bólu; a następne pokolenia ludzi Kamiennej Mierzei następowały jedne po drugich gdzie jedynie coraz to starsza Nau starzała się jakby na to nie spojrzeć zwyczajnie acz ciągle po-woli; a choć wszyscy z najbliższego osiedla czy i dalszych okolic od dawna już wykpiwali jej niczym nie-stworzone opowieści to młody Enu słuchał tych słów uważnie z niegasnącą ciekawością; bo staruszka Nau wciąż mu powtarzała że inni bogowie nie istnieją w przyrodzie a ludzie wymyślili ich sobie ze strachu przed tajemnicą że jeśli ktoś nie chce rozumem dociec tajemnic, zaczyna stwarzać sobie bogów. Ile jest tajemnic, tyle też bogów, na których najłatwiej wszystko zwalić. Gdy człowiek okazuje swoją słabość często tłumaczy się tym, że niby przeszkodziły mu jakieś nieznane moce. A czasem własną moc też zaczyna im przypisywać; jako że niekończące się życie jest jedną wielką tajemnicą co nie zna początku i nie wierzy w sam koniec w taki zbyt prozaiczny koniec; toteż póki ono życie w tobie żyje będziesz próbował je zgłębić gdzie również umysł nie-twój będzie pracował nad tym niechybnie a potem zwycięsko; przez kolejne pokolenia które w pamięci plemienia przypominają o tym, jak wieloryby pomagały ludziom zdobywać żywność, polować, jak chroniły od niebezpieczeństw; w tym samym lękliwo-nabożnym stosunku do morskich olbrzymów gdzie inne zwierzęta morskie starają się trzymać z daleka od ludzi, boją się ich, a wieloryby nigdy nie uciekają, gdy widzą zbliżające się skórzane bajdary [plemienna łódź myśliwska - przyp. aut.]. Przeciwnie, starają się być w pobliżu i Enu nieraz był świadkiem, jak prowadziły za sobą myśliwych tam, gdzie było dużo fok i morsów; z podobną zamyśloną odwagą czy może kłopotliwymi pytajnikami co sączyły wyobraźnię wnuka Enu - Giwu - wątłego poważnego młodzieńca stojącego przed tą samą nieustannie wieszczącą Nau; jako że wciąż żyje w niej niezatarta nieśmiertelność i jest z nią zawsze eteryczna tajemnica uosabiana za każdym niemal razem przez dziwne istoty. Dlaczego natura stworzyła je w postaci tak innej niż mężczyzn? Tylko w celu przedłużenia rodzaju ludzkiego i rozkoszy, którą daje mężczyznom? Dlaczego największa radość, jaką kiedykolwiek człowiek odczuwa, wiąże się z życiem przyszłym? W takim razie, cóż... W takim razie, jeśli kogoś [a czemu nie starą już Nau - przyp. aut.] zabić... Co wtedy czuje ten, który to zrobił? Coś odwrotnego niż radość posiadania? Ale życie ma w sobie więcej światła i radości niż śmierć. A więc ten co tworzy życie, poznaje najwyższą radość...; bo to ona właśnie jest tą nieskazitelną nieśmiertelnością co wyzywa na ubitą ziemię nawet najokrutniejsze myśli pasożytujące jak sporysz w ziarenku prawdy; gdzie u boku żony a jednak w zarzewiu gasną niczym łyżka dziegciu w wielkiej miodowej po horyzont czułości w tym dziwnym bloga-stanie; tej zaiste trywialnej błogości co opanowywała ciało młodzieńca, unosiła je na cudowne wyżyny, skąd na łeb, na szyję mknęło w dół i wiatr gwizdał w uszach jak te krótkie chwile, kiedy jako mały chłopiec na sankach zrobionych z kłów morsa mknął po stoku góry od samego jej szczytu aż [na samo dno - przyp. aut.] do zaśnieżonej laguny. Tym razem był pewien, że dał początek nowemu życiu. Myśl o starej Nau, o jej nieśmiertelności, wydawała się teraz tak mało ważna, nieistotna, że uśmiechnął się w duchu i wyszedł z jarangi na mróz zimowej polarnej nocy; niejako z darem co jedynie uśmiecha się do tak rozdartego przez olśnienie losu gdzie naoczna prawda staje się najbardziej zadziwiająca wśród tego co człowiek jest w stanie sobie wymyśleć w co też trudniej innym uwierzyć niż w puste przechwałki; jako że czasem człowiek nie wierzy własnym oczom. Ale dziś staliście się świadkami wielkiej prawdy: Giwu uratował [od zaraźliwej choroby swoich - przyp. aut.] ludzi. Takim darem ratowania od nieszczęść los obdarza wybrańców. Potrafią oni wierzyć w to, w co nigdy nie uwierzy zwykły śmiertelnik bo odwieczna prawda właśnie jemu wybrańcowi wydaje się najbardziej nie-prawdo-podobna; a kiedy względna pomyślność się jawnie skończyła to jakoś dziwnie do głosu doszły atawistyczne instynkty co nie wierzą już w żadne bajki od jakichkolwiek pokoleń a jedynie posłuch zyskują mordercze plany; jak w końcu u wnuka Giwu cynicznego Armagirina co nie chciał więcej słuchać głupich bajek o tym, że wieloryby są naszymi braćmi; jako że one nie są do nas podobne. Ogromne, z tępymi pyskami, nieme, głupie! A my jesteśmy ludźmi! Jesteśmy wszyscy do siebie podobni, a one wcale nie są podobne do nas. Dlatego też nie są naszymi braćmi! Nie są braćmi, bo nie mamy z nimi nic wspólnego. One żyją w wodzie, my - na lądzie! My chodzimy na nogach, one pływają w wodzie na tłustych brzuchach; jak powiedział tak również i zdesperowani ludzie wraz z nim zrobili z wściekłymi harpunami udając się na wielki czy nieludzki połów po łatwą zdobycz na spolegliwym wielorybie a odtąd złowroga demagogia już mogła wreszcie świecić swe niskie triumfy; zwłaszcza że noc dawno już okryła brzeg i zapadły takie ciemności, że jedni drugich prawie nie widzieli. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy i nawet księżyc nie wszedł tej nocy a na rozkołysanym przypływie kamienistego brzegu do bladego świtu miało czekać na podział wielkie upolowane cielsko pierwszego i najsłabszego w stadzie walenia; w tej pysznej uciesze niecnego uczynku Armagirina jak i równie nagłej nocnej śmierci prastarej już Nau co rano na plaży niczym fale przeczesywała kruczoczarne włosy leżącego tam małego skulonego kształtu - tak, wieloryba nie było [zaś - przyp. aut.] na brzegu leżał człowiek. Był martwy. A daleko, aż do styku wody z niebem rozciągało się wielkie puste morze i nie było na nim ani jednego znaku życia, ani jednej fontanny wieloryba. Wieloryby odeszły; metaforyczna opowieść Rychteu pokazuje gdzie należy szukać korzeni zła w człowieku i jak jego wyobcowanie w naturze wciąż prowadzi na wszelkie bezdroża obłędnego szczęścia; gdzie pusty w przebiegu egotyzm obnosi się z piętnem uśmiechniętej w sobie czy ponadczasowej klęski gdzie i zagubiona w ten sposób inność naszego współczesnego człowieczeństwa nie żyje w prostej symbiozie z naturą współistotnej zawsze odrębności...

Pod zrównanymi falami...

dallowayPani Dalloway Adeline Virginii Woolf - angielskiej pisarki, eseistki i modernistycznej feministki to kanon literatury psychologiczno-obyczajowej niejako nadzwyczajna opowieść o losach kilku bohaterów zamykająca się w konstrukcie strumieniowej ich świadomości co doczekała się mniej czy bardziej wiernej współczesnej adaptacji filmowej; jako że sama akcja powieści rozgrywa się w ciągu zaledwie jednego czerwcowego dnia w Londynie w pozornie trywialnych okolicznościach podczas przechadzki Clarrisy Dalloway po mieście także w czasie przygotowań do wieczornego przyjęcia i przed niechybnymi odwiedzinami tajemniczego czy wymagającego Petera Walsha którego kiedyś a dziś już pięćdziesięcioletnia żona statecznego Richarda tak wyraziście kochała z nie byle jaką wzajemnością; niejako naocznie teraz przyobleczoną w biedne, zgorzkniałe, nieszczęsne stworzenie młodą pannę Kilman do wyobrażenia o niej, na które złożyło się na pewno mnóstwo rzeczy nie będących panną Kilman; które stało się podobne do jednego z tych widziadeł dręczących nas nocą, wysysających połowę naszych sił żywotnych – ciemiężców i tyranów. Bo gdyby kości zostały inaczej rzucone, gdyby padły zamiast białej czarną stroną, Klarysa z pewnością kochałaby pannę Kilman. Ale nie na tym, nie na takim świecie; we wspomnieniu co zniewala a może i zwala z drżących nóg jak ów zawsze nieznośny czasem i brutalny potwór kłębiącej się nienawiści; zanadto dręczący się w duszy w samej głębinie tego lasu wysłanego liśćmi [uderzeniami – przyp. aut.] kopyt i [trzaskiem – przyp. aut.] łamanych gałązek. Nigdy nie być w pełni zadowoloną, nigdy nie czuć się w pełni bezpieczną, bo w każdej chwili ten potwór, ta nienawiść, znów może się odezwać! Nienawiść, która zwłaszcza od czasu choroby Klarysy miała nad nią taką władzę, że Klarysa czuła się niepotrzebna, zraniona; która zadawała jej fizyczny ból, sprawiała, że wszelka radość płynąca z piękna, z przyjaźni, z dobrego samopoczucia, ze świadomości, że jest kochaną, że ma czarujący dom, zaczynała chwiać się, chylić, jak gdyby naprawdę był tam ów potwór podcinający korzenie, jak gdyby cały ten rynsztunek szczęścia był zwykłym egoizmem. Ach, ta nienawiść!; a dosłownie kilka przecznic dalej toczy się zupełnie odmienna historia w której Włoszka (Luk) Recja Warren Smith walczy o zdrowie psychiczne swego męża Septimusa - weterana I wojny światowej – co popada w cug obłędu w mesjańskich halucynacjach czy może stresie pourazowym po traumie wojennej i wybebeszonej śmierci swego frontowego acz tak serdecznego przyjaciela Evansa; na małżonka którego ciekawie spogląda w parku właśnie tutaj oczekujący na przyjęcie u Clarrisy Peter Walsh a skąd owi małżonkowie Smith udają się do lekarza psychiatry sir Williama Bradshawa specjalisty co poświęca swoim pacjentom trzy kwadranse. A jeśli w tej trudnej gałęzi wiedzy, która zajmuje się czymś, o czym w gruncie rzeczy nic nie wiemy – systemem nerwowym, mózgiem ludzkim – lekarz straci poczucie proporcji, kończy się jako lekarz. Zdrowie jest wszystkim, a zdrowie jest proporcją; więc i za to skądinąd czarno-białe może merkantylne spojrzenie jego koledzy szanowali go z kolei podwładni odwrotnie bali się a przyjaciele i krewni pacjentów darzyli wręcz uczuciem głębokiej wdzięczności zwłaszcza że kategorycznie żądał aby ci Chrystusowie płci męskiej i żeńskiej przepowiadający czy to koniec świata czy może i zstąpienie Boga na ziemię pili mleko w łóżku, bo taką kurację przepisywał im sir William; gdzie oprócz sztywnej jak dorodny kij a przez to nazbyt apodyktycznie wyglądającej Proporcji na to co jest jedynie zwykłym obłędem a co równie prawdziwym zdrowiem jawi się w nim samym także siostrzyca jako mniej uśmiechnięta i groźniejsza bogini która również teraz, w tej chwili – na rozpalonych piaskach Indii, na moczarach i bagniskach Afryki, na przedmieściach Londynu, słowem, wszędzie tam, gdzie klimat lub diabeł kusi ludzi, aby porzucili prawdziwą wiarę, czyli jej wiarę – zwala ołtarze, rozbija bóstwa i na ich miejsce wznosi podobizny swojego własnego surowego oblicza. Bogini ta ma na imię Konwersja; żywi się wolą słabych i lubi imponować, lubi narzucać swe poglądy innym, jest szczęśliwa, kiedy ujrzy swoje własne rysy wyciśnięte na obliczu motłochu […] zarzuca na ramiona biały płaszcz i w pątniczych szatach, w masce braterskiej miłości idzie do fabryk i parlamentów; ofiarowuje pomoc, lecz pragnie władzy; brutalnie depcze na swej drodze odszczepieńców i niezadowolonych; udziela swoich łask tym, co zwracając ku niej wzrok, pokornie czerpią z jej oczu blask rozświetlający własne ich oczy; to takiemu złowieszczemu bóstwu służy sir William ukrywając swoje łagodniejsze oblicze pod stosowną maską czy pod równie czcigodnymi imionami – miłości, obowiązku i poświęcenia; a samo już zdecydowane w przemocy skierowanie Septimusa do zakładu psychiatrycznego kończy się tak samo płasko jak ostatni krok-skok tego zdesperowanego w niezrozumieniu i w końcu osamotnionego w swej czystości „boskiego” szaleńca z wysokiego okna rodzinnej kamienicy; po którego już podąża ulicami zawsze zbyt głośny ambulans co u wciąż czekającego na przyjęcie Petera Walsha przywodzi na myśl kolejne niezatarte wspomnienie Clarrisy na górnym pomoście londyńskiego omnibusu ciągle jakby tej samej tak łatwo ulegającej wzruszeniom, to wpadającej w rozpacz, to znów w świetny humor [tak żywej jak – przyp. aut.] świetny towarzysz, bystra obserwatorka dziwacznych małych scen, nazw, ludzi wyznająca niezmordowaną teorię poznawania miejsc i siebie samej; że czuje siebie wszędzie; nie tylko „tu, tu, tu”, powiedziała, uderzając w oparcie siedzenia; wszędzie. Zatoczyła ręką koło, gdy tak jechali przez Shaftesbury Avenue. Jest wszystkim tym, powiedziała. Więc żeby ją poznać (czy żeby w ogóle poznać kogokolwiek), trzeba odszukać tych ludzi, którzy ją uzupełniają; a nawet miejsca, które ją uzupełniają. Dziwaczne więzy łączą ją z ludźmi, z którymi nigdy nie rozmawiała – z kobietami na ulicy, z mężczyznami za ladą sklepów, nawet z drzewami, ze stodołami. To rozumowanie doprowadziło ją do transcendentalizmu, dzięki któremu ona, tak bardzo lękająca się śmierci, mogła uwierzyć czy też wmówić w siebie (przy całym swoim sceptycyzmie), że skoro nasza zewnętrzna powłoka, skoro widzialna część naszych istnień jest tak bardzo krótkotrwała w porównaniu z niewidzialną częścią naszych istnień, która wychodzi daleko poza siebie, ta niewidzialna część może ostać się śmierci, może się odnaleźć zespolona w jakiś sposób z tą czy inną osobą, może nawet przebywać czy nawiedzać po śmierci takie czy inne miejsce; w końcu także i nareszcie dochodzi do uroczystego otwarcia przyjęcia na którym po kolei pojawiają się nasi wielcy czy pomniejsi bohaterowie w otoczeniu najprzedniejszej świty a może wypomadowanej śmietanki londyńskiej socjety; gdzie Clarrisa eskortuje swojego [prawdziwego – przyp. aut.] premiera – pyszna, promieniująca w majestacie srebrnych włosów. Ma na sobie srebrzystozieloną suknię, w uszach kolczyki. Zdawałoby się, że tańczy na grzbietach fal, że splata warkocze swoich syrenich włosów; bo Klarysa wciąż posiada ów dar: potrafi być, istnieć, potrafi wyrazić całą siebie w ciągu tej jednej [jedynej – przyp. aut.] sekundy, kiedy przechodzi obok; obróciła się, zaczepiła szarfą o suknię którejś z pań, odczepiła szarfę, roześmiała się – wszystko z wprost niezrównaną swobodą, z miną stworzenia znajdującego się w swoim żywiole!; niczym u srebrnowłosej acz wciąż pięknej syreny co niezrównanie i jedynie potrafi na wskroś ujrzeć w lustrze pogodnego wieczoru weneckie odbicie promieni zachodzącego czy garbiącego się po skosie znowu taniego w rozbłysku słońca tak też i ona Clarrisa w jednym tchnieniu wszechobecnej czułości wydziela z siebie niebotyczne ciepło przez pokiereszowane rzeszoto nadwerężonej pruderii i spłukanej prawie do cna oschłości zamierającej w wirującym ruchu błyszczącej na dnie surowości; gdzie także cokolwiek warta inteligencja umiera w zwykłym wzruszeniu ekstatycznego serca bo Klarysa stała przed nim; demaskująca twórczość Woolf stoi na straży subtelności wewnętrznych inspiracji człowieka i jedwabną nicią oplata losy ludzkie zadając kłam wszelkim stereotypom towarzyskim czy też szufladkującym spojrzeniom na drugie w tym nie inaczej jak i na swoje życie tak samo żeglujące w-notorycznej-sterowności; gdzie nasza cicha praca serca i umysłu rozkłada się na zjawiskową nie-codzienność a ona podąża ku niechybnej przystani do przezroczystej w tobie bliskości…