Syndyk panoszącego się filisterstwa...

olbinskiW tomiku ze 159 wierszy Stanisława Barańczaka liryka statecznie płynie unosząc do nieba czyste wyrazy parującego dziękczynienia ku emigrującemu za-patrzeniu się na obrazie dedykowanym przez Rafała Olbińskiego zanikającemu punktowi widzenia o starych dobrych czasach; ponieważ Daję Ci słowo, że nie ma mowy tak precyzyjnej w wyrazie jak uścisk czyjejkolwiek dłoni na zgodę ani tak celnej w rykoszecie przenośni zNikąd za którą potem poeta i bez szemrania dałby sobie uciąć tę rękę; bo kto daje słowo słucha tylko siebie samego nie dając wtedy niczemu ponad wiary zwłaszcza że to przyziemne teraz właśnie więcej wszystkim daje do myślenia a kiedy w końcu nastaje na ciebie uparcie ta osobliwa samotności chwila że nie ma już do kogo ust otworzyć nie pomoże ci ani żadna dobra rada ani górnolotny w niej sens by nie dawać tobie przygodny czytelniku tego tylko słowa do wyboru; Co Będzie Świadectwem nie na kartach przedartych podręczników historii, których nikt nie otworzy ani w gazetach co gubią się w strachu przekrzykiwania się na potęgę ani też w śniedziejących po szufladach listach wciąż czekających na swego Kolumba czy może niezdrowej po czasie literaturze schlebiającej interesownym gustom; bo to co pozostanie, to otwarte oczy tego dziecka co nie rozumie równania z wieloma niewiadomymi naszego świata zamkniętego i docieka naszej niewyrachowanej prawdomówności; a jeśli ono zamilknie z niewidomym trzaskiem i zatrze się w trybach doznawania jedynie siebie już nic nie uchroni nas od tego próżnego domorosłego mniemania co kiedyś da naszej prawdzie otwarte świadectwo; widocznego zwłaszcza nieuzbrojonym okiem niczym proste Zdjęcie tak więc nie ruszaj się; tak brawo niech przejdą obok ciebie ci nieznani nam ludzie i ich sprawy z którymi zbyt mało masz wspólnego; ergo jeszcze chwilkę trzymaj sztandar swego oddechu na uwięzi i spokojnie już czekaj niech tylko przybliżę się ociupinkę ignorując miliony pikseli niepotrzebnie cudzych nieszczęść i słów; azali tego nie wiesz ale pozostaje wciąż do poruszenia ten półautomatyczny spust migawki ponieważ to żywa ostrość twego wizerunku na jawie pozwala uchwycić twój sen, twój cień; krótko mówiąc jeszcze muszę połapać się w świetle z opadającej przesłony to ona wszak pomoże nam żeby twoje linie malowały się na twarzy, na murze w tle wyraźnie a potem jeszcze bardziej przejrzyście zsumowały właśnie te myśli, nie inne; a teraz stój i zatrzymaj się sztywno w kadrze o tak w takiej jak zwykle niewyszukanej pozie tyle że zmierzch pod stołem twojego nieba rozdaje już karty a mnie do diaska pozostaje jeden tylko jednorazowy flesz; w moralizatorskiej liryce lingwistycznej Barańczak jako reprezentant powojennego nurtu „Nowej Fali” ucieka od języka płasko-oficjalnej nowo-mowy a przez to niejako podejmuje się krytyki ustalonego porządku rzeczy angażując się politycznie i społecznie po stronie uciskanego człowieka w zniewolonym systemie ideologicznym; albowiem według naszego przyszłego parnasisty i niezrównanego wirtuoza poetyckiej formy poezja powinna być zawsze wyrazem zdystansowanej nieufności, wiecznym krytycyzmem i jawną demaskatorką wszelkich nienaturalnych krzywizn dopóki ze świata nie zniknie ostatnie kłamstwo dopóty nie zmorzyła go ta zbyt trudna do zniesienia a i mało poetycka choroba co zawsze wytrąca swobodnie smolące pióro z rozdygotanych rąk; choć przecież wciąż pozostaje jeszcze niedomknięta Źrenica w której byłem bynajmniej nie kątem oka co rozwarło się ufnie jak chłodna woda, jak chłonne [ech samotne – przyp. aut.] wołanie dobywające się z ocembrowanego do kości ludzkiego oczodołu; a także jak byłem w źrenicy tak bardzo jak tylko może przed siebie nienasycenie spoglądać jedynie zdradziecki bazyliszek; choć również byłem w źrenicy tak jasno że przenikała ona na wskroś całą jaskrawość i wwiercała się w zapomniane przez wszystkich popioły znacznie głębiej niż w szare zwoje twoje pokątne pisanie w których jeśli nawet jestem, to umarły; a gdzie mu wciąż leży tamten Śnieg VI niczym biało farbowany lis, ten świat co zawsze grozi wilkiem jeśli przysiądzie się zwłaszcza na owczej skórze śniegu a wtedy nawet i kożuch nie pomoże wyprany i tak chemicznie ze Wszystkiego; więc lepiej nie czekaj na poetyckie przesłania już dłużej a tym bardziej nie zwlekaj co chwila bo wiatr ciepły dobierze się [futrom - przyp. aut.] do skóry i wyjdź naprzeciw w zasadzie wprost na spotkanie tego wilka, tamtego lisa, swego przecież świata co przebrany, nieprzebrany dybie na ciebie jak drapieżnik pstrokatymi ślepiami igraszek czy może wciąż świeżymi tropami w przystępie do fiołków, rdzy, błota i wilg; a wtedy Co mam powiedzieć tobie że to świat, czytelne „tak” a może wręcz odwrotnie zawsze tak samo niespodziewane; a nie lepiej powiedzieć że po prostu wierzę co i tak Będzie powiedziane na zbyt wiele odmian w konstelacjach łysych bezokoliczników czy stawianych na baczność wołaczach zniewolonych przypadków acz niezbicie z dala od pełnego zdania w prostocie oznajmującego o Wiedzącym Niemym, który osiadłszy w [naszym - przyp. aut.] tętnie, tka niespodziewane; co zostaje wypowiedziane naszemu poecie w powiewie, w wietrze w przeczystym interwale że aż ściska za gardło krztuszącym słowem, uwięzłym między podziwem a gniewem; które głośno powszechnie wyartykułowane wciąż pozostaje niespodziewane a i tobie właśnie zaświadczy że – wierzę – będzie powiedziane; tak więc jeszcze Całe życie przed Tobą gdzie cały świat czeka na ciebie jak poczekalnia z tyloma twarzami wtulonymi w twoje pierwsze spojrzenie; niby w poprzek przebierającego nogami bezsennego marzenia o jutrze niby rozwleczonego pomiędzy bagażami przeszłości a teraźniejszymi sprawunkami naocznie widzianymi za oknem; w zasadzie tego wszystkiego co jawi się przed tobą całe acz wciąż bardziej obce że – i [naraz – przyp. aut.] jest; i [pomimo tego właśnie – przyp. aut.] żyje; i [tak nienagannie – przyp. aut.] żyjąc wzywa [akurat – przyp. aut.] ciebie; bo rodząc się do swej doczesności w takiej właśnie cielesności nawet teraz nie za wiele więcej wiesz ponad to żeś tylko w jedno się przedarł życie że cała czy raczej zupełnie inaczej znacząca wręcz pozostała reszta czeka cię, obca i żywa…

Nihilista pielgrzymujący...

cioranNa szczytach rozpaczy Emila Ciorana – rumuńskiego filozofa i eseisty podróżującego po obrzeżach prowokacyjnego nihilizmu oraz abnegatywnego myślenia to pomimo upływu znacznego czasu wciąż kontrowersyjne mini rozprawy o podstawowych w naszej kulturze europejskiej wartościach (pojęciach) ponadczasowych i emanacjach czy może jeszcze mocniej imaginacjach umysłu człowieka co zwie się zwłaszcza duchem ludzkim; ponieważ życiem kogoś takiego – jak Cioran – kierują już tylko pobudki pozbawione motywacji. Gdy jest się na szczycie rozpaczy, tylko pasja absurdu może jeszcze rzucić snop demonicznego światła w chaos otwarcie panujący w głowie; a dzieję się tak wówczas gdy na gruzach ideałów moralnych, estetycznych, religijnych czy społecznych krzewią się już głuche chwasty nicości; po czym życie i jego cel przybierają barwy ochronne związane z absurdem poprzez umiłowanie absolutnej niepotrzebności, tzn. czegoś, co nie może przyoblec się w konkretny kształt, ale co dzięki swej fikcyjności jest w stanie stymulować iluzję życia; ta jego poniekąd pasja ku absurdowi tak naprawdę absolutyzuje postawy ludzkie które choćby na krótki czas dają sobie spokój ze wszystkim tym w co wierzy cywilizowany człowiek aby życie nie tyle wyrażało pełnię w domyśle możliwości co przede wszystkim w swych możliwościach negowało taką potrzebę i w geście szaleństwa sięgało po zenit paradoksalnego absolutu; i – jako rzecze Cioran – tylko [ci szaleńcy – przyp. aut.] mają prawo wypowiadać się o życiu. Można powrócić do miłości lub spokoju ducha – ale tylko poprzez heroizm, nie poprzez nieświadomość; bowiem w tym szaleństwie jest pokrętnie filozofująca quasi-metoda co jednak stanowi jakąś tam wartość samą w sobie ponieważ dopiero gdyś posmakował wszystkich trujących rozkoszy absurdu, jesteś całkowicie oczyszczony; bo dopiero wówczas [niczym Raskolnikow – przyp. aut.] wewnętrzny proces samolikwidacji doprowadziłeś do ostatecznego wyrazu. A czy wszelki ostateczny wyraz nie jest czymś absurdalnym; definiując subtelności różnic między samotnością indywidualną a kosmiczną pryncypialnie neguje oba stanowiska a w zasadzie sprowadza do jednego wspólnego mianownika; gdzie swoistą samotność swego subiektywnego wrażenia o zawieszeniu i niejako wrzuceniu w świat w chaosie naturalnym zrównuje z kosmiczną wizją świata porzuconego, nieodwracalnie wydanego na pastwę lodowatej samotności, do której nie docierają nawet najsłabsze odblaski wieczornego światła - prozaicznie czy może wręcz wprost proporcjonalnie sumując porównanie defetystycznym i nie różniczkowym zobojętnieniem sceptycznym; ponieważ czysty tragizm jego wyznającej egzystencji brzmi: Wszystkim, którzy przyjdą po mnie, oznajmiam na piśmie, że nie mam w co wierzyć na tym świecie i że jedynym wyjście jest absolutne zapomnienie w którym jestem jedynym człowiekiem żyjącym bez nadziei [może beznadziejnie – przyp. aut.]. A to jest szczyt heroizmu, paroksyzm i paradoks heroizmu [tak aby – przyp. aut.] nie być niczym, uciec przed duchem i świadomością w absolutne nie-istnienie; bowiem w takim piekle zgniłego absurdu chyba nikt już nie wie co jest dobre a co złe a moralność staje się zakładniczką uporządkowanego konsumpcjonizmu a więc jest bardzo złożona i pełna sprzeczności, ponieważ jej wartości nie konstytuują się już w  p o r z ą d k u  ż y c i a (sic!); wykrystalizowały się w rejonach wobec niego transcendentnych, a ich więzi z irracjonalnymi, witalnymi popędami są już słabe [ucieczka w bergsonizm – przyp. aut.]; a taki Cioran chce kochać tylko taki świat w którym nie byłoby kryteriów, form ani zasad, świat absolutnej nieokreśloności [pełen – przyp. aut.] fantazji i snu, skąpany w pomarańczowych blaskach, gdzie nie mówiłoby się o dobru i złu, gdzie cała ta gadanina o ważności norm nie miałaby już żadnego sensu [no i jesteś w raju – przyp. aut.]; choć spadając na ziemię nie wypada syczeć i jeszcze dotkliwiej kąsać sceptycznie gdyż życie cnotliwe co jawi się mu strachliwym czy naprzeciwlegle epikurejskie w ostatecznym rozrachunku spowija mgła nicości podróżującej ku wieczności; więc z dwojga złego na jednego każda nie zaspokojona przyjemność to stracona okazja do życia. Nie będę w imię cierpienia odwodził świata od przyjemności, orgii, od używania nad miarę. Jedynie ludzie tuzinkowi mówią o konsekwencjach przyjemności i „na drugą nóżkę” rzecz jasna nie zapominają o umieraniu ze starości; albowiem w perspektywie rychłego nie-istnienia taka moralność chce zrobić z tego życia tylko sumę straconych okazji; w kolejnej negacji jak to bywa w sztuce dla sztuki nie może mieć sensu życie w historii, posiadanie ideałów, myślenie o kulturze albo o problemach społecznych; ponieważ historia to coś co trzeba przekroczyć a przeszłość czy teraźniejszość a także przyszłość to pojęcia same w sobie i do tego neutralne w których tobie powinno być obojętne, k i e d y  i  g d z i e  żyjesz; cóż może być – jak peroruje Cioran – ciekawego w badaniu ideałów innych epok, ludzkich wierzeń albo konwulsji paru (sic!) syfilityków [czyżby świeża aluzja do Władimira Iljicza Uljanowa – przyp. aut.]; więc nie człowiek i historia, ale człowiek i wieczność – oto relacja jedynie ważna na tym świecie, gdzie nie warto nawet oddychać (sic!); a dalej ciągnąc paroksyzm tego wzburzonego jak burza w szklance wody a i w ciemnościach nie-do-patrzonego myślenia Ciorana przekraczając historię uzyskujesz nadświadomość, która stanowi ważnym element doświadczenia wieczności. Nadświadomość [zaiste nietzscheańska – przyp. aut.] prowadzi cię tam, gdzie antynomie, sprzeczności i niepewności tego świata nie mają już żadnego znaczenia, gdzie nie wiesz już, że istniejesz i że umierasz; za to u tych pozostałych - nasz zakarpacki abnegat - widzi w ich świadomości błąkającej się ku wieczności jedynie strach przed śmiercią choć zaraz i o dziwo świetliście dodaje że głębszy sens doświadczenia wieczności polega na tym, że dzięki niemu zapominasz o śmierci; albowiem według Ciorana człowiek to nieszczęśliwe zwierzę porzucone na tym świecie, zmuszone szukać sobie własnego sposobu życia, jakiego przed nim natura jeszcze nie znała; tak więc summa summarum lepiej nie być w ogóle hominem cum cogitaret a właśnie kwiatem co usycha w zakorzenieniu i więcej już nie wątpić w sens swego człowieczeństwa; ponieważ tylko ci, którzy swego człowieczeństwa nie przeżyli z największą intensywnością, mogą odczuwać z niego dumę, gdyż dopiero  p r a g n ą  stać się ludźmi. Toteż ich zachwyt jest naturalny. Pośród ludzi są tacy, którzy o niewiele tylko wykroczyli poza zwierzęcą lub roślinną formę istnienia, jest tedy zrozumiałe, że podziwiają oni człowieczeństwo i pragną go. Ci jednak, którzy poznali, co znaczy być człowiekiem, chcieliby stać się czymkolwiek – byle nie człowiekiem; a taki wilczy niemal głód przekraczający naturę samego stworzenia rodzi w Cioranie jedynie pragnienie aczłowieczej transformacji w formę bardziej roślinną czy kiedy indziej w postać cudnie śpiewającą nad koronami drzew choćby z całym bagażem lekkiej jak piórko a może także ździebełko ważącej ptasiej niewiedzy; gdyż tylko taka kosmiczna przygoda, przeżywana wewnątrz najgęstszego nurtu życia, w jego organicznej głębi, tylko takie krążenie w zawiłości form zwierzęcych i naśladowanie naiwnej (sic!) malowniczości roślin mogłoby jeszcze rozbudzić we mnie ochotę, by stać się na powrót człowiekiem [a to już raczej wątpliwe – przyp. aut.]; a więc z poziomu ludzkiej świadomości zwierzę wcale nie może być niczym innym niż samo jest w swej prostej istocie za to człowiek w istocie rzeczy przecież będący równie wolny jak one wręcz może w swej wolności stać się przede wszystkim dla siebie samego  n i e – c z ł o w i e k i e m; czyli czymś niejako różnym od pozostałego koegzystującego istnienia w obrębie swej tożsamości gatunkowej co każe Cioranowi wreszcie buńczucznie wyznać że to ja jestem [tym - przyp. aut.] nie-człowiekiem; kwaśna twórczość Ciorana to przejaw młodzieńczego buntu wobec coraz bardziej okopujących się kaprysów mieszczańskiej kultury europejskiej także nośny symptom tej późniejszej kontestacji wpisującej się w krajobraz dekadenckiej zadyszki zawsze współczesnego - Europejczyka; choć w warstwie dopełniającej niejako na płaszczyźnie pro-religijnej ten wszędzie przekorny i zawsze narzucający się cioranizm soteriologiczny zbliża go do nauk Śakjamuniego po prometejskiej i w zasadzie ateistycznej ścieżce samo-zbawczej…

Pięćdziesiąt trzy lata, siedem miesięcy, jedenaście dni…

marquezMiłość w czasach zarazy Gabriela Garcíi Márqueza – kolumbijskiego pisarza, dziennikarza i działacza społecznego a także iberoamerykańskiego noblisty to prawdziwie epickie studium bogactwa życia ludzkiego i tego cichego dorastania zbyt wrażliwego człowieka do zawsze niecodziennej a więc tęczowej i wielkiej jak niebo miłości rozgrywającej się w dziewiętnastym wieku na karaibskim wybrzeżu u stóp czule okalającego go postkolonialnego miasteczka La Manga; a główny bohater tej poetyckiej narracji Florentino to nieślubne i niezbyt urodziwe dziecko Transity Arizy oraz skromny urzędnik pocztowy o lirycznych aspiracjach i romantycznym usposobieniu co każe uciekać mu w świat idyllicznej literatury pięknej; choćby na skwerze z posągiem zdekapitowanego bohatera i na marmurowej ławeczce a tam nawet pod dachem smutnie mżącego nieba; acz nie zupełnie tak przypadkowo w miejscu położonym naprzeciwko domu jeszcze młodszej Ferminy Dazy którą raz pierwszy spotyka w pokoju szwalniczym ze starszą kobietą siedzące na krzesłach blisko siebie, obie zatopione w lekturze tej samej książki, rozłożonej na kolanach kobiety a widok ten wydał mu się dość osobliwy: córka uczy matkę czytać; pomimo tego przelotnego z marszu niejako nawiedzenia nie przerwały [one – przyp. aut.] lekcji, choć dziewczynka podniosła wzrok, by zobaczyć przez okno, kto zacz przechodzi, i owo przypadkowe spojrzenie dało początek miłosnemu kataklizmowi; gdyż oczarowany Florentino naraz widzi w niej siostrzaną duszę niczym zjawiskową istotę co zawładnęła jego wyobraźnią do tego stopnia że potem podążał za nią niepostrzeżenie, odkrywając najzwyklejsze gesty, wdzięk, przedwczesną dojrzałość [w której – przyp. aut.] zadziwiła go zwinność, z jaką torowała sobie drogę w tłumie. Podczas gdy [służąca – przyp. aut.] Gala Placida co chwila na kogoś wpadała, zawadzała o coś koszami i rzucała się nagle do biegu, by nie stracić panienki z oczu, ona płynęła przez uliczny chaos pod żaglami własnej przestrzeni i odmiennego czasu, z nikim się nie zderzając, jak nietoperz w ciemnościach; choć tak naprawdę pod kusym płaszczykiem uroku osobistego i pod zapobiegliwą acz wciąż dziewczęcą witalnością Fermina więcej skrywa tamtej miłości do żarzącego się przed oczami blichtru prowokującej „światowości” i do równie hałaśliwego w podcieniach pragmatyzmu życiowego; któremu żywo przyklaskuje także ojciec Lorenzo Daza dziwnie "niedowidzący" jakby w pogruchotanym kalejdoskopie a i tożsamo w smutnym młodzieńcu większej czy spójnej płaszczyzny na statecznie formułujące się przyszłe życie rodzinne dla swej jedynej córki; tymczasem do portu wpływa młody doktor Juvenal Urbino po dłuższym pobycie w Paryżu, gdzie ukończył studia medyczne i zrobił specjalizację w chirurgii a zwabione jego osobistym urokiem i przekonaniem o rodzinnej fortunie panny z jego sfery urządzały sekretne loterie, ciągnąc losy o jego sympatię, a i on grał z nimi o ich względy, ale zdołał pozostać w stanie łaski nietknięty i uwodzicielski, póki nie uległ plebejskim urokom Ferminy Dazy; a choć w Ferminie wciąż mieniło się żywe uczucie do prostego trubadura to i tak za namową ojca nie odmawia swej ręki atrakcyjnemu lekarzowi - profesjonaliście który wybornie tańczył do modnej wówczas muzyki i lepiej [niż inni - przyp. aut.] improwizował na pianinie; wydając się bardziej z „rozsądku” niż z autentycznej miłości za osobę z tytułem która jak się wkrótce okaże zrobi szybką karierę w mieście opanowywując w zarzewiu groźnie rozprzestrzeniającą się cholerę; choć z czasem także i Fermina Urbino dorasta do tej wielkiej miłości poznając się z mężem na tyle dobrze że wręcz czuli się zażenowani tym, że tak często, wcale nie mając takich intencji, odgadują swoje myśli czy też narażają się na śmieszność, gdy w towarzystwie jedno z nich mówi to, co drugie zamierzało właśnie powiedzieć; ponieważ małżonkowie przeżywszy niejedno w końcu przezwyciężyli powszednie niezrozumienie, chwilowe nienawiści, wzajemne świństwa i fantastyczne błyskawice chwały małżeńskiego wspólnictwa tak jakby bardziej z rozpędu a nie z demaskującym wysiłkiem właśnie dobijali do tamtego już brzegu; ale i nasz liryczny bohater Florentino uciekając od udręki niepowetowanej straty w życie zawsze przecież gościnne bynajmniej nie stroni od przygód miłosnych i przelotnych związków z kobietami potrafiącymi docenić jego wyszukane opanowanie oraz zdystansowanie wobec chimerycznego losu; co wreszcie i jego czyni właścicielem towarzystwa rzecznego z poważną flotyllą małych parowców acz w życiu towarzyskim a tym bardziej w oczach postronnych wciąż pozostaje samotnikiem - dziwakiem czasem zatraconym sknerą a nawet skrytym homoseksualistą; niemniej jednak życie nie jest tak znowu krótkie jak niekiedy sądzą co niektóre siwiejące głowy a podstarzały już doktor Juvenal Urbino wnet kończy je niejako „w locie” próbując złapać papugę za szyję, wzdychając triumfalnie ça y est [z fr. skończone, załatwione, gotowe – przyp. aut.]. Ale natychmiast ją wypuścił, drabina wymknęła mu się bowiem spod nóg, on zaś wisząc przez chwilę zdał sobie sprawę, że właśnie umiera, bez komunii, bez krztyny czasu na to, by się z czegokolwiek wyspowiadać, bez z kimkolwiek pożegnać, o czwartej siedem w południe w niedzielę Zesłania Ducha Świętego; po czym po pogrzebie do drzwi osamotnionej wdowy Ferminy Urbino puka nasz osiemdziesięcioletni już wówczas Florentino ponownie a i po latach prosząc ją o rękę z prostym niczym wiara acz głośnym wyznaniem dudniącym w bezdźwięcznym głosie: Bo zachowałem cnotę dla ciebie; magia tamtego realizmu Marqueza to przede wszystkim ciągle uniwersalne a i zaklęte w żywym kontekście tudzież znowu pstrokate jak ubarwiony duch choć zawsze dalekowzroczne stwierdzenie że to nie [nudna - przyp. aut.] śmierć, ale właśnie życie [nie zna swych niemożebnych - przyp. aut.] granic płynąc tam i z powrotem...

Kronika zapowietrzonej rozpaczy...

kieerkegardBojaźń i drżenie. Choroba na śmierć Sørena Kierkegaarda – duńskiego filozofa, poety romantycznego, teologa pastoralnego a zwłaszcza prekursora egzystencjonalizmu także chrześcijańskiego to ciągle żywa próba analizy korzeni starotestamentowej wiary i rozumienia rozpaczy jako pewnego środka w dociekaniu o ludzkim życiu i śmierci; choć także w oderwaniu od tego w co się tak na serio wierzy jakby treścią samej bona fides stawała się jedynie euforia a może bardziej wynoszony pod niebiosa najwyższy stan samowystarczalnej namiętności ludzkiej; ponieważ to rozpacz jest chorobą ducha, jaźni i jako taka może być potrójna: rozpacz, że się nie jest świadomym swej osobowości (rozpacz niewłaściwa); rozpacz, że się nie chce być sobą; rozpacz, że się chce być sobą; w istocie człowieczeństwo w homo sapiens jest przede wszystkim duchem gdzie taki duch jest swoistą jaźnią a ona sama jest stosunkiem jaki zajmujemy wobec siebie samego zaś jeszcze precyzyjniej zjawiskiem ustosunkowywania się takiego właśnie stosunku do swego "ja" wewnętrznego; a więc człowiek – jak pisze Kierkegaard – jest syntezą nieskończoności i skończoności, doczesności i wieczności, wolności i konieczności, jednym słowem syntezą. Synteza ta to połączenie dwóch czynników [i co ciekawe że - przyp. aut.] taki rozumiany człowiek nie jest nawet jaźnią (sic!); z kolei w rozróżnieniu podstawowych stanów rozpaczy kluczową rolę odgrywa ustosunkowana do siebie jaźń u której stosunki stosunku (jak ogniskowe zjawiska) łączą się bądź same ze sobą bądź łącząc się akurat ze sobą łączą się również z pokrewnymi stosunkami (na płaszczyźnie dusza-ciało ale nie tylko); toteż według Kierkegaarda jeśli ludzka jaźń założyła samą siebie, to może być mowa tylko o jednej rozpaczy, pochodzącej z pragnienia niebycia sobą, unicestwienia siebie, ale nie może być mowy o rozpaczy pochodzącej z pragnienia utwierdzenia siebie; a objawiona formuła ustosunkowywania się co stwierdza że jaźń została założona przez czynnik Inny a więc zewnętrzny jest z kolei wyrazem niemożności osiągnięcia przez jaźń samą z siebie równowagi i spokoju; ponieważ taka jaźń nie może jednocześnie polegać na sobie i odnosić się do czynnika, który założył takie relacje ustosunkowywujące się wzajemnie; więc jeżeli człowiek zrozpaczony – jak dodaje Kierkegaard – jak sobie wyobraża ma świadomość swojej rozpaczy, nie powinien mówić o niej jak o czymś, co mu się zdarzyło [z zewnątrz – przyp. aut.] i że sam jeden, sam tylko tę rozpacz w sobie zmoże, pozostanie w rozpaczy i całą swą pracą pogrąży się w tej rozpaczy jeszcze głębiej; taka rozpacz z nieudanego połączenia stosunków nie jest ani prostym przypadkiem ani naturalną koniecznością acz bez wątpienia nadal pozostaje relacją która miała połączyć człowieka ze stosunkiem zewnętrznym kogoś kto wykreował taką właśnie okoliczność konstruującą; skoro zaś człowiek jest syntezą pewnych pochodnych to rozpacz jawi się jako rozpad syntetycznego stosunku jaźni do siebie samej; skądinąd Kierkegaard dobrze wie że tak ukonstytuowana synteza to nie destrukcja a jedynie potencjał pewnej zakładanej możliwości a w możliwości jak to w możliwości jest także miejsce na siły destruktywne lub wolitywne choć gdyby synteza była rozpadem, rozpacz nie mogłaby powstać; w tym wypadku rozpacz byłaby właściwością natury ludzkiej jako takiej, a więc nie byłaby rozpaczą; byłoby czymś, co atakowałoby człowieka, czymś, co przychodziłoby z zewnątrz jak choroba, w którą człowiek popada, jak śmierć, która każdego czeka; a jednak rozpacz rodzi się wewnątrz jaźni człowieka i to rodzi się gdy synteza człowiecza odnosi się we właściwym stosunku [praprzyczyny stwórczej – przyp. aut.] z ręki Boga; choć nie za jego ostateczną przyczyną sprawczą ponieważ same narodziny rozpaczy w jej końcowym kształcie mają swoje miejsce wtedy gdy synteza zwraca się ku sobie samej, podczas gdy Bóg, który uczynił człowieka syntezą, upuszcza go jak gdyby z ręki w tą nie inaczej jak wolność pojedynczego wyboru; można zaryzykować dalsze stwierdzenie że stan ten z czasem pogłębia się gdy taka "chorobliwa" dla siebie jaźń stara się zwracać ku sobie samej w procesie zautomatyzowanego (koniecznościowego) rozkładu tak jak czasami widzimy człowieka, który ściąga na siebie chorobę, na przykład przez zakażenie. Choroba się rozpoczyna i od tej chwili objawia się w umocnieniu siebie samej i staje się rzeczywistością, której pochodzenie coraz bardziej staje się przeszłością. Byłoby to okrutne i nieludzkie, gdybyśmy bez przerwy powtarzali: „W tej chwili ty, chory, zarażasz się tą chorobą”. Byłoby to tak, jakbyśmy chcieli rzeczywistość tej choroby przemienić w jej możliwość. To prawda, że ten człowiek zaraził się chorobą, ale stało się to tylko raz; jako że z narastającą w progresji rozpaczą jest akurat zupełnie odwrotnie: jest ona ciągłością w swej możliwości i tak doświadczany człowiek w każdym nieomal momencie zaraża się swą bezsilnością; a więc w każdym aktualnym momencie rozpaczy rozpaczający przyjmuje wszystkie doświadczenia przeszłych możliwości jako teraźniejszość; można powiedzieć że wówczas pętla na „chorobie” się niejako zaciska a horyzont znowu szarpanie zamyka gdyż duch który jest przede wszystkim człowieczeństwem człowieka nie może porzucić myślenia o wieczności; nawet wtedy gdy człowiek jak żaba błota wypiera się myślenia wertykalnego to rozpacz powraca w dwójnasób bogatsza o wciąż nowe bakcyle chorobotwórcze; ponieważ istota rozpaczy nie wynika z rozpadu – jak peroruje Kierkegaard – ale ze stosunku, który sam do siebie się ustosunkowywuje w jaźni chorobliwego człowieka a takiego stosunku do samego siebie człowiek nie może odrzucić, tak samo jak nie może odrzucić samego siebie, co zresztą jest jednym i tym samym, gdyż jaźń jest właśnie stosunkiem do samego siebie; w sensie dosłownym acz zaiste nie gołosłownym taka rozpacz nie jest chorobą na śmierć gdyż to nie ona prowadzi do fizycznego a więc bezwarunkowego umierania choć może trzymać człowieka na uwięzi koniecznościowej beznadziei i niejako stanowić dalszy przyczynek do jakiegoś egzystencjalnego przygnębienia; niemniej jednak samo rozpaczanie nazwijmy je dla odróżnienia od bardziej górnolotnego - rozpaczaniem egzystencjalnym - jest w nieco głębszym sensie anomalią co nie pozwala umrzeć; a mianowicie nie do człowieczego zniesienia męką rozpaczy jest, że nie można umrzeć. Podobne to jest do stanu konającego, który męczy się, ale umrzeć nie może. Być chorym na śmierć, to znaczy nie być zdolnym do śmierci, ale nie chodzi tu o nadzieję życia – nie, beznadziejność polega na tym, że człowiek nie ma ostatniej nadziei na śmierć. Gdy śmierć jest największym niebezpieczeństwem, człowiek ma nadzieję na życie, ale kiedy poznaje większe niebezpieczeństwo, ma nadzieję na śmierć [co staje się dlań wybawieniem - przyp. aut.]. Kiedy niebezpieczeństwo tak się wzmaga, że śmierć się staje nadzieją, rozpacz jest beznadziejnością niemożliwej śmierci; a więc w takim to znaczeniu rozpacz jest chorobą na śmierć: pełną niespełnienia, ciążących sprzeczności, już nieurojoną a nawet więcej niż depresyjną chorobą samą w sobie; niejako staje się wiecznym umieraniem choć nie umarciem ani ostateczną w wytchnieniu śmiercią; oczywiście mówi się że się umiera z rozpaczy choć w sensie ostatecznym takie doświadczenie wcale nie następuje bo podobnie jak miecz nie może przebić myśli tak wieczna jaźń chcąc niż nie chcąc przemienia nienasyconą rozpacz w ciągłą udrękę życia; bowiem faktycznie każda rozpacz potęguje następne rozpacze co niejako znowu pochłaniają same siebie a może bardziej obrazowo chciwie pożerają swój własny ogon w tej niestrawności co towarzyszy takiemu życiu; to właśnie jest powodem rozpaczania – jak myśli Kierkegaard – nie zrozpaczenia – że człowiek nie może pochłonąć siebie, nie może pozbyć się siebie, nie może stać się nicością. Staje się to formułą potęgowania się rozpaczy, wzrostem gorączki w chorobie ludzkiej jaźni; jako że zrozpaczony człowiek rozpacza przede wszystkim nad sobą w znaczeniu że chciałby pozbyć się siebie takiego jakim jest teraz w "swoich" oczach a w najwyższej rozpaczy widzi się takim jakim mógłby zostać potem już na zawsze tak jak człowiek chory na ambicję, którego hasłem jest „albo Cezar albo nic”; gdzie nie jest istotna przemiana w iście „przepiękną królewnę” a sam proces porzucania „wilczej skóry” siebie nielubianego gdyż właśnie dlatego pozostaje on zrozpaczony, że męka jego weszła jak ogień w coś, co nie może ani palić się, ani spłonąć – w jego osobowość; zresztą podobnie działa mechanizm progresywnego wypierania się u zrozpaczonego który w neurotycznym nie prawdziwym pragnieniu bycia sobą takim jakim się mu wydaje że jest zrazu bierze „wolnościowy” rozbrat w swej wydumanej osobowości ze stosunkiem w stosunku z konstruującym czynnikiem Innym; gdzie być osobowością, jaką pragnie być, będzie jego rozkoszą (chociaż w innym sensie może być i rozpaczą); ale być przymuszonym do bycia osobowością, którą nie chce być, jest jego męką, jest niemożnością pozbycia się siebie; ponieważ taka rozpacz to wyłącznie choroba jaźni, choroba na śmierć. Zrozpaczony jest chory śmiertelnie. W całkiem innym znaczeniu niż się mówi o niezdrowiu, możemy powiedzieć, że choroba ta atakuje najszlachetniejsze części [duchowej spójności - przyp. aut.]; a przecież zaatakowany umrzeć nie może. Śmierć nie jest ostatnią fazą choroby, ale śmierć jest zawsze rzeczą ostateczną tak jak ostateczne jest takie nieustanne trwanie w nieskończonej niemożności uwolnienia się od siebie samego w męce czy niemocy umierania naprawdę; filozoficzna spuścizna Kierkegaarda nie znalazła należnego zrozumienia u współczesnych mu myślicieli epoki pary i elektryczności raczej zaprzątniętych wówczas idealizmem Hegla a potem aż do dzisiaj naukowym pozytywizmem Comte’a; dopiero w następnym dwudziestym stuleciu dorobek filozoficzny naszego „Sokratesa Północy” docenili tacy wielcy filozofowie jak Heidegger, Sartre, Jaspers, Marcel czy Tillich a co ciekawe także współczesne nam nurty psychologiczne znajdując w myśleniu tego duńskiego samotnika i może niedoszłego eklezjasty więcej niż na to zasługuje wciąż swobodnie egzystujący zamysł samo-poznawczy…

Za oknem świat...

Paul DelvauxW tomiku wierszy Czułość Julii Hartwig liryka rozproszona przeciska się przez serce nagiej prawdy ku wiecznie rozwartym ramionom kokietującej radości życia na canvasowej wizji olejnego frasunku Paula Delvaux’a; a przecież dopiero co ledwie weszłam na Pierwszy stopień szaleństwa z kadzidlaną manierą żeby rzucić to wszystko już całkiem niedługo bo tylko ty znasz ten czas najwyższy i jesienną ku temu ostatnią godzinę co pragnie jak liść na wietrze odejść od tysiąca zużytych słów; może tylko po to aby znowu zamknąć się w białej celi pod rozanielonym puchem klasztornej [po horyzont – przyp. aut.] acedii; a i potem przeczekać po omacku gdzie snuje się ziemski proch nie oszukując siebie zanadto tym pobudliwym odnajdywaniem w sobie jakiejś jeszcze zielonej żyłki maszerującego nerwostanu; bowiem dobrze wiesz że wiosenna tożsamość to nieznośna kpina rzucana w żywe oczy kładącej się do snu czerwcowej maciejki; a więc spoglądaj człowiecze wstecz wspominając swoje przeświadczenia i przypadki bo życie szczęśliwe to sinusoida bez początku ani też końca za to miłosiernie rozciągnięta w układzie współrzędnych; tak szeroko niemal jak ludzkie Westchnienie za rzeczami zbytecznymi w plejadzie złudnych mgławic z mrugającymi zalotnie nazwami cudzymi jak przyjaźń, miłość bez granic, poświęcenie, cnoty spotykane tak rzadko, opłacane drogo; wśród pozostałych rzeczy niekoniecznych w zagięciach tutejszych czasoprzestrzeni i czarnych dziur krótkotrwałej pamięci jak obrazy słowa kwiaty urodziwe twarze zachody i świty co kochałam w gniewie że tak zbyteczne; po cichu wzywając cię O ciszo bezzębnie karmiona tylko oddechem otwartych ust nieba gdzie rozciąga się sobiepaństwo [twego – przyp. aut.] wiejskiego gospodarstwa gdzie także krzewi się opieszale ciekawska zieleń i [nośne potem – przyp. aut.] milczenie a samotność nie ma już posmaku żółci ani nie unosi się nad sromotnymi przepaściami echem uraz; miast tego zewsząd przygrywa ci na muślinowej fali tamten flecik cichutki cichutki ten najlżejszy najmniejszy z muzykantów świata ta pikulina z maślanymi palcami co obwieszcza szczęście z niczego; esencjonalna twórczość Hartwig jak pisze poetka to nieustająca próba w której czułam się zawsze zdana na siebie samą a działania pozorne, gesty bez pokrycia i uleganie modzie wydaje mi się zwykłą stratą czasu. Poezja oderwana od nękającej ludzkość problematyki mało mnie ciekawi. Mój intymny stosunek do natury łączył się zawsze z nieprzepartą ciekawością do wyczuwalnego w nas i wokół nas świata niematerialnego. Pragnieniem moim jest mówić możliwie prosto również o tym, co ciemne. Stąd poszukiwanie prostoty wyrazu, bo nie na słowie mi zależy, ale na wyrażaniu tego, co domaga się wypowiedzi. Być może jest to jeden z powodów, dla których tak rzadko posługuję się metaforą, choć przyznaje, że metafora bywa czasem jedyną możliwością objawienia wizji i jedyną formą jej przekazania [gdzie – przyp. aut.] mój ogląd świata pozostawia wszystkie przedmioty na ich własnym miejscu i nie zmienia stosunków panujących w świecie rzeczywistym; choć zawsze widzianego jako wiosenny Pośpiech u choćby patykowatych po czubek brzóz biegnących na spotkanie maja w wyścigu po laur pierwszeństwa który daje się poznać po zielonej mgiełce [kotkowatego – przyp. aut.] oddechu; któremu dzielnie sekundują w zawodach na zmarzlinie trybun wesołe okrzyki zawilców i puszyste w rozmachu karuzele tarnin wpisując się niczym soczysty trójkąt w krąg zapętlającego się horyzontu co zamyka tą małą nieskończoność; którą dopiero potem wytrawnie kosztują już łykowaci Rozmówcy wspólnie siedząc na balkonie gdzie podrapane dwa trzcinowe krzesła w kolorze doskonałości otwartego nieba; gdzie także w łagodnym świetle popołudnia i tak kładą sobie nawzajem zdania rzadkie a więc niedokończone pomiędzy zarosłymi cieniami tego co zostało [raz ostatni – przyp. aut.] zmarnowane a wyciągniętym teraz na pokaz krzyżem tego co zostało [zbyt głęboko – przyp. aut.] zadeptane; choć w takim byle niedomówieniu ciągle wymykają się grawitacji zbyt pękate słowa ku dawno zmąconej wodzie która była kiedyś przezroczysta; acz zupełnie przeciwnie niż chce tego Czułość co patrzy na ciebie zadarłszy główkę do góry jakby to dlań jedynie ta twoja twarz wyzwalała oczekiwane niebo niezbędne słońce czy kapryśną niepogodę; bo kiedyś tak od ciebie zależna że wzruszyłoby to nawet serce kamienia nadal boli do żywego we wspomnieniu statecznego obrazu jej malutkiej stojącej obok ciebie z zadartą główką z tą samą prośbą a może nawet nierozumnym pytaniem na które teraz odpowiedzieć zaiste nie sposób; do pełni którego przedziwnie lgnie los naszej poetki ciągle w serce Zraniony jak krasne lato w przepychu dojrzewania co ledwie podkasane brzmi już niczym pieśń żałobna tak bliska śmierci gdyż ukazująca [kruchy – przyp. aut.] zenit i [nieuchronny – przyp. aut.] kres; a więc letnia nocy co jawisz się jak czarne szkło pokaż mi ten swój odbity w smudze spadających gwiazd drugi acz pustynny brzeg bym [daremnie - przyp. aut.] uwierzyła bym się nauczyła tego nowego szczęścia że nie istnieje tam wcale gdzie [akurat - przyp. aut.] mnie nie ma