Om Mam Padme Hum...

tybetTybetańska Księga Życia i Umierania Sogyala Rinpocze – lamy tybetańskiego i światowego nauczyciela mądrości płynącej z drogi duchowej ku „Wielkiej Doskonałości” to książka o dorastaniu do „niepokornej” śmierci ponieważ być może najgłębszą przyczyną naszego strachu przed śmiercią jest to, że nie wiemy, kim jesteśmy. Wierzymy w osobistą, jedyną w swoim rodzaju, odrębną tożsamość – jeśli jednak odważymy się ją przeanalizować, odkryjemy, że jest ona uzależniona od niezliczonych rzeczy: od naszego imienia, naszej „biografii”, naszych partnerów, rodziny, domu, pracy, przyjaciół, kart kredytowych; to takie między innymi aspekty naszej egzystencji dają nam poczucie kontrolowanego bezpieczeństwa tego jakiegoś trwania w przyjemnym złudzeniu tak jakby rzeczywiście moje życie ziemskie miało dopiero wtedy nabrać sensu czy wyrazistego smaku kiedy mi się jako tako wiedzie; choć w ten sposób żyjemy – jak pisze Rinpocze – pod przybraną tożsamością w świecie z neurotycznej bajki, mającym tyle wspólnego z rzeczywistością, co zupa „żółwicielęca” [zupa na kościach udająca zupę żółwiową] z Alicji w krainie czarów. Zahipnotyzowani ideą budowania, wznieśliśmy domy naszych egzystencji na piasku; a prawdziwym sensem jest zbudowanie swego życia na głębszej rzeczywistości którą obrazuje choćby mistrz sufizmu i tańczących derwiszów - Calaleddin Rumi w swej opowiastce o królu i udanej bądź nieudanej misji królewskiej porównując ją do kondycji współczesnego mu człowieka że: Tak samo człowiek przychodzi na świat z zadaniem, z celem. Jeżeli go nie osiągnie, nie osiągnie niczego; kluczem do poznania prawdy wydaje się być w lamaizmie akceptacja człowieka skierowana ku przemijaniu i wszelkiej przy tym nietrwałości jako jednej z głównych przyczyn naszego notorycznego cierpienia w tym i subiektywnych trudności życiowych; jako że rozpaczliwie pragniemy, by wszystko trwało takie, jakie jest, musimy więc wierzyć, iż nic się nie zmieni. Ale to fikcja. I prędzej czy później przekonamy się, że ma ona mało – lub zgoła nic – wspólnego z rzeczywistością. Ta fałszywa wiara, jej założenia i poglądy składają się na chwiejny fundament, na którym budujemy swoje życie. Niezależnie od tego, jak głośno puka do naszych drzwi prawda, staramy się, z desperacką zuchwałością, udawać dalej; albowiem ten strach przed zmianami oznacza i stratę i cierpienie a ponieważ proces zmieniania się rzeczywistości jest nieuchronny jak jesienny deszcz czy przekonywujący jak księżyc w pełni próbujemy nerwowo znaleźć skuteczne znieczulenie może też zażyć jakieś zastępcze antidotum zdolne przywrócić nam poczucie bezpieczeństwa choć tak naprawdę czysta prawda o strachu przed nietrwałością raczej przypomina ludzi, którzy przy pierwszym spotkaniu wydają się trudni i niepokojący, jednak po bliższym poznaniu okazują się zaskakująco przyjacielscy i inspirujący; zatem zrozumienie istoty przemijania w którym życie chwilą nie jest wytartym filozoficznym frazesem a teraźniejszość prozaicznością w oczekiwaniu na kolejne złudzenie oznacza współuczestnictwo niejako w tańcu krótkotrwałych form otaczającej nas rzeczywistości gdzie w nieustannej zmienności panuje trwała zasada mająca swój początek i koniec i znowu początek i koniec i tak bez końca końców czy raczej początku początków aż po co najmniej sumaryczną długowieczności twego trwania; bo czyż wszystko się nie zmienia: liście na drzewach, światło w waszym pokoju, pory roku, dnia, pogoda, ludzie mijający was na ulicy… A my sami? Czyż wszystko, co kiedyś zrobiliśmy, nie wydaje się dziś tylko snem? Przyjaciele, z którymi dorastaliśmy, zmory dzieciństwa, poglądy, których broniliśmy niegdyś z taką żarliwością: wszystko zostało za nami. Teraz, w tej chwili, czytanie książki, którą macie przed sobą [także ten post – przyp. aut.] wydaje się czymś rzeczywistym. Wkrótce nawet to zdanie będzie tylko wspomnieniem; i nie jest to bynajmniej smutne czy może nad wyraz melancholijne czy nawet dominująco gorzkie w pozornej cierpkości a przeciwnie rzeczywiste w dosadnym wyrazie że przemilczeć nie sposób; jako że dziś czujemy się dobrze, bo wszystko się układa, następnego dnia – fatalnie. Gdzie się podział dobry nastrój? Cóż, po prostu zmieniły się okoliczności. Jesteśmy nietrwali, nietrwałe są okoliczności i nie potrafimy znaleźć wokół siebie nic niezmiennego, trwałego; podobnie jak bywa z naszymi myślami których nie jesteśmy w stanie trwale przewidywać z równie stabilną niezmiennością czy choćby zakorzenieniem nie mówiąc już o tym że pojawiają się one znikąd jak nagle odchodzą gdyż nasz umysł jest tak pusty, zmienny i nietrwały jak sen; a zatem nasza przeszłość w myślach i w czynach już odeszła niejako w zapomnienie przyszłość jeszcze nie nadeszła w posiadanie – jedynym, co mamy naprawdę, jest teraźniejszość, ta chwila; a to co wydaje się tą chwilą nigdy nie do zastąpienia jest podążanie ścieżką duchową co zwie się oświeconą naturą; w zasadzie nie ma fundamentalnego znaczenia którą człowieka wybiera podróż jako że ona sama jest już poniekąd wyborem nie mniej jednak niemal wszyscy wielcy mistrzowie tradycji duchowych zgadzają się, że najważniejsze jest opanowanie jednej drogi, jednej ścieżki do prawdy i podążanie całym umysłem i sercem za jedną tradycją, aż do końca duchowej podróży, pozostając otwartym i pełnym szacunku dla mądrości innych; niejako słusznie przy tym zakładając że inni są również mądrzy i może tak samo nastawieni do poznawania siebie czy otaczającego świata a nie powiedzmy i z założenia o niebo głupsi że trzeba ich przechytrzyć aby postawić na swojej jedynie słusznej racji; a tak faktycznie jest ona twoją choć zaraz racji jak i strachów jest wiele czasem nazbyt wiele niczym tych irracjonalnych co wymykają się porządkowi uzasadnionych; w doświadczeniu umierania nie bez znaczącego świadectwa pozostają udokumentowane wizje doświadczania innego świata tzw. śmierci klinicznej; w lamaizmie takie doświadczanie stanu pośredniego między życiem a śmiercią nosi nazwę bardo; i tak jak w przeżyciach osób które zetknęły się z nietypowym doświadczeniem tzw. śmierci klinicznej są niepowtarzalne tak w tradycji tybetańskiej takie bardo stawania się na nowo ma kilka faz następujących po sobie; a zatem w chwili śmierci fizycznej (biologicznej) takie osoby doświadczają dziwnego uczucia spokoju i zadowolenia [pozostając – przyp. aut.] bez bólu, dolegliwości fizycznych i strachu; po wtóre słyszą brzęczący, intensywny dźwięk jakby bicia w blachę i mają poczucie znajdowania się poza własnym ciałem a więc realnie widzą własne ciało, często z góry, towarzyszy temu wyostrzenie zmysłu słuchu i wzroku, świadomość jest czysta, niezwykle przytomna, może nawet przechodzić przez ściany; także mają dziwną świadomość znajdowania się w innym, piątym czy szóstym wymiarze a w zasadzie w przestrzeni niegeometrycznej choć to doświadczenie obrazowo opisują jako podróż przez ciemny tunel; co ciekawe następnie widzą w oddali potężne światło i są do niego niejako magnetycznie czyli można powiedzieć bezwolnie przyciągane po czym jednoczą się z nim w bliskim odczuciu miłości a jest ono i oślepiające choć nie razi i przepiękne; w niektórych wizjonerskich alter-przypadkach nie brakuje spotkania ze „świetlistą istotą”, pełną blasku, z wszechwiedzącą obecnością, współczującą i kochającą z którą wspólnie ogląda się wszystkie wydarzenia ze swego życia, także uczynki dobre i złe; temu spotkaniu zazwyczaj towarzyszą okoliczności zewnętrzne widzenia świata astralnego o niewyobrażalnej urodzie, gdzie sytuują się rajskie krajobrazy i budynki (sic!), gdzie słyszy się niebiańską muzykę i ma się poczucie jedności a bardzo niewielu co ciekawe mówi o przerażających, piekielnych jak u Dantego wizjach potępieńczych; osobliwe wydają się także impresje czy mgliste wspomnienia o niemożliwości przekraczania pewnych bliżej niesprecyzowanych acz ponadnaturalnych granic oraz spotykaniu umarłych przyjaciół i krewnych z którymi się rozmawia; a wreszcie na sam koniec sami doświadczający tego stanu pośredniego decydują lub wręcz otrzymują kategoryczne polecenie powrotu do ciała i życia (często wykonywane niechętnie) z poczuciem misji i służby, czasem by opiekować się rodziną, a czasami po to, by osiągnąć cel, którego nie udało się im jeszcze zrealizować; pomijając może frazeologiczną fantastykę tych dość jednak osobliwych relacji czy iluminacji trącących myszką zwłaszcza dla osób nazbyt obiektywizujących lub sceptycznie nastawionych do wszelkiego paranormalnego subiektywizmu nie da się zaprzeczyć że osoby z doświadczeniem bardo wracają potem do życia choć z biologicznego punktu widzenia ich ciało przestało funkcjonować w ogóle i w szczególe; po wtóre obserwując ich dalsze życie doczesne nabiera się przekonania że uległo ono całkowitemu przeobrażeniu, wręcz niewyobrażalnemu przestawieniu na wartości duchowe ku „ścieżce mądrości”, przewartościowaniu ale i co ciekawe ku duchowości wolnej od dogmatów jakichkolwiek religii w duchu daleko posuniętej miłości i powiedzmy jeszcze że w stronę zawsze nieocenionej tolerancji światopoglądowej; lamaistyczna doktryna życia duchowego w tym godnej śmierci człowieka u Rinpoczego kroczy od mądrego zrozumienia poprzez procesowanie w bardo fazowego umierania i stawania się ku tak czy inaczej nowemu przeznaczeniu; ale i stawia się w rzeczywistej a przez to konfesyjnej tolerancji do życia i śmierci jako dwóch, tożsamych ze sobą aspektów tej samej egzystencji ludzkiej gdzie strach przed nieznanym jest nieuzasadnionym uprzedzeniem i nie stratą zaś życie duchowe zadaniem bieżącym do wykonania w czasie będącym zawsze czy na wskroś teraźniejszym tudzież z celem wyższym że niemalże wręcz może aż poza-ustrojowym…                

Wankuwerskie noce...

erik-thor-sandbergW tomiku Wiatr z innej strony Bogdana Czaykowskiego wiersze zebrane w sobie ewakuują świat dwóch nie-do-rzeczywistości ku mitygującym się na desce olejnym ekspresjom rozlegle goszczącym się w wizjonerskiej perspektywie Erika Thora Sandberga; tego malowniczego spojrzenia jak Ars Poetica gdzie surrealistyczne konfiguracje są klasycznymi konspiracjami w dojrzewaniu poprzedzonym co krok przełykanymi zdradami a potem nie tą samą już niewinnością która niemożebnie otwiera się za horyzontem spóźnionej tęsknoty ptaka do wędrówki; a i tak wszędzie prawa w istocie rzeczy są takie same jak i zasady wręcz nieubłagane więc trzeba przejść przez zdrady samego siebie, do elastyczności choć nigdy nie ma zgody na śmierć która przecież gdzie jak gdzie ale tutaj nigdy nie istnieje; mówiąc w tamtą Noc to samo nie. Po trzykroć mocniej zapierając się płytkiego oddechu w rozchodzących się we wszystkie strony świata rozkochanych piersiach; ponad którymi wyciągają szyje długo migocące klucze gwiazd, rdzewiejące [w bezruchu – przyp. aut.] jak mitologia ku cieplarnianej w zadaszeniu nocy przebogatej w zieleń egzotyczną którą ludzie hodują z nagiej nędzy zaświata; co teraz niczym postrzępione cienie ustępuje miejsce przed triumfalnie wędrującą doń jasnością spraw ziemskich tak bardzo w swej istocie oczywistą że aż prawie – dotykalną; jak bliska Ścieżka srebrnego żwiru po której boso przyszłaś stojąc nad krawędzią zalęknionego cienia; po to zwłaszcza a i jedynie żebyś się jeszcze bardziej w siebie schyliła i nabrała w dłonie [namacalnego – przyp. aut.] żwiru ze ścieżki ludzkiej do kolejnego pikującego kroku linearnego; albo i inaczej przesypując w swych porcelanowych palcach zamknięte drobiny międzygalaktycznego pyłu gwiezdnego z uwiecznionych pod wiekami wieków chwil zamartego na kamień stworzenia w ten sposób rozjaśnij poecie zielone listki oczu i cień mój na drzewie; więc nie zwlekaj i szybko ciśnij mu garść tęgiego żwiru po oczach nim śpiew ptaka ucieknie z listowia; zawieszona „ni tu ni tam” twórczość Czaykowskiego podąża niejako tranzytem ku afirmacji ukochanego przezeń języka na niechcianej obczyźnie języka który jako taki jest częścią lingwistycznego dziedzictwa całej ludzkości a w zasadzie życia człowieka co sam w sobie jest zjawiskiem dramatycznie zagadkowym; a sama poezja – jak twierdził Czaykowski – ma własną precyzję a przy tym nie jest tylko werbalizmem (chociaż czasami, a może nawet często, jest nim), że mówi rzeczy istotne, prawdziwe. Literatura jest formą eksperymentu – to są próby tworzenia pewnych modeli, próby rozumienia, znalezienia się w świecie zarówno w sensie intelektualnym jak i uczuciowym, moralnym jak i psychicznym. W bardzo istotnym sensie język jest światem człowieka a poeta nie czuję się w defensywie [wobec naukowego spojrzenia – przyp. aut.] pisząc wiersze; zwłaszcza wtedy Kiedy pada śnieg a latarnie są jak [wygaszone – przyp. aut.] choinki z napadanymi a i ciemnymi płatami zbyt wcześnie kolędującej nocy; to między nimi jasna cisza wiruje w lekkim tańcu oczekiwania na ten właśnie pierwszy raz co ślubną suknię kładzie w odbiciu jadącego na spotkanie księżyca; a i po nawisie uszczypliwej po uszy zawsze czystej miłości tak miękko rozdawanej przez górującego nad chmurami anioła który w bosych sandałach nie na darmo właśnie tam szuka pióra ze swych skrzydeł; w pobielonym świecie gdzie tylko okiem sięgnąć wnet łagodnieją gzymsy u chropowatych dotąd oblicz tego co z mozołem człowiek wznosi ponad siebie nie bacząc że to na upadłych liściach wzdłuż lunarnego szlaku leżą [pulsujące - przyp. aut.] gwiazdy; doprawdy dopiero taka noc jest jak poezja pisana białym wierszem; choć strofy gnieżdżą się również W świecie jabłoni gdzie coraz ciszej rozgrywa się ogród i niebieski ptak rozkuwający orzech [pamięci – przyp. aut.] na gałęzi jodły; gdzie i siwy sadownik odsuwa pączkom na drzewach głazy powiek i wcale nie liczy na zmartwychwstanie z perspektywy stojącego obok wzgardzonego już czasu a znikąd wyfruwa motyl niczym wywinięta w lustrze zamaszysta powieka; po czym ta sama co wtedy ogrodniczka pod rozlicznym liściem rozdaje [swoim – przyp. aut.] dzieciom [amoralne – przyp. aut.] jabłka; w czym i tak nic poecie do tego że wówczas Gdy byłaś wewnątrz, jeszcze było ciemno od tamtych chmur i grubych kropli dżdżu i cieni liści co nagle na zewnątrz i pomimo tego właśnie przeszywają ciebie moja poetyko w chłodny pożar brzóz wraz z nie byle jakim acz naprawdę już ostatnim listkiem jesiennej zadumy co spada tak głośno że zdaje się piórem jasnym, które anioł listopada upuszcza niczym ogromniastą łzę w gniewnym przelocie po purpurowej stronie świata; więc to przez nią wszak wiedz muzo wszelkich muz że po stycznej na nieboskłonie spali się w tobie mrok do końca aż do jawnie sytej czystości co zrzuci tamto złote słońce końca wszelkich słońc; będąc wtedy znowu niczym szepczący Wiatr z innej strony co odwraca liście kolorem czerwonym a nagabywanym falom pozwala o dobrą chwilę dłużej niż zwykle pozostawać w debiucie niesalonowego wzrastania gdzie gmin i stan na nie spogląda nim kulminacje runą w przepaść swego nie-istnienia; gdzie i nasz poeta barwnie przemija w tańcu jaskółek, zjawionych tak nagle choć o bezlitosnej porze dnia której zawsze grozi wiatr i naraz piorun z innej strony; a i sam szczyt obłoku co przesłonięty niewiedzą krócej trwa niż zwykle obracając się w perzynę przeciwnym [przedziwnym – przyp. aut.] wiatrem; więc potem od razu [ślepe – przyp. aut.] słońce. Słońce, i zaraz wiatr z tamtej niewidocznej od nawietrznej czy może przejrzystej strony ciebie nie inaczej już nie-samego u skołowanego steru... 

Świat jest swą własną magią...

zenUmysł zen, Umysł początkującego Shunryū Suzukiego japońskiego mnicha buddyjskiego i światowego propagatora buddyzmu zen to kultowa już pozycja książkowa zbudowana z mów samego autora o praktyce życia codziennego medytacyjnie oczyszczonego z niepożądanego cierpienia, gnębiącej awersji i karmicznej iluzji jako synonimów wszelkiego zła na świecie; jako że jeśli wówczas spróbujecie usiąść na chwilę nieruchomo, by zobaczyć, czy jesteście w stanie dowiedzieć się, czym właściwie jest wasz umysł, by sprawdzić, czy uda się go wam zlokalizować, to wówczas rozpoczęliście praktykę zen, zaczęliście urzeczywistniać ten umysł bez granic; a więc praktykować niejako bez początku i tyleż samo co końca choć wciąż będąc w stanie umysłu początkującego to znaczy takiego który ciągle spogląda w siebie i przed siebie zupełnie od nowa również nie-ograniczony geometrycznymi kątami widzenia; ponieważ najważniejszą rzeczą jest nie być rozdwojonym. Nasz „pierwotny umysł” zawiera w sobie wszystko. Sam w sobie jest zawsze bogaty i pełny [potencjału co w wyobrażeniu wcale – przyp. aut.] nie oznacza umysłu zamkniętego, lecz właśnie umysł pusty i gotowy. Jeżeli wasz umysł jest pusty, to jest on zawsze na wszystko gotowy i na wszystko otwarty. W umyśle początkującego jest wiele możliwości, w umyśle [iluzjonisty – przyp. aut.] eksperta [ledwie – przyp. aut.] parę; a dzieje się tak dlatego że dokonuje się zbyt wielu systematyzujących rozróżnień co prowadzą do pożerającej swój ogon zachłanności i stawiania sobie niebotycznych wymagań; gdyż w umyśle wiecznie początkującego nie ma myśli „osiągnąłem coś”. Wszystkie egocentryczne myśli ograniczają nasz bezmierny umysł. Jeśli nie ma w nas żadnej myśli o dokonaniu czegoś, żadnej myśli o sobie, jesteśmy wówczas prawdziwie początkującymi co mogą faktycznie nauczyć się tego czegoś; a tym czymś jest współczucie ponieważ umysł współczujący jest z natury rzeczy umysłem nieograniczonym w przestrzeni i czasie więc niejako pozostającym wiernym sobie samemu tudzież serdecznym wobec wszystkich istot czujących; choć właśnie takie rozumienie jest najtrudniejszą rzeczą w utrzymywaniu swego umysłu w stanie ciągle początkującym a nie wydawać by się mogło głębokie, rytualne czy wręcz literalne zgłębianie buddyzmu zen – to w zasadzie cały sekret praktyki zen; w praktyce codziennej medytacji zazen (z jap. – siedzący zen) kluczową rolę odgrywa postawa fizyczna i sposób oddychania jako stosow(a)nej formy zewnętrznej otwierającej nasz umysł na wszechobecne oświecenie choć nie jest to bynajmniej jakiś tam zuchwały trening umożliwiający nam osiągnięcie czegokolwiek; ponieważ tradycyjne rozumienie zen przekazane od Buddy do naszych czasów jest takie, że kiedy rozpoczynacie zazen, oświecenie już jest, bez żadnego przygotowania. Czy praktykujecie zazen czy też nie, macie naturę Buddy. Ponieważ ją macie, w waszej praktyce jest oświecenie które wymaga jednako praktycznego uświadomienia czy może poczucia go w sobie i nie tylko; choć zgodnie z tradycyjnym buddyjskim rozumieniem nie należy prostopadle sytuować takiego procesu w obrębie swego „ego” jako że praktyka oparta na jakimkolwiek pojęciu korzyści jest po prostu powtarzaniem niekorzystnej karmy, życiem karmicznym wypełnionym egocentrycznymi wyobrażeniami; a celem naszej praktyki jest odcięcie karmicznego niespokojnego umysłu. Jeżeli starasz się osiągnąć oświecenie, należy to do karmy, wtedy tworzysz karmę i karma tobą kieruje, i marnujesz czas na czarnej poduszce; toteż o wiele ważniejsze od jakiegokolwiek etapowania naszych postępów oświeceniowych jest szczerość w podejmowaniu właściwego wysiłku gdzie na pierwszym miejscu jest właściwa postawa fizyczna oraz nieskrępowana wiara w praktykę zazen jako antidotum na ciągłe poszukiwanie w sobie czegoś nawet nie-swojego; a kiedy wierzysz w swoją drogę, oświecenie już jest. Ale kiedy nie potrafisz uwierzyć w znaczenie praktyki, którą czynisz w tym momencie, nic nie możesz zrobić. Tylko błądzisz wokół celu swoim małpim [pewnie i to od zarania ludzkości – przyp. aut.] umysłem. Bez przerwy szukasz czegoś, nie wiedząc co robisz. Jeśli chcesz coś zobaczyć, powinieneś otworzyć oczy bo to wtedy właśnie oświecenie jest już tuż tuż a i w danej chwili przed tobą nie w jakimś dniu przyszłości; podobnie jak dzieje się niekorzystnie w potocznym tego słowa znaczeniu wówczas gdy u podłoża medytacyjnej praktyki zazen stawia się rezultaty naszego choćby nad wyraz głębokiego czy może wręcz idealistycznie wzniosłego studiowania nauki Buddy; jeśli nasze zazen jest takie, to nie różni się niczym od naszej zwykłej działalności czyli małpiego [tym razem nie obrażając człekokształtnego – przyp. aut.] rozumu. Wygląda jak bardzo dobra, bardzo wzniosła i święta działalność choć właściwie jest pisana nie inaczej jak neandertalskim rozumem; ponieważ umysł zen to w sam raz taki stan świadomości który potrafi zanim deszcz przestanie padać usłyszeć ptaka a kiedy indziej pod nawet głęboko zalegającym śniegiem znowu zobaczyć przebiśniegi i wijącą się tam soczystą zieleń; a mówi się o nim różnie: przeważnie religijnie jako o „umyśle Buddy” ale i bardziej filozoficznie jako o „wielkim umyśle” choć i ściśle realistycznie w duchu praktyki zazen jako o „małym umyśle”; aczkolwiek doznanie takiego stanu oznacza zawsze „coś” to takie „coś” jest czymś czego nie możemy i nie powinniśmy próbować zrozumieć w kategoriach [zwłaszcza fizykalnego czy wymiernego – przyp. aut.] doświadczenia. Mówimy o doświadczeniu oświecenia, ale nie jest to jakieś doświadczenie, które by podlegało kategoriom dobra i zła, czasu czy przestrzeni, przeszłości czy przyszłości. Jest to doświadczenie czy świadomość przekraczająca te rozróżnienia i odczucia; ponieważ nie da się w żaden racjonalny sposób ani mentalnie ani obiektywnie [vide: naukowo – przyp. aut.] doświadczać swego umysłu co zawsze jest z tobą; tak jak nie możesz bez sztuczek zwierciadlanych zobaczyć swoich oczu, a twoje oczy nie mogą zobaczyć siebie. Oczy widzą jedynie rzeczy na zewnątrz – rzeczy obiektywne czy także dokonywać projekcji siebie jako jakiejś rzeczy obiektywnej, by móc się nad nią zastanawiać; bo choć umysł jest zawsze po twojej stronie zwłaszcza w tym co widzisz nie jest tylko twoim umysłem, jest to umysł uniwersalny, zawsze ten sam, nie różniący się od umysłu kogoś innego a nawet więcej chociaż go wcale nie znasz to jednak dobrze wiesz że jest w danej chwili tam gdzie coś widzisz; jako że prawdziwy umysł ma naturę obserwującą acz bezapelacyjnie nie-rozróżniającą gdyż żeby ujrzeć w rzece rybę musisz obserwować wodę więc jeśli jedynie skupisz się na obserwacji wartko drobiącej wody ujrzysz i to piękno błyszczące w słońcu; tak więc prawdziwa natura jest patrzeniem na wodę a kiedy ryba w końcu przepływa (jak twoje aktywne „ja” w zazen) bezmierna woda wraz z konkretną twoją rybą stają się jednym i tym samym że nie ma nic oprócz ryby; w rzeczy samej nie możecie znaleźć Natury Buddy poprzez wiwisekcję [jak umysłu w mózgu ludzkim – przyp. aut.] Rzeczywistość nie może być uchwycona przez myślący czy odczuwający umysł. Prawdziwą naturą jest obserwowanie własnego oddychania, własnej postawy, chwila po chwili. Poza tym nie ma żadnego sekretu; a zatem niejako dochodząc do samej istoty celowej praktyki zazen należy stwierdzić że japońska szkoła zen nie polega na jakiejś wysublimowanej nauce co dąży do jaskrawego oświecenia lecz na prostej afirmacji naszej prawdziwej natury w naszym pustym acz pełnym umyśle; z początku może to być rodzaj wiary, ale później jest to coś, co studiujący odczuwa albo [odkrywa że – przyp. aut.] już ma co także stoi w niespójnej sprzeczności z pewnymi wyobrażeniami człowieka w domyśle o wolności fizycznej czy do działania a pozytywnie przejawia się w wolności rozumianej po przekątnej od wszelakiego cierpienia jakie za sobą niesie pojęciowe zniewolenie; a na takiej drodze utwierdzania się w naturze rzeczy nie kłębią się już więcej żadne opary iluzorycznego absurdu zwłaszcza wiary w to co jest dla mnie dobre a co złe co kiedy indziej znowu dogodne a co nie - jako że moje „ego” ma od samego początku aż po następny ten sam początek swobodnie przestrzegać reguł i zasad praktyki zazen bez zbędnego rozróżniania ku prawdziwej wolności jaką potem daje czysty umysł zen; co sprowadza się także do tego że zen nie jest jedynie dla człowieka, który potrafi skrzyżować nogi lub który ma wielkie duchowe zdolności. Każdy z nas musi znaleźć jakąś drogę, żeby urzeczywistnić prawdziwą naturę. Celem praktyki jest mieć bezpośrednie doświadczenie [świadomość – przyp. aut.] natury Buddy, którą każdy ma. Twój wysiłek powinien rozciągać się na uratowanie wszystkich odczuwających istot ludzkich; minimalistyczna szkoła zen Suzukiego to naturalna prawda wciąż prowadząca do „realnej” iluminacji aczkolwiek dla człowieka Zachodu bardziej przystępne jest takie rozumienie w którym zen staje się raczej czystą filozofią, nauczycielką życia także co ważne swoistą drogą postępowania etycznego gdzie nieortodoksyjnie jakakolwiek wiara w ujęciu religijnym nie jest tak bardzo istotna jak stan równowagi duchowej między tym co jawi się przemijalne w nieustannej zmienności czystej natury w tym rozumiejącej jaźni człowieka a tym co jest paradoksalnie doskonałe na naprzeciwległych krańcach zbiegających się ze sobą pozornych przeciwieństw; może jeszcze na koniec krótkie ćwiczenie zazen powiedzmy tak jak stoisz czy siedzisz: najpierw spójrz na jakieś miejsce przed sobą a potem na chwilę zamknij oczy i ponownie otwórz je obejmując spo(we)jrzeniem to samo acz przecież inne o ten właśnie moment pole działania – to nowe widzenie zawsze po raz pierwszy i ostatni oglądanego przedmiotu jest zaiste magicznością świata…

Szechina w Krainie Zohar...

archiwistaArchiwista Marthy Cooley – amerykańskiej pisarki, eseistki i tłumaczki przede wszystkim literatury włoskiej to debiutancka powieść psychologiczno-obyczajowa której pospolita akcja toczy się w amerykańskim środowisku naukowo-studenckim prywatnej acz nieznanej nam bliżej szkoły wyższej gdzieś niedaleko Nowego Yorku generalnie w latach siedemdziesiątych zeszłego stulecia; z perspektywy której wobec potencjalnego czytelnika a i czasem do młodej studentki literatury Roberty Spire snuje swoją opowieść życiową Matthias Lane - wówczas już 60-letni wdowiec a i niepozorny archiwista – wielbiciel poezji metaforycznej Thomasa Stearnsa Elliota w tym strażnik biblioteczny jego intymnych listów do amerykanki Emily Hale z którą łączyła brytyjskiego poetę niesakramentalna więź co najmniej poetyckiego zrozumienia; choć na prawdziwą a więc cichą bohaterkę powieści Cooley wyrasta raczej Judith którą Matt poznaje w waszyngtońskiej bibliotece pod koniec II wojny światowej poznaje jak głośno siedzi nad kartkowanym właśnie albumem z ezoterycznymi tekstami w zasadzie nad studiami o Kabale i tamtejszymi Drzewami Życia czy może i Śmierci; a młoda kabalistka mówi do nieopierzonego jeszcze Matta że także czyta Eliota, ponieważ rozumiał on, w jaki sposób świętość tkwi w czasie, jest czasem. Dla mnie czytanie jego wierszy było jak próba schwytania motyla. Motyl zbliża się na tyle, że widzisz wzory na jego świetlistych skrzydłach, lecz gdy wyciągasz rękę, już go nie ma – chowa się pomiędzy innymi migocącymi mieszkańcami świadomości. W tym zbliżaniu się, a nawet w owej niemożności uchwycenia jest coś przyjemnego. Nie przeszkadza mi niejasność wierszy Eliota (jaki bowiem pożytek z owada, który leży na aksamicie przebity szpilką, wspaniały, lecz martwy?); wkrótce pierwsza znajomość i fascynacja sobą przeradza się w miłość a ona nieuchronnie stawia młode poetyckie dusze na ślubnym kobiercu niemalże w przeddzień zakończenia działań wojennych w dalekiej Europie; niestety wczesne dzieciństwo i późniejsza dojrzałość Judyty u boku nieprzypadkowo przybranych i bezdzietnych rodziców jest tak samo mroczna niejako skąpana w skrywanej historii rodzinnej jak egzotycznie brzmiąca kabalistyczna wiara w czysto kreacjonistycznej wizji stworzenia człowieka; gdzie najpierw przyszło światło, potem słowa: na początku świetliste zwierciadło. Najpierw światło, potem język, najpierw ein-sof [z hebr. – myśl boża co rozciąga się bez końca] to co niepoznawalne, potem całkiem pomieszane litery Tory, z których mieliśmy jakoś skonstruować świat [podczas gdy – przyp. aut.] Adam, człowiek z prochu, rozbił święte naczynia i na wszystkie strony rozproszył światło niczym drobiny bladego prochu, z którego powstał, i pozostawił to, co kabaliści nazywają skorupami. Pozostawił nas rozbitych, niepełnych, bez słów, nasze dusze pojedynczo powiązane z literami Tory, ale nijak nie połączone z sobą, rozdzielone pośród Teraz i Tutaj; wkrótce również na i tak utrąconą psychikę walecznej jak deuterokanoniczna księga Judyty nakładają się coraz okrutniejsze gazetowe relacje osób które przeżyły w Europie haniebny Holocaust i wtórujące im jak złowrogie echo poczucie winy skierowane ku sobie jak i przeciwko amerykańskiej diasporze żydowskiej co spoglądała na zagładę europejskich braci w wierze w skrywanym dotąd milczeniu; a na domiar złego także sam dotąd spójny emocjonalnie związek małżeński ze statecznym archiwistą przeżywa swoje pierwsze kaprysy nieporozumień mieszając jak w Kabale ponad-światopoglądowe uczucie wspólnego przeżywania świata z zawsze dalekimi od ideału para-różnicami rozeznania religijnego; albowiem chrześcijaństwo posuwa się za daleko w kwestii łaski, powiedziała Judith. Jakby była ona zagwarantowana – a przecież nie jest. Jesteśmy tu po to, żeby zadość-uczynić za naruszenie prawa [mojżeszowego –przyp. aut.] aby odzyskać łaskę. To jest nasze zadanie; co potencjalnie jawi się zupełnie inaczej niż u samego Matta dla którego to właśnie taka darmowa łaska kieruje jego wzrok ku wizerunkowi Krzyża ponieważ obrazoburczo wierzy, że Bóg zasadził tam ten obraz niczym drzewo, mocne drzewo, po którego konarach mogłem się wspinać, a potem na nich odpocząć, jak w czyichś ramionach odnajdując swoją wyjątkowość w takim nieco symbolicznym narzędziu śmierci Chrystusa; tak więc dosyć szybko okazuje się że Judyta nie nadąża już za przesypującą się między rozbieganymi oczami "obcą" teraźniejszością i za sugestią Matta (może apostolskiego Macieja) dobrowolnie oddaje się w ręce doktora Claya w Klinice Ozdrowieńczej gdzieś nieopodal Nowego Yorku; gdzie pisze swój intymny dziennik i tworzy ukochaną poezję, gdzie słucha ulubionej muzyki jazzowej i znowu acz nielegalnie czyta gazety codzienne oraz nadal niejako zgłębia kabalistyczne wątki z tajemnic królestwa Tory niechętnie współpracując z pozostającym bez rozumiejącego wyrazu i wciąż nazbyt teoretycznym psychologiem; a w swym osamotnionym przecież poczuciu zbiorowej winy za to co i tak się już nie odstanie a co jawi się niczym Azazel jako kozioł ofiarny na którym spoczywały wszystkie grzechy Żydów prosi w modlitwie Hadesz jameinu ke-kedem samego Stwórcę: Stwórz nasze dni na nowo, jak dawniej. Otwórz przed nami bramy skruchy; którą nasza waleczna Judyt niczym anonimowi więźniowie obozów koncentracyjnych bierze chyba zbyt dosłownie na siebie lecąc jak ofiara w przepaść swego zatracenia ze świadomością że wszystkie kości ludzkiej niezgody rozpękną się w niej samej zanim jeszcze dotkną prozaicznej ziemi; w realności której prześwietnie się czuje urażony w swej dumie doktor Clay stronniczo przepisując pacjentce terapię elektrowstrząsami co brzmi w uszach zdeterminowanej Judyty jako widoma oznaka nieuchronnego wyroku śmierci czy może właśnie przejścia przez bramę; choć wciąż pozostającego ze spisanym w dzienniku prawem do ostatniego tutaj jeszcze słowa że tylko tego mężczyzny [Matta – przyp. aut.] pragnęłam, tego, który nie chce teraz patrzeć na to, co ja zobaczyłam, ani chwycić mnie, objąć, powiedzieć mi tak, widzę to, tak, ale wciąż jeszcze mamy siebie; znakomita powieść Cooley to wnikliwe studium namiętności do poetyckiego życia oraz potęgującego się wraz z nim szaleństwa w poczuciu wspólnoty i odpowiedzialności za losy drugiego zwłaszcza nieznanego mi człowieka gdzie zwłaszcza zaufanie do najbliższej ci osoby więcej znaczy niż najprzedniejsza metryka wystawiana sobie samemu w krzywym zwierciadle tak samo przemijających nam wszystkim nocy i dni…

Na atolu wszechobecnej świadomości...

ken wilberNiepodzielone Kena Wilbera – amerykańskiego filozofa, socjologa i psychologa przejawiającego nadzwyczajne zainteresowania pankulturową duchowością i mistycyzmem acz w tym przede wszystkim propagatora psychologii transpersonalnej i integralnej teorii świadomości to swoisty przewodnik po rodzajach rozważań filozoficznych i klinicznych terapiach psychologicznych – od psychoanalizy po zen, od psychologii postaci po medytację transcendentalną, od egzystencjonalizmu po tantrę; gdzie świadomość na jawie jest tylko, szczególnym rodzajem świadomości, podczas gdy wszędzie wokół, oddzielone od niej cieniutkimi błonami, znajdują się zupełnie inne rodzaje świadomości; w tak codziennie niecodzienny sposób że świadoma realność jest poddawana ciągłej próbie na nie-istotnej wyspie pośród ogromnego oceanu niezgłębionej świadomości, oceanu, którego fale nieustannie biją w ochronne rafy naszej normalnej świadomości, aż wreszcie zupełnie spontanicznie, wtargną do wewnątrz, zalewając naszą wyspiarską świadomość, wiedzą o olbrzymiej, w większości nie zbadanej, lecz na wskroś realnej krainie może odkrywanego Nowego Świata; o którym Wilber mówi że jest jak miłosne wzięcie w ramiona wszechświata co jawi się świadomością jedyną w poczuciu fundamentalnego zjednoczenia z całym wszechświatem, ze wszystkimi światami: doczesnym i wiecznym, niebiańskim i ziemskim – tą świadomością kosmiczną, tym niejako pra-stanem najwyższej jedności zwanym jakoś i w holistycznym skrócie Wszystkim; ponieważ to doświadczenie transcendentalnej łączności we Wszystkim stanowi sedno odwiecznej filozofii – philosophiae perennis - w której spotykają się wyznawcy wszystkich religii świata – hinduizmu, buddyzmu, taoizmu, chrześcijaństwa, islamu czy judaizmu; a do miana niemal nowej religii dorasta stwierdzenie Wilbera że najwyższa tożsamość stanowi prawdziwą naturę i możliwy do osiągnięcia stan wszystkich istot czujących a to co od niej nas oddala to świadomość zawężania się naszego świata w wartościujących pojęciach i wręcz świadomego odwracania się od prawdziwej natury wszechrzeczy w codziennym utwierdzaniu się o realnych granicach swego „ja”; albowiem kluczowe dla zrozumienia siebie pytanie dobija się do drzwi kołatającego pytajnika a więc „Kim jesteś, człowiecze?”; a wtedy można powiedzieć – jak mówi Wilber – że opisujesz twoje ja, na ile je znasz, podając najbardziej istotne fakty, zarówno dobre, jak i złe, wartościowe i bezwartościowe, naukowe i poetyckie, filozoficzne i religijne, które uważasz za składające się na istotę twojej tożsamości; a choć lista twoich odczuć i przemyśleń począwszy od cech osobowościowych poprzez znamiona aktywności społecznych i zawodowych aż po przejawy idiomatycznych preferencji z gatunku „to lubię” będzie zapewne długa to tak naprawdę chcąc nie chcąc wytyczasz w umyśle linię, czy też granicę, przecinającą całe pole twego doświadczenia: wszystko, co znajduje się wewnątrz tej granicy, nazywasz lub odczuwasz jako swoje ja, wszystko zaś, co pozostaje na zewnątrz tej granicy, odczuwasz jako nie-ja. Innymi słowy, twoja tożsamość zależy wyłącznie od tego, gdzie przeprowadzisz tę linię graniczną; toteż będąc zawsze subiektywnie wysokim jeśli na ten czas utożsamiasz się z kategorią na przykład „wysoki” to rozpoznajesz się jako osoba wysoka a kiedy wytyczasz granicę choćby między byciem człowiekiem a czemuż by nie krzesłem to przeprowadzasz w umyśle konstrukcję która utożsamia cię z twym człowieczeństwem a nie czteronożną postacią przedmiotu martwego czyli rzeczą; a więc zawsze konstruując granice pomiędzy tym co jest tobą a co tobą nie jest po prostu opisujesz się w pewnych granicach i w obrębie tej właśnie linii zaś kryzys tożsamości następuje wtedy gdy nie potrafisz zdecydować się - jak i gdzie - należy przeprowadzić ciągłą demarkacyjną twojego „ja”; a zatem lub innymi słowy, „Kim jesteś?” znaczy w istocie „Gdzie przeprowadzasz granice?”; po czym gdy niejako zostaną już wytyczone ogólne granice twej aktualnej tożsamości, twego konstruktu wewnątrz-światopoglądowego czyli niejako w okręgu ale opisanego umownymi granicami buduje się bardziej złożone odpowiedzi na pytania które mogą przybrać jeszcze bardziej złożone formy pewnych dookreślników o charakterze naukowym, teologicznym czy ekonomicznym bądź przeciwnie pozostać wciąż bardzo proste i w zasadzie nieartykułowalne; co ciekawe jak dopowiada Wilber że linia graniczna może podlegać przesunięciom i często tak się dzieje. Można ją wytyczyć od nowa. W pewnym sensie człowiek może przetworzyć mapę swej duszy i znaleźć w niej obszary, których nigdy nie uważał za dostępne, czy nawet pożądane a w swym doświadczonym radykalizmie twórczym posunąć się także do kontr-płaszczyzny najwyższej tożsamości gdzie granice ja rozszerzają się wtedy do tego stopnia, że zawierają w sobie cały wszechświat. Można nawet powiedzieć, że granice całkowicie zanikają, ponieważ człowiek utożsamia się wtedy z jedną harmonijną całością, w której nie da się wyróżnić wnętrza i zewnętrza, toteż nie ma gdzie przeprowadzić linii granicznej; a wtedy wszystko co do tej pory wydawało się nam sprzeczne, przeciwstawne czy wręcz nastawione antagonistycznie widzi się właśnie implicite jako ściśle nierozłączne i jednako tożsame z sobą; ponieważ choć w zasadzie lepiej na przykład za każdym razem, gdy coś kupujesz, ktoś inny, w ramach tego samego wydarzenia, coś sprzedaje. Innymi słowy, sprzedaż i kupno to po prostu dwa końce  j e d n e g o wydarzenia, a mianowicie jednej transakcji handlowej; po czym takie nasze nowe postrzeganie ewoluuje od poziomu tego co wydawało się nam wcześniej w sprzeczności skrajnie odległe ku jaskrawemu przeciwieństwu takiego rozumienia co sytuuje choćby taką jak wyżej interakcję transakcyjną w perspektywie nierozłączności i współistnienia pozornych antagonizmów oraz pozwala spojrzeć na dookolną rzeczywistość oczami w których staje się oczywiste, że nie ma góry bez dołu, wygranej bez przegranej, rozkoszy bez bólu [wreszcie i – przyp. aut.] życia bez śmierci; niczym w mocnym taoistycznym przesłaniu Laoziego – starożytnego mędrca chińskiego i archiwisty na dworze cesarskim – że gdy cały świat uznał piękno za piękno, wtedy pojawiła się szpetota. Gdy wszyscy uznali dobro za dobro, wtedy powstało zło. W ten sam sposób: Byt i Niebyt wzajemnie się rodzą. Trudne i łatwe  wzajemnie się dopełniają. Długie i krótkie wzajemnie są sobie miarą. Wysokie i niskie są względem siebie zależne. Dźwięki i tony wzajemnie tworzą harmonię; a i wbrew pozorom „trzeźwości” takie myślenie nie jest skażone czy wyłącznie zarezerwowane dla enigmatycznej frazeologii mistycznej tego a może innego wyznania czy też jakiejś tam filozofii i równie skutecznie rozwija się na płaszczyźnie nauki pozytywnej; gdzie taka jedność przeciwieństw staje się na naszych oczach rzeczywistością doświadczalną choćby we współczesnej fizyce w jej znaku firmowym czyli teorii względności; której przedefiniowanie w relacyjnym stosunku dawnych przeciwieństw: ruchu i spoczynku sytuuje obie zmienne w kontinuum tego gdzie ruch jest już spoczynkiem a spoczynek ruchem; jako że ciało, które dla jednego obserwatora znajduje się w stanie spoczynku, dla innego w tym samym czasie porusza się. Znika także rozróżnienie na fale i cząsteczki, jak również kontrast między strukturą a funkcją; a wydawać by się mogło dotąd zantagonizowany aspekt sztywnego podziału rzeczywistości na energię i masę w słynnym skądinąd równaniu nie wytrzymuje próby czasu którego brutalnym świadectwem jest zwłaszcza Hiroszima; w podobnym duchu kształtuje się zależność między podmiotem i przedmiotem które w czystej formie nie występują w naturze łącząc się ponad subiektywnie brzmiącymi podziałami w jedną współzależną strukturę; ponieważ to samo dotyczy czasu i przestrzeni, nie możemy już dłużej mówić o przedmiocie, który jest umiejscowiony w przestrzeni i podlega zdarzeniom w czasie, lecz tylko o zdarzeniu czasoprzestrzennym. Krótko mówiąc, współczesna fizyka stwierdza, że rzeczywistość daje się postrzegać tylko jako jedność przeciwieństw a nawet więcej że każdy element wszechświata jest przypływem i odpływem leżącej u podłoża energii czy aktywności i faktycznie posiada istotę w swej zdematerializowanej istocie - wiecznie wibrującą; w ujęciu terapeutycznym daje się to szczególnie odczuć podczas medytacji transcendentalnej w para-doświadczeniu że posiadam ciało, lecz nie jestem mym ciałem, że także posiadam pragnienia, choć wcale nie jestem moimi pragnieniami, że również posiadam emocje, lecz nie jestem mymi emocjami, że w końcu posiadam myśli, acz nie jestem nimi bo to co może być [choćby intuicyjnie – przyp. aut.] poznane, nie jest prawdziwym poznającym. Myśli przychodzą do mnie i opuszczają mnie, lecz nie mają wpływu na moje wewnętrzne ja; zwłaszcza gdy utożsamiasz się za bardzo z jakimś problemem, zmartwieniem, stanem umysłu, wspomnieniem, pragnieniem, doznaniem cielesnym lub emocją – wtrącasz się w niewolę, ograniczenie, strach i ostatecznie śmierć [duchową – przyp. aut.]; a do ostatecznego a zarazem pierwszego stanu subświadomości człowieka dochodzi się bynajmniej nie żadną nadzwyczajną techniką nawet medytacyjną ani taką czy inną drogą czy ścieżką samopoznania duchowego, religijnego może i filozoficznego ponieważ ostateczne - jak ujmuje to mistrz Eckhart - jest ze swej natury wszechobecne; a więc jeśli stale szukamy gdzie indziej, faktycznie oddalamy się od odpowiedzi, w tym sensie, że jeżeli będziemy sięgać poza naszą kondycję jej znaczenie nigdy się przed nami nie otworzy; bowiem już samo takie poszukiwanie skazuje nas na zawód smętnej porażki jako że odsuwając się od teraźniejszego, holistycznego i kontekstowego doświadczania siebie nie szukamy odpowiedzi lecz uciekamy (się) nie do niej a od niej; psychologiczna teoria rozwoju osobowości człowieka poprzez integrystyczne i hierarchiczne pola subświadomości w wiecznym „tu i teraz” Wilbera to faktycznie udana próba rekonstrukcji plotyńskiej koncepcji prajedni jako również czystej siły twórczej człowieka z którego emanuje wszystko co nadaje jego życiu sens, wartość i nie inaczej jak... nieśmiertelność…