Strażnik skamieniałych Kuszytów...

onitshaOnitsza Jean-Marie Gustave Le Clézio – francuskiego powieściopisarza i laureata najbardziej prestiżowej nagrody literackiej to studium wyobcowania a może i dramatycznej ucieczki białego człowieka w mitologię świata starożytnej kultury której amorficzne wyobrażenia pomagają przetrwać w nabuzowanych małodusznością stosunkach międzyludzkich a i zawsze prędzej niż później odhumanizowanych systemach politycznych; zasadniczo powieść sytuuje wydarzenia w powojennych i kolonialnych realiach afrykańskiego dorzecza Nigru a zatem w dzisiejszej Nigerii dokąd na statku z wielkomiejskiego Londynu odważnie wyrusza dwunastoletni Fintan wraz z matką Maou na spotkanie z nieznanym mu wcześniej ojcem Geoffroyem Allenem; w podróż swego wciąż młodocianego życia co subtelnego chłopca przemieni w prawie że dojrzałego mężczyznę a kochającej matce ostatecznie pomoże pojednać się ze swym „nieobecnym” mężem od lat zbyt wiernie i ślepo zakochanym w świecie pozbawionym tępych emocji w tej wciąż tajemniczej potędze kuszyckiego świata przechowywanej w animistycznych wierzeniach koczowniczego ludu Umundri; jako że to ten znak itsi [tatuaż ze skrzydłami i ogonem sokoła – przyp. aut.] zobaczył Geoffroy na twarzach, kiedy po raz pierwszy przyjechał do Onitszy. Znak wyryty na skórze twarzy mężczyzn jak pismo wyryte w kamieniu. To znak, który wniknął weń, dosięgnął serca, naznaczył i jego, jego zbyt białą twarz, skórę, gdzie od narodzin brak śladów palącego płomienia. Ale teraz czuje ten płomień, tę tajemnicę; podczas gdy młody Fintan przechodzi tam właśnie swoistą inicjację ku męskości u boku swych murzyńskich kolegów znad pobliskiej wszystkiemu rzeki a jego matka Maou dzielnie walczy o duszę zagubionego męża to Geoffroy spogląda na świat wszędzie panoszącego się życia i śmierci jak na postrzępione cienie śnieżnobiałych cumulusów co niemo kładą się na spokojnie oddychającej ziemi a może i na skrytą nad nią niewidoczną acz tiulową zasłonę poprzez którą prześwitują najdawniejsze imiona wszelkiego stworzenia; gdzie również dumnie kwitnie tajemnicza wiedza o przemijaniu co nie zna swego przedostatniego kresu a i tak szybko płynie ku delcie niczym dorodna rzeka między tymi samymi brzegami i w tej samej co zwykle wodzie mówiącej wybranym o niebycie szumiącego przy brzegu skończonego czasu; ponieważ Geoffroy [w starogerm. - ten co żyje w bożej opiece – przyp. aut.] chce otrzymać chi [duszę, tajemnicę – przyp. aut.] chce być taki jak oni, złączony z odwieczną wiedzą, złączony z najdawniejszą drogą świata. Złączony z rzeką i z niebem, złączony z Anyanu, z Inu, z Igwe, złączony z ojcem Ale, ziemią, z ojcem Amodi Oha, błyskawicą, chce być jednym obliczem, noszącym wypisany na skórze miedzianym pyłem znak wieczności; nie inaczej jak również zapożyczonym z sennego wyobrażenia dotyczącego losów czarnej królowej ze starożytnego królestwa Meroe ongiś leżącego nad Nilem; tej zaiste ostatniej już kuszyckiej władczyni Arsinoe uchodzącej w pośpiechu wraz ze swym ludem przed mściwymi żołnierzami wojowniczego a przecież koptyjskiego władcy Aksum; o której wtedy nie zapomina zamyślony Bóg Ra – pan wiecznego życia – nakazując pokonanym Kuszytom długą wędrówkę do drugiego świata po tamtej stronie rozległej po horyzont nieprzebytej dotąd pustyni gdzie wartko płynie wielka rzeka podobna do rzeki Nil, płynie ku południowi; gdzie również na samotnej wyspie okalanej przez akacjowe gaje a i pistacjowe śpiewy cielistych kuropatw królowa Arsinoe widzi swoje nowe królestwo, nowe miasto, gdzie osiedli się jej lud, synowie Atona, ostatni mieszkańcy Kasu, Meroe. Ujrzała to – miasto i wszystkie jego świątynie, domy, rojne place – na bezimiennej wyspie w sercu rzeki; to co jasno-widzi w swych proroczych snach Geoffroy rzecz jasna ucieka roztropnej uwadze Maou choć i ona nigdy nie kochała nikogo tak jak tych ludzi. Byli tacy łagodni, mieli tak świetliste oczy, gesty tak czyste, pełne wdzięku. Kiedy przechodziła przez miasto w drodze na Wharf, dzieci zbliżały się do niej bez onieśmielenia, głaskały po ramionach, kobiety brały ją za rękę, mówiły do niej w tym łagodnym języku szemrzącym jak muzyka co i teraz unosi się jednomyślnie na spiętrzeniach meandrującej tutaj rzeki; podobnie jak ciepłe wymówki jako żywo dobijające się do zapiaszczonych uszu Geoffroya: zapewniam cię, powinnam może odejść razem z Fintanem, zostawić cię twoim myślom [o czarnej królowej – przyp. aut.] zawadzam ci, wszystkim tutaj zawadzam; cierpliwe jak kropla a jednak anatemy co tak celnie ranią pokorą że nasz Geoffroy postanawia popłynąć do mitycznej kolebki praprzodków ludu Umundri aby może wreszcie samemu a zwłaszcza organoleptycznie dotknąć całej prawdy o sobie w nie-sobie; zawrócić w czasie do nie-swojej prawdy w obliczu wciąż żywej przed nim twarzy i ciągnącego się za nim nieskazitelnego w niej i nad wyraz niebotycznego piękna o jej ciele, o jej magii, o jej spojrzeniu na świat, gdzie wszystko się rozpoczyna [gdzie jej – przyp. aut.] twarz, gładka i czysta, jak maska z czarnego kamienia [ma – przyp. aut.] wydłużony kształt czaszki, profil o nieziemskiej urodzie, wargi rozchylone w uśmiechu, łuk brwi wybiegający z nasady nosa i wznoszących się wysoko jak dwoje skrzydeł, a zwłaszcza oko, wydłużone, zwężające się, podobne do ciała niebiańskiego sokoła; gdzie tam właśnie na mitologicznej wyspie w sercu tamtego rozlewiska Nigru Geoffroy niejako stając przed monolitami z czarnego kamienia konfrontuje swoje senne wyobrażenia o praegzystencji człowieka-w-bogu z upadającą mu do stóp acz wciąż zjadliwą jak wesz rzeczywistością i czuje ogień, który zapłonął znów we wnętrzu jego ciała, i chłód wody, który wzbiera falami, który go wypełnia. Myśli: wszystko jest skończone. Raju nie ma; po czym wracając do swoich znowu bliskich a potem i leżąc na w-znak swej nagiej pryczy dobrze już wie że to wszystko co widywał w proroczych marzeniach co też chłonnie przeczytał w staroegipskiej Księdze Umarłych gdzieś pierzchło w mglistą nad wodą a i potem siarczoną dal no może za wyjątkiem nadal rzeczywistych znaków itsi na kamieniach czy na twarzach ostatnich potomków kuszyckiego ludu; a zatem opuściła go już niecierpliwość [tutaj także - przyp. aut.] Czas nie ma końca, podobnie jak bieg rzeki. Geoffroy pochyla się nad [śpiącą – przyp. aut.] Maou, szepcze tuż przy jej uchu, jak kiedyś słowa, które wywoływały uśmiech na jej twarzy, swoją piosenkę: I am so fond of you, Marilu. Czuje jej zapach nocą, słodki i delikatny, słucha, jak Maou oddycha we śnie, i nagle to staje się najważniejsze na świecie; autobiograficzna powieść Le Clézio to na wskroś prawdziwy majstersztyk poetyckiego indywidualizmu w tym zawsze samotnym dochodzeniu człowieka do prawdy o sobie i o swym miejscu we wszechświecie gdzie boskie jest to co ziemskie zaś nieludzkim pozostaje to co od-człowieczone; gdzie to czysta prawda umiera pierwsza a potem uśmiecha się do ciebie w błękitniejących oczach tego samego co ty czyżby naprawdę drugiego…    

Na atlantydzie wybujanej wyobraźni...

gnozaGnoza Gillesa Quispela – holenderskiego teologa, historyka chrześcijaństwa i gnostycyzmu to zbiór zurichskich wykładów o gnozie jako fenomenologicznej próbie osiągania swego zbawienia dzięki zdobytej wiedzy i poznawaniu w jej świetle siebie samego gdzie taka gnoza minus chrześcijaństwo równa się gnoza; jako że gnoza to przede wszystkim antropologia człowieka – genesis pochodzenia jego istoty tak aby wiedział jaką drogą zbawczą powinien iść ku swemu ezoterycznemu przeznaczeniu; w którym człowiek jest w swej najgłębszej istocie częścią Bóstwa. Dlatego jest on w gruncie rzeczy szlachetny, mądry i doskonały: jaźń (Selbst) nie została dotknięta przez namiętności, które do niego przylgnęły, ani przez związek z ciałem, ani też przez obcowanie ze złem. W rzeczywistości człowiek wcale nie należy też do tego świata: jego praojczyzną jest inny świat, ten po drugiej stronie sfer widzialnego uniwersum. Człowiek jest upadłym bogiem, który powraca do nieba; gdzie w bezczasowo-przestrzennej zwłaszcza prehistorii rozegrała się jego preegzystencjalna tragedia można nawet powiedzieć że żałosny prolog w którym boska dusza uległa pokusie rzucając się niejako głową w dół ku rozkoszom namiętności co ściągnęły ją jak newtonowska grawitacja ku ziemskiemu bytowaniu; a prawdziwą przyczyną upadku jest libido. W ten sposób dusza utraciła skrzydła i runęła w dół przez siedem sfer planet; przy tym duch każdej planety przydał [hmm, nieszczęśniczce – przyp. aut.] właściwą swej naturze namiętność. Niby gwoździami przybito duszę do ciała. Ciało astralne jednak i ciało materialne są niczym innym jak tylko płaszczyznami ukrywającymi prawdziwą jaźń (Selbst): człowiek w swym wnętrzu pozostaje istotnie różny od świata, w który spadł. Dzięki szlachetności swej istoty przewyższa słońce, księżyc i uniwersum; dając sobie tym samym sobie wyższy asumpt do „wybranego” rozumowania że nasze dusze są nieśmiertelne i nie podlegają prawom nieubłaganego przeznaczenia; choć jest coś skończenie ludzkiego w tym przeraźliwym krzyku przeciwko kosmicznemu determinizmowi naturalnego porządku co u gnostyków przekształca się w bunt przeciw zasadom etycznym, gdyż prawo kosmiczne na równi z moralnym uśmiercają [prawdziwego – przyp. aut.] człowieka; to co różniczkuje takiego człowieka od świata ziemskiego to jego istotowa pra-odmienność bo choć żyje on w świecie materialnym to nie pochodzi z tego powszechnie nam znanego widzianego świata; a więc jest nawet czymś więcej niż bogowie planet, będący szyfrem, ideogramem uniwersum a podległa mu ziemia będąc miejscem niejako "czasowego" zesłania zatraca w jego oczach boską przejrzystość przez co jeszcze szybciej staje się dla niego złem poniekąd koniecznym żeby nie powiedzieć dosadniej rzeczywistością demoniczną; ta nadświadoma wzgarda dla piękna otaczającego nas świata ma swoje głębsze uzasadnienie w poglądzie że zarówno człowiek jak i Bóg są konsubstancjonalni a zatem samą gnozę trzeba określić jako mityczny wyraz samodoświadczenia; z kolei o idei powstania praczłowieka gnosis [z gr. poznanie] wypowiada się nader oczywiście że Ojciec Nous, który jest światłem i życiem, stwarza równego sobie Anthroposa. Praczłowiek również chce tworzyć, a pochyliwszy się w dół, poprzez harmonię sfer widzi [jak w micie o Narcyzie – przyp. aut.] własny obraz odbity w wodach Chaosu. Wówczas zapłonął miłością do niższej natury i pragnie odtąd przebywać w świecie materialnym. Upada w ciała pozbawione rozumu. Natura przyjmuje kochanka i obejmuje go swymi ramionami: jednoczą się, bo spala ich miłość. Tym tłumaczy się, że człowiek jest istotą rozdartą. Nieśmiertelna dusza, śmiertelne ciało, Bóg i zarazem niewolnik. A przyczyną tego upadku jest eros; może stąd też znane nam ze starożytnych nieapologetycznych przekazów wyuzdane czy zwłaszcza orgiastyczne a przez to jeszcze bardziej potajemne „spotkania” wyznawców pierwotnego gnostycyzmu; zresztą w gnostyckiej frazeologii najwyższy Bóg jest Bogiem przede wszystkim Nieznanym do tego niemalże narkotycznego stopnia że określa się go jako Bóstwo Nieistniejącego Boga; choć niektórzy apologeci wczesnego gnostycyzmu próbują polaryzować wolne w tym stanowisko - jak choćby Walentyn - u którego Najwyższy Bóg jest jakąś Bezgraniczną Otchłanią gdzie też kłębi się zarówno czysta głębia jak i potem ujmująca cisza - jak również Mani - gdzie dominuje wizerunek boskiego Ojca obok którego stoi boska Matka jako żeński aspekt tej samej istoty o charakterze najwyższej zasady; z kolei w pogańskiej gnozie do utartego dualizmu dwójcy Ojca-Matki dodaje się jeszcze może nieco plotyński trzeci element, mianowicie Nous, świadomość nosząca w sobie idee, które są praobrazami odbitymi w przemijającym świecie; gdzie taki Nous objawia się wtajemniczonym w wizji wtedy gdy jego zmysły odpoczywają jakby w głębokim śnie a przejawia się poprzez dynamiczne siły tak zwane hipostasis [z gr. substancja, także osoba] czyli obrazowe atrybuty tego co nie ma i nie może mieć w ogóle żadnej sprecyzowanej postaci; zasadniczo prawdziwa gnoza jako rzecz jasna „wyższe” wyznanie wiary jest dostępna tylko nielicznym „wybrańcom”, którzy posiadają "swoisty" aparat wizjonersko-projekcyjny zwany w terminologii filozoficznej nous co w skrócie można przetłumaczyć jako nadświadomość, wyższą świadomość, jasnowidzenie, a najtrafniej – intuicję; a jeszcze precyzyjniej różnicę pomiędzy dyskursywną inteligencją a wizjonerską w podglądzie intuicją Quispel dookreśla że Istota Najwyższa rozum rozdzieliła pomiędzy wszystkich ludzi, lecz intuicję już nie. Zatem wszyscy ludzie mają rozum, ale bardzo nieliczni tylko intuicję; często traktuje się ją w gnozie jako nadprzyrodzony dar a występując przeciwko dyskursowi myśli przekaz gnostycki konstatuje że bez udziału intuicji dusza nie może niczego wypowiedzieć ani uczynić. Często zdarza się, że intuicja ulatuje z duszy. W takich godzinach dusza staje się ślepa i głucha, podobna do nierozumnego zwierzęcia; tak więc „mądralińscy” gnostycy nigdy nie starają się dowodzić swoich wydumanych racji ani tym bardziej uzasadniać tego co może zobaczyli a posteriori a swoje prawowierne nauki traktują jako tajemne objawienie otrzymane od jakiejś tam boskiej istoty w które wierzysz do końca i na amen bądź też sromotnie odpadasz w bluźnierczych przedbiegach; na tej poniekąd czarno-białej płaszczyźnie gnoza znajduje także pozornie wspólny mianownik choćby z chrześcijaństwem wierząc że Nous jest tu Bogiem, który przychodzi do ludzi i w swej łasce im się ofiaruje przez co sytuuje siebie już jako sformalizowane wyznanie niejako w orbicie religii łaski; a zatem jak pisze Quispel gnoza jest wiedzą tajemną o ukrytych związkach z uniwersum, o ezoterycznej tradycji pramądrości objawionej człowiekowi przez bogów, to znaczy jest odsłonięciem najgłębszej istoty człowieka, ukazaniem jego sensu bycia w świecie i oglądem mitologicznych obrazów; to co jeszcze wyróżnia gnozę wśród także dzisiejszych nurtów religijno-filozoficznych to myślenie dualistyczne w którym jest miejsce zarówno na Boga jak i Demiurga gdzie jeden jest doskonałością nieskazitelnego dobra zaś drugi odwrotnie panem wszechpotężnego zła co uobecnia się w materii świata widzialnego; a u rasowego gnostyka na co dzień przejawia się poczuciem wyobcowania i strachem przed obcymi światami przyrodzonymi w których przyszło mu żyć w ślepym rozdarciu pomiędzy światłem a ciemnością, między duszą-światłością a duszą-cieniem co od swego początku początków istniały obok siebie: Gdy stąpił Duch Święty i objawił nam drogę prawdy, pouczył nas o dwu naturach światła i ciemności; choć taki znowu gnostyk nie jest wcale skazany na wiecznie ziemskie "tu i teraz" a wręcz przeciwnie ma zawsze pamiętać o swej drodze powrotnej co chętnie oddala go od ziemskiego bytowania drogą oświeconej jaźni ku samoscaleniu się w Bogu; w tym opisie wędrówki duszy tak jak w przypadku nieco wcześniejszego „spadania na ziemię” człowiek na swej drodze do nieba spotyka siedmiu bogów planetarnych, którzy nie pozwalają mu przejść, jeśli nie poda hasła. Bogowie ci nie są ani zupełnie źli ani zupełnie dobrzy – są to podwładni najwyższego Boga, strażnicy na drodze do wieczności, podobni podoficerom, szorstkim i ograniczonym, a jednak wspaniałym kompanom dla tych, którzy potrafią podać hasło [hehe – przyp. aut.]; po czym czyli po dobrej kompanijnej zabawie ty czy już nie ty zbliżasz się do pewnego progu, który oddziela świat materialny od tego rajskiego (Pleroma) gdzie stoją strażnicy, których nazywa się też prawdziwymi ludźmi lub niebiańskimi ludźmi w domyśle aniołami z którymi człowiek wiążę się podczas chrztu; któremu acz rzecz jasna swojemu składa się magiczne wyznanie a wówczas taki oblubieniec podaje oblubienicy dłoń i razem, już jako nierozdzielna para, wkraczają do komnaty nowożeńców. Rozpoczyna się duchowa uczta weselna, wieczysta kontemplacja; acz w tej quasi-wędrówce anima cum splendore nie brakuje i zupełnie innych dróg wybawiania się ze swej doczesnej ziemskiej mitręgi dróg niejako powrotu do samego siebie poprzez uświadamianie sobie swej najgłębszej istoty; w której wszelkie udręki losu, szczególne i powszednie, można odwrócić od siebie dzięki znajomości istot wyższych oraz sile magicznej wypowiadanych zaklęć bądź też w równie cierpliwym przeszukiwaniu wolnych pól świadomego wyzwalania się we własnej przeoranej jaźni co zabawnie brzmi w języku alchemicznym a i mniej więcej tak właśnie: Siedź spokojnie przy swym piecu, pewny, że istnieje tylko jeden Bóg i jedna tylko sztuka [rozumiem: alchemia – przyp. aut.] i nie biegaj wokoło, aby znaleźć innego Boga. Sam Bóg bowiem przyjdzie do ciebie, on, który jest wszechobecny, a nie ograniczony do jakiejś tam małej przestrzeni jak demon [na przykład ziemskiego bytowania – przyp. aut.]. Nieruchomy ciałem, uczyń nieruchomymi także swoje namiętności. Kiedy tak się oczyściłeś, przywołaj do siebie Bóstwo, a ono rzeczywiście przyjdzie, ono, które przecież jest wszędzie. Gdy znowu rozpoznasz samego siebie, rozpoznasz również tego, który jedynie naprawdę jest Bogiem. Tak postępując, uzyskasz prawdziwą i naturalną tynkturę i spluniesz wówczas na materię; intrygująca rozprawa Quispela odczarowywuje przed nami świat gnostyckiej wyobraźni co jawnie podąża za tajemną wszechwiedzą tudzież czarodziejskimi zaklęciami i praktyczną w duchu alchemią jako metodami osiągania swego soteriologicznego wyzwolenia ze skrępowania więzami czasu, przestrzeni a zwłaszcza ciążącej w synonimie wszelkiego zła materii organicznej; choć jak również świetnie zauważa Plotyn mówiąc o amoralnych gnostykach że cały czas fantazjują jak we śnie. Wykroczyć zaś poza świadomość znaczy właśnie porzucić rozum a i w rzeczy samej niestety wzgardzić swoim rozkosznie ziemskim człowieczeństwem…       

Między wielokropkiem a myślnikiem...

miro bialyW tomiku Dzikie Czereśnie Adama Zagajewskiego szpiczaste wiersze pochylają się nad cieniem rytmicznie kontrapunktującego światła na olejno ironizującym zamyśleniu co ukrywa się w metaforze chocholego fragmentaryzmu Miro Białego; skąd dobywa się Requiem dla Żyjących w apoteozie skrzypiącej radości aż po gorzko dudniące waltornie żalu gdzie tak właśnie żyjący wciąż zajęci są żegnaniem odchodzących dni; w tej zawsze na żywo dociskanej a więc życiowej pasji tak w-ręcz lekkomyślnie na obie strony niedbałej że nawet zmarli nie posiadają się [z chóralnego – przyp. aut.] zdumienia; po czym śmieją się nam w pas a i prosto w oczy jak potrafią jedynie dzieci do dzieci nad nieważnym uskokiem tam gdzie kwitły akacje gdzie i słowiki gwizdały na gałęziach - wtedy jeszcze – nad nami; czując się w tym zawsze narcystycznie zwycięsko jak Spadająca gwiazda dopóki biegłam samotnie, w milczeniu, odważnie dopóty moja koma nie rozpadła się na tysiąc jeden kawałków i spłonęłam [z oniemienia – przyp. aut.] na horyzoncie gdzie pojawiły się przede mną miękkie łąki i bujne kopuły drzew; a na nich Owoce w dojrzewaniu nieuchwytne jak powoli narastające życie co tylko we wspomnieniu odsłania swoje rysy a zatem tylko w nieistnieniu późniejszej o jedno pamiętanie wyrywkowej impresji; tak samo nierealistyczne jak ulotne w rozbiorze i szeleszczące jedwabie kobiet a nawet okrzyki chłopców, którzy wracają ze szkoły; jak równie niedosięgłe za dalekie góry na widnokręgu czy jeszcze wyższa o niebo tęcza niedotykalna; ani nie inaczej słoneczne rysy szczelin na skalnych obłokach co płyną powoli po niebie niczym zwiewne w mglistym rozeznaniu a przez to bogate popołudnia; w końcu też amorficzne moje życie wirujące i nieuchwytne ponad jakimikolwiek wyrazami nie-koniecznie wolne; w liryce Zagajewskiego świat przegląda się tak jakby w swym zwierciadle co jednak nie odwraca perspektywy prostego spojrzenia a jeśli nawet to zaraz tłumaczy okrucieństwo czy może i bezsens kruchego istnienia puentą naturalizmu przemijania oraz czystą sztuką wyższą o szczebel od tego co nieuchronne; jako że każde pisarstwo jest formą pamiętania i w antrakcie obrazowania pamięci niejako wskrzesza odwieczne myśli o sensie dociekania prawdy co jawi się bynajmniej nie jakimś nakazem kolejnej chwili lecz odwrotnie steranym w swej wolności także twoim obowiązkiem etycznym; zawsze wynoszonym na niebotyczne piedestały niczym Historia samotności nad którą nasz poeta przechodzi mimo niejako sam stojąc naprzeciw tam gdzie zamiera głos ostatnich ptaków a księżyc pozuje do fotografii; w odbitym majestacie nie swojego wszak światła od którego błyszczą wilgotne policzki ulic a po spłakanym wieczorze aż w nosie kręci od rozkosz(o)nego zapachu jeszcze zielonych pól i nieziemskiego widoku dalekiego w górze samolociku co bawi się jak delfin z odpływem na grzywie nabuzowanych oraz purpurowych chmur; gdzie czasem również zasiada ten Niewidzialny władca a my wciąż pytamy siebie z nigdy niemilknącym zdziwieniem do kogo należy ziemia raz po raz spoglądając to wzwyż na wyniosłe korony drzew to znowu prosto pod siebie na zabawnie tańczące nam pod nogami i niezagrabione liście; a kiedy indziej nie wiemy kto prawidłowo nastawia nasze spóźnione zegary że dają potem tyle pomyłek wśród tylu skądinąd niedarmowych pośredników a gdzie jeszcze lisie twarze, chytre uśmieszki, podstępna śmierć; choć i tak wiadomo że On działa jak tylko jawnie zechce lecz [zupełnie – przyp. aut.] inaczej, niż głoszą wasi pasterze, pozostający pod dobrą opieką; więc zawsze szuka najdłuższej stycznej po okręgu naszego skołowaciałego zamyślenia acz ponoć prostej dla nas drogi bez niewiadomego początku ani też zwyczajowego końca jako żywo przeciskającej się w tej nieskończoności zapętlającego się nam cierpienia w miłości; w tym jednym jedynym punkcie stycznym gdzie tylko ślepcy, tylko sowy czują czasem jej nikły ślad pod [zbędną – przyp. aut.] powieką; jako że jedynie W cudzym pięknie znajduje się nasze pocieszenie w cudzej muzyce i w obcych wierszach a i w innych niż własne słowa jawi się przyszłe zbawienie choćby samotność smakowała jak opium; albowiem to najprawdziwsza z wszelkich niezapominanych nieprawd na tym świecie że to inni są dla nas piekłem naszego zbyt ziemskiego bytowania; że po ciężkiej nocy spocone po meszek nad bladymi wargami a i potem starannie wymoszczone sny inaczej rozgrzeszają ciebie niż tego drugiego na jawie niestety gustującej w twardym podziale na sposobne od czasu do czasu zaimki osobowe; gdzie każde on jest zdradą jakiegoś ty, lecz za to w cudzym wierszu wiernie czeka [nas przynajmniej – przyp. aut.] chłodna rozmowa…

Anima a nawet i animusz Bena...

benPodróż Bena Doris May Lessing – brytyjskiej powieściopisarki i płodnej eseistki jak dotąd najstarszej laureatki noblowskiego a więc literackiego wyróżnienia to powieść o wciąż niegasnącym poszukiwaniu swej prawdziwej tożsamości i akceptacji jako swoistego panaceum mającego po zażyciu znieść anonimowość społecznego znieczulenia; w rzeczy samej akcja powieści rozciąga się w dość krótkim stosunkowo czasie acz w szerokiej przestrzeni między Londynem, południową Francją, Brazylią i Andami gdzie podróżuje nasz cichy bohater osiemnastoletni Ben Lovatt – niski ale potężne zbudowany mężczyzna w wiecznie za dużej kurtce co postarza go o dobre dwadzieścia lat; choć i urody wcale mu nie dodaje szeroka twarz o mocno zniekształconych rysach i usta wykrzywione w uśmiechu a przy tym zbyt wielkie, drżące nozdrza, zielonkawe oczy, jasnobrązowe rzęsy pod krzaczastymi brwiami. Krótka, zadbana, szpiczasta bródka [niepasująca do tej twarzy - przyp. aut.] Długie kołtuny, tworzące czub na jego głowie i zmierzwione loki po obu stronach były karykaturą modnej fryzury podobnie jak i chropowaty w uniesieniu głos z zawsze irytującym akcentem z wyższych sfer; a wszystko razem wzbudza u postronnych jedynie nagle milknący śmiech, czasem nieobecne zakłopotanie choć najczęściej niestety wzgardliwy dystans; który zresztą nie ucieka uwadze czujnego Bena choć jego reakcja na piętrzące się niepowodzenia życiowe przypomina mi widok dużego dziecka co bawiąc się w chowanego stoi w miejscu zakrywając swoje oczy przed wkoło uciekającym mu światem; w tej zabawie na poważnie co im bardziej chowa się w swej niedowidzącej odmienności czy zwłaszcza sterczącej jak krzywy pałąk niewinnej inności to tym bardziej odczuwa wrastające weń wyobcowanie a może i wiecznie pączkujące nieprzystosowanie w każdym bądź razie piekąco pragnie jak kania dżdżu czystego czy wręcz tożsamego poznania podobnych do siebie istot ludzkich; a więc wcale też i nie przypadkowo na swej drodze życiowej nasz nieopierzony mizantrop poznaje jakby i wrażliwsze osoby choć z szemranego pół-światka jak prostytutka Rita co kłóci się ze swym partnerem Johnsonem broniąc zwyczajności Bena gdy ten pojawił się w mieszkaniu dziewczyny. Rita i Johnson myśleli o „kratach”, oboje wyobrazili sobie Bena w klatce. Johnsona nie obchodziło, co stanie się z tym dziwolągiem, ale Rita się rozpłakała. Jeśli „oni” zamkną go w klatce Ben zacznie krzyczeć i wyć. Będą musieli go pobić albo nafaszerować chłopaka silnymi lekami, o tak, Rita nie miała złudzeń, wiedziała, do czego zdolni są ludzie; w końcu oboje zgodnie postanawiają wysłać Bena samolotem w towarzystwie opiekuna Richarda wraz intratnym "towarem" w torbie na wakacje do Nicei pomimo tego że Ben zachowuje się czasem dziwnie… że ma humory… że trzeba umieć do niego dotrzeć… że jest trochę nieokrzesany. „Ale zdaje sobie sprawę, co się dzieje dookoła niego. Nie traktuj go jak głupka”; po czysto podejrzanym interesie a i w nadmorskim hotelu gdzie pozostawiony samemu sobie niczym kukła w opuszczonej garderobie Ben przypadkowo poznaje początkującego reżysera filmowego Alexa z kochanką którzy widząc w nim pełnego ekscentryczności i bogatego aktora filmowego proponują mu wylot na zdjęcia w plenerach egzotycznej Brazylii; także i tam jego niecodzienność wyglądu i usposobienia wzbudza jedynie żądzę niepohamowywanego odwetu i na plaży podczas wieczornego spaceru Ben staje się ofiarą gniewnych zaczepek gangu sprytnych złodziei; choć i tym zawsze uważnym razem od ciężkiej opresji jeszcze dotkliwszego zranienia a może i przypadkowej śmierci wybawia go niejaka Teresa Alves – kobieta lekkich obyczajów - przygarniając go do siebie; gdzie po bójce Ben leżał na łóżku w ubraniu, nie spał. Teresa trzymała go za rękę przemawiając do niego łagodnie. Martwiło ją, że Ben jest bierny i obojętny. Ta młoda kobieta, która już wiele w życiu przeszła, zdawała sobie sprawę, że chłopak, przeżywa załamanie nerwowe. Ben był dla niej zagadką, ale domyślała się, że przechodzi coś w rodzaju przemiany wewnętrznej; rzeczywiście czy nie inaczej w Benie coś jakby ostatecznie „pękało” a to, co wydarzyło się nad brzegiem morza, uświadomiło chłopakowi, że jest bezradny, mimo swej siły. Napastnicy zachowywali się wobec niego okrutnie, było ich wielu. Kiedy unieruchomili Bena, gniew opuścił go, czuł jedynie smutek […] Do tamtej pory wierzył, że siła jest jego ratunkiem, dzięki niej był niezależny. Teraz wiedział już, co to znaczy bezradność; zwłaszcza gdy znowu jego przysadzisty wygląd fizyczny coś między ala lub azali „Yeti” nagle wzbudza wcale nie bezinteresowną a i zgubną dla niego ciekawość u niektórych gości w domu Teresy zaś profesor Stephen Gaumlach wręcz nalega na bliższe badania morfologiczne uznając że jest to największe odkrycie mojego życia. [Tereso - przyp. aut.] musi pani zrozumieć. Taka okazja zdarza się bardzo rzadko. Ten… Ben jest niezwykły; jak i potem również niezwykła pozostaje krótka opowieść przyjaciela Teresy Alfredo który daje Benowi jasno do zrozumienia że zna takich ludzi jak on oraz że wkrótce zabierze go w górzyste acz niedostępne Andy nad którymi Droga Mleczna rozpościerała się na niebie niczym autostrada donikąd gdzie u podnóża pewnego masywnego samotnego szczytu wisi tamta arcy-ciekawa dla niego półka skalna; a na tej zastygłej magmie niejako w aureoli z igrającego światła słonecznego nasi pielgrzymi ujrzeli galerię malowideł, galerię ludzi podobnych do Bena; z czego kilka postaci wyglądało tak jak Ben, ale były inaczej ubrane. Były to prawdziwe ubrania z miękkiego materiału, który tworzył fałdy, spięte paskami i zamocowane na ramionach ludzi za pomocą metalowych klamr. Były kolorowe, nie tylko szare i brązowe, ale także czerwone, niebieskie, zielone […] Mieli wielkie klatki piersiowe, niektórzy, choć nie wszyscy mieli brody. Postacie bez brody musiały być kobietami – niższe i bardziej delikatne, chociaż miały umięśnione nogi. Nie dzierżyły w rękach broni, niektóre trzymały przedmioty, które wyglądały jak instrumenty muzyczne; podczas trans-wizji której szczęśliwy Ben ostatecznie odwrócony od swego poskręcanego świata stał, głaszcząc kobietę, która uśmiechała się do niego z otchłani czarnej skały; nostalgiczna powieść Lessing to niemilknące wezwanie do przełamywania w sobie sztucznych barier i krzywdzących stereotypów myślenia o drugim jako o przedmiocie mojego doświadczania świata; a także mocny przekaz że prawdziwe różnice między nami nie przebiegają po wydumanych wybojach na kulturowej, religijnej, językowej, politycznej czy nawet orientującej się seksualnie płaszczyźnie quasi-odrębności; albowiem sięgają one zdecydowanie głębiej ku samemu podłożu wolnych asocjacji psychicznych gdzie też niemo krzyżują się w poszukiwaniu prawdy o sobie czy o świecie nawet w kontekście trywialnie uśmiechającej się zza węgła karykaturalnej czasoprzestrzeni…