Corpus delicti?

Wczoraj odwiedziłem park fontann w Warszawie i choć nie pierwszy raz widziałem tego typu inscenizację (wcześniej bowiem miałem tą możliwość i we Wrocławiu) nadal pozostaje pod wrażeniem ilości osób głodnych bycia na zabawie tanecznej, gdzie pierwsze skrzypce na laserowych strunach odgrywają woda i światło; człowiek od niepamiętnych czasów lubił imprezy masowe, gdzie najczęściej szukał niespotykanych, czasem wręcz nie-zdrowych emocji i aktywnego współuczestnictwa w czymś co jest akurat i modne, ciekawe i masowe; tak było przecież z pierwszymi olimpiadami, potem również i z igrzyskami rzymskimi, następnie czas przyszedł na polowania na czarownice i na różnego typu smutne, czasem paradne wojny, ostatnio zaś nasza populacja raczy się rekonstrukcjami, marszami, zawodami sportowymi czy sensacjami w różnych mass-mediach; natura ludzka jest wspólnotowa, choćby wspólnota zasadzała się tylko na byciu tuż tuż obok siebie; nie mniej jednak to właśnie bycie obok siebie paradoksalnie najściślej nas integruje; tak, tak do pełni sukcesu czy w życiu osobistym czy też zbiorowym są według mnie potrzebne co najmniej trzy rodowody: niewymuszony i prosty dialog, tudzież ciepły i prawy kompromis oraz właśnie to zwykłe współdziałanie, to naturalne współ-bycie; jednym z takich społecznych przełomów na naszą, polską skalę jest również wczorajsze otwarcie Centrum Konferencyjno-Wystawienniczego w Gdańsku na które pierwszego już dnia pojawiło się aż 6000 osób; co ciekawe Centrum "Solidarności" to interaktywne muzeum wychodzenia Polski z okowów komunizmu ku tamtym wspomnieniom nie tak przecież odległych w czasie i przestrzeni cieszy się od samego zarania tak dużym zainteresowaniem, a popularnie mówiąc "wzięciem"; może też dlatego, że każdy nosi niejako pod pazuchą jakąś cząstkę tamtych interakcji i może zawsze wyciągnąć je na światło dzienne jak tego przysłowiowego już królika z kapelusza; w jednym jak i drugim przywołanym tu wydarzeniu multimedialnym widzę również przesłanki dla wdrożenia swego a jakże wspólnego projektu, który również ma sięgać do głębin pamięci społecznej, tej pamięci co coraz szybciej odchodzi w nieludzkie zapomnienie i która nadal jak długi cień pada na bruk mej podświadomej ciekawości; wydawać by się mogło, że tamtych, odległych historii można się uczyć już tylko z kart lepiej czy gorzej pisanych podręczników, ale zaraz rodzi się we mnie nurtujące pytanie: czy można także dziś przekazać następnym pokoleniom coś tak niematerialnego rzucając na ścianę, ekran lub deszcz kropel migające jak w kalejdoskopie twarze/słowa/wydarzenia? tak to jest chyba nasze odwieczne marzenie, taki nasz współczesny eliksir powiedzmy że nieśmiertelności co jakoś chce i potrafi zatrzymywać czas na dłużej niż na potencjalną chwilę dając nam siły by tak swobodnie rozmawiać ze swoimi przodkami jak potrafił to uczynić aktor Russell Crowe przed swymi woskowymi figurkami w ciągle niezapomnianym filmie pt. "Gladiator" - więc yes or not yet?  

Jak się masz, Victor?

Kiedy nie tak daleko, bo na najbliższym wschodzie, dobrze, że nie naszej ojczyzny pękają w szwach kruche granice i torują sobie drogę po żebrach zajadle padające kule utwierdzając jednych jak i drugich żołnierzy w przekonaniu, że walczą jedynie w słusznej sprawie, mnie po głowie chodzi pewien projekt, który łączyłby ludzi polskiego pokroju jeszcze ściślej niż frazes, jeszcze silniej niż krew; bo jak inaczej zrozumieć człowieka jeśli nie w jego nostalgicznej potrzebie afirmacji życia, w tej notorycznej aktywności to tu to tam, w jego dozgonnym pragnieniu służenia, bycia wręcz potrzebnym na tych chwil co każdym ma z nas kilkadziesiąt; nasza inteligencja, także ta emocjonalna wyrasta właśnie z tego typu mniej lub bardziej świadomych myśli, bowiem rodzi się z prostej, czasem faktycznie trudnej interakcji z drugim, niekiedy zbyt bliskim człowiekiem; oczywiście zawsze istnieje program minimum, taki program, który jednym wystarcza i spędza sen z powiek, ale są też i tacy, którym zawsze jakoś było i tego za mało; wierzcie mi nie da się funkcjonować w oderwaniu od drugiego człowieka, także od tego, który tak czy inaczej jest gdzieś naszym przodkiem w genealogii mnożenia się przez dzielenie od czasów naszych protoplastów, czyli Adama i Ewy lub bliżej od czasów najazdu w widła Wisły i Bugu wojowniczych i popędliwych Sarmatów; idea centrum wspólnoty biznesu, polityki, rodziny i nasz samych wychodzi naprzeciw coraz częstszym w nas napadom społecznej apopleksji, podczas których przestraszeni jutrem walczymy na oślep jeden przeciw drugiemu; tak zapewne kiedyś skonamy, a może i skonamy w drgawkach i z tą samą pianą na ustach, ale co do postępów duchowej choroby nasze wybory nie są uwarunkowane genetycznie co najwyżej mentalnie; idea jest zatem lekarstwem, swoistym antidotum na przezwyciężenie tej naszej nabytej słabości, tego naszego lęku wobec bycia poza-sobą, tudzież jest mocą, która może przywrócić nam naturalność uśmiechu dziecka, o którym my dorośli możemy już tylko pomarzyć niewinnie spoglądając na nasze pociechy i nakładając na nie-swoje sytuacje własne, podobne wspomnienia; robię to także z ciekawości, może tej nieco naiwnej, która podpowiada mi parafrazując pewne słowa, że moja młodość jeszcze nie zginęła póki skórka pańska w barszczu; jeśli uda mi się przekonać do tej idei kilku możnych tego świata odrodzi się jak feniks z popiołów współczesna, polska myśl integrystyczna i znowu zakręci się jak w ruletce holistyczne koło historii....manque and passe....    

Kiedyś...zacząć trzeba?

Dziś nagle stałem się blogerem, ale nie mam już, a szkoda dwudziestu i dwóch lat, żeby strzelać do Was całymi seriami słów i nie myśleć czy więcej w nich ślepaków czy może kąśliwych, czasem wierszowanych puent; nie mam już dwudziestu dwóch lat, żeby wychylać znienacka głowę i nadstawiać swój kark zza wysokiej, pełnej żelastwa barykady, która wyrosła mi spod stóp, ot tak mimochodem i z dobrodziejstwem inwentarza, kiedy kryzys wieku średniego mierzy we mnie z głębi czarnej i co chwila łypiącej ognia okiem lufy ukrzyżowanej to tu to tam pantery; wiem za to jedno chcę jakoś walczyć ze sztandarem czy też bez, z tą biało-czerwoną opaską czy tamtym beretem polegującym na wspak; jednym słowem iść z naręczem patriotycznych symboli co zawsze doprowadzały mnie do łez, ale do tych łez nie tłumacząc się prawdziwych, bo przecież nie do tych, którymi raczyła mnie moja rodzina uwielbiając tak właśnie wspominać jak to za młodu ledwom co usłyszał Mazurka Dąbrowskiego, a stawałem na baczność jak ten kij od szczotki; więc po burzliwych przejściach ostatnich jedenastu miesięcy, kiedy skryłem się niczym mysz w leju po bombie bojąc się wyściubić pyszczka dziś życiu oderwanemu jak zawleczka od niewiadomej dnia następnego przynajmniej stanowczo odkrzykuję: no pasaran....