Lobotomia artefaktu...

kazantsakisOstatnie kuszenie Chrystusa Nikosa Kazantzakisa – greckiego powieściopisarza, dramaturga, tłumacza a i niedoszłego skądinąd noblisty to apokryficzna wizja tradycyjnego przekazu biblijnego co po wydawniczym sukcesie doczekała się wraz z autorem prawosławnej ekskomuniki a potem także pochówku samego autora w murze miejskim rodzinnego Heraklionu; ponieważ od samego początku tej opowieści nad życiem i śmiercią Jezusa z Nazaretu wisi niczym miecz Damoklesa lepkie fatum nieustannie wątpiącego w siebie człowieczeństwa; gdzie w czysto człowieczym śnie całą noc Jezus szybował nad ziemią. Obejmowały go zielone skrzydła anioła, do którego przywarł ciałem. Na niebo wypłynął księżyc. Był jakiś dziwny, jakby wesoły. Zamiast postaci Kaina zabijającego Abla widniały na nim duże, roześmiane usta, dwoje oczu wyrażających spokój i dwa pulchne policzki, skąpane w świetle. Sprawiał wrażenie, że jego tarcza jest jak twarz zakochanej kobiety, wracającej wieczorem od ukochanego; w odświętnym zachodzie którego nie inaczej jak i w radosnym uniesieniu ten sam co zwykle głos pewnie mówi do niego że raj jest tutaj – to tysiące małych radości, to czas, kiedy mężczyzna puka do drzwi, widzi w nich kobietę, siada przy ogniu i patrzy, jak ona nakrywa dla niego stół. A gdy zapadnie zmrok, jej ramiona obejmują go. Tą drogą kroczy i nadchodzi Zbawca: z ramion w ramiona, z syna na syna. Tą drogą; może dlatego właśnie Jezus jawnie wzdryga się na samą myśl o jakimkolwiek posłannictwie tak jakby postawił stopę na wężu twierdząc że jestem wołem, który ciągnie pług. [Bo to – przyp. aut.] Mesjasz jest ziarnem; w powieści na kluczową postać tej osi nieludzkiego dramatu wyrasta Maria Magdalena która po raz pierwszy daje się nam poznać jak leżała na plecach, zupełnie naga, zlana potem; jej kruczoczarne włosy były rozrzucone na poduszce, a ręce splecione pod głową. Trwające od świtu zapasy z mężczyznami wyczerpały ją; bowiem to taka zmysłowa kobiecość spogląda na takiego pięknoducha jak Jezus niczym na jakieś pobrzmiewające i dalekie zjawisko atmosferyczne co na tej szerokości geograficznej wcale nie sposobi się do dalszego zapewne cyklicznego trwania choć pozostawia po sobie cierń niby miłosnej zadry w dawno już opłakanym sercu: Biedaku, nienawidzę cię i żal mi ciebie. Kiedy tylko o tobie pomyślę, serce mi pęka; ponieważ dla niej samej tamten głoszony Bóg [w synagogach – przyp. aut.] jest największym wrogiem […] Zawsze się wtrąca, jest zły, zawistny, nie pozwala człowiekowi być szczęśliwym jakby na szczęście nie chciała wiedzieć wcale że Bogowi jako duchowi oddaje się prawdziwie nietriumfalną cześć jedynie w świątyni swego ducha; a w międzyczasie pomiędzy realnymi wydarzeniami które znajdują swoje bogate odbicie w religijnej prozie tamtejszego życia Jezus przeżywa w snach czy może bardziej w dręczących go majakach swoje pełne wątpliwości aczkolwiek naturalne człowieczeństwo; w którym odstępują od niego anielskie orszaki a na puste miejsce po odtrąconym posłannictwie wkracza ta co wzięła go za rękę i ruszyła spiesznie w gęstwinę kwitnących, bliskich owocowania drzew cytrusowych, a za nią frunął ognistoczerwony welon; podczas zwiewnego prowadzenia którego niespokojnie śniący Jezus dostrzega w rozkochanych zwierciadłach duszy Marii Magdaleny niewinnie przebiegły, uwodzicielski błysk, taki sam jak w oczach anioła; po czym jakby nagle rażony powiedzmy zeusowym gromem a i radośniejszy niż zwykle czuje w pełni smak cytrynowo nabrzmiałych ust swej pięknej wybranki a oboje wkrótce potem zapominają się w cielesnej miłości po kres; może dopiero teraz po tej suspensie matrimonium consumatum niejako na nowo dowiaduje się że świat jest także tutaj w mokrej trawie piękny a ciało równie święte choć jakby inaczej przemijalne – to córka Boga, wdzięczna siostra duszy. Nie wiedziałem, że w [takich – przyp. aut.] cielesnych uciechach nie ma grzechu; a człowieczeństwo to przede wszystkim Droga, którą śmiertelnicy osiągają nieśmiertelność; [droga mi – przyp. aut.] droga, którą Bóg pod ludzką postacią zstępuje na ziemię. Zbłądziłem, bo szukałem drogi innej niż [zmysłowa – przyp. aut.]. Chciałem iść drogą [z samych - przyp. aut.] chmur, wielkich myśli i śmierci; znowu kiedy indziej w tej majaczącej historii a rebour pisanej więcej niż jedynie po ludzku rozumianymi archetypami Jezus spogląda na stare, tajemnicze rany na wierzchu każdej dłoni po czym przestraszony zamknął oczy i poczuł czas płynący jak rzeka, od źródła – jego umysłu – w dół, po karku, piersi, plecach, udach aż do ujścia w podeszwach stóp. Usłyszał kroki na podwórzu i otworzył oczy. Nadchodziła [żona – przyp. aut.] Maria. Zobaczyła, że jest pogrążony w myślach, podeszła i usiadła u jego stóp. Jezus położył dłoń na jej niegdyś kruczoczarnych włosach, które podobnie jak jego własne, były teraz siwe. Ogarnęła go niewypowiedziana czułość. „W moich ramionach – pomyślał – osiwiała. W moich ramionach…”; choć w końcu i jemu oczy się otwierają jawnie szeroko gdzie w wyraźnie ostrym polu niemego już widzenia wreszcie czuje na sobie cierniową koronę, krew, krzyż, prawdziwe zawieszenie w powietrzu a potem przeraźliwie zbawienny ból całego rozdygotanego ciała niczym tamto człowiecze cierpienie któremu niższy sens nadają lśniące w ciemnym słońcu dwa złote kolczyki i dwa rzędy ostrych, białych zębów uciekające w chłodny, szyderczy śmiech; obrazoburcza a i artystyczna wizja Kazantzakisa to celna w jawnym prawdopodobieństwie próba rekonstrukcji tego o czym tradycyjny przekaz pisemny mówi nader skąpo skupiając się na patetycznej w środkach metaforycznego wyrazu dośrodkowej sile emanującej z niebiańskiej metafizyki mesjańskiego serca; ponieważ to adamowa codzienność jest dualistyczną naturą człowieka gdzie zostały mu rzucone losy na nie-przypadkowo rozdzierającej się szacie nieba...

Masa krytyczna...

canettiMasa i władza Eliasa Canettiego – szwajcarsko-brytyjskiego pisarza, dramaturga, eseisty a zwłaszcza socjologa także co może istotne noblisty w dziedzinie literatury to próba opisania i objaśnienia środkami literackimi socjologicznych uwarunkowań homo sapiens w potrzebie przełamywania swej samotności w świecie istot instynktownie społecznych; ponieważ człowiek niczego nie obawia się bardziej niż dotknięcia przez coś nieznanego, Chce w i d z i e ć, co go dotyka, chce to rozpoznać albo przynajmniej zaklasyfikować. Jak może unika dotknięcia przez coś obcego; tak naprawdę ta lękliwa niechęć nie mija nawet wtedy gdy znajdujemy się między takimi samymi ludźmi jak my; choćby na ulicach, w restauracjach czy w środkach komunikacji miejskiej unikamy fizycznego zetknięcia z kimkolwiek w przeciwnym bowiem razie może okazać się że uzewnętrzniamy komuś nadmierną sympatię a chęć zbliżania się wychodzi od nas samych; także samo oczekiwanie na przeprosiny przy byle jakim potrąceniu, przy tym jakaś „nieuważna” spontaniczność przeprosin, tudzież w następstwie gniew czy może nawet wzgarda „dla złoczyńcy” który nie przestrzega zwyczajowych norm grzecznościowych dowodzi – jak pisze Canetti - że chodzi tu o coś bardzo głębokiego, zawsze czujnego i niejednoznacznego, co człowieka nigdy nie opuszcza, gdy już ustalił granice swej osoby; dopiero w m a s i e człowiek wyzwala się od lęku przed dotknięciem. Jest to jedyna sytuacja, w której ów lęk przekształca się w swoje przeciwieństwo [za szlachetnym wyjątkiem sytuacji szczególnie intymnej – przyp. aut.]; w zwartej do gęstości absurdu tudzież chłonnej ciżbie ludzkiej nie zważa się kto na nas napiera i niejako przestaje się kontrolowanie odczuwać powiedzmy zazwyczaj kłopotliwy dyskomfort z powodu obcego dotyku; ponieważ jak mówi Canetti w masie wszyscy są równi. Nie liczą się różnice, nawet różnica płci. Ten, kto na nas napiera, jest do nas podobny. Czujemy go, jak czujemy siebie. Nagle wszystko odbywa się jakby w e w n ą t r z  j e d n e g o  c i a ł a; a więc niejako im mocniej do siebie wówczas przylegamy tym silniej czujemy zależną więź z własnym poczuciem bezpieczeństwa i zaufaniem jako pochodną tej nie inaczej jak milczącej zgody na zaistniałą a i umowną okoliczność łagodzącą; taka przemiana trwożliwego lęku w antagonistyczne zaufanie należy do samej istoty rozumienia pojęcia masy i w zasadzie stanowi o sile jej dalszego oddziaływania; w zasadzie kształtowanie się masowości jest zjawiskiem zagadkowym w jakimś również sensie ściśle celowym gdyż to cel jest punktem centralnym wokół którego gromadzą się początkowo nieliczne potem coraz to liczniejsze zastępy ludzkie podążające do niego ze wszystkich stron na raz; to co wyróżnia taką gromadzącą się masę to spontaniczność ponieważ skoro powstała, chce r o s n ą ć. Tendencja do wzrostu jest pierwszą i naczelną cechą masy. Chce ogarnąć każdego, kogo dosięgnie. Każdy, kto ma ludzką postać, może się do niej przyłączyć. Masa naturalna jest masą o t w a r t ą: jej wzrost nie ma granic; a więc a posteriori nie znosi ona jakichkolwiek zamkniętych przestrzeni takich drzwi, zamków czy zwłaszcza rygli i co ważne równie jawnie podejrzliwie odnosi się do tych którzy przed nią uciekają bądź chowają się w swym odosobnionym świecie choć w zasadzie istnieje dopóty, dopóki rośnie. Kiedy przestaje rosnąć, zaczyna się jej rozpad; jako że taka otwartość masy umożliwia jej wzrost to i równocześnie ona sama prokuruje naczelne zagrożenie gdyż przyjmuje wszystko w siebie, dopóki potrafi; ale ponieważ przyjmuje wszystko, musi się rozpaść; na drugim niejako biegunie takiego umasowienia człowieka pojawia się i to raczej mniej niespodziewanie masa zamknięta; w której nie ma zajadliwego parcia na szybki wzrost jako synonimu siły a przeciwnie większe znaczenie ma trwanie i to w ściśle określonych granicach; ponieważ taka masa graniczna osiedla się w jednym miejscu które wypełnia jak jakaś ciecz nieliche naczynie choć jest to przestrzeń zdecydowanie mniej spontanicznie celowa; a nawet czasem istnieje specjalny rytuał przyjęcia, niekiedy trzeba zapłacić za wstęp. Gdy przestrzeń dostatecznie się wypełni, nie wypuszcza się już nikogo. Nawet jeśli jest przepełniona i wylewa się na zewnątrz, główną jej treścią jest zwarta masa w zamkniętym pomieszczeniu, do której stojący na zewnątrz nie mogą naprawdę należeć; zaś to, co trafnie charakteryzuje masę zamkniętą to systematyczna powtarzalność; w której dzięki widokom na kolejne zebranie się w tym samym miejscu pryska jak bańka mydlana groźba trwałego rozpadu a to stałe umiejscowienie czeka na nią nawet jeśli jest odpływ, i swoją pustką przypomina czasy przypływu; najważniejszym a przez to niejako inicjującym procesem twórczym jakiejkolwiek masy jest swoiste wyładowanie gdyż jest to moment, w którym wszyscy jej członkowie pozbywają się cech różniących ich od siebie i czują się t y m  s a m y m; a przez to zanikają wszelkie podziały środowiskowe i wszyscy czują się znowu równi co w efekcie daje poczucie niezakłamanej ulgi ze względu na tą szczęśliwą chwilę, kiedy nikt nie jest czymś w i ę c e j, nikt nie jest lepszy niż inni, ludzie łączą się w masę; jednak ta umasowiona iluzja człowiecza zawiera już pewien pierwiastek niebezpieczeństwa rozpadu gdyż wkrótce wszyscy wracają do swej prywatności a jedynie w masie zamkniętej w obliczu surowych reguł o charakterze przynależnościowym następuje krystalizowanie się takiej masy; w tym oddechu strachu przed rozpadem wszelka masa może trwać tylko pod warunkiem, że proces wyładowania będzie trwał dalej, obejmuje nowych ludzi, przyłączających się do masy. Tylko w z r o s t masy zapobiega powrotowi jej członków w jarzmo prywatności; to koniecznościowe wyładowywanie się najczęściej przybiera niepożądane dla otoczenia formy żądzy niszczenia w których na pierwszy ogień zawsze idą jakieś domy czy przedmioty w tym przede wszystkim rzeczy łatwe do zniszczenia, jak szyby, lustra, garnki, obrazy, naczynia, a niektórzy skłaniają się do sądu, że to kruchość przedmiotów prowokuje masę do czynienia szkód; choć równie dobrze do tej zaiste ogólnej acz i szczególnej radości niszczenia przyczyniają się także same ciężkie odgłosy czy wręcz wciąż możliwy do formalnego zaakceptowania hałas w symptomie podobny do krzyków nowo narodzonego tworu (osobnika) człowieczego; z kolei u zarania kształtowania się samego poczucia władzy wśród takich celowych mas Canetti przyjmuje optykę z jednej strony zdecydowanie deterministyczną w ujęciu filozoficznym a z drugiej równie jawnie absolutyzującą programowy socjodarwinizm; w którym moment p r z e ż y c i a jest momentem władzy. Przerażenie w obliczu śmierci przechodzi w zadowolenie, gdyż to nie my jesteśmy martwi. Tamten leży, my stoimy; w tej wojnie o przeżycie tak naprawdę każdy jest wrogiem każdego i nie liczy się żaden ból a świadomość że stoi się samotnie wobec pokonanego lub pokonanych daje ostateczne poczucie władzy niemal wyłącznie w związku z tą wyjątkową sytuacją; bowiem wszystkie dążenia ludzi do nieśmiertelności – jak pisze Canetti – zawierają w sobie coś z namiętnego pragnienia przeżycia. Chcemy nie tylko istnieć zawsze, lecz także istnieć wówczas, gdy innych już nie będzie. Każdy chce dożyć najstarszego wieku i wiedzieć o tym, a jeśli jego samego już nie będzie, powinno przetrwać jego imię; tak więc w najniższym z możliwych instynktów takiego człowieczego przetrwania leży zabijanie zwłaszcza innych co jawią się jako zagrożenie dla mego bytu; bowiem w duszy takiego pozornie umasowionego zwycięscy rodzi się niespotykana moc niedająca się porównać z jakąkolwiek inną egzotyką emocjonalną; ten, który przeżył, stoi szczęśliwy i uprzywilejowany pośród stosów poległych. To, że zachował życie, a poległo tylu innych, którzy dopiero co obok niego walczyli, jest wielką rzeczą. Zmarli leżą bezbronni, on stoi pośród nich wyprostowany, zupełnie jakby po to stoczono bitwę, by on przeżył. Śmierć przeszła z niego na innych, choć wcale nie unikał niebezpieczeństwa, mierzył się z nim, walcząc razem z towarzyszami. Tamci padli. On stoi i triumfuje; takie poczucie dojmującej siły że stoi się niczym na morzu może również niejako chodzi po falach poległych jest uczuciem bycia wybranym spośród tych którym nie poszczęściło się wcale to a wcale; a zatem ta sytuacja czyni go wybrańcem jakby lepszym ale i sprawdzonym właśnie teraz namaszczonym do dalszego wyższego od innych życia już niepowszedniego; a więc ten komu - jak konkluduje Canetti – często udaje się przeżyć, jest  b o h a t e r e m. Jest silniejszy. Ma w sobie więcej życia. Siły wyższe są mu przychylne; socjotechniczna koncepcja bytu człowieka w społeczeństwie ludzkim Canettiego to jak mówił sam autor udana próba „uchwycenia za gardło” tamtego minionego już stulecia które na niespotykaną dotąd skalę a zwłaszcza w imię totalitarnych ideologii pozbawiło życia miliony istnień ludzkich; z socjologicznego punktu widzenia ta rozprawa mówi zwłaszcza o pejoratywnym znaczeniu mas a wcześniej sfor ludzkich w historii rozwydrzonej ludzkości a w życiu przeciętnego człowieka o samotnym niestety również koniecznościowym uwikłaniu naszego własnego "ja" w żałobne krakanie jota w jotę podobnych do mnie wron na tej samej gałęzi…

List Go Mamy...

lubaszkaW tomiku Dwie ciemności wiersze Anny Kamieńskiej milczą jak zaklęte w ramie wymownej strofy a nawet w zatopionych ugrach mrocznego płótna Grażyny Lubaszki; bo Jak powiedzieć i zaraz oddać to komu tyle granicznej przestrzeni tej niezależnie chcianej i tamtej aż nazbyt głośno wnet zapominanej mieści się w ludzkiej dłoni; podczas gdy poetce przychodzi na kolanach odgarniać demony zamroczonego upojeniem wieczora przy uchylonej szparze światła patrząc jak znowu słońce staje do góry nogami i z hukiem zatrzaskują się [mądre – przyp. aut.] słowniki; o tamten ponownie Brzeg bo potrzebna mi jeszcze trudniejsza jasność gdzie kolejne słowo już więcej nie umie się tak wytrawnie rozgościć w wielokącie prostych przenośni a sens rzeczy jest poza nim; gdzie w martwej ciszy co spowija niczym siarczany obłok wielkie światło z głębin wypływa to ono plecie z poetką piąte przez dziesiąte krzycząc przez most co ledwie wisi na filarach zgrzytającej niemożliwości; a wtedy już wiem czego Chcę aby wiersze pilnie uczyły się milczenia od niewinnie posądzonych skrzywdzonych i poniżonych; aby nie wynosiły się [pstrą - przyp. aut.] ironią przez ramię przeklętą w echach przesłuchania z tutaj właśnie mijających dni tudzież ciągnionych z dziurawego kapelusza lat już nieodwracalnie niedoświetlonych; aby nie zalecały [się – przyp. aut.] urodą po narcystycznie błąkających się gościńcach zaimków zwrotnych w nowomowie samej dla siebie; aby nie rozpływały się wraz z makijażem tego cudnie błękitniejącego globu ziemskiego na miłujących dmuchaniem policzkach nie z tego świata; ponieważ chcę aby [marzenia – przyp. aut.] szły w swoją stronę wszędzie tam gdzie przecinają się nasze spojrzenia na skrzyżowaniu sensu twojego i mojego życia; zwłaszcza gdzie już czekają ani na ciebie ani na mnie rozwarte ramiona z tysiąca i jednego słońca w przestrzeni nie euklidesowej tej naszej ziemskiej zawsze prozaicznej miłości; o swej twórczości sama Kamieńska mówiła że chce pisać wiersze-inskrypcje, wiersze z dwóch słów i z samego milczenia, tak jak można sobie wyobrazić muzykę z surowca ciszy. Chcę jednak pisać wiersze rozlewne i szerokie, z dźwięczącą i falującą frazą […] Chcę pisać liryki rozpaczające, że „nie ma już sposobu powiedzieć: kocham” – i wiersze publicystyczne, jak manifesty o wielkich i powszednich sprawach życia, o miłości, śmierci, głodzie, wojnie, milczeniu i o sztuce; a więc jest zaiste prawdziwie Śmieszne to bycie człowiekiem zamkniętym na spust aż po sam czubek głowy w więzieniu własnej skóry co niezgrabnie próbuje sięgać [bezgranicznej – przyp. aut.] nieskończoności a kiedy indziej znowu zabiedzonym jeńcem co dziwnie zapętla się na jedynie czasowym wybiegu i łakomie próbuje dotykać [kaleczącej na ogrodzeniu – przyp. aut.] wieczności; a i nie inaczej człowiekowi przychodzi cucić się do codziennego życia chlebem powszednim lecz [dopiero – przyp. aut.] głodem się nasycać a potem umierać z miłości gdyż przecież nie da się nie kochać przez śmierć; tak więc doprawdy to takie śmieszne mówi nawet byle jaki ptak wzruszając skrzydłami i zaraz potem wzbijając się w przestrzeń [po prostu i - przyp. aut.] lekko; niczym Bezradny Anioł który zawsze przeprowadza naszą poetkę przez kładkę ciała gdzie po obu stronach tej człowieczej proporcji a i pod suchymi konturami skóry bezwzględnie wrze nagle stłumiony w zarzewiu zimny ogień strachu i niegasnąca krew potoczyście w pochodzie wolna; a sam anioł stróż u boku naszej poetki stoi niby posłusznie niby bezradnie ni to duch ni to ciało astralne przed jednym pustym domem co rwie się jak przepaść pod stopami matek opuszczonych; choć stoicka Służba ma również swoje pokorniejsze oblicze gdy w domu cherubin śmierci zastaje bieliznę leżącą w nieładzie i tamte ręce jeszcze chciwie schylające się do zbyt szybko uciekającej podłogi; gdzie nagle co po diable również zamaszystą ciszę przerywa stłuczona szklanka i wciąż kręci zabawne piruety zawsze najmądrzejszy długopis pod stołem [a może także pod słońcem - przyp. aut.] a zmiętą pończochę niebawem acz post factum odkładają po tobie Anno na swoje miejsce wzorowe palce z przezroczystego światła; bo zwłaszcza na utrąconym po poetce świecie nie ma nic piękniejszego niż ciągle drgająca mi w uszach Rozmowa z matką co płynie ku tobie zawsze pospiesznie w łódce łzy trwożliwie radosnej; co wciąż mówi do ciebie końcami palców dumnym łoskotem serca krwią z codziennego trudu i przegranego do cna kuchennego cierpienia a potem znowu z popłochem ucieka jeszcze wyżej czysta jak gołąb w piękno roz-pada-jącego się świata; gdzie między poszarpanymi rabatkami z chmurnego w gabarycie listowia znowu wiosennie zakwita to co jest wszystkim; a jednak wróciłam mówię a myślałam że nie ma powrotu…

Sutasz na wydaniu...

fromm1Ucieczka od wolności Ericha Fromma – niemieckiego filozofa, psychologa i socjologa pochodzenia żydowskiego to u-morus-ana kontekstem politycznym wizja kształtowania się wolności w człowieku w oczach tego dość nietypowego pseudo-utopisty wciąż naszych czasów; gdyż spośród wszystkich zwierząt jest [człowiek - przyp. aut.] w momencie urodzenia istotą najbardziej bezradną. Jego przystosowanie do przyrody opiera się zasadniczo na procesie uczenia się, a nie na zdeterminowaniu przez instynkty; w tym charakterze w którym owo dostosowywanie się traci już walory wewnętrznego przymusu a staje się równie wolne od mechanizmów dziedziczenia; kiedy innymi słowy - jak pisze Fromm - egzystencja ludzka i wolność są od początku nierozłączne a słowo wolność jest użyte tu nie w sensie pozytywnym, "wolność do", lecz w sensie negatywnym "wolność od", a mianowicie od instynktownie zdeterminowanego działania; ponieważ człowiek jest znacznie dłużej niż jakiekolwiek zwierzę uzależniony od swych rodziców a jego działania środowiskowe są wolniejsze i nie tak skuteczne jak podpowiada ślepy instynkt choćby w potrzebie adaptacji czy przetrwania; niejako powoli ucząc się homo sapiens brnie przez niebezpieczeństwa oraz własne lęki pierwotne na których opiera się jego dalszy ciągły rozwój psychosomatyczny a więc to biologiczna słabość człowieka warunkuje kulturę ludzką; której symptomy przebiegają odmiennie niż u jakiegokolwiek innego ziemskiego stworzenia a instynktowne bodźce życiowe nie pchają ku natychmiastowemu działaniu ale zostają przerywane przez pewnego rodzaju "otwarcie" na potrzebę wybierania między różnymi sposobami postępowania; a więc człowiek zaczyna myśleć potem także i wytwarzać wynajdując coraz doskonalsze narzędzia dla okiełznania świata choć również swego pierwotnego bodźca; przez co oddala się od przyrody a i podkreśla tym swą autonomiczność wcale odtąd nie tożsamą z naturą; a wtedy jak dopowiada Fromm Świta mu tragizm jego losu: być częścią natury, a zarazem przekraczać ją. Uświadamia sobie, że śmierć stanowi jego ostateczne przeznaczenie, nawet, jeśli usiłuje zadać temu kłam w swych przeróżnych fantazjach; z kolei w swej ukierunkowanej historiozofii demaskuje miazmaty rozumienia „wolnościowego” u człowieka co wprawdzie nieustannie zwalcza dawne formy uzurpacji władzy czy jakieś innej metody ucisku ale zaraz potem jeszcze szybciej zauważa że wciąż rodzą się nowe zagrożenia że nadal nowi ideolodzy poprawniejszego myślenia zagrażają jego zawsze wolnej od tego typu nagabywania osobowości; bowiem Wierzymy, na przykład, że wolność wyznania stanowi jedno z ostatecznych zwycięstw w walce o wolność. Nie dostrzegamy jednak dostatecznie jasno, że jest to wprawdzie zwycięstwo nad potęgą Kościoła i państwa, które wzbraniały człowiekowi wyznawać wiarę zgodną z własnym sumieniem, lecz że równocześnie człowiek współczesny utracił w dużej mierze wewnętrzną zdolność wierzenia w cokolwiek, co nie daje się dowieść metodami nauk przyrodniczych; zresztą podobnie wygląda pozorne zwycięstwo człowieka w pochodzie o wolność słowa; podobnie iluzorycznie ponieważ zapominamy jednak, że człowiek nowoczesny znajduje się w sytuacji, w której wiele z tego, co „sam” myśli i mówi, myślą i mówią wszyscy inni; że nie osiągnął jeszcze zdolności myślenia w sposób odrębny – tj. samodzielny – a przecież tylko to może nadać sens jego twierdzeniu, że nikt nie przeszkadza mu w wyrażaniu myśli; i choć czuje się wyzwolony niejako od zewnętrznych autorytetów to poniewczasie przypomina sobie o równie groźnych co anonimowych moderatorach poprawnego myślenia takich jak opinia publiczna i „zdrowy rozum”; są one tak potężne tylko dzięki naszej całkowitej gotowości zastosowania się do tego, czego się od nas oczekuje, oraz dzięki równie potężnej obawie przed odróżnianiem się od innych; tak więc niejako wolni od dawnych zewnętrznych autorytetów znowu tak jakby niechcąco popadamy w to ciche acz codzienne zniewolenie tym razem od wewnętrznych hamulców, przymusów czy krzykliwych lęków co raźno kładą się pokotem u naszych stóp jak co najmniej tamten pejzaż spod bitewnego Auskulum; gdzie nie w ilości odsłon tej zawzięcie bronionej dotąd wolności tkwi potencjalna siła dośrodkowa naszego élan vital a w takiej jakości przeżywania własnego życia-w-indywidualności w której niejako musimy zdobyć nowy rodzaj [wewnętrznej – przyp. aut.] wolności, która umożliwi nam urzeczywistnienie naszego własnego indywidualnego „ja”, wiarę w to „ja” i wiarę w życie; w takim oto złudzeniu wręcz dumni jesteśmy ze zdobyczy nowoczesnej demokracji a tymczasem prawo do wyrażania myśli wyłącznie wtedy coś znaczy kiedy jesteśmy z d o l n i  m i e ć  m y ś l i  w ł a s n e; tak więc trzeba sobie uprzytomnić – jak mówi Fromm – że wiedzieć, czego się istotnie chce, nie jest – jak myśli większość ludzi – rzeczą łatwą, lecz jednym z najtrudniejszych zadań stojących przed każdą istotą ludzką; i w tym poszukiwaniu tożsamości wolnościowej często gotowe nie-moje cele uznaje się za własne bojąc się dalszego ryzyka i odpowiedzialności jakie musiałaby ponieść jednostka alienując się we własnych potrzebach; a taka postawa niby nie naśladownictwa choćby nad wyraz spontaniczna jest nie bardziej spontaniczna niż u aktora albo osoby zahipnotyzowanej. Każdy z aktorów po zapoznaniu się z głównym wątkiem sztuki może z werwą grać przydzieloną sobie rolę, a nawet samemu uzupełnić swój tekst i pewne szczegóły akcji. A przecież gra on tylko rolę wyznaczoną; tak naprawdę ta granica jest przezroczysta niczym grom z jasnego nieba bo kiedy na gruzach autorytetu Kościoła, potem państwa świeckiego i teraźniejszego acz abstrakcyjnego „sumienia” rząd dusz przejmuje bezimienna władza „zdrowego rozsądku” i opinii publicznej jako narzędzi konformizacji jesteśmy już w twardych szponach coraz silniej zaciskającego się myślenia totalitarnego wręcz dogłębnie uzurpującego sobie prawo pierwokupu; nawet wtedy nie wiemy jak to się staje że złudzenie o jakiejkolwiek zideologizowanej wolności pcha nas jedynie w objęcia jeszcze większej automatyzacji naszego konformizmu a nagłe przebudzenie z takiego snu powoduje jedynie że nasze „ja” ulega dalszemu osłabieniu; na skutek czego człowiek na powrót „odradza się” niczym tamto kiedyś już zapomniane dziecko w duchu znowu bezsilne i jak najbardziej niepewne a w zasadzie gotowe gdyż Jestem takim, „jakim mnie pragniesz”; takiemu procesowi jak dopowiada Fromm ulegają osoby które nie czują się szczęśliwe a kiedy życie przestaje coś znaczyć, bo jest nie-spełnione, człowiek popada w rozpacz; a my obok czyli społeczeństwo jeśli nie dostrzegamy nieświadomego cierpienia typowego dla osoby zautomatyzowanej, oznacza to, że jesteśmy ślepi na niebezpieczeństwo zagrażające naszej kulturze u jej podstaw psychologicznych gdzie gotowość na jakiegokolwiek wodza, na równie tanią rozrywkę oraz buńczuczne zapowiedzi przywrócenia jakiegoś tam ładu czy względnego porządku wystarczają same w sobie acz nie same potem świętują swoje niepohamowane triumfy; w tym jakkolwiek antyludzkim zagrożeniu – jak rozumuje Fromm – droga do urzeczywistnienia własnego „ja” dokonuje się nie tylko w akcie myślenia, ale także przez realizację całej [człowieczej – przyp. aut] osobowości, w czynnym wyrażaniu emocjonalnych i intelektualnych potencji człowieka a wolność pozytywna polega na spontanicznej aktywności całego acz zintegrowanego kondominium osobowościowego; w socjopsychologicznej koncepcji Fromma to prawdziwa wolność daje człowiekowi niezależność choć przez to czyni go jeszcze bardziej samotnym w zatomizowanym społeczeństwie, a więc i bojaźliwym czy bezsilnym zwłaszcza na manipulacje myślenia stadnego w atrakcyjnych uproszczeniach jakie jeszcze teraz serwują ideologie totalitarne czy nie mniej destrukcyjne w doborze priorytetów zjawiska konsumpcyjne; ale i również taka w końcu nadświadoma pojedynczość uwalnia realny potencjał człowieka ku niepodzielnej jak noc, tudzież wyrywanej z drętwego kontekstu niczym sen wciąż otwartej dla ciebie przestrzeni w której triumfuje to co wypowiada się nader rzadko i zawsze bez ostatniego rozdziału…