Mały Monter...

rollo mayPsychologia i dylemat ludzki Rollo Maya – amerykańskiego psychologa, psychoterapeuty i czołowego entuzjasty psychologii egzystencjalnej to wnikliwe studium analityczne w którym dylemat ludzki [staje się – przyp. aut.] dylematem, który wyłania się z ludzkiej zdolności jednoczesnego doświadczania siebie zarówno jako podmiotu, jak też jako przedmiotu; obecnego zwłaszcza w naszym życiu codziennym kiedy chociażby próbujemy działać jako „czysty podmiot” w sposób jak najbardziej wolny i spontanicznie nieskrępowany wymaganiami jakie przed nami stawiają zasady życia społecznego czy mechaniki relacji międzyludzkich bądź odwrotnie gdy sytuujemy się jako „czysty przedmiot” inaczej niż swobodnie w pełni zdeterminowani, tudzież silniej podatni na zewnętrzne wpływy i niechciane sugestie - jednym słowem jakby ustawieni w szeregu czy może nawet kolejce do bezwolności, jałowości a przede wszystkim transgranicznej nieczułości; ponieważ w dość dziwny sposób obie te możliwości – stan „czystej wolności” i stan „czystego zdeterminowania” – sprowadzają się do tego samego rodzaju udawania boga jako że wyniośle nie chcemy uznać dylematu [ludzkiego – przyp. aut.], który jest naszym losem i naszą wielką możliwością; bowiem sensu stricte dylemat ludzki to „dialektyczna świadomość” pogrążająca się w zależności między doświadczaniem siebie jako podmiotu a przyjmowaniem restrykcyjnych postaw życiowych co każą nam myśleć o sobie w kategoriach przedmiotu; gdzie proces [oscylującej zależności – przyp. aut.] udostępnia mi możliwość – mogę między nimi wybierać, mogę obciążyć jedną albo drugą szalę wagi a kiedy się zajmujemy sobą, ważna jest przepaść między tymi dwoma sposobami reagowania. Moja wolność, w autentycznym sensie, tkwi nie w tym, że mogę żyć jako „czysty podmiot”, ale raczej w mojej zdolności doświadczania obu stanów, życia w dialektycznej zależności; co rzecz jasna rodzi pewnego rodzaju twórcze napięcie czy może raczej swoiście zdefiniowany niepokój (lęk) inaczej zwany „oszołomieniem wolnością”; gdzie również w takim podstawowym wymiarze zdrowie psychiczne polega na równowadze na pozostawaniu wewnątrz tej „luki” gdzieś między przejawami nieodpowiedzialnej wolności a wciąż wolnościowym kontrolowaniem swoich i cudzych postaw życiowych; w takiej stosowności co na ten przykład podczas malowania obrazu, wyzwala się, pozwala swobodnie działać swojej wyobraźni, swojej fantazji, swoim irracjonalnym pobudkom. Kiedy natomiast [umiar psychiczny - przyp. aut.] uczy się do końcowego egzaminu, narzuca sobie kontrolowany, obiektywny, kierowany przez czynniki zewnętrzne tryb życia; aby zrozumieć samego siebie trzeba jeszcze raz przeanalizować naturę i przyczynę niepokoju co leży u podstaw a w zasadzie na osi dylematu ludzkiego; a więc niejako normalny czy konstruktywny niepokój jest podobny do takiej na ten przykład nadzwyczajnej sytuacji gdy ktoś nagle w pokoju krzyknie że gdzieś „pali się”, a my wówczas szybko podnosimy wzrok, potem czujemy przyspieszone bicie serca gdzie ciśnienie się podnosi tak że mięśnie stają się sprawniejsze zaś zmysły bardziej wyczulone dzięki czemu nasza uważność zostaje skondensowana czy raczej ukierunkowana i co daje się przełożyć wprost proporcjonalnie na skuteczność dalszego postępowania; na drugim biegunie pod niefortunnie rozgrzaną czapą spoczywa tak zwany neurotyczny czy destrukcyjny niepokój którego czyste objawy można porównać do pozostawania w sytuacji „bez wyjścia” gdy sami znajdziemy się w takim pokoju który się „pali” a drzwi są zablokowane i nie ma innej drogi ucieczki czy jakiegokolwiek odwrotu; wtedy stan emocjonalny ulega ogólnej patologizacji po czym nasze mięśnie przeciwnie sztywnieją następnie zmysły ulegają trwałemu zamroczeniu a percepcja błąka się po bezdrożach dezorientacji i świadomości pogrążonej jakoby w złym śnie dając w efekcie ubocznym równanie z jedną niewiadomą w postaci paniki; a w takim zabójczym niepokoju następuje ograniczenie świadomości, utrata orientacji; i kiedy taki stan się przedłuża, pojawia się uczucie depersonalizacji i apatii; co w następstwie powoduje utratę poczucia własnego „ja” w stosunku do otaczającego nas świata realnego, także zanik rozróżnienia między tym co subiektywne od ogromniasto obiektywnego; a więc w konsekwencji do kompletnej demobilizacji naczelnych sił psychomotorycznych w człowieku aż po nieuchronny rozpad wypracowanej jedności w triumwiracie „mój świat – ja - moja jaźń”; ten niekonstruktywny niepokój – jak pisze May – jest dostrzegany u tych […] którzy utracili doświadczenie własnej tożsamości w świecie albo którzy go nigdy nie osiągnęli; oprócz przyczyn globalnych przejawiających się w socjologicznych czy też politycznych kryzysach przejściowych taki kreatywnie destruktywny niepokój ma również swoje głębsze korzenie psychiczne i pojawia się w związku z niebezpieczeństwem zagrażającym wartościom, które osoba jako jaźń identyfikuje [w światopoglądzie – przyp. aut.] ze swoim istnieniem; bo o ile nadzwyczaj panoszący się i niebezpieczny dla każdego niemal życia ogień stanowi silnie umotywowane zagrożenie podstawowe to o tyle ten codzienny niepokój rozwija się na podłożu niebezpieczeństw grożących naszym wartościom społecznym, emocjonalnym czy moralnym; w długim szeregu których jawią się nam jako wciąż wytrawnym "oceniaczom" niebezpieczeństwa o charakterze bardziej socjologicznym jak zagrożenie utraty wolności choć również pomniejsze nie mniej istotne antycypacje pozostałych wartości światopoglądowych w rodzaju specyficznego zaniku w sobie myślenia patriotycznego, miłości własnej i ponad egotycznej, nieumiejętności utrzymywania „na powierzchni” swego prestiżu środowiskowego czy też głębszego przywiązania do prawd oczywistych tudzież naukowych a nawet do wiary religijnej rozumianej tutaj i instytucjonalnie i w tradycyjnym anturażu; i tu stwierdzamy - jak wciąż aktualnie dopowiada May - że główne źródło niepokoju, zwłaszcza u młodszej generacji, wypływa stąd, że nie ma ona żywotnych wartości w kulturze, która stanowi podstawę odniesienia do świata przez to niejako stanowiąc swoiście główną przyczynę osobniczej (introwertycznej) apatii dysfunkcyjnej; a zatem istnieje silny wręcz nierozerwalny związek między niepokojem egzystencjalnym a światem priorytetowych wartości ponadczasowych; choć bynajmniej nie jest to związek względnej równowagi czy może jakiegoś balansowania „między-między” a wręcz przeciwnie człowiek może stawić czoła niepokojowi o tyle, o ile jego wartości [w swej doniosłości – przyp. aut.] są silniejsze niż [niepokojące – przyp. aut.] zagrożenie; aczkolwiek przy tym trzeba też zawsze pamiętać że człowiek wciąż pozostaje istotą społeczna więc nieco słabsze psychicznie jednostki ludzkie w społeczeństwie i w jego dominującej kulturze są narażone w dwójnasób na rozliczne niepokoje targające powszechną zatem zbiorową nieświadomością; toteż w zdrowej populacji międzyludzkiej z czynnymi i spójnymi systemami (założeniami) wartościującymi na zagrożenia i niebezpieczeństwa zewnętrzne człowiek reaguje zazwyczaj niskim w skalowaniu teoretycznym lękiem przejściowym a nie trwałym w procesie niepokojem; a w takim znowu negatywnym razie w którym wewnętrzna twierdza samego społeczeństwa znajduje się w stanie zamieszania i urazowych zmian człowiek nie mając solidnego oparcia w sublimujących się wartościach światopoglądowych jeszcze szybciej popada w dezorientację i nieład psychiczny co daje się odczuć ostrą w przebiegu paniką i w następstwie zgubnym stanem apatycznym; to właśnie ta neurotyczna korelacja punktowo-zanikowa stanowi podstawę dla rozwoju psychologii egzystencjalnej i jej dynamicznej w przebiegu psychoanalizy dającej zagubionemu w przemianach kulturowych człowiekowi nowe narzędzia samopoznawcze ku ponownemu odkryciu w sobie własnej nastawionej integrystycznie a przez to jednoczącej orientacji egzystencjalno-etycznej; ponieważ ex libris jak wciąż pryncypialnie przemawia Lykon – oskarżyciel słynnego Sokratesa w „skorupkowym” procesie ateńskim – żadna wiara nie wytrzyma próby, drzewo nie może żyć, kiedy patrzy się na jego korzenie. Ale wolność może żyć tylko wtedy, kiedy życie poddawane jest nieustannemu badaniu i jeżeli nie ma żadnych cenzorów, którzy mówiliby ludziom, jak daleko mogą posunąć się ich dociekania. Życie ludzkie trwa w tym paradoksie i jest postawione wobec tego trudnego dylematu. Dociekanie jest życiem i dociekanie jest śmiercią. Jest jednym i drugim, a między jednym i drugim istnieje [z dawien dawna oczekiwane – przyp. aut.] napięcie…                 

Rozdrapane słońce...

cotzeeW sercu kraju Johna Maxwella Coetzeego – południowoafrykańskiego pisarza i laureata kilku prestiżowych wyróżnień literackich w tym także nagrody noblowskiej to niełatwa proza psychologiczna z dość cierpkim po jądro samej psychozy zsuwaniem się kobiety - atrakcyjnej choć nie dla siebie samej starej panny - w podcienie zbyt rozżalonej samotności a i w obce zaludnionemu człowiekowi osamotnienie; a autor przenosi nas w niemrawe realia afrykanerskiej farmy owiec gdzieś na obrzeżach niknącej w morzu buszmeńskich autochtonów cywilizacji „białych” apartheid kolonistów o holenderskim rodowodzie; gdzie główna bohaterka powieści Magdalena wraz z nieczułym a więc twardym ojcem i kilkoma służącymi próbuje przetrwać swoje pracowite życie w iście subtropikalnych warunkach wypalonej niemal do cna stepowej ziemi; to co niewątpliwie trafnie charakteryzuje naszą wcześnie osieroconą przez matkę bohaterkę to niespełniona kobiecość i wciąż wyczekiwana macierzyńskość a zwłaszcza wybujałe fantazjowanie o idealnej po kres a i szalonej miłości; o której Magda czerpie wiedzę z licznych opowieści którym niejako w odorze druku a nie w rezonansie donośnego zwłaszcza ciepłego głosu oddaje się niemal zupełnie czekając na wracającego wieczorami i wielce zmordowanego farmerską mitręgą ojca co ważne wracającego przede wszystkim po gorącą strawę i kąpiel w odprężającej wodzie; a w ciemnym od beznadziei mrocznym pokoiku na zapomnianym piętrze i w potęgującej się rozpaczy nad swą subiektywnie nieatrakcyjną cielesnością nasza bohaterka stopniowo w zasadzie nieuchronnie popada w obłęd, w te kaleczące się samooskarżenia i deliryczne urojenia które także czytelnika doprowadzają do pokopanej refleksji o niemiłosiernie powyginanych i kruchych granicach między tym co dzieje się tak naprawdę a tym co jedynie mogą prokurować uchodzące w dalekie niebyty krztuszące omamy z dusznego osamotnienia; gdyż Magda sama już w końcu przed sobą przestaje wiedzieć czy to krew płynie we mnie, czy też tylko stoi [obok mnie – przyp. aut.] w kałużach a w strachu przed powtarzającym się tak samo jutrem zaczyna grozić: Czy to swoje warczenie słyszę w zaroślach? Czy to mnie należy się bać, zgłodniałej, niepohamowanej, ponieważ tutaj, w sercu kraju, gdzie przestrzeń promieniuje ze mnie ku czterem końcom ziemi, nie ma nic, co by mogło mnie [od zbrodni bez winy – przyp. aut.] powstrzymać; w tym rozczulonym krwiobiegu samotności co żyje wewnątrz skóry, wewnątrz domu [w którym – przyp. aut.] Nie znam żadnego uczynku, który wyprowadzi mnie w świat. Nie znam żadnego uczynku, który wprowadzi świat we mnie; a w uciekającym spod nóg monologu wewnętrznym czy może wręcz apostrofie nad nienawiścią do rodzaju ludzkiego najchętniej widuje się w świecie kąsających owadów gdzie Byłabym o wiele szczęśliwsza pod krzakiem, urodzona pośród stosiku jajek, rozsadzając skorupkę w zgodnym chórze tysiąca sióstr, aby wtargnąć w ten świat jako jedna z armii siekących szczęk; gdzie rozstrzelane wyrazy fiksacyjnego dumania na dodatek spotęgowane przez przywidzenia o charakterze seksualnym zwłaszcza jakoby ojciec na jej oczach spółkował z czarną służącą Klein-Anną doprowadzają w końcu do nieuchronnej tragedii rodzinnej i zranienia przez Magdę własnego ojca śmiertelnym postrzałem; a wraz ze skrytym dla postronnych pochowaniem tutejszego baasa [w jęz. hol. – szef, przywódca] w zasadzie nocą w spopielonym dole i w byle jakim brezencie "przeklętą" farmę opuszczają także ostatni służący Hendrik wraz z młodą żoną; może i słusznie obawiając się że zbrodnia wcześniej niż później ujrzy światło dzienne a oni "czarni" przede wszystkim zostaną posądzeni o czyn przestępczy; a nasza bohaterka pozostając krańcowo sama na rozpalonym odludziu nie ma już wielmożnej siły przenieść się choćby do miasta ponieważ trzeba całych pokoleń, długich lat przeżytych w mieście, żeby przegnać z serca [a jednak – przyp. aut.] tęsknotę za wiejskimi zwyczajami; toteż w końcu odpada od trzeźwej teraźniejszości mówiąc w nieruchomiejącą już przestrzeń niczyją dziurawym szeptem że jestem zepsuta do szpiku kości pięknem tego zapomnianego świata. Prawdę mówiąc, nigdy nie pragnęłam odlecieć razem z podniebnymi bogami. Miałam wciąż nadzieję, że to oni stąpią na ziemię i będą żyli wraz ze mną w raju, swoim ambrozyjskim oddechem wynagradzając wszystko, co straciłam, kiedy widmowe brązowe sylwetki ostatnich ludzi, których znałam, ukradkiem umknęły w noc; niejako chcąc nie chcąc a i zgodnie z zasadą że wybierając raz ciągle wybierać chciała takie właśnie przeznaczenie otwiera wrota śmierci tutaj, w tym skamieniałym ogrodzie za zamkniętą bramą, blisko kości mego ojca, w przestrzeni powtarzającej echem hymny, które mogłam stworzyć, których jednak nie stworzyłam, ponieważ (jak mi się wydawało) było to zbyt łatwe; mroczna i podróżująca po monotonnych nizinach goło-słowności narracja poetycka czy może jakoś głębiej tak po ludzku podszyta podrapaną nostalgią za innym życiem powieść Coetzeego to wciąż żywy manifest zawsze introwertycznie modnego skrajnego indywidualizmu; a nawet poniekąd przestroga przed uciekaniem w zjawiska aspołeczne: w przeraźliwą potem i niezauważalnie lepką maź strachu głównie przed sobą samym choć i wobec drugiego człowieka co oślepia ciszej niż zachodzące wszerz zwrotnikowe słońce…

Sen w pigułce...

jungRebis czyli kamień filozofów Carla Gustava Junga – szwajcarskiego psychologa i klinicznego psychiatry to podbudowana filozoficznie autorska koncepcja psychologii analitycznej w której obok wielu indywidualnych różnic w psychologii człowieka występują także różnice typów; przede wszystkim rzuciły mi się w oczy d w a  t y p y ludzi, które określiłem mianem typu introwertycznego i typu ekstrawertycznego; gdzie w istocie rzeczy pierwszy to taki który w swym punkcie widzenia próbuje podporządkować zewnętrzny wobec człowieka przedmiot i nie-swoje procesy obiektywne własnemu „ja” i swym subiektywnym procesom psychicznym bądź przynajmniej nadaje względną autonomię (dystans) swemu subiektywizmowi w stosunku do otaczającego go przedmiotu; zgodnie z nią, przedmiot zawsze pozostaje na niższym poziomie wartości i ma znaczenie drugorzędne, a niekiedy nawet jest jedynie zewnętrznym, obiektywnym znakiem jakiejś treści subiektywnej, np. jako ucieleśnienie pewnej idei, przy czym jednak istotna jest tu [sama w nim – przyp. aut.] idea; może on [subiektywizm - przyp. aut.] też być przedmiotem jakiegoś uczucia, przy czym główną sprawą jest tu [moje – przyp. aut.] uczucie a nie przedmiot w swej realnej indywidualności; z kolei ekstrawertyczny punkt widzenia zasadza się na afirmacyjnym spojrzeniu na jawiący się przed człowiekiem zewnętrzny przedmiot który ma większą wartość od mojego subiektywizmu a nawet przeszkadza mu lub stanowi zbędny dodatek (luksus) do wydarzeń obiektywnie dziejących się tu i teraz; a więc jasne jest, że psychologia, która wyłania się z rozpoznania tych dwóch przeciwstawnych postaw [mechanizmów psychicznych – przyp. aut.], musi rozpaść się na dwie całkiem różne orientacje; w których niewątpliwie prym wiedzie nasza postawa życiowa przed uformowanym potem światopoglądem a może lepiej wobec światopoglądu co pozostaje albo świadomym albo wręcz przeciwnie nieświadomym bodźcem; gdyż można być wodzem swej własnej armii i zwycięsko przetrwać walkę o byt […] nie posiadając świadomego światopoglądu. Nie może tego jednak dokonać bez określonej postawy a o światopoglądzie wolno nam mówić chyba dopiero wtedy, kiedy ktoś przynajmniej dokonał poważnej próby sformułowania swej postawy w kategoriach pojęciowych lub obrazowych […] dlaczego i po co żyje i działa tak a nie inaczej; ponieważ światopogląd nie jest niczym więcej ani też niczym mniej jak poszerzoną względnie pogłębioną świadomością; jest także wyższą racją bez której w życiu nie wiedzie się nam tak dobrze i dzięki której unikamy rzecz jasna na śpiewająco szeregu niebezpieczeństw jakie przed człowiekiem stawia matka-natura choćby w porównaniu do mentalności człowieka pierwotnego dla którego w otaczającym świecie jawiło się więcej zagadek niż okiełznanych oczywistości; a zatem wyższa świadomość warunkuje światopogląd gdzie każda świadomość racji i celów jest kiełkującym światopoglądem a każdy wzrost doświadczenia i poznania oznacza dalszy krok w rozwoju [samopoznania i – przyp. aut.] światopoglądu. A wraz z obrazem świata, jaki człowiek myślący sobie wytwarza, zmienia się także on sam. Ten człowiek, dla którego Słońce obraca się jeszcze wokół Ziemi, jest innym człowiekiem niż ten, dla którego Ziemia jest trabantem Słońca; bowiem w istocie mieć światopogląd jest aktem kreacyjnym podobnym do stwarzania sobie obrazu nowego świata w którym w danym momencie akurat dobrze wiem kim ja jestem w nim i dla niego; choć światopogląd jest zawsze jedynie założeniem a i z pewnością hipotezą, a nie artykułem wiary; gdzie nasze człowieczeństwo realizuje się w zdobywaniu możliwie najlepszego poznania siebie i świata co wymaga wiedzy i gardzi nieuzasadnionymi przypuszczeniami, arbitralnymi twierdzeniami, autorytarnymi sądami. Szuka ono dobrze uzasadnionej hipotezy, nie zapominając, że wszelka [wstępna – przyp. aut.] wiedza jest ograniczona i narażana [in conditio sine qua non – przyp. aut.] na błąd; jako że otaczający mnie świat nieustannie zmienia swe jaśnie oświecone oblicze przez co możemy uchwycić [je – przyp. aut.] jedynie jako psychiczny obraz w nas, i nie zawsze przychodzi nam łatwo stwierdzić, kiedy obraz ten ulega zmianie, czy to zmienił się świat, czy my, czy też i on i my. Obraz świata zawsze może się zmienić, podobnie jak zawsze może się zmienić także nasze pojęcie o nas samych. Każde nowe odkrycie, każda nowa myśl może dać nowe oblicze światu; a ta cudna de facto interakcja może stanowić już faktycznie czyste wyznanie wiary co nie wymaga dalszego wyjaśniania nawet w jedenastym przykazaniu; u podstaw naszej wyższej świadomości co wciąż pozwala nam choć z trudem panować nad sobą i światem tworząc kulturę ludzką jest autonomiczne pojęcie jakie Jung nowatorsko wprowadza do psychologii teoretyczno-analitycznej zwane nieświadomością zbiorową czyli sferą psychicznych cech oddziedziczonych; ponieważ w jednostkowej duszy ludzkiej [a więc i w umyśle ludzkim – przyp. aut.] istnieją różnorakie rzeczy, których nie nabyliśmy, gdyż umysł ludzki nie rodzi się jako tabula rasa, tak samo jak żaden człowiek nie posiada całkowicie nowego i jedynego w swoim rodzaju mózgu. Ma on mózg, który jest rezultatem rozwoju nieskończenie długiego szeregu przodków; aczkolwiek nie chodzi tu o jakieś konkretne i prosto oddziedziczone wyobrażenia ale o naturalne w stosunku do nich zbiorcze odwzorowania zwane predyspozycjami które w skomplikowanych funkcjach umysłowych każdej a i kolejnej nowej jednostki ludzkiej jawią się jako koniecznościowe w świadomości a więc niejako instynktowne potencjały wyobrażeniowe zwane inaczej archetypami; tak jak per analogia wydaje się nam rzeczą nader dziwną – jak pisze Jung – kiedy odkrywamy, że człowiek chory psychicznie ma fantazje, które w niemal identycznej postaci można odnaleźć u ludzi pierwotnych; bo właśnie u nich to poprzez ceremonialną inicjację przejścia z wieku dzieciństwa w prawdziwą dorosłość narodziła się moc roszczenia zbiorowego archetypu; gdzie zwykłe oddzielenie się od rodziców musiało przypominać drastyczną ceremonię jako rzecz jasna pewnego typu ofiarę składaną mocom próbującym młodego człowieka zatrzymać w stanie niedojrzałości emocjonalnej a w kontekście twórczej; to taki w domyśle wszechmocny archetyp zmusił tamtego człowieka pierwotnego do działania przeciwko naturze, aby jej nie ulec i jak dodaje Jung taki jest chyba początek wszelkiej kultury, nieuchronny rezultat [wyższej – przyp. aut.] świadomości umożliwiającej uwolnienie się od nieświadomego [pozostawiającego człowieka na łasce i nie-łasce naturalnego – przyp. aut.] prawa; co ciekawe psychologia analityczna nie jest wcale światopoglądem lecz poznawalną nauką i tak jak każda inna nauka staje się jedynie narzędziem do stworzenia sobie własnego światopoglądu; jeśli odwzorowanie świato-oglądu z nieświadomości zbiorowej podpowie ci że szczytem twego szczęścia na ziemi jest rozwój osobowościowy inaczej mówiąc samorozwój to wykorzystasz naukę jak narzędzie do osiągnięcia swego nadrzędnego celu: zbudowania trwałego fundamentu samego siebie; natomiast jeśli uznasz że nauka jest celem samym w sobie ekstrawertycznie wpadniesz w sidła tego co od przeszło dwustu lat pcha ludzkość ku samozagładzie w obłędnej zasadzie practise and intellect i w swym ślepym popędzie poznawczym; w kolejnych mutacjach możesz również dojść do wniosku że twym priorytetem jest mała czy może wielka sztuka a wtedy odtwórcza zdolność ludzka staje się jedyną wartością a sam intelekt wadzi jak kula u nogi; podobnie jak czysta nauka wraz ze sztuką dla uzurpacyjnej i monotematycznej jakiejś percepcji wszędzie upatrującej sposobu dla zgromadzenia na zaś wystarczającej ilości dóbr materialnych czy pieniężnych; bowiem nikt nie może zaprzeczyć – jak pisze Jung - że nowoczesna świadomość niemal beznadziejnie rozczepiła się na te poszczególne cele. Tym samym [w przyszłości - przyp. aut.] ludzie będą hodowani jako poszczególne odmiany, sami stając się tylko narzędziami; choć potem optymistyczniej dodaje że lekarstwem na tak drapieżną w skutkach przyszłość jest taka dawka zredukowanej a przez to nowoczesnej subświadomości która na trwałe oczyści różne światopoglądy z nalotów roszczeń do wyłączności myślenia o sobie w kategoriach całkowitych prawd w znaczeniu i ostatecznych; podczas gdy po prawdzie światopogląd to tylko pojęcia i nazwy które nadajemy rzeczom, to również skróty myślowe które posiadamy nie dla świata, lecz dla siebie. Jeśli bowiem nie stworzymy obrazu świata jako całości, to nie zobaczymy także siebie, którzy przecież jesteśmy wiernymi odbiciami tegoż świata. A siebie możemy w pełni zobaczyć tylko w zwierciadle naszego światopoglądu. Pojawiamy się tylko w obrazie, który sami tworzymy. Tylko w naszym twórczym czynie pojawiamy się w pełnym świetle i poznajemy siebie jako całość [czyżby neoplatonizm – przyp. aut.]. Albowiem wyżej od celu nauki czy sztuki stoi człowiek, twórca swych narzędzi [uff i personalizm – przyp. aut.]; tak więc psychologia analityczna jest psychologią głębi a jeszcze inaczej mówiąc post-psychologią jaźni; w której poznanie doprowadza nas do najczcigodniejszej tajemnicy wszelkich prapoczątków podanej w zestawie mityczno-symbolicznym będącym kwintesencją milionów lat doświadczenia człowieka w harmonijnym obcowaniu doświadczającego podmiotu z doświadczanym przedmiotem; w zasadzie jest ona psychologia narzędziem dającym człowiekowi możliwość uprawomocnienia swej ziemskiej „popędliwej” egzystencji w obrazach, fantazjach i marzeniach sennych co wyłaniają się z ciemnego tła psychiki wraz naczelnymi a i archetypicznymi informacjami o procesach przebiegających w nieświadomości zbiorowej; dualistyczna choć daleka od gnostyckiego hermetyzmu koncepcja życia człowieka u Junga próbuje szukać w nieświadomym przekazie zbiorowym tego kamienia filozoficznego pre-psychologii jak również i alchemicznych świadectw pre-egzystencji duszy ludzkiej wolnych jak rodniki od jakichkolwiek wpływów zawsze hałaśliwie niewiele wartych ideologii społecznych czy równie kulejących w narcyzmie światopoglądów egocentrycznych…               

W siedmiomilowych butach...

biegas-boleslawW tomiku Bielsze nad śnieg wiersze Tadeusza Nowaka spotykają się w feerycznym nastroju jaskrawo potykającym się na naparstkach mozaikowej kompozycji onirycznego majster-sztychu Bolesława Biegasa; w baśniowości której *** Schyleni w sobie wiekuiście w parującym cieple swego prawie zwierzęcego wychowu święcie wierzymy w swoje z martwych przyjście ze świata w horyzoncie naprzeciwległego; skąd przestrzeń idzie ślepa i chłodna a i tak zawsze chłoniemy ją napastliwie jak zwierzęta do smyczy tropu przywiązane; a nad nami strzelista dobroduszność niedościgle rozkłada ręce do wszelkiej rzeczy i sroka z pól jak z baśni skrzeczy o nadejściu nocy co wychodzi naprzeciw wraz z gasnącym na ambonie nieba ostatnim psalmem nieszporu a i rozedrganym pokłonem basetli boru; nie inaczej jak biegnącym przez niewidoczne Bramy czułości co jak ręce bezimienne przyjmą nas bez zgrzytu a nawet mrugnięcia okiem pod powieką zasłoniętą; a wtedy za siódmym niebem nasze zwierzę ziemiolubne z nietęgą już głową podobną planecie ominie zdradliwe wnyki naszej krwi psalmu i rozsądku; pozostawiając w środku tamtego kłębowiska w uzbrojonym po zęby bezwładzie wiecznie domorosły kopczyk wszystkiego tego co wymyślone a i złudnie fosforyzujące w kapryśnej nocy jak biała kreda trzymana w kominie; od której Mędrcy omylnie uczą się niczym od linoskoczka utrzymywać równowagę ducha na styku potoczności pożyczonego języka z ognia i wody, dnia i nocy; aby zaklinając ponurą rzeczywistość w ogniste krzewy swądliwie czuć jak wierni jedzą ich sandały może za wyjątkiem tych co przedwcześnie zmarli sypkim wapnem przysypani i może jeszcze tamtych żywych którym od przemocy aż źrenice pociemniały; więc coraz bardziej mądrzejsi współcześni alchemicy ludzkiego mydła nas uczą umierania w sam raz takiego co potem samopas pójdzie sobie precz w las zakorzenionego zaniechania gdzie do zasuszonych uszu jak siwy łabędź zasyczy [zjadliwa – przyp. aut.] rzeka gdzie dla niewyraźnych oczu dziewczyna listkiem [czterolistnej koniczyny - przyp. aut.] się zasłania gdzie w bezbożne palce nagle spłoszony ptak ucieka; baśniowa twórczość Nowaka wymownie ociera się o ludowe bajanie budując w prastarej a przez to jakby magicznej realności wiejskiego świata swoiste napięcie potęgujące się na styku przemijania sielskości w ponadczasową metaforę z twardym akcentem na naprawdę ostatnią już sylabę; co jeszcze pobrzmiewa za lasem na sosnowych kołach jak plecione Wiklinowe słońce zawsze na powrót odpustowe; a wierni do wszystkich pokoleń wstecz ciągle cedzą z wieczornego maku nieba wytłaczany [z naciskiem – przyp. aut.] olej tudzież oczami jedzą z umownych ognisk na jezior skwierczącej patelni ten placek goło-boży z pszenicznej pełni bez nijakiej w doborze a i potem błogo-sytej pamięci krótkotrwałej; aby pod drewnianym dzwonem z sercem potulnie już pokładającego się lasu odejść w pracowity sen śniący o sobie samym że znowu ktoś słońca za lasem wyplata z wikliny; w koncentryczne Koła co połamane są we mnie po których chciałem wyjść naprzeciw jak ku źródłom przemian próbuje wycofywać się zwierzę kopytne w bajecznie zmierzwionego ptaka a znowu potem ten sam przeogromny ptak uchodzi w dogłębną w pancerzu rybę; podobnie jak ja sam się cofam przed sobą w wypchanego lwa; w wyciągniętym do granic prawdopodobieństwa bezruchu niczym Inna ryba co pionowo pręży się wdzięcznie przed Bogiem, przekornie przed tobą i wydrą u której już cierpko wrze przyczajona krew a tobie zaś widocznie błyska nad wyraz refleksyjna powieka; faktycznie wychodzi z siebie ponad lustro wody będąc ością w [w moim – przyp. aut.] psalmie i natenczas w krtani rzeki; a w dalekim od ideału chociaż nie odległym plusku z nowego środowiska nie ta już ryba wyciągnięta przez zęby wędzisko głos biblijny staje się jak ten Bóg którego w krzyż ubrano może również jak nie moja już rodzicielka którą celowo w futro wydry przebrano; choć gdy koniec końców na martwych powiekach przesypie się jak w klepsydrze sypki pierścień ziemi obok tej ryby siądą wszyscy na wieki wieków [znowu – przyp. aut.] nasyceni; śpiewając chórem Psalm nad śnieg bielszy o astralnym z-martwych-wstaniu co nad bledszym przestrachem króluje wyżej niż tamta ziemska żółć i ocet i krew rozlana; a niejako w kółko i jeszcze o czasoprzestrzeń gęściej podając sobie księżycami lunatycznych rąk nie tamto znowu matowe berło a i równie nie to samo alegoryczne jabłko co wraz z eliptycznymi ruchami mówią same za siebie do żon kochanie ty moje a do dzieci wy dziatki moje i jedynej matce w bólu nad śnieg bielszej po trzykroć [ciszej – przyp. aut.] moja matko… 

Homo homini ludus est...

homo ludensHomo ludens Johana Huizingi – holenderskiego historyka kultury i indoeuropejskiego językoznawcy to klasyczna rozprawa próbująca oryginalnie ukazać powstanie i rozwój naszej cywilizacji jako formy gry lub zabawy co jest starsza niż kultura; bo chociaż pojęcie kultury może być ograniczone w sposób niedostateczny, zakłada ono w każdym razie istnienie jakiejś ludzkiej społeczności, zwierzęta zaś nie czekały wcale, iżby dopiero ludzie nauczyli je zabawy; ponieważ zwierzęta tak jak ludzie bawią się ze sobą urzeczywistniając choćby w rozbisurmanionych igraszkach naczelne cechy pojęcia zabawy do których potem obyczajowość ludzka nie wniosła nic szczególnego; a więc zapraszają się – jak pisze Huizinga – wzajemnie przez pewne ceremonialne postawy i gesty. Przestrzegają zasady, że nie wolno swemu bratu przegryzać ucha. Udają, że są straszliwe złe. A najważniejsze: wyraźnie mają z tego wszystkiego wiele radości i przyjemności; nie mówiąc już o wyższych formach takiej widowiskowości jak prawdziwe i zdrowe współzawodnictwo grupowe czy urocze indywidualne pokazy przed publicznością; to, co wyróżnia a jednocześnie określa zabawę in constantia to przede wszystkim nieumowna zasada że wykracza ona poza potrzeby instynktownie biologiczne i pochodne im zjawiska fizjologiczne nie inaczej jak uwarunkowane reakcją psychiczną; gdyż każda zabawa coś oznacza. Jeśli aktywną zasadę, użyczającą zabawie swej istoty nazwiemy duchem, wówczas powiemy zbyt wiele; jeśli nazwiemy ją instynktem, to nie powiemy nic. Jakkolwiek byśmy to oceniali, zawsze ujawni się pewien niematerialny element samej istoty zabawy, ponieważ zabawa ma sens; w ujęciu powiedzmy czysto badawczo-naukowym w której to jednak naturalna spostrzegawczość odgrywa pierwsze skrzypce pochodzenie i podłoże jakiejkolwiek zabawy określa się jako formę wyzbywania się nadmiaru siły żywotnej także stanowi niejako aprobatę dla wrodzonego popędu naśladownictwa niekiedy zaspokaja potrzebę odprężenia i relaksu względnie przygotowuje człowieka do działalności na serio lub nawet służy jako zgrabne narzędzie do ćwiczeń w opanowywaniu samego siebie; w odmiennym bardziej praktycznym aspekcie zabawę postrzega się jako próbę i potrzebę nabywania jakiś umiejętności w rozumieniu post factum kreatywnie twórczym bądź jako sposób panowania czy współzawodniczenia z innymi; w ujęciu bardziej psychologicznym uwarunkowane myślenie podąża za próbą zaszufladkowania potrzeby zabawy w rozładowaniu niewinnie szkodliwych popędów destrukcyjnych, w koniecznościowej formie uzupełniania zbyt jednostronnego w wyrazie élan vital lub nawet w zaspokajaniu acz ku pobudzaniu własnej osobowości fikcyjnych pragnień które trudno spotkać w prozie rzeczywistości; tak czy inaczej są one jedynie wyjaśnieniami częściowymi. Gdyby którekolwiek z nich było decydujące, musiałoby albo wykluczać pozostałe, albo też ogarniać je i łączyć w jakąś wyższą całość; a więc Huizinga pyta: cóż stanowi w istocie "dowcip" zabawy? Dlaczego niemowlę skwirzy z radości? Dlaczego gracz zatraca się w swej namiętności, dlaczego walka zawodnicza doprowadza tysiączne tłumy do szaleństwa; odrzucając po kolei wszystkie cząstkowe teorie pośrednie porzuca ratio spectabilis w istocie zabawy ponieważ ugruntowanie jej w rozumie ograniczyłoby ją przecież do świata ludzi; a chociaż gra czy zabawa nie ma związku z żadnym stopniem kultury wyższej także i światopoglądem to każda myśląca istota może sobie natychmiast uprzytomnić realność zabawy jako czegoś samodzielnego, samoistnego, nawet gdyby dany język nie miał ogólnego określenia dla tego pojęcia. Zabawa nie daje się negować. Negować można wszystkie niemal abstrakcje; prawo, piękno, prawdę, dobro, ducha, Boga! Powagę można negować, zabawy nie można; ponieważ wraz z zabawą czy tego chcemy czy nie poznajemy ducha co przełamuje bariery istnienia fizykalnego stanowiąc dla zdeterminowanych w oddziaływaniu sił biologicznych wyzwanie w swym zbytecznym nadmiarze; dopiero wtedy – jak powiada Huizinga – istnienia zabawy staje się możliwe, wyobrażalne i pojmowalne. Egzystencja zabawy potwierdza nieustannie, i to w sensie najwyższym, ponadlogiczny charakter naszej sytuacji w kosmosie. Zwierzęta umieją igrać, a więc są już czymś więcej niż mechanicznymi przedmiotami [trybami – przyp. aut.]. Bawimy się i wiemy, że się bawimy, a więc jesteśmy czymś więcej niż rozumnymi istotami, ponieważ zabawa nie jest rozumna; w istocie definicyjnej zabawę określa się jako pewną wielkość daną kulturze której egzystencja jest archetypiczna w stosunku do kultury przez co towarzyszy jej i przenika ją od samego początku aż po fazę jaką [wnikliwy – przyp. aut.] badacz ją przeżywa; bowiem zabawa stanowi specyficzną jakość działania człowieka czy zwierzęcia której dissimilitudo wyróżnia ją od „zwyczajnego” życia aczkolwiek a w konkretnych formach przybiera i nadaje sensu strukturom społecznym; bowiem we wszystkich także pierwotnych rodzajach ludzkiego współżycia zabawa istnieje ad hoc; a więc weźmy – jak mówi Huizinga – mowę, za pomocą której [człowiek – przyp.. aut.] rozróżnia, określa, stwierdza, słowem: nazywa, czyli unosi przedmioty w sferę ducha. Mowotwórczy duch, igrając, przeskakuje nieustannie od materii do myśli. Za każdym wyrażeniem, oznaczającym coś abstrakcyjnego, kryje się jakaś metafora, w każdej zaś metaforze tkwi gra słów. Tak tedy ludzkość [i nie tylko – przyp. aut.] stwarza sobie nieustannie na nowo wyraz dla egzystencji, drugi, wymyślony świat obok świata natury; podobnie sprawy się mają z mitem czy kultem sakralnym gdzie na styku kapryśnych fantazji szczelnie przylegających jak wieczko do realnej materii zwycięża duch stojąc na straży a może bardziej obrazowo na skraju żartu i powagi; tak więc zabawa stanowi podstawę i czynnik kultury jako takiej a w naszej świadomości może pozornie uchodzić za antytezę śmiertelnej powagi choć zabawowość nie jest ani nic nie-mówiącą nie-powagą ani w istocie nie jest wcale niepoważna; tak jak choćby śmiech co stoi in opposito do powagi nie jest bynajmniej zawsze związany z zabawą tak wczesne gry dziecięce czy bardziej dorosłe współzawodniczące stronią od śmiechu bawiąc się na poważnie; a zatem może nasz gatunek człowieczy to nie homo sapiens a w odróżnieniu od świata zwierząt choćby w umiejętności abstrahowania czy przypływie dobrego humoru jesteśmy jak chciałby pewnie Arystoteles homo ridens; zabawa także nie jest nieformalnym komizmem bo on faktycznie pobudza do śmiechu a związek z zabawą jest po pierwsze przypadkowy po wtóre zdecydowanie uboczny nawet gdy młode zwierzęta czy małe dzieci bywają komiczne w czasie zabawy; także gdy uważamy jakąś krotochwilę lub komedię za komiczną, dzieje się tak nie z powodu samej akcji sztuki, lecz z uwagi na myślową [w humorze sytuacyjnym może absurdalną – przyp. aut.] jej treść; ponieważ sam komizm jest raczej blisko związany z głupotą zaś choćby infantylna zabawa z pewnością taką już nie jest; toteż próbując uchwycić istotę zabawy należy stwierdzić że leży ona poza tradycyjną opozycją między mądrością a głupotą ale także poza takimi naczelnymi dyzjunkcjami jak chociażby prawda-nieprawda także dobro-zło i mimo że zabawa jest zajęciem duchowym, nie ma, jako taka, żadnej funkcji moralnej, nie jest ani cnotą, ani grzechem; z kolei w sferze przyswajalnej publicznie estetyki pokrewieństwo dziedziny z istotą zabawy także ociera się jedynie o prawdopodobieństwo pomimo tego że różnorodne a więc bliskie więzy pokrewieństwa łączą samą zabawę z takimi pojęciami jak radość, wdzięk, harmonia ruchów czy rytm; a zatem zabawy nie da się tak prosto zdefiniować ani biologicznie a może nawet i logicznie nie mniej jednak występując niejako pozaustrojowo a i poza parametrami życia intelektualnego czy społecznego jest ona po pierwsze swobodnym w znaczeniu nie-nakazowym działaniem; po wtóre zabawa nie jest „zwykłym” życiem czy też „właściwym” życiem a to, coś, co nie jest „zwyczajnym życiem”, znajduje się poza procesem bezpośredniego zaspokajania konieczności i żądz, a nawet ten proces przerywa; a ponieważ w końcu sama również staje się dla siebie kulturą wciąż jednak pozostaje bezinteresowna w swych nadrzędnych celach którym służy a one same znajdują się poza granicami materialnych interesów bądź też indywidualnego zaspokojenia życiowych konieczności; tak a nie inaczej zabawa także różni się od zwyczajnego życia miejscem i okresem trwania gdyż ta odrębność i tamta ograniczoność to cechy charakterystyczne gdzie misterium „rozgrywa się” [i koniecznie powtarza się – przyp. aut.] w obrębie określonych granic czasu i przestrzeni. Zawiera sama w sobie swój przebieg i sens; z kolei w sensie prężnie estetycznym a więc nieco abstrakcyjnym zabawa łączy i dzieli. Przykuwa. Urzeka, czyli: oczarowywuje; gdyż pełna jest obu najszlachetniejszych właściwości, jakie człowiek potrafi w przedmiotach dostrzec i wyrazić: pełna jest rytmu i harmonii; w pięknej zabawie szczególnie ważną rolę odgrywa ekscytujący element napięcia które oznacza in situ niepewność czy szansę że coś powinno się „udać”; a w owym elemencie w stylu wóz albo przewóz daje czynności zabawy i gry [...] pewną wartość etyczną; gdzie rządzą w duchu dozwolonych granic sztywne a przez to zawsze sprawiedliwe dla wszystkich a więc niejako „równe” reguły gry i twoja nabyta spontanicznie sprawność a może także przystosowawcza umiejętność co daje późniejszą o krok artystyczną w nie-wy-mowie radość tworzenia; pre-kulturowa i metodyczna rozprawa Huizingi to wciąż zdumiewająca i ciekawa koncepcja rozwoju człowieka gdzie „poważna” zabawa, „infantylna” gra czy równie „ekscytujące” współzawodnictwo jako funkcje kulturotwórcze dominują nad jakimikolwiek innymi choć zaraz potem życiodajnymi między nami wytworami ponaddziejowej historii ludzkości…