A siostrzana wolność cię wyzwoli...

cendrarsRażony gromem Blaise’a Cendrarsa właściwie Frédérica-Louis Sausera – francuskiego pisarza i poety szwajcarskiego pochodzenia to jedyny w swoim rodzaju zbiór pamiętnikarski w formie krótkich opowiadań w których temperament pisarski autora zlewa się z osobliwie introwertycznym klimatem i unoszącą się weń awanturniczą atmosferą może porównywalną jedynie do proustowskiego rozczepionego strumienia świadomości gdzie nie istnieje umowna granica między tym co fikcyjne a jakim jest tutaj naprawdę; gdzie część pierwsza W ciszy nocnej to wolne impresje z pobytu pisarza jako cudzoziemskiego legionisty u boku okopanej Francji na teatrum frontu pierwszo-wojennego latem, w noc pogodną, wygwieżdżoną; ale nie pod przejrzystym niebem Prowansji, lecz nieopodal Roye, na północnej równinie [nad Sommą – przyp. aut.] z której unosiła się mgła mleczna […] sunąc rwała się w strzępy… gwiazdy dziurawiły ją – kleksy na podartej bibule… i wszystko stawało się widmowe… Księżyc już zaszedł […] A zaćmienie, jakie miałem sposobność wtedy oglądać, było, przekonasz się o tym, zaćmieniem mojej osobowości i zastanawiam się, jakim cudem jeszcze żyję…; podczas tamtego patrolowania pod Krzyżem widocznym na łysym wzniesieniu co zaraz wieńczy u szczytu potężne umocnienia defensywne w kształcie litery T a strach trzymał mnie wtedy w łapie, a nie tylko chandra, jak mniemałem. Strach mnie zatruwał [i – przyp. aut.] to prawda, że strach ma kilka twarzy; lecz tylko wariat, a przynajmniej postrzeleniec, mógł jak ja szwendać się między liniami frontu. Można w końcu wyjść we dwóch, ryzykować we dwóch, ale samotnie! Szczególniejszy noktambulizm. […] Symptom rozstroju nerwowego. Lecz jak mi wtedy było dobrze! Samotność absolutna – i jaki w te piękne noce letnie spokój między nieprzyjacielskimi liniami!...; a nieutrącony przez sen stanowi największe zagrożenie dla każdego żołnierza że puszcza wówczas wodze fantazji że błądzi od traw do gwiazd, żem podążył oczyma za cichymi wolutami gęstych mgieł, co zwijały się i rozwijały w powietrzu, żem recytował akurat wiersze Rilkego; w tych zbyt dalekich rozbłyskach czy może odwrotnie w zjawiskowej bliskości wyciszenia klekoczącego u bram podróży w nieznane mu gwiazdy nagle chwyciłem karabin, gotów do strzału. Wydawało mi się, że jakiś człowiek się poruszył, tam, naprzeciw mnie […] natężyłem wszystkie zmysły. O mało nie krzyknąłem ze strachu. Nie widziałem nic, nie słyszałem nic, ale byłem pewien, że tam ktoś jest [padając – przyp. aut.] po dłuższej chwili zebrałem się na odwagę, poruszyłem się. Przywarłem uchem do ziemi. Nic. Uwaga. Nic. Ależ tak… Słyszę jakby szelest gniecionej trawy… Ktoś zbliża się pełznąc… Chyba jest ich dwóch albo trzech…; a tak właśnie najadając się nocnego czy też może raczej panicznego u wezgłowia strachu w tej jednej jedynej chwili usłyszałem jak huknął nienawistny mi strzał i to prosto w moją gębę a potem dudnienie [uciekających – przyp. aut.] galopujących butów [po czym – przyp. aut.] otoczyła mnie znów piękna pogodna noc…; co wnet kończy się wraz z mglistym porankiem pytających mnie kolegów: co cię tam pod Krzyżem spotkało że napędziłeś nam nielichego stracha; w zasadzie - nic – odpowiedziałem. I zadeklamowałem im piękny poemat Rilkego: Dies Haus ist das letzte Haus der Weit… [z niem. - ten dom jest ostatnim domem na świecie – przyp. aut.] Wybuchnęli radosnym śmiechem; w następnej części Stary Port drogi Cendrarsa wiodą do Prowansji także w okolice Marsylii gdzie przez jakiś czas pomieszkuje w opustoszałym a więc „straszącym zamku” z psem-suką Wołgą; gdzie również spotyka na spacerze wśród gwiazd nocną zielarkę żonę niejakiego Micka – żeglarza zwłaszcza utracjusza - co wyglądała raczej na złodziejkę niż na pasterkę a która zbiera z jędrnym chichotem rutę czy hojnorostkę dla celów jarmarcznie handlowych; choć jest naturalną paryżanką w opinii ludzkiej uchodzi za strzelipiętę i czarownicę a nawet marsylską dziwkę; może prosto z tego portowego miłosnego krużganka staje się żoną siedemdziesięciolatka co teraz akurat chce pracować jako służąca u Cendrarsa i dotrzymuje szczebiocącego słowa jako że nie słyszałem jej nadejścia, Wołga bowiem nie zaszczekała a to jest właśnie złodziejska sztuczka; po czym wypchnąłem babę z kuchni, dałem jej miotłę, śmietniczkę i szczotki a kiedy potem zakręciwszy się na pięcie i w biegu nawoływała „Olga! Olga!” rzucając suce kamienie na ścieżkę […] poszedłem na piętro, żeby obejrzeć rezultat jej pracy. Wysprzątała oba pokoje. Kamienna posadzka, wypastowana, lśniła jak lustro. Na komodzie nie dostrzegłbyś pyłka kurzu, lecz papierów moich nie rozrzuciła. Wypucowała nawet maszynę do pisania! [Opróżniło – przyp. aut.] moje walizy i poukładało bieliznę w lustrzanej szafie […] W alkowie garnitury powieszone na ramiączkach. Błyszczały moje stare chodaki. Wyczyściła je na glanc! „Ależ to perła!” – pomyślałem odczytując trzy pierwsze linie ostatniego rozdziału mojej książki; nawet może więcej niż szafirowy brylant ponieważ pewnego razu przynosi naszemu podróżnikowi lunetę [z kolekcji męża – przyp. aut.] z którą w rękach byłem zgubiony. Na morzu nie mógł pojawić się od tej pory ani jeden statek, którego bym nie zidentyfikował; u brzegu ani jedna łódź, w którą nie dawałbym nura z wysokości czterdziestu metrów, z mojego tarasu. Z lunetą wbitą w mostek kapitański śledziłem ruch frachtowców zawijających do marsylskiego portu, podążałem wzrokiem za okrętami port opuszczającymi aż po ową imaginacyjną nie mglistą linię co pochłaniała je z wolna, leniwie, kawał po kawale, odrywając kolejno każdą część, jak gdyby geniusz zaczajony w samotnym kłębie dymu, co unosi się między niebem a morzem, dopóki sam nie wydłużył się, nie postrzępił i nie rozpuścił w błękicie, ćwiartował okręty jakąś magiczną sztuką; nasz bohater zaprzyjaźniwszy się z zielarką-sprzątaczką szybko zauważa że reszta bliskiego mu marsylskiego otoczenia dąsa się na niego jako że domyślano się że żona Micka jęła przychodzić na „zamek”, zaczęła tam również i rządzić i że na pewno dzieją się u mnie różności, czyli te rzeczy!...; a sytuacja ta przejściowa trwała ledwie dwa może trzy tygodnie aż do śmierci jej męża Micka po czym ściągnęliśmy wszyscy na jego pogrzeb; Przy tej okazji zobaczyłem malarstwo starego Micka, ze dwieście płócien potężnych, jarmarcznego formatu, które kazałem rozwinąć. Były tam pejzaże przedstawiające las dziewiczy i ogromną rzekę, pełną aligatorów, sceny z życia katorżników w Cayenne, polowanie na białego niedźwiedzia wśród lodów polarnych, wejście na Mont-Cervin, łowy na wieloryba w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei, budowa wieży Eiffel, tajemnice inkwizycji hiszpańskiej, wybuch Wezuwiusza i trzęsienie ziemi w Lizbonie, zatonięcie okrętu, historia psa z Góry Świętego Bernarda, podbój Meksyku przez wojska francuskie, etc., etc.; no cóż żony Micka nie było z nimi jako że zaraz po jego śmierci wróciła na portowy róg uliczny; w ostatniej części w Rapsodiach Cygańskich polegują pozostałe impresje Cendrarsa z licznych podróży niemalże włóczęgowskich poparte kataleptycznymi wizjami wzdłuż brazylijskiej drogi samochodowej nr 10 czy też uprzednimi w czasie rozmyślaniami o kaligrafii Majów w „Abecadle Paquity” dalekiego Meksyku; w tym porównywaniu hiperbolicznego piękna katedry w Chartres – tej nowej Świątyni Jerozolimskiej - dzięki swoim rozmiarom, proporcjom, panującym wewnątrz światłocieniom, krypcie, mnogości i rozmaitości form architektonicznych, od których roi się za absydą […] w skali jej wież, frontonu, kruchty, filarów, kolumn i prezbiterium z soczystą wizją puszczy dziewiczej, drzew jej architektonicznych, fasady przegryzionej cieniami i słońcem, otworów pośród listowia ciszy nabożnej a pełnej ech zamierających i przeciągłych szeptów, co snują się wciąż pod stropem z konarów, jej omszałych kolumn, przypór i architrawów, skąd liany zwisają aż do ziemi, gobelinów zieleni, storczyków rosnących kępami i rozjarzonych w półmroku niby witraże, jej nieokiełznanych strumieni roślin pasożytniczych [wzruszonych do głębi - przyp. aut.] i jej, tuż przy ziemi lub na wysokości człowieka, gąszczu liści, traw, paproci drzewiastych, w mozaice korzeni i pędów i w oszałamiającym zapachu kwietnych pyłków, grzybów i roślinnej zgnilizny, wśród jej grobowej, piwnicznej wilgoci; podobnie jak w katharsis mini-traktaciku o kulturze prekolumbijskiej starożytnych Majów i ich transcendentnej kaligrafii gdzie każda litera w piśmie zwie się „miastem świętym” a cała księga znowu nazbyt przyziemnie „Kodeksem Yukatanu”; jako że kiedy rozwiniemy taki papirus, mamy rzeczywiście przed oczami Zwierciadło Wszechświata. Rozszyfrować znaczy zahipnotyzować się, a przeczytać go, znaczy spożyć go. „Spożyć księgę” to najwyższa operacja białej magii. Potem jest się Bogiem. Albo szaleńcem, o Paquito!; awanturnicza twórczość Cendrarsa skutecznie powielana w późniejszych tomach i odcinkach pamiętnikarskich „Kronik”, współbieżnych esejach czy opowiadaniach „gwiezdnych” introwertycznie dalekich od współczesnego rozumienia gatunku science-fiction to manifest nieskończonej czy może niedokończonej wolności człowieka co raźno pomieszkuje pod jedynym dachem z potęgą rozsypującej się wyobraźni i intelektualnymi jak w zapatrzeniu rozważaniami; jako żywo również skrojonymi na miarę dokładnie bielszego niż śnieg anielskiego skrzydła co zawsze czule ocieni cię [czytelniku] pomiędzy twoimi nigdy niekończącymi się a więc i prawdziwymi bajkami…

Dotyk Wikinga...

upadek jerychaUpadek Jerycha Artura Nilsa Lundkvista – szwedzkiego pisarza, wziętego nowelisty a także poety i krytyka literackiego to zbiór trzech najlepszych mini-opowiadań z nieco wcześniej wydanego tomiku Opowieści dla zabłąkanych w których przejawia się jego realistyczna maestria skąpana w nutach surrealistycznej fantazji; w tytułowym opowiadaniu autor przenosi nas w czasy biblijne na przedpola starożytnego Jerycha gdzie w apokryficzno-profetycznej parafrazie przedstawia kulisy zdobycia przez walecznego Jozuego stolicy kanaańskiego królestwa; do odtrąbionego zwycięstwa którego pośrednio przyczynia się wpływowa ladacznica Rahab co jest najbardziej poważaną ladacznicą w Jerycho. Piękność jej znana jest szeroko, a bogactwo wielkie. Służy czasem samemu królowi i cieszy się mirem wśród wysoko postawionych mężów. W Jerycho mówią, że jest ona jak księżyc w pełni odbijający się w studni pod palmą; którego i bezgwiezdne noce są policzone jak i polegujący w cembrowinie blask nie poddaje się bezwzględnie czerpanym pragnieniom dowódcy kananejskich wojsk królewskich Neriego; a na-ten-czas do miasta przybywają izraelscy wywiadowcy Nan i Nuni rozeznać się w bieżącej sytuacji czy może i nastrojach ludności a właściwie to znaleźć jakieś słabe punkty obrony w potężnych jerychskich umocnieniach; wspólnie a może i nie przypadkiem trafiają do domu nierządnicy która gości ich niemal po królewsku jako że Wam obu, silnym Izraelitom, udało się rozpalić mnie na nowo i przezwyciężyć mój chłód, obojętność i nieczułość. Otwarliście moje wewnętrzne nurty, tak jak już dawno mi się to nie zdarzyło. I pójdę za wami chętnie, gdy przyjdzie czas. Do tej zaś chwili czekać będę samotnie w moim domu i nie będę już więcej ladacznicą; po czym pomaga im uciec przed skrytymi prześladowcami po dachach i mocnej linie poza zimne jak noce obręby dotąd niezwyciężonego miasta a oni ze swej strony obiecali jej że wkrótce ocaleje wraz z rodziną od niechybnej śmierci jeśli tylko wywiesi w swym oknie na ulicę czerwoną wstążkę niewinności; po siedmiu dniach oblężenia miasta i nieustannego marszu wokół murów kapłanów izraelskich z heroldowymi trąbami wykonanymi z rogów baranich nagle stało się. Najpierw psy zaczęły w mieście wyć, tak, również i osły ryczały. Chór przerażonych skarg zwierzęcych rozległ się zewsząd równocześnie. I w tejże samej chwili ziemia zatrzęsła się, ciężko, z nieodpartą siłą, drganiem idącym z głębi. Domy i mury zachwiały się, wstrząsy stały się jeszcze gwałtowniejsze, mury zarysowały się i zaczęły walić na wszystkie strony. Ludzie stali jak porażeni, dopiero później ogarnęła ich panika i zaczęli biegać jak oszalali, krzycząc, w kurzu, który podniósł się i zasnuł całe miasto jak gęsty dym; a dzieła zupełnego zniszczenia jak i następnie wycięcia w pień jego mieszkańców wraz z trzodą dokonuje już sama rozwścieczona armia Jozuego ocalając jedynie zbyt duży dom z czerwonej cegły i z kilimem sztywno opadającym po bruk; wśród zdobywców-Izraelitów samej Rahab wiedzie się nader dobrze jako że umiała w porę wybrać właściwą stronę i odwrócić się od swego własnego ludu [poza tym – przyp. aut.] należała do wywiadowców Nana i Nuniego i nadal darzyła łaskami ich obu równocześnie, tak, że nie rodziła się między nimi zazdrość. Po jakimś czasie jednak nabrała ochoty także na innych mężczyzn i znowu stała się jedną z najbardziej szanowanych i pożądanych ladacznic w Izraelu; w surrealistycznej makabresce Mała kobieta, dużo dzieci robotnik leśny Filip widzi wśród obwoźnych komediantów maleńką kobietę miss Safirę co podczas jarmarcznego przedstawienia wykonuje wschodni taniec brzucha i doznaje od patrzenia na nią jakiegoś dziwnego uczucia w przeponie, ssania takiego, jak gdyby nagle stał się potwornie głodny [czuje – przyp. aut.] jakby grudkę w gardle, coś ciepłego, co wznosiło się z piersi i osadzało w gardle w naprzemiennych warstwach odkładanego acz przede wszystkim przelotnego w nicość wejrzenia; po czym zakochany po uszy Filip zabiera ją z sobą do pobliskiego hotelu biorąc kruchą maleńkość na drwalskie ramiona gdzie dla niego była lekka, ale nie tak lekka jak dziecko czy lalka, jakby było w niej ciężkie [oślizłe – przyp. aut.] jądro; z którego na świat przychodzi równie wątły głosik Safiry któremu zawsze po drodze z maleńkością: wiem o tym [że mnie lubisz – przyp. aut.] widzę to od razu. Mówię sobie: Wielki mężczyzna lubi cię. Jesteś dużym mężczyzną, a ja jestem taka mała. Ale wiem, że będziemy szczęśliwi. Pójdę z tobą i będę z tobą dzielić życie; ponieważ wśród komediantów nie szanują mnie, bo jestem mała. Nie rozumieją, że i ja mam swoją dumę. André mnie bije, ostatnio bije często. Dlatego że nie wpuszczam go do łóżka. Ale ja chcę sama decydować kto tam może wejść; w ten niejako sposób Filip prowadzi Safirę do swej leśnej chatynki gdzie raźno kwitnie słoneczna samotność i jakże parne noce oswajania samotnika z kobietką; a Safira nadal tańczy brzuchem przed zapracowanym kochankiem choć już coraz rzadziej jako że nadmierne krągłości ustępują miejsca niejednemu potomstwu; więc niemal co roku prawie że po proroku objawia się dużo małych jak ona krotochwilnych „karzełków” co biegały po izbie żwawo jak myszki, ale też i cicho jak myszy a gdy między malcami powstawały tarcia czy niepokój [Safira – przyp. aut.] zaczynała nucić przez zaciśnięte wargi, wydając jękliwy wysoki ton, podobny do szumu wiatru w szparach ściany. Uspokajało to szybko dzieci, niemal je usypiało, tak że cichły i oczy robiły im się szklane; do pewnego dnia kiedy to po pracy Filip nie zastaje w domu Safiry a one piszczą mu niejasno że jest Nigdzie. Na dworze. Nigdzie i wszystkie naraz skradają się ku niemu ostrożnie, zupełnie w milczeniu; po czym nie na żarty przestraszone chłopisko milcząco wstaje, następnie potyka się o ten zawsze złowrogi sznurek i zaraz też kończy niczym Guliwer co zasuspendowany przez niekrępujące się niczego węzły statecznie traci z oczu naturalną horyzontalność spojrzenia; bowiem małe uwijające się jak w kipieli „potworki” uderzają na niego z nożami, siekierami, piłami wszystkie naraz szybko i skutecznie że nawet rozdeptany ból zlewa się w jeden czarny krzyk czy toń, czarną albo czerwoną toń skąd ledwie już słychać kroki Safiry za drzwiami, lekkie i szybkie jak powiew wiatru w opadłych liściach. Ale było już za późno; w grotesce-legendzie Człowiek, który chciał być Bogiem pustelnik Golaba mieszka w grocie a raczej rozpadlinie skalnej z lusterkiem oprawionym w drewnianą ramkę w którym zwierciadełku wpatrywał się we własne odbicie, we własne oczy, jak gdyby widział w nich coś niezwykłego; można powiedzieć że niejako wciąż milcząco siedzi w dziurze z podwiniętymi jak u jogina nogami z dwoma krukami i tyloma też pełzającymi nieopodal wężami a którego famę roznoszą między ludźmi fantazje ludowe upatrujące w cudownym uzdrowieniu jakiegoś przybysza po ukąszeniu jadowitego węża tudzież w uratowaniu pustynnej gazeli z rąk zapalonego myśliwego jawnych oznak cudownej świętości; a więc patrzy w swój największy skarb, swoje duchowe schronienie [lustro co – przyp. aut.] było oknem dla jego wewnętrznego świata, źródłem płynącym w głąb. W nim znajdował wszystko, co mu się [w życiu – przyp. aut.] wymknęło, obserwował wszystko, czego jeszcze nie osiągnął. W lustrze widział siebie samego, ale też więcej niż siebie. Patrzył w siebie samego, przez siebie samego. Widział Boga. A Bogiem był on sam, ale równocześnie coś wewnątrz i coś poza nim; jako że takie odbicie żywo przypomina mu perspektywę czy może jakiś krajobraz co oddala się przez zbliżenie lub też przeciwnie a w nim równiny i lasy, i góry, i szlaki wodne: nagromadzone wspomnienia, nigdy nieuchwycone zjawy w końcu i swoje własne potoczyste oczy co jak wartka rzeka płyną w dal uciekającego czasu; meandruje dopóki dopóty pod rozmarzoną rozpadlinę nie zajeżdża kobieta w eleganckim samochodzie co miała na sobie krótkie futerko narzucone na dekoltowaną, błyszczącą strasami suknię w której może szła chwiejnie i niepewnie na wysokich obcasach. Ale nie wahała się, zdążała wprost ku śpiącemu pustelnikowi z uśmiechem oczekiwania, podniecona przygodą; która jednako nie kończy się nader szczęśliwie a więc w objęciach śniętego mężczyzny co nagle odtrącił ją od siebie [nim – przyp. aut.] stoczyła się z posłania. Sięgnął po lustro leżące na występie skalnym i żywo zajrzał, wpatrzył się dziko, jakby rozpaczliwie szukał czegoś, szukał siebie samego, szukał Boga; niestety z dala od bliskiej każdemu męskiemu istnieniu czułej kobiety co w akcie czysto ludzkiej desperacji rozbija to pustelnicze lusterko o skalną ścianę a dziki jak zwierz pustelnik w odwecie dusi ją z piekielnym wrzaskiem; pozostawiając sobie na pociechę zawsze maniakalne mniemanie że pobyt w skalnej grocie jest jedynie pośrednim etapem ku wyższemu celowi co popędliwie każe mu zostawić za sobą wszystko, ludzi i lustro, swoje odbicie i oparcie dla jakiegoś tam wezwania z samotnej pustyni gdzie na pewno w końcu zostanie swoim Bogiem by niezauważalnie potem zniknąć jak cień w świetle księżyca; zmysłowa twórczość Lundkvista przejawia realistyczną czy może deformacyjną niechęć do mitologizowania czy ubrązowiania jakichkolwiek scen archetypicznych wciąż obecnych w kulturze europejskiej także nadkłada drogi nieznośnemu fantazjowaniu i niedoświetlonemu przejaskrawianiu do tego piękna ziemskiego bytowania co zaraz w obłoki raźno ucieka; nie dając tej miłości prawdziwie ludzkiej przedrzeć się niby wyżej niż nie-trzeba poza stalowe obręcze lakonicznie lśniących chmur…

Nigdy realne, prawie możliwe, całkiem prawdziwe...

julio cortazarOpowiadania zebrane Julio Cortázara - argentyńskiego pisarza, nowelisty a zwłaszcza praktycznego neologisty to zbiór mini-opowieści etapujących wcześniejszą twórczość tego wybitnego hiper-tekściarza; jako że w trzech częściach - Obrzędy, Gry i Przejścia - to bogata wyobraźnia wyprzedza o włos literaturę nadal piękną choć w "innej" już rzeczywistości gdzie zabawa słowo-lubnym tekstem znaczy więcej niż realna magiczność czy też niesamowitość narracji w ulotnie rejestrowanej chwili; w opowiadaniu Przysługa (Obrzędy) bohaterka madame Francinet zgadza się wziąć udział w przyjęciu pogrzebowym a więc uroczystym pożegnaniu młodego monsieura Bébe w charakterze formalnie zrozpaczonej "matki" z trudem mogącej się pogodzić ze stratą ukochanego i artystycznie w świecie mody uzdolnionego "syna"; także wkrótce wychodzi na jaw że miała już wcześniejsze stosunki ze swym przyszywanym "synem" choć były one znacznie czulsze niż jakiekolwiek więzy krwi rzecz jasna tej naturalnie rodzinnej; co wcale nie przeszkadza naszej bohaterce w identyfikowaniu się ze swą nową epizodyczną rolą w rzeczywistej rozpaczy w prawdziwie wyglądającej wobec postronnych żałobie gdzie czułam, że nie mogę dłużej czekać, bałam się, miałam przeczucie, że stanie się coś strasznego, i wobec tego, że pan Rosay nie zajmował się mną [...] sama podeszłam do monsieur Bébe i głośno płacząc chciałam pocałować go w czoło (przecież okazał się dla mnie najlepszy ze wszystkich). Ale pan Rosay zaczął zatrzymywać mnie, prosił, żebym się uspokoiła, wreszcie zmusił mnie, abym wróciła do salonu, z jednej strony pocieszając mnie równocześnie jednak tak ściskając ramię, że bolało (ale tego nie czuł przecież nikt prócz mnie, a mnie było wszystko jedno); w noweli Listy do mamy (Obrzędy) bohaterowie Luis i Laura są na pozór szczęśliwą parą choć między nimi wciąż majaczy niczym podrapany cień zwykłe wspomnienie o bracie Niku poprzedniku Luisa u boku Laury co odszedł najpierw w chorobę a następnie w przedwczesną śmierć; a proste przejęzyczenie się matki Luisa w listach skierowanych do niego gdzie zamiast imienia Wiktor używa powtarzająco imienia Niko powoduje że idiomatyczna presja wewnętrzna naszych młodych bohaterów przybiera na sile i spada na ich kruchą szczęśliwość niczym "straszna" kotara z dusz umarłych na przybytek życiowego artyzmu ciągle jeszcze żyjących; w wyniku czego stosunki między partnerami stają się napięte oraz niepozbawione ciętych uników i rażących niedomówień zwłaszcza w sprawach wymagających gorliwej szczerości; w końcu i sam nieco zdezorientowany czytelnik traci poczucie rzeczywistości: czy Niko tak naprawdę umarł a może odszedł jedynie w ciche między kochankami a i paryskie zapomnienie; jako że w kolejnym liście od mamy Luisa dowiadujemy się o rychłym i konkretnym przyjeździe Nika do Paryża w anonsie zredukowanym przez Luisa i Laurę do zdania o coraz bardziej sklerotycznej starości matczynej; ten pozór umownej ponad podziałami zgody kochanków doprowadza obie strony do niezależnego od siebie a jednak udania się na dworzec kolejowy po zapowiadanego pisemnie Nika; gdzie Luis schronił się do kawiarni nie tyle, żeby się ukryć, ile żeby skorzystać z możności patrzenia, nie będąc widzianym [skąd – przyp. aut.] rozpoznał Laurę po szafirowej spódniczce i szedł za nią w pewnej odległości; widział jak studiuje tablicę z rozkładem jazdy, jak pyta jakiegoś kolejarza, jak kupuje peronówkę, jak schodzi na peron, na którym zebrało się już sporo ludzi z twarzami pełnymi oczekiwania [...] obserwował Laurę, która wydawała się wahać, czy zatrzymać się przy zejściu na peron, czy też pójść dalej. Patrzył na nią bez zdziwienia, jak na owada, którego zachowanie może być interesujące. [Luis - przyp. aut.] okrążył platformę i stanął obok innych skrzyń z owocami i plam tłuszczu. Z miejsca, na którym stał, będzie widział wychodzących pasażerów, zobaczy powracającą Laurę z ulgą malującą się na twarzy, bo chyba na twarzy Laury będzie się malowała ulga (to nie było pytanie, ale jakże to nazwać inaczej?); w mini-opowiadaniu Rzeka (Gry) bohater nie wierzy że jego kobieta jest zdolna do zrealizowania groźby utopienia się w Sekwanie wręcz odmawia jej prawa do tego nawet w realności swego snu; a następnie w opisywanej scenie miłosnej tożsamość mężczyzny zostaje wygięta do paranoicznej przenośni gdzie następują po sobie wzajemnie się uzupełniające paralele w urealnionym pseudo-sensie w jakim opanowuję cię powoli (to – znasz, robiłem to zawsze z ceremonialną gracją), nie krzywdząc cię zginam trzciny twoich ramion, poddaję się rozkoszy twych kurczowo zaciśniętych rąk, nadmiernie rozwartych oczu, twój rytm wreszcie się pogłębia w łagodnych, aksamitnych ruchach, w głębokich oddechach, które dochodzą aż do mojej twarzy, lekko gładzę twoje rozsypane na poduszce włosy, w zielonym mroku ze zdziwieniem widzę, że mam mokrą rękę i zanim runę obok ciebie, wiem, że właśnie wyciągnęli cię z wody, że leżysz na kamieniach nadbrzeża otoczona butami i głosami, że leżysz na wznak, naga, z włosami ociekającymi wodą i otwartymi oczami; w nowelce Ciągłość parków (Gry) narrator-czytelnik utożsamiający się z czytaną książką sam pada ofiarą jej wydarzeń gdzie morderstwo planowane z zimną krwią przez kochanków niespodziewanie staje się upiorną dlań rzeczywistością; jako że to bohater czytanej powieści wbiegał po trzech stopniach, które prowadziły do sieni i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu – a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę; w fabule Pościgu (Przejścia) saksofonista Johnny Carter ucieka od konwencjonalnie biegnącego czasu w „zapominanie się” jakie potencjalnie niesie za sobą muzyka jazzowa wydobywająca się z jego instrumentu; choć taka mizantropijna postawa nie jest u niego klasycznie irracjonalną ucieczką a pogonią w iście obsesyjnym uniesieniu za innym czasem w domyśle bezczasem co zasłania spojrzenie w lustro szczególnym parawanem tudzież mapę jego życia rozciąga daleko poza zbiegające się w punkt zawsze krzywe poziomice może i na wspak po dawno już ocienionej nadziei; pomimo tego że potem ta rzeczywista a więc i prozaicznie codzienna tożsamość Johnnego tak czy inaczej sprowadza go na manowce narkotyzowania się w końcu i na przednówek przewlekłej choroby co raźno wiedzie ku wzrostowi „gorączkowej” śmierci to przecież wiesz, jak to jest, jak się ma gorączkę. Tika mówiła Bobowi Carey, że jego ostatnie słowa były: oh, make me a mask, czy coś takiego, ale wyobrażasz sobie, że w takiej chwili…. Ano – mogę sobie wyobrazić. Utył bardzo – kończyła Baby swój list – i sapał przy chodzeniu; w opowieści Bramy nieba (Przejścia) Mauro świeżo traci swoją żonę która przedwcześnie zakończyła życie i pogrążony w rozpaczy nieprzypadkowo idzie wraz z przyjacielem adwokatem rozerwać się do obskurnej czy wręcz piekielnej od smrodu, dymu i hałasu tanecznej milongi; w kręgach której Mauro-Dante i adwokat-narrator-Wergiliusz szukają swej utalentowanej Beatrycze-Celiny mistrzyni improwizowanego tańca co niejako urodziła się dla nienaturalizowanego tanga; po czym nie wiedzieć czemu obaj naraz widzą ją wśród tańczących par na parkiecie i niezależnie od siebie niby instynktownie udają się w jej kierunku; po czym narrator opadając na krzesło przy stoliku czeka na Maura który po powrocie mówi: Zauważyłeś, jaka była podobna? Nie odpowiedziałem, ulga zaciążyła mi bardziej niż litość. Był z tej strony [świata - przyp. aut.], biedny i już niezdolny uwierzyć w to, cośmy obaj razem widzieli. Zobaczyłem jak podniósł się i szedł przez parkiet krokiem pijanego, szukając kobiety podobnej do Celiny. Pozostałem na miejscu […] patrząc jak chodzi tam i na powrót, i wiedząc, że traci czas, że wróci załamany i spragniony, nie znalazłszy wśród tych ludzi i wśród tego dymu bram nieba; minimalistyczna twórczość Cortázara to post-filozoficzna w rozumieniu twardej spacji między podmiotem a przedmiotem a i poza-psychologiczna w analizie podświadomości podróż pod prąd wszelkich nurtów poznawczych człowieka aż po głębokie pęknięcie tożsamości czy może udar własnego „ja” w umyśle wymyślonego przez siebie człowieczeństwa; gdzie zamiast tego rozwarstwienia pełne zrozumienie powstaje - jak to mistycznie określa Cortázar – niejako na marginesie mojej osobowości i mojej woli, pod czy też ponad moją świadomością, jakbym nie był niczym więcej niż medium, przez które objawia się jakaś obca [inna - przyp. aut.] siła… 

Galisyjski nokturn...

celaMazurek dla dwóch nieboszczyków Camilo José Celi – hiszpańskiego pisarza, eseisty i reportażysty także i zasłużonego noblisty literackiego to przejmujące opowiadanie o życiu oraz obyczajowości ludu hiszpańskiej Galicji rozgrywające się w okresie bratobójczej wojny domowej drugiej połowy lat 30-tych zeszłego stulecia; w ogólnym zarysie fabuła powieści zasadza się na środowiskowym konflikcie między dwoma rywalizującymi ze sobą klanami rodzinnymi: Carrouposa i Guxindowie spięta morderstwami i naturalną w galicyjskim prawie zwyczajowym potrzebą krwawej zemsty; o której zamaszyście z właściwą sobie humorystyczną a czemu by nie i z biesiadną werwą opowiadają coraz to liczniejsi bohaterowie w aurze nostalgiczno-morskiego klimatu gdzie równo i nieustannie nadaje rzęsisty deszcz co pada na grzeszników i na cnotliwych, na mądrych, na głupich i na przeciętnych, na nas, na [pobliskich – przyp. aut.] Leontyńczyków i Portugalczyków, na mężczyzn i na kobiety, na zwierzęta, drzewa i rośliny, na kamienie, pada na skórę, na serca i na dusze, na dusze również pada, pada na trzy przymioty duszy; także na rozliczne w tym pozornie chaotyczne powiastki filozofujące niestroniące od zelżałych legend i facecji ludowych oraz rodzinnych pseudologii gdzie na ten przykład niejaki Manueliño Remeseiro Dominguez wysiedział pisklę kruka trzymając jajo pod pachą, to tylko kwestia wytrwania w bezruchu, żeby się nie stłukło, Manueliño Remeseiro Dominguez siedzi w więzieniu, bo zabił jednego faceta kijem, niech pan popatrzy jak to się tymi kijami walą po odpustach, no więc takie jajko, jeżeli jest zatrute, powoduje nieszczęście […] I sprowadza klęski. Nikt nie wie, w jaki sposób objawi się Opatrzność Boska, jej znaki są zawsze kapryśne i zmienne; niczym magiczny "człowieczy" korzeń mandragory obok którego jak przejdzie jakiś mężczyzna to będzie kochany przez kobiety na zabój aż jego niezliczone miłosne podboje doprowadzą go nad skraj przepaści a zatem do samego grobu gdzie rumiani księża pochowają go i za darmo i z litości; ponieważ taka świetlana przyszłość to marzenie prawie każdego galicyjskiego chłopa więc zanim się wyrwie mandragorę z ziemi, trzeba narysować wokół niej szablą trzy koła, a w tym czasie jakaś kurwa ma śpiewać psalmy, a jakiś wygolony braciszek zakonny ma tańczyć kankana zadzierając sutannę aż po wstydliwe części ciała. Można też ją wyrwać przywiązując do korzenia sznur i zmuszając głodnego psa, żeby go ciągnął bez oddychania; kiedy roślina krzyczy z bólu, pies umiera z przerażenia; upiornie śmiesznego jak przepis na latanie niczym ptaki na niebie na potrzebę którego należy sobie sporządzić maść lub gęstą pomadę gotując w miedzianym kociołku tłuszcz z mahometańskiego albo jeszcze nie chrzczonego niemowlęcia w różanej wodzie, kiedy woda znacznie wyparuje, dodaje się menstruację wdowy, zmielone kości wisielca, kobiecy mocz i korzenie mandragory oraz trzy zioła Belzebuba: blekot, który pomaga wzbić się w powietrze i leczy ból dziąseł, głowy i uszu: belladonę, którą malują sobie oczy kobiety i komicy, i kolczaste cmentarne jabłka, jabłka upiorne, jabłka piekielne, które spływają ze źródła słodkich snów śmierci; takie a zwłaszcza jeszcze mniej miarodajne facecje przeplatane są prawdziwie złowróżbnymi wydarzeniami w czasie których Fabian Miguel Abragán zwany Puszczykiem z wykwitem świńskiej skóry na czole a także i późniejszy równie przedwczesny umrzyk zabija w przydrożnym rowie swego przeciwnika z sąsiadującego klanu - Baldomera Chojraka który poddał się dopiero wtedy gdy uzbrojeni po zęby mężczyźni Carrouposa złapali Loliñę, jego żonę i jego pięcioro dzieci [w czym - przyp. aut.] musieli im pozatykać usta workami, bo gryzły; po czym tak haniebna wiadomość dociera także do mamy Szlai i jej pięknych dziewcząt w ciepłym "przybytku chwilowej miłości" gdzie niewidomy muzyk Gaudencjo właśnie przygrywa na akordeonie żałobnego mazurka Ma petite Marianne; akurat wtedy nie przestając go grać nazbyt zapamiętale aż do białego rana jako że ten mazurek jest poświęcony nieboszczykowi, który jeszcze nie zdążył ostygnąć. Życie toczy się dalej, ale już nie tak samo, życie nigdy nie toczy się dalej tak samo, a tym bardziej kiedy zahacza o ból; albowiem dopiero wówczas uwijająca się jak powój a i zawsze bezlitosna śmierć staje się w boleśnie niewidzących oczach najzwyklejszą bzdurą w końcu i raczej skromnym obyczajem, który stopniowo traci swój prestiż [pozostając na zawsze jedynie - przyp. aut.] tradycją, ciekawe, że kobiety świetnie czują się na pogrzebach, wydają polecenia i udzielają rad, kobiety na pogrzebach są w swoim żywiole; co sobie przypomina może i czasem na wyrywki że samotne aż do arytmicznego bólu a i tak ciągle bijące serce nie jest już prawdziwym sercem że również niejako księżycowy sekret polega na tym, żeby żyć plecami do wszystkiego, to stan trudny do osiągnięcia, to musi być niemal szczęście, są tylko dwie możliwości, że samotności się pragnie i szuka albo też samotność przeraża i spotyka nas nawet wbrew nam samym, w pierwszym przypadku to nagroda, w drugim cena, cena niezależności; chyba drogo wliczonej w zamysły Tanisa Gamuzo z Guxindów zwanego Kadukiem co z dwoma psami Morusem i Sułtanem skrycie zasadza się na tego samego Puszczyka z Carrouposa czując że powoli dojrzewający strach jest jak ten wołek zbożowy, który nadgryza stawy skokowe duszy, być może już od wielu lat nadgryza delikatne kości skokowe duszy, a nikt o tym nie wie, krok, który trzeba zrobić, robi się ot tak, po prostu, a jeśli trzeba, choćby z zamkniętymi oczami i człowiek nie może nawet zadać sobie pytania [bowiem - przyp. aut.] ponad człowiekiem stoi prawo Boskie, które nami rządzi, to tak jakby Pan Bóg nas podglądał przez lufcik otwarty między chmurami [dzierżąc - przyp. aut.] w ręku piorun; co niczym sprawiedliwe prawo gór zawsze celnie trafia w samo sedno prozaicznego faktu tym razem mającego swoje continuum nad źródełkiem w Bouzas do Gago gdzie Puszczyk przystaje na jedną złudną chwilę by w rzeczywistości napić się już jedynie eliksiru swego niebytu a którego tak naprawdę rozszarpują precyzyjne psie zęby szczutego Morusa i Sułtana; po czym po czterech latach przerwy i na wieść o ziszczonej wendecie burdelowy akordeonista Gaudencjo ponownie wytrawnie rozpoczyna swoją przeciągającą się w nieskończoność zaiste nocną suitę na dwie zamaszyste ręce w szlagierze grzmiącego postronnym żałobnego mazurka Ma petite Marianne; alegoryczna powieść Celi to przede wszystkim świat osobistych zwłaszcza młodzieńczych przeżyć autora choć także wybitne dzieło o charakterze uniwersalnym gdzie w miarę rozwoju zdarzeń coraz wyżej czy pod same niebo plecie się misternie wzorzysty gobelin z drobnych jak oddechy i pozostawionych sobie nawzajem istnień ludzkich; gdzie przede wszystkim to nagi splot szybko przekładanego na nieistotne boki zawsze poszczególnego życia ludzkiego waży o dobry pejzaż więcej niż nawet najbardziej liryczne po-nie-w-czasie wyobrażenie...