Prawie jak mydełko Fa...

buberJa i Ty Martina Bubera – austriackiego filozofa i religioznawcy pochodzenia żydowskiego to klasyka personalistycznej wizji świata podana w dialogicznej formie spotykania się ludzkich relacji z boskimi racjami a i w dużej mierze filozofia oparta na mistycyzmie chasydyzmu także aszkenazyjskiego; ponieważ Kto mówi Ty, nie ma za przedmiot czegoś. Bowiem gdzie jest coś, tam jest inne coś, każde Ono [takie coś – przyp. aut.] graniczy z innym Ono, Ono istnieje tylko dlatego, że graniczy z innym. Gdzie jednak mówi się Ty, tam nie ma czegoś. Ty z niczym nie graniczy. Kto mówi Ty, ten nie ma czegoś, nie ma nic. Ale [już – przyp. aut.] znajduje się w relacji; a świat takich relacji to zacieśniająca się w trzech podstawowych sferach przestrzeń ontologiczna; pierwsza to życie z przyrodą które urzeczywistnia się w mroku niemożliwości gdyż Stworzenia poruszają się przed nami, lecz nie mogą do nas dojść, a nasze Ty do nich skierowane zatrzymuje się na progu języka; druga relacja to życie z ludźmi którą Buber określa jako jawną i mającą kształt słowny. Możemy dawać i przyjmować Ty; w końcu trzecią relacją jest życie z istnościami duchowymi które choć skryte niczym w obłoku odsłaniają się w sposób niemy, lecz językowo twórczy. Nie słyszymy żadnego Ty, lecz mimo to czujemy się zagadnięci i odpowiadamy – tworząc, myśląc, działając: wypowiadamy naszą istotą podstawowe słowo, mimo że ustami nie możemy powiedzieć Ty [czysty chasydyzm – przyp. aut.]; to co łączy wszystkie sfery relacji zarówno te uobecniane językowo jak i pozawerbalnie to nasza perspektywa spojrzenia ze skraju wiecznego Ty które czujemy jak powiew a choćby zagadując każde inne Ty to tak jakbyśmy właśnie rozmawiali z tym Ty wiecznym równie intymnie sam na sam; niczym z drzewem na które właśnie spoglądam gdy mogę widzieć je [Ono – przyp. aut.] jako stateczny obraz w pewnym krajobrazie także jako pewien ruch z jego jawnym i potencjalnie ukrytym życiem tudzież nazywać czy sklasyfikować drzewo do określonego gatunku jak również do pewnego stopnia idealizować ten widok do sztywnych reguł a może prawideł rządzących naturą czy nawet zdematerializować obiekt sprowadzając moje spostrzeżenia do samych liczb i matematycznych stosunków pokrewnych; ale - jak pisze Buber – może się zdarzyć, zarazem z woli i łaski, że przyglądając się drzewu, zostanę włączony w relację z nim – i wtedy drzewo przestanie być Ono. Porwała mnie moc wyłączności; powiedziałbym nawet że jest to raczej siła panteistycznej złączności w której takie moje Ty nie musi z niczego ani rezygnować w sposobie oglądania ani abstrahować w sposobie pojmowania ani zapominać się w swej naukowo widzianej wiedzy nabytej gdyż wszystko – obraz i ruch, gatunek i okaz, prawo i liczba – jest tutaj nierozdzielnie złączone; ponieważ takie drzewo to nie tylko moje wrażenie zmysłowe, abstrakcyjna gra wyobraźni, mentalna wartość nastrojowa tudzież pragmatycznie liczbowa czy immamentnie mechaniczna obecność w prawach przyrody – ono żyje naprzeciw mnie i ma ze mną do czynienia, tak jak ja z nim – tylko inaczej; tak właśnie Buber wiedząc że każda relacja jest zawsze wzajemnością ucieka przed klasyczną „łatką” panteizmu wcale nie twierdząc że nabywa stosunku z czymś co nazywa się "duszą" drzewa czy jakaś tam driadą, lecz spotyka się z nim samym przez co otwiera nam relację na triadę: Ja – Ono – Ty wieczne; podobnie choć jednak zupełnie inaczej spotyka się relacja z ludźmi między moim Ja a twoim Ty gdyż twoje Ty nie jest rzeczą pośród innych rzeczy i nie składa się z rzeczy; także nie jest punktem naniesionym na sieć świata utkaną z przestrzeni i czasu ani ukształtowaniem, podpadającym pod doświadczenie i dającym się opisać czy też luźną wiązką określonych właściwości. Bez sąsiadów i bez spojeń jest on Ty i wypełnia horyzont. Nie żeby nic poza nim nie istniało: wszystko inne jednak żyje w jego świetle; a więc niczym jakaś melodia co nie składa się jedynie z wyeksponowanych dźwięków czy równie znakomity wiersz z wieloznacznych słów tudzież majestatyczny posąg z gładkich konturów tak człowiek do którego się przemawia w duchu Ty to spójnia w dynamicznie się rozwijających nieskończonych wielościach – to w końcu prawdziwa - Alfa i Omega; w tym rozumowaniu czy może raczej pojmowaniu samej a zatem transcendentnej istoty spoiwa relacji między Ja-Ty Buber podąża za judaistycznym mistycyzmem w którym modlitwa nie jawi się już w czasie, lecz czas w modlitwie gdzie również ofiara [w znaczeniu pomoc – przyp. aut.] nie jest w przestrzeni, lecz przestrzeń w ofierze a spotkanie z człowiekiem nie mieści się w jakimś kiedykolwiek i gdziekolwiek; oczywiście mogę – jak próbuje wycofać się Buber – go umieścić w przestrzeni i czasie, muszę to czynić ciągle na nowo, ale już tylko [widzę go - przyp. aut.] jako Jego lub Ją [gdzie wtedy wspólnie egzystujemy – przyp. aut.] jako Ono i stajemy się przez to sobie nawzajem mniej zrozumiali; ponieważ Człowieka do którego mówię Ty, nie doświadczam. Ale jestem w relacji z nim, w świętym podstawowym słowie. Dopiero gdy opuszczę relację [w późniejszym wspomnieniu – przyp. aut.] doświadczam go ponownie [gdyż takie – przyp. aut.] Doświadczenie jest oddaleniem Ty [a może jednak Jego - przyp. aut.]; co ciekawe w mistycznym rozumowaniu Bubera istnieje przestrzeń nadświadomości poznawczej czy raczej może jakiegoś transcendentalnego jawno-widzenia wtedy gdy człowiek do którego mówię Ty wieczne w swoim doświadczeniu nie uświadamia sobie tego w takim właśnie kontekście; Ty bowiem jest czymś więcej niż wie Ono [w rozumieniu Jego/ Ją – przyp. aut.]. Ty czyni więcej, i zdarza mu się więcej niż wie Ono. Tutaj nie sięga żaden fałsz, tu jest kolebka Prawdziwego Życia; a jak to zazwyczaj bywa w niejednej kołysce taka relacja między Ja-Ty jest bezpośrednia ponieważ nie ma w niej żadnej pojęciowości, żadnej wiedzy, żadnej fantazji, a sama pamięć zmienia się, kiedy przechodzi od szczegółu do całości; także nie ma w takiej zależności celu, nie ma pożądania czy antycypacji, a sama tęsknota zmienia się, gdy przechodzi od marzenia do zjawiska. Każdy środek jest przeszkodą. Tylko tam, gdzie rozpadły się wszelkie środki, dokonuje się spotkanie; więc tak wychodząc naprzeciw nowym pokoleniom ludzkim moje Ty będąc żywe w takim właśnie spotkaniu oddziałuje na mnie tak, jak ja oddziałuje na nie w poczuciu wzajemności w którym przede wszystkim kształtują nas nasi uczniowie a nasze dzieła nas tworzą; mistyczna i panteistyczna koncepcja człowieka-w-świecie Bubera nader blisko przypomina mi chasydzką ideę podobieństwa człowieka do Boga w tym podobieństwie które upatruje swego Stwórcę jako czyn, stawanie się czy może wręcz nietypowe zadanie do wykonania; a jednak ten filozof spotkania chyba zapomina że Ty wieczne nie jest nawet nic nieważącym „złotym cielcem” wciąż niby po co niesionym na ramionach swego stworzenia; skoro i tak moje Ja niewidocznie rozpuszcza się w pH choć niechybnie i zasadowości twojego Ty...

Na ostrzu katany...

mishimaZimny płomień Yukio Mishimy (właśc. Kimitake Hiraokiego) – legendarnego japońskiego prozaika, także dramaturga i zaangażowanego eseisty to zbiór ośmiu opowiadań w których przejawia się prawdziwa maestria tego niezwykłego stylisty i mistrza krótkich form także poetyckich; może jak mało który pisarz na świecie oddając czytelnikowi swe subtelne fikcje literackie wciąż potrafi ze-wrzeć intrygującą fabułę ze swymi obsesjami precyzyjnie chłodnej acz nadal zmysłowej miłości co na styku lodowato przyspieszonego oddechu czai się u wezgłowia śmierci; a więc w tytułowej noweli Zimny ogień główny bohater Sanokawa Mangiku aktor tradycyjnego teatru kabuki będący z wyboru onnagatą czyli osobą specjalizującą się w odgrywaniu ról kobiecych (w takim teatrze przyjęło się że role kobiece odgrywali najczęściej mężczyźni jako osoby lepiej rozumiejące kobiety niż one same siebie) siedząc przed występem w opuszczonej garderobie przypomina kobietę w najwyższym skupieniu zaabsorbowaną tkaniem [bo tak właśnie - przyp. aut.] Nieobecna duchem kobieta tkała swoją miłość; ponieważ w takim popuszczanym w siebie czuwaniu widziało się onnogatę wraz z wrażeniami ze sceny otulonymi krzykami miłości i jękami, które ją wypełniały; zapewne to wówczas w jego uszach rozbrzmiewała muzyka na chwałę najwyższych miłosnych wzlotów, a każdy najwdzięczniejszy ruch jego ciała na scenie składał hołd miłości. […] Wszystko służyło miłości – palce u nóg schowane w białych tabi [z jap. skarpety z osobnym palcem - przyp. aut.] zmysłowa barwa spodniej warstwy kostiumu, ledwie prześwitująca spod rękawów kimona, smukły, łabędzi kark; a taka poniekąd gra nigdy nie była jakaś tam powtórką z taniej rozrywki czy nazbyt wysłużoną kalką tego co pozuje do prawdziwego życia wręcz przeciwnie Mangiku się zakochuje i w tej samej chwili przybywają mu z pomocą tragiczne miłości [scenicznej – przyp. aut.] Yukihime, Omiwy, Hinaginu; toteż podczas przedstawienia powszechnie wyczuwało się jak magiczne emocje sublimowały się w zmysłowy czar, nadając mu formę lodowatych płomieni…; w opowiadaniu Śmierć w środku lata młoda Tomoko Ikuta zapada w drzemkę w swoim pokoju [pensjonatu – przyp. aut.] w Eirakusõ. Była matką trojga dzieci. Nikt by jednak w to nie uwierzył, patrząc na jej śpiącą sylwetkę, w nieco przykrótkiej lnianej sukience bladołososiowego koloru, spod której widać było kolana. Pulchne ramiona, świeża, wypoczęta twarz śpiącej i lekko wydęte wargi tchnęły młodością; a jednak w tak nieskazitelne piękno i leniwie sunący spokój letniego wypoczynku również wkrada się nieludzka tragedia co wraz z przebudzeniem się ze snu nie wierzy jawie jak zimny prysznic rozgrzanemu ciału; a mianowicie w jednej chwili Tomoko traci wszystkie swoje dzieci wraz z opiekunką Yasue która próbując ratować swoją nieuwagę także oddaje życie w odmętach fal pobliskiego oceanu; to dramatyczne przeżycie po dwóch latach każe nieszczęśniczce wraz z mężem Masaru i dwójką nowych dzieci wrócić w to samo miejsce gdzie leżało kiedyś ciało Yasue [gdzie w przywidzeniu – przyp. aut.] Promienie, przecinając gałęzie drzew, malowały słoneczne plamki na gołej trawie i mogło się przez moment wydawać, że światło faluje w rytm unoszącego się i opadającego stroju kąpielowego Yasue; a wkrótce stając nad skrajem niby tej samej wody co zabrała tamte niewinne "wspomnienia" Tomoko uparcie wpatrzona była w morze. Włosy rozwiewał jej wiatr, mimo ostrego słońca nie odwracała wzroku. Oczy jej, lekko zamglone, tchnęły niemal dostojeństwem. Usta miała zaciśnięte w tym akompaniującym grymasie bólu dziwnie spiętym w akoladzie pragnienia tak jakby [tylko – przyp. aut.] na coś czekała; w „proroczej” acz wstrząsającej noweli Umiłowanie ojczyzny porucznik służby czynnej Jego Cesarskiej Mości wraz z małżonką Reiko rozkoszując się ciepłem bijącym od swych ciał, rozpamiętywali najsłodsze, zakosztowane przed chwilą upojenia. Wspominali w najdrobniejszych szczegółach smak pocałunków, których nigdy nie byli syci, dotyk nagich ciał, każdy moment oszałamiającej szczęśliwości [choć – przyp. aut.] Przez deski sufitu [ich domostwa – przyp. aut.] zaglądała już śmierć; bowiem wkrótce ci nader szczodrobliwi wobec siebie kochankowie na znak protestu po nieudanym puczu wojskowym dokonają na sobie rytualnego samobójstwa kończąc swoje doczesne życia w pewności że nie było nic niegodnego w radości, jaką odczuli w momencie, gdy postanowili umrzeć; a można rzec przeciwnie że oboje do samego końca święcie wierzyli że właśnie akurat teraz strzegą swego szczęścia w dwójnasób czy może raczej dostrzegają je jeszcze wyraźniej w nieco ostrzejszej postaci – w tych światło-cieniach między którymi może jedynie miłość rozgościć się na tapczanie ze zguby i pożądania; że to właśnie ta Wielka Sprawa, autorytet bogów i nienaruszalne, absolutne normy moralne skrycie pchają ich do krańcowego czynu w którym czuli się dodatkowo chronieni [niejako – przyp. aut.] osłonięci żelaznym murem, którego nikt nie strzaska [wręcz – przyp. aut.] zakuci w zbroję z Piękna i Prawdy, której nikt nie ośmieli się [już więcej - przyp. aut.] tknąć; w nijakiej skądinąd sprzeczności co ledwie a i może nawet pozornie rysuje się między cielesnym pożądaniem a pieszczotliwym oddawaniem siebie samego w wyciągnięte ku nieśmiertelności ręce; to co urzekające w moralizatorskiej twórczości Mishimy to swoista płynność bezsennych granic między fikcją literacką a rzeczywistością które dzięki temu przestają nosić w sobie jedynie kruche znamiona potencjalnego prawdopodobieństwa; gdzie w post scriptum z życia pisarza wyziera w nagiej prawdzie genialna auto-kreacja a misterium pisarskie nie kończy się wraz z ostatnim performance zawsze kreatywnego Umysłu...

W sekrecie przed prawdą...

marcelByć i mieć Gabriela Marcela – francuskiego filozofa, myśliciela religijnego, dramaturga a nawet krytyka literackiego to klasyka filozoficznego egzystencjonalizmu chrześcijańskiego; inaczej bowiem niż jego rówieśnik Carl Jaspers rozkłada swoje akcenty wycofywania się z kierkegaardowskiej filozofii rozpaczy i post-heideggerowskiego Sein ku sekretnej drodze nadziei pokładanej w chrystianizmie jako sensie życia; gdyż warunkiem zbawienia dla intelektu i duszy jest rozróżnienie pomiędzy bytem a życiem. To rozróżnienie może być w pewnym stopniu tajemnicze, lecz właśnie ta tajemnica jest źródłem jasności. Mówiąc, że m ó j  b y t  n i e  p o k r y w a  s i ę  z  m o i m  ż y c i e m -  mówimy w istocie o dwóch sprawach. Po pierwsze – ponieważ nie jestem moim życiem, życie zostało mi dane, jestem w pewnym, może nie zbadanym dla człowieka sensie wcześniejszy od niego, j e s t e m, zanim żyję. Po drugie – mój byt jest czymś, co jest zagrożone od momentu, gdy zacząłem żyć, i co trzeba ocalić; jest on stawką, i tu może leży sens życia; w paradoksie a może właśnie w tej tajemnicy człowiek odnajduje siebie samego między świadomością preegzystencji a egzystencją sensu stricte ludzką która nie jest niczym innym jak doświadczaniem swego istnienia; stąd też zainteresowania Marcela skupiają się na fenomenologii posiadania a i z nim bycia bytu jako trampoliny przygotowywującej do prostego acz umyślnego skoku w rwące nurty wiary; gdyż w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do rozróżnienia pomiędzy tym, co się ma, a tym, czym się jest. […] To co się ma, stanowi najwyraźniej coś zewnętrznego w stosunku do własnego „ja”. Zewnętrzność ta nie jest jednak całkowita. W zasadzie tym, co się ma, są rzeczy […] W ścisłym znaczeniu tego słowa, mogę m i e ć tylko to, co posiada istnienie do pewnego stopnia niezależne ode mnie. Innymi słowy, to co, mam, dodaje się do mnie; więcej jeszcze, fakt, że coś jest przeze mnie posiadane, dodaje się do innych właściwości, cech itp., przynależnych do rzeczy, którą mam. Mam to tylko, czym mogę w pewnej mierze i w pewnych granicach rozporządzać, innym słowy, o tyle, o ile mogę być traktowany jako pewna moc, jako byt wyposażony w możliwości; w swych rozważaniach epistemologicznych Marcel powołuje się na przykład ludzkiego a więc m o j e g o  c i a ł a, które dla praktykującego fizjologa, badającego lekarza czy choćby empirycznego biologa ma cechy czysto przedmiotowe; a jako poszukiwacz mądrości i wyznawca sokratycznej koncepcji filozofii Marcel stawia sobie pre-dialektyczne pytania: Czy jednak, ściśle rzecz biorąc, mogę powiedzieć, że moje ciało jest rzeczą, którą mam? Przede wszystkim zaś, czy moje ciało jako takie jest rzeczą? Jeżeli traktuję je jako rzecz, to czym jestem ja, który je tak traktuje?; a może tym czynnikiem wartościująco-unaoczniającym są pewne postawy skrajne choćby występujące w stosunku do nagłej śmierci wobec takiego na ten przykład czyjegoś samobójstwa; toteż Czyż zabicie samego siebie nie jest rozporządzeniem swoim ciałem, tak jak czymś, co się m a, jak rzeczą? Czy nie równa się to milczącemu uznaniu, że się do siebie należy? Lecz tu panują nieprzeniknione niemal ciemności: czymże jest owo własne „ja”? Czymże jest owa tajemnicza relacja pomiędzy własnym „ja” a samym sobą? Czy nie jest jasne, że relacja ta jest zupełnie inna w przypadku istoty, która odmawia zabicia się, ponieważ nie przyznaje sobie tego prawa, ponieważ do siebie nie należy?; dla głębszego zrozumienia a i ku afirmacji filozoficznej dalekiej jednak od myślenia logicznego a priori czy w teorii poznania od stanowczego a posteriori Marcel wprowadza do pojęcia posiadania rozróżnienie na posiadanie jako implikację (mam czas, by zrobić to czy tamto) i na twarde mieć znaczące tyle co posiadać (mam motocykl) gdzie jedno w osobowym uproszczeniu dotyczącym m n i e  s a m e g o to termin qui [z łac. - kto] a drugie w znaczeniu niegołosłownym jako rzecz czyli koncepcyjnie quid [z łac. - co]; konkludując a nie zgłębiając jeszcze bardziej istoty zależności między qui a quid obracamy się w pewnej dialektyce wewnętrzności gdzie m i e ć znaczy w sam raz tyle co m i e ć  d l a  s i e b i e, zachować dla siebie, ukrywać; co sprawdza się najlepiej i najbardziej interesująco na gruncie - jak pisze Marcel - posiadania sekretu; gdzie Ów sekret nie jest sekretem dlatego tylko, że go zachowuję, lecz także i równocześnie dlatego, że mógłbym go wydać. Ta możliwość zdradzenia czy odkrycia jest z nim nierozerwalnie związana i przyczynia się do określenia go jako sekretu a więc w głębszym wręcz immamentnym rozumieniu tej ukrytej we mnie tożsamości stawia ona moje własne „ja” wobec [takiego - przyp. aut.] p o s i a d a n i a w pełnym znaczeniu; z kolei zwracając się ku bytowi absolutnemu a więc i byciu człowieczemu jako egzemplifikacji mojego mieć w twardym znaczeniu posiadać co stoi sobie nad urwiskiem gdzie o krok czeka go obecność w rwącym nurcie wiary Marcel w swej dialektyce po części identyfikuje się z platońskim idealizmem gdzie wszelkie byty stworzone jawią się jako cienie emanującej rzeczywistości absolutnie w zasadzie pierwszej; po części dlatego że w jego dialektycznym rozumieniu człowieka jako bytu ostatecznie (niezmiennie) nie wyczerpuje stan rzeczywistości ontologicznej a przeciwnie jest on z natury rzeczy istotą która interakcyjnie więcej niż egzystencjalnie pojmuje po swojemu świat nie-swoich cieni choć już nie samego Bytu Absolutnego; którego skądinąd nie da się wyłącznie sprowadzić do koniecznościowej emanacji twórczej czy zawsze ćwierć-bytowej postaci stwarzającej a i naszego w związku z tym uproszczonego pojmowania epistemologicznego; gdyż Bóg może być mi dany tylko jako absolutna Obecność w adoracji; wszelkie pojęcie, jakie sobie o Nim wytwarzam, jest tylko abstrakcyjnym wyrazem, intelektualizacją tej obecności; i gdy usiłuję operować tymi pojęciami, powinienem zawsze o tym pamiętać, gdyż w przeciwnym razie same ulegną one wynaturzeniu w moich świętokradczych rękach; w pytaniu stawianym o swój aktualny byt a więc czym on jest i czy w ogóle jako taki istnieje we mnie Marcel zdecydowanie porzuca kartezjańskie cogito (myślę) ponieważ cogito zatrzymuje się na progu wartości, i to wszystko; podmiot cogito to podmiot epistemologiczny; Kartezjanizm zakłada rozdział, być może sam w sobie zgubny, tego co intelektualne [myślę – przyp. aut.] i tego, co witalne [jestem – przyp. aut.] z czego wynika niedocenianie i przecenianie jednakowo arbitralne jednego i drugiego; ergo w jedności takiego a nie innego mego egzystującego sum jest zarówno miejsce na tego kto m y ś l i  jak i na tego który usiłuje sobie akurat s i e b i e  p o m y ś l e ć; chrześcijański egzystencjalizm Marcela to próba adaptacji myślenia metafizycznego na gruncie rzeczy zeświecczonego myślenia współczesnego mu człowieka z wyraźnym acz i post-kantowskim akcentem postawionym na ostatnią sylabę a i nad nie dającą się wyartykułować przepaściastą tajemnicą wiary objawionej co brzmi dla ucha niczym postponowane amen w dalekim od uwielbienia pacierzu; gdzie jak rozumiem filozofującego egzystencjonalistę paradoksalnie zaczyna się ta prawdziwa wiara w jakimś głębszym tudzież może raczej wyższym niż niebo sensie głucho-meta-ludzkim… 

Jeździec Apokalipsy...

Durer Revelation Four RidersW wierszach Józefa Czechowicza przekaz podmiotu lirycznego pobrzmiewa niczym napięta do granic struna niewidomego oczekiwania co wieszczy na płowym koniu przedwczesna Śmierć w drzeworytniczym cyklu graficznym Apocalypsis cum figuris Albrechta Dürera; w tym niejako postępującym dramacie co jawi się nam niczym Modlitwa Żałobna mówiona szeptem nim spłynie zórz ogniowa kra a my wszyscy [potem - przyp. aut.] uśniemy; w jakoś cichym skonie i na jaśnie wygładzonym sobie samemu kamieniu ponad którym będzie się toczył wielki grom z niebiańskich lewad na młodość pól na cichy dom a czas się więcej już nie zastanowi - potłucze owale luster; a my wciąż chcemy śpiewania gwiazd i raf lasów pachnących bukiem świergotu rybitw tnących staw i dzwonów co jak bukiet; więc daj się jeszcze raz uwieść Panie bolesny naszemu metrum w cykladach powtarzanych na trzy czwarte nim przyjdzie ta noc ostatnia; zaś wcześniej od żywota pustego bez muzyki bez pieśni chroń nas Panie; dopóki dopóty znowu nie dopadną umysłu trwożne Przeczucia gdy twarzą ślepą niewidzialny trzepot szepce idę tak jakby naraz płomień wizgał spalając jodłowe wieńce; a nasz poeta zamyślając się jakoś wielce frasobliwie odnajduje w tym wysokim ponad stan szumie mroki granatowe na wszystko: takie ciemne antidota na światłość kobiet a i na szarość armat wieczorów posągów; tudzież również na zjawiska dawne i nowe co miękko dogasają wraz ze spływającym po świeczniku ciała wizgiem w złowróżbne esy a potem ciemnoaniołowe floresy; bo to tak właśnie powoli w kadź zrozumienia skapuje trwoga po prostu [już – przyp. aut.] zimna niczym niebiańskie iskry wichru sypiące się ze szczelin u proga; raz po raz zdradziecko panosząc się po domostwie poetyckiego świata niczym Śmierć co kusząco do mnie mówi że przychodzi jedynie oddychać lodowym kwieciem nieznanych równin; a przecież powtarzające się zachody miedziane jak grosz jak również wtórujące mu pod maskami syrenami samochody czy mądralińskie odgłosy gdzie pociągu bieg mówią coś zgoła zupełnie innego: one po prostu nie wierzą że jest [drugi – przyp. aut.] brzeg; podczas gdy nasz poeta przekornie chce nie wierzyć a nawet nie chce wierzyć jak ten nieświadomy niczego a zwłaszcza tego już najgorszego kruk którego psy rozdarły; wraz z pozostałymi poetyckimi wcieleniami nad którymi i tak czule pochyla się nigdzie jeszcze nie-namalowany Bóg wskrzeszając w obojętnych już oczach tą ostatnią acz rzęsistą łzę; niejako ze wstydem patrzącą na ten świat gliniany jak skarbonka co nie czeka na kolejny pusty los w swym przepychu postawiona już do góry nogami; toteż nie inaczej jak w tym sunącym coraz niżej i jeszcze niżej języku ciszy nachodzi na poetę lodowa łąka gdzie to już nie ja jestem choć I ciebie [mój ty – przyp. aut.] kruku nie ma; do nostalgicznej liryki Czechowicza raczej niesłusznie przylgnęło złowieszcze miano „katastroficznej” z piętnem kainowym jako votum srebrzącym się niczym siwy włos między tym co szlachetnie nieśmiertelne a tym co jawi się czytelnikowi przemijające jak babie lato; a tymczasem jego poetyka wciąż jest na wskroś awangardowa, wręcz żywotnie przepojona sielskością gdzieś nieuchwytnie uciekającą w wiejski zazwyczaj krajobraz i w prowincjonalną acz zawsze apollińską zadumę schlebiającą temu co kończy się a nawet jawnie ponownie zaczyna; niejako się rozpoczyna jak pierwsze Preludium gdy o świcie wybuchły ptaki z mosiężnych ról w swej szczerozłotej koronie z radosnej jasności co smukła kobieta przyniosła na głowie; zaczyna się w tym pierwszym powiewie różanym jak twarz dziecka co za sobą uczy pokory mokre źdźbła a może się bardziej łasi do niewysokiej trawy; gdzie nasz poeta ciemnym kwiatem makowym kiwa się na wszystkie strony aż znieruchomieje w pospolity zapach co już nie wystraszy jelenia u pędzącego źródła któremu po drodze struga szepce [słodkie – przyp. aut.] ave; a może i czas przyjdzie niespodzianie niczym Pierwszy śnieg w ogrodzie za domem podczas tęgiego zmroku gdy martwe liście gwarzą padając ze zmęczenia jak łzy u stóp mokrych czarnych drzew; skąd dopiero co przywiał je chyży wiatr niby piasek sypki pod ziejące chłodem czarne drzwi gdzie na piętrze światło zrumieniło szybki kolebka wciąż stuka w takt za kołysanką gdzie i biegun uderza cicho w stołu brzeg rymując się między sobą w miarowym nietakcie jakby ktoś garściami biel chłodnego „adieu” wciskał właśnie tobie przed gankiem na tymczasowe odchodne; co i tak wkrótce obrośnie jak żywa Legenda tą ciągle zbyt głośną ciszą [którą – przyp. aut.] ty chcesz mnie przebić w serce tamtego milczenia gdzie słychać twe wieki; a przecież o daleki słyszysz te wiersze więc wiesz że nie będę twym świerszczem; bo taka miłość jak moja hula niczym szarańcza między moimi płucami a ziemskim oddechem zbawiennie rosząc suchą ziemię może również niemądrze zieleniejąc się na litej naprzemiennie skale choć na pewno stapiając się z tą samą co ja gliną człowieczą; z której także i moje rosną codzienne mięśnie a w dostatku dorasta doń moralny kręgosłup więc niech kończy się co zaczyna gdyż nie może być jaśniej i prościej; a przedwcześnie ginąc pod gruzami lubelskiej kamienicy podczas zdradzieckiego nalotu niemieckiego nasz poeta jeszcze szepce mi do ucha To wiem że dzień bursztynowy mija mu jak rok za rokiem podczas którego dłonie poety płoną a tyś korono [wciąż – przyp. aut.] daleko poniżej tamtego horyzontu i na szersze czoło wschodzisz równie szmaragdowo; dzięki czemu ogrodach ognia narasta dziki jak zwierz sopranowy pomruk i osadza się na wybuchach jak na mieliźnie nadzieja; bo i tak nie pomoże chęć dalszego wciąż oczekiwania skoro potem obalę się jak wszyscy trup na ten swój na drutach pleciony nimb co zaleje ciemnym złotem tamten dziś już prawie nikomu Nieznany Grób…

Élan vital…

bergsonPamięć i życie Henri Bergsona – francuskiego filozofa i "strumieniowego" myśliciela a także co ważne noblisty z dziedziny literatury to klasyka intuicyjnego nie rozumowego (vide: intelektualnego) poznawania otaczającej nas rzeczywistości gdyż nie ma takiego pobudzenia uczuciowego, przedstawienia czy aktu woli, które nie przekształcałyby się w każdym momencie; nawet w ściśle wzrokowym postrzeganiu potencjalnie zawsze unieruchomionego przedmiotu obserwacji gdy patrzę na niego z tej samej strony, pod tym samym kątem, w tym samym świetle – wizja, którą mam, mimo wszystko różni się od doznawanej uprzednio, choćby dlatego tylko, że jest o chwilę późniejsza. Działa tu moja pamięć, przesuwając coś z minionej właśnie przeszłości w obecną teraźniejszość. Stan mojej duszy, posuwając się naprzód drogą czasu, w sposób ciągły wzbiera trwaniem, które gromadzi; tworzy niejako powiększającą się kulę śnieżną; może właśnie dlatego to co powszechnie nazywa się stabilizującym trwaniem, jakimś może niekiedy bezruchem jest faktycznie nieustannie dziejącym się ruchem co zauważa także presokretejczyk Zenon z Elei w słynnym spostrzeżeniu z lecącą strzałą; w którym wykazuje nie tyle niemożliwość jakiegokolwiek ruchu w stałych a zatem niezmiennych interwałach przestrzennych lecz raczej próbuje w swym doświadczeniu opisać trudności związane z pomyśleniem o ruchu jako takim; precyzując teorię że trwanie jest ciągłym ruchem wyobraźmy sobie - jak pisze Bergson - elastyczną gumę, naciągniętą od punktu A do B; czy można by podzielić jej rozciągnięcie? Lot strzały jest samym tym rozciągnięciem, równie prostym i równie niepodzielnym. Jest to jeden jedyny skok; choć trzeba dodać że trwanie nie jest procesem gdzie jedna chwila zastępuje drugą w przeciwnym bowiem razie istniałaby tylko teraźniejszość i nie byłoby jakiejkolwiek ciągłości przeszłości w tej aktualności ani możliwości ewolucji a tym samym i konkretnego trwania jako punktu odniesienia; a zatem trwanie – jak mówi Bergson – to ciągłe postępowanie przeszłości, wgryzającej się w przyszłość i nabrzmiewającej w miarę postępowania naprzód; w uproszeniu niejako umyślnie tutaj myślowym tą przeszłością jest sama pamięć choć i ona nie jest jakąś tam szufladą, szafą czy choćby rejestrem gdzie polegują nasze wspomnienia; gdyż w rzeczywistości przeszłość przechowuje się sama przez się, automatycznie. Bez wątpienia idzie za nami cała w każdej chwili: to, co czuliśmy, co myśleliśmy i chcieliśmy od najwcześniejszego dzieciństwa [świadomie czy nie do końca – przyp. aut.] jest tutaj, pochylona nad teraźniejszością, która zaraz się doń przyłączy, popychając drzwi świadomości, która chciałaby zostawić to wszystko na zewnątrz; co ciekawe jeśli w pamięci szukamy swego dziejowego wspomnienia to aktualnie odrywamy się od teraźniejszości zaklętej w tu i teraz a przyjmując określoną postawę ciała i umysłu powiedzmy w uproszczeniu filozoficzną ukazuje się nam - ono wspomnienie - w kształcie jakiejś zagęszczającej się mgławicy przechodzącej ze stanu tak jakby wirtualnego w jak najbliższy sercu tryb aktualnościowy; w postaci tej uwydatniają się najpierw niejasne kontury potem powierzchnia ta nabiera stosownych barw by w końcu naśladować w wydawaniu się samo teraźniejsze spostrzeżenie; a więc – jak konkluduje Bergson – przeszłość, ze swej istoty będącą czymś wirtualnym, może być przez nas ujmowana jako przeszłość tylko wówczas, jeśli przyswoimy sobie ruch, za pomocą którego rozwija się ona w aktualny obraz, wyłaniając się z ciemności na światło dzienne; a wyobrażać sobie to nie to samo co wspominać gdyż wspomnienie w ruchu aktualizującym się zawsze dąży do zaistnienia w jakimś konkretnym obrazie, jakiejś wizualizacji a trudno przyjąć twierdzenie odwrotne że jakoby aktualne w czasie projektowanie sobie jakiegoś wyobrażenia mogło de facto mieć symptomy mego dziejowego już wspomnienia; w definiowaniu istoty pamięci Bergson zauważa że kiedy myślimy o przyszłości mającej zaistnieć nie ma jej jeszcze; gdy zaś myślimy o niej jako o istniejącej, już jej nie ma. Jeśli, przeciwnie, rozważamy teraźniejszość konkretną, rzeczywiście przeżywana przez świadomość, można powiedzieć, że zawiera sie ona w dużej części w bezpośredniej przeszłości; więc nasze postrzeżenia te aktualne a i momentalne jakby na ułamek z przysłowiowego mrugnięcia okiem składają się z niekończonej ilości przypominanych sobie czynników pośrednich co skłania do konkluzji że wszelkie spostrzeżenia są już pamięcią; toteż praktycznie rzecz ujmując postrzegamy tylko przeszłość gdyż jak wcześniej wyjaśnia autor czysta teraźniejszość jest nieuchwytnym postępowaniem naprzód przeszłości pochłaniającej przyszłość; z kolei to co powszechnie nazywa się życiem istoty czującej Bergson dookreśla jako pęd życiowy [z fr. elan vital] będący nieustanną wojną między tym co chce materia (ciało) w człowieku a tym czego pragnie zawsze nieokiełznany duch (dusza) dążąca do twórczego samorozwoju; a sam będąc żywo doświadczany jako żołnierz w czasie pierwszej wojny światowej Bergson porównuje takie antynomie do wybuchu granatu gdyż kiedy wybucha granat, właściwy mu rozpad tłumaczy się zarówno siłą eksplozywną zawartego w nim prochu jak i oporem, jaki stawia mu metal. Podobnie rzecz się ma z podziałem życia na indywidua i rodzaje. Podział ten, jak sądzimy, wiąże się z dwoma szeregami przyczyn: z oporem, na jaki napotyka życie ze strony materii martwej oraz z siłą eksplozywną, która zawiera się w życiu i wynika z niestałej równowagi różnych tendencji; to co wydaje sie kołem zamachowym rozwoju człowieka a więc w efekcie zwyciężania w nim ducha nad ciałem streszcza się w pozycji nachylającej się ku postawie twórczej czyli tzw. pokory jak w przypadku zwrotnicy kolejowej która na kilka chwil przyjmuje współbieżny kierunek z pozostałymi szynami; ponieważ życie jest dążnością, nieustannym rozwojem przypominającym w swym kształcie wiązkę tworzącą gdzie przez sam fakt swego rozrostu, rozbieżne kierunki naszego działania nabierają wartości w swym rozpędzie; a tak dzieje się w tej ewolucji swoistej dążności - jak pisze Bergson - którą nazywamy charakterem. Każdy z nas patrząc wstecz na swoje dzieje może stwierdzić, że jego osobowość z czasów dzieciństwa, chociaż niepodzielna, jednoczyła w sobie różne osoby, które mogły łączyć się w całość, ponieważ dopiero zaczynały się kształtować [...]. Ale gdy owe przenikające się osobowości wzrosną, nie dają się już ze sobą pogodzić, a ponieważ każdy z nas przeżywa tylko jedno życie, musi więc dokonać wyboru. W rzeczywistości bez przerwy dokonujemy wyborów i nieustannie rezygnujemy z wielu rzeczy; w tym samorozwoju co niejako wisi w czasie i przestrzeni żyjemy niczym w kurzącym się pyle który jest szczątkami tego wszystkiego, czym zaczynaliśmy być i czym moglibyśmy się stać; z kolei to, co charakteryzuje a może wyróżnia nasze jestestwo w przyrodzie ożywionej to świadomość która jest synonimem inwencji i wolności; w przeciwieństwie do świata choćby zwierzęcego który także posiada indywidualną inwencję twórczą ale przechodzi z jednego automatyzmu w kolejny nawyk u człowieka samoświadomość zrywa ten łańcuch niejako wyzwala się; więc jak precyzuje Bergson - całe dzieje życia [są - przyp. aut.] dziejami świadomości usiłującej unieść materię która pragnie nas przygnieść w swym grawitacyjnym spadaniu a chodzi o to, by z materii która jest koniecznością samą, stworzyć narzędzie wolności, by zbudować mechanizm, który zatriumfowałby nad mechanicznością, by wykorzystać determinizm przyrody i nie dać się jak pozostałe świadomości pozaludzkie złapać w sieć imperatywnych mechanizmów własnych; w odliczaniu czasu który nam wciąż cyka i się nie cyka a i w odróżnieniu od takiego choćby zawodowego fizyka dla którego czas jawi się jedynie liczbą jednostek trwania to dla człowieka żyjącego w strumieniu świadomości poznawczej - on czas - jest wartością samą w sobie na tyle zdeterminowaną co i w jakimś sensie bezwzględną wręcz absolutną; gdzie tworzy się nieustannie coś nieprzewidzianego i nowego a takie właśnie trwanie może nie być własnością samej materii, lecz życia, które idzie przeciw jej prądowi; ta jedność upływającego czasu, konkretnej przestrzeni i samego twórczego życia spina się w jedną całość z trwaniem wszechświata i z kontemplacyjnym potencjałem twórczości jako celem nadrzędnym; pragmatyczny w swym wyrazie a i rozpędzony intuicjonizm Bergsona ma wciąż swoje zastosowanie w intencjonalnym kreacjonizmie twórczym człowieka: w głębszym odczuwaniu (doznawaniu) sztuki tej najwyższego lotu czy w pochodnych temu procesowi upodobaniach o charakterze estetycznym, w stosowaniu środków artystycznego wyrazu choćby w kinematografii także w literaturze na przykład w mówionym czy pisanym rozczepianiu strumieni świadomości ale również i we współczesnej neuropsychologii klinicznej; to co nadal mnie niejako urzeka w tym poniekąd irracjonalnym myśleniu to oddolnie jawiąca mi się prawda jak może mało która w zazwyczaj dość hermetycznej a i nazbyt spekulatywno-abstrakcyjnej dziedzinie filozofującej, taka skądinąd prostota co jest tak bardzo bliska realiom przeżywania świata przez przeciętnego Kowalskiego w swej ponadprzeciętności czystego spojrzenia; gdzie znowu wszyscy jesteśmy razem gdzie ci wszyscy są tacy sami i bez zbędnego celebrującego siebie wyjątku…