Uwięziony sen (s)...

sabatoO bohaterach i grobach Ernesto Sábato – argentyńskiego pisarza i płodnego eseisty pochodzenia włoskiego a także laureata prestiżowej literackiej Nagrody Cervantesa to powieść wielowątkowa w nastroju burzliwie po argentyńsku dziejowym z socjologiczną a posteriori tudzież kosmopolityczną puentą czy może inaczej z wybuchową mieszanką piorunującą niejako podaną w filozoficznym tyglu rozczepialnych strumieni podświadomości u drobnego niczym pył człowieka; a więc nie inaczej jak w iberoamerykańskich magicznych realiach zawsze rozgrywającej się gdzieś akcji nie dość że na co najmniej kilku planach czasowych to i w nowożytnym - jak pisze sam autor – Babilonie nomem omen stolicznego – hehe - Buenos Aires nieco większej połowy minionego stulecia; gdzie między akapitami upływającego w paralelach niedopowiedzianego czasu Olmosowie [Vidal – przyp. aut.] cierpieli na jakiś brak realizmu, odnosiło się wrażenie, że zgoła nie biorą udziału w brutalnej rzeczywistości otaczającego świata; coraz ubożsi, nie mieli jednak dość rozsądku, żeby starać się zarobić albo przynajmniej utrzymać resztki dziedzictwa, brak im było wyczucia proporcji i zrozumienia dla polityki [schodzących po hiszpańskich schodach dni – przyp. aut.]. Olmosowie oddalali się z każdym dniem coraz bardziej od swej sfery, sprawiali wrażenie, że pośród chaosu tego nieubłaganego, zmerkantylizowanego miasta kosmopolitów stanowią epilog dramatu starożytnej rodziny. I zachowali, nie wiedząc o tym rzecz jasna, dawne argentyńskie cnoty, które inne rodziny odrzuciły jako balast, ażeby nie utonąć: byli gościnni, hojni, szczerze patriarchalni, w skromny sposób arystokratyczni; co u dalekich czy zmaterializowanych krewnych zawsze budzi jedynie zawistną niechęć może potem i ironiczny wstręt ponieważ sami niejako nie potrafili zachować tych cnót w sobie i sprzedajnie włączyli się w proces argentyńskiej merkantylizacji życia społecznego końca dziewiętnastego wieku; podobnie jak człowiek, który zawinił, żywi niechęć do niewinnego, tak biedni Olmosowie w śmieszny sposób odizolowani w dawnej swej rezydencji w Barracas byli przedmiotem nienawiści swych krewnych; bo nadal mieszkali w plebejskiej obecnie dzielnicy bo dalej pili mate zamiast herbaty, bo świecili ubóstwem, słowem, bo nie bacząc na swe tradycje, żyli jak prości ludzie; co dobrze wiedzieli że przedmioty materialne niewątpliwie są manifestacjami [choć nie zwierciadłami – przyp. aut.] duszy, dusza bowiem nie może objawić się naszym materialnym oczom inaczej jak poprzez materię, i to jest jej dziwnie subtelną właściwością; a jest ona - ta sama nie inaczej dusza - czymś wręcz dramatycznie różnym od wysokiego niczym czoło i zarazem wyniosłego ponad swój stan rozumu ludzkiego co przebywa jedynie na olimpijsko podniebnych wyżynach tam rozkoszując się samotnością w sobie i niejako istniejąc dla siebie w pre-kontemplacyjnym świecie samych czystych idei, czystego zatem piękna i czystej w niej prawdy; może i z nijaką potem pogardą spoglądając na nasze nędzne ciało na tamte jego potrzeby pierwsze pozostające w jawnym spisku z powiedzmy że zauszną duszą co niekiedy pierwsza bierze udział w burzliwych przygodach ciała a nawet sama bywa ich przyczyną. One to, dusza i ciało, są chyba nierozłączonymi współwinowajcami, są twórcami, a zarazem aktorami w owych plugawych i na ogół okrutnych przygodach ludzkich; jeszcze niewinnie młodzieńczo czy może nazbyt jednak swobodnie siadających na boskiej od soczystej zieloności trawie - miejscu odpoczynku i relaksu - we współczesnym także naszemu pisarzowi Buenos; gdzie wówczas również młoda Aleksandra usiadła na trawniku. Marcin okazał widoczne zdumienie, bo odezwała się po chwili: Czy nie wierzysz w telepatię? To by mnie dziwiło, bo wyglądasz jak doskonałe medium. Kiedy ujrzałam cię wtedy na ławce, wiedziałam od razu, że wrócisz. No, i wróciłeś. Byłam też pewna, że mnie pamiętasz; choć ad vocem wiedzieć czemu Marcin na poważnie milczy niejako zapatrzony w utykającą mu pośpiesznie pamięć ponieważ bywa tak czasem, że ktoś wydaje się nam znajomy z jakiegoś poprzedniego życia; wrażenie to jest podobne do rzeczywistości, jak sen do zdarzeń z dnia poprzedniego. Wiele jeszcze wody upłynie, zanim Marcin pojmie, dlaczego Aleksandra wydała mu się znajomą, i [jego przyjaciel - przyp. aut.] Bruno znowu uśmiechnął się do swoich myśli; aczkolwiek czy zwłaszcza pomimo tego Marcin spogląda na nią Aleksandrę - niby staro-nową znajomą - aktualnie wielce olśniony: ciemne włosy przy białej matowej cerze, wysoka i smukła postać; było w niej coś z modelki z salonu mód, a jednocześnie powaga i surowość niespotykana u kobiet z tej sfery. Niezmiernie rzadko, prawie nigdy nie ujrzy się w niej śladów łagodności uchodzącej za cechę charakterystyczną dla kobiety, a zwłaszcza dla matki. Uśmiech Aleksandry był twardy i sarkastyczny, śmiech gwałtowny jak wszystkie jej odruchy i w ogóle cały jej charakter; gdyż faktycznie taka właśnie Aleksandra nie może spokojnie patrzeć na pozostałe kobiety bowiem uważa je in extenso za godny pogardy gatunek człowieka i jeszcze na dodatek twierdzi że chce przyjaźnić się jedynie z nielicznymi mężczyznami; a tamte obce kobiety ze swej strony odpłacały jej również nienawiścią, co u Aleksandry wywoływało jedynie wzgardliwą obojętność. Nienawiść ich jednak zmieszana była niewątpliwie z ukrytym podziwem dla jej urody co i teraz nie ucieka uwadze Marcina te oczy głębokie i namiętne, te duże wzgardliwe usta, ta mieszanina sprzecznych uczuć i namiętności, które można było wyczytać z jej rysów, wszystko to przydawało jej twarzy coś, czego nie można było zapomnieć; niczym o sztucznym przygaszonym świetle w ciemnym jak noc pokoju więc Marcin zgasił nocną lampkę i siadł znowu obok Aleksandry. Był wstrząśnięty i onieśmielony; do czego Aleksandra go potrzebuje? Nie miał o sobie wysokiego pojęcia, uważał że jest głupim, niepotrzebnym stworzeniem, które może co najwyżej słuchać Aleksandry i podziwiać ją. Ona jest ta mocna, ta rozumna co potrzebuje niepozornego głuptasa na więcej niż kochanka, psa czy nawet przyjaciela; bo tak właśnie czy zupełnie inaczej niż nie-winnie Aleksandra pragnie Marcina niczym przyciskanego do rosnących piersi świętego z taniego księżowskiego obrazka a on wciąż nie mogąc obok niej usnąć jest jak ów książę – myślał – co samotnie przewędrował dalekie kraje i stanął w końcu przed grotą, gdzie śpi królewna strzeżona przez smoka. I który zauważył nagle, że ów straszliwy smok nie trzyma straży przy królewnie, ale, o zgrozo! siedzi przyczajony w niej samej: jest to królewna-smok [piękna smoczyca – przyp. aut.] nierozerwalna całość czysta i zarazem płomienna, nieskalana i odpychająca, jak niewinna, ubrana w biel dzieweczka, którą trapią straszne sny o gadach i wampirach; a w nim Marcinie wciąż zawiewa jakby od mrocznej zagadkowej jaskini tamten tajemniczy wicher co targa jego skołataną duszą w wykrocie z myślami tyle nieskładnymi co i pomieszanymi w sobie aż po chorobliwe niczym w żołądku samo-czynne sensacje; w tamtych pamiętliwie-lękliwych czy eteryczno-domorosłych zmaganiach gdzie zawsze pojawia się moja matka ciało i brud, gorąca kąpiel i wilgoć, ciemna plątanina włosów i zapachów, wstrętny odór skóry i gorących warg a z nich powstaje on niejako samo-stwórca co rozumnie porządkuje ów szatański w nim zamęt raczej nieudzielnie dzieląc zaognioną do żywego czy może więcej niż doskonałą miłość na brudne ciało i na czyste jak łza uczucie; gdzie zwłaszcza czy jakoś ostatecznie odtrąca w sobie jakby wstrętnie nieczystą mu płeć pomimo tego że tyle razy buntowałem się instynktownie przeciwko temu, tym bardziej przerażony, że nagle odnajdywałem na swojej własnej twarzy rysy mojej łóżko-matki; co w-połowie-nocy jest przewrotna i chytra niczym żmija że szybko zdołała przebyć głęboką fosę, której rozpaczliwie strzegłem pragnąc obronić moją wieżę, lecz ona, nieubłagana żmija, powraca co noc i ukazuje się jak ohydna zmora na wieży, której bronię moją ostrą czystą szpadą; także fechtowaną w nowym scenariuszu z daleką bez ściśle wytyczonych granic to znowu za gorąco bliską mu w rozdwojeniu Aleksandrą co przychodzi do Marcina niczym tamta śmierć i zaraz wkrada się w zdrętwiałe ciało nagle w-spół-istotne z balsamicznym duchem, a moja miłość do niej przemienia się w ciało, w gorące pożądanie jej skóry i jej wilgotnej, mrocznej jaskini królewny-smoka; choć z dala od takiego mrocznego teatrum to wytrawny po bezkres rozum ludzki podpowiada mu spokojnie że czysta miłość jest jedynym absolutem pozostającym w nieco makabrycznym takim stosunku do określenia Kanta albo Hegla, w jakim rzeczownik „katastrofa” pozostaje do zderzenia pociągów lub do trzęsienia ziemi, kiedy giną dziesiątki ludzi, a ranni jęczą w kałużach krwi; gdzie podlega - ona miłosna zażyłość - między kochankami nieustannym zmianom wręcz tanim modyfikacjom w których raz jest wzniosła i patetyczna, kiedy indziej znowu obniża swe wysokie loty i staje się niejako zanadto trywialna, z czasem również przechodzi w słuszną wygodę i nieme potem przywiązanie a nawet niekiedy staje się tragicznie zabójczą czy jakoś jeszcze inaczej wstępującą w nich patologiczną nienawiścią; w której kłamstwo zasadniczo różni się od przemilczania niczym stałość w czystej prawdzie od relatywności wszystkiego co istnieje w perspektywicznym kontekście wraz z upływającym czasem; o czym przekonuje Marcina jego przyjaciel Bruno który wierzy w prawdę zawartą w naukach matematycznych, w chemii, w filozofii. Ale nie w życiu. W życiu ważniejsze jest złudzenie, wyobraźnia, pragnienie, nadzieja. Czyż wiemy zresztą, co to jest prawda? Stwierdzając, że ten kawałek okna jest błękitny, mówię prawdę. Ale jest to tylko prawda częściowa, a więc pewnego rodzaju kłamstwo. Bo ten kawałek okna nie jest sam. Jest w domu, w mieście, w krajobrazie. Otoczony jest szarością tego betonowego muru, jasnym błękitem nieba, tymi podłużnymi chmurami i wieloma innymi rzeczami. Jeżeli nie mówię o tym wszystkim, absolutnie o wszystkim, to kłamię; a i tak  w s z y s t k i e g o  wypowiedzieć nie sposób gdyż paradoksalnie świętą nad świętymi prawdą jest właśnie to że nasza rzeczywistość na wzór wszechświata jest  n i e s k o ń c z o n a  i że jako taka posiada równie nieskończoną ilość blednących wokół nas odcieni może i bystrych wzdłuż tego nowych kolorytów a przede wszystkim multi-kulturowych gabarytów tego wszystkiego co wciąż pozostaje jeszcze ciągle przed nami do zakrytego odkrycia; autokefalicznie zjawiskowa powieść Sábato to cudna opowieść o zatracającym się sensie naczelnych aksjomatów w życiu człowieka a więc nierozłącznych duetów: istnienia i cierpienia, miłości i śmierci, moralności i samotności także wiary w retrospektywną sztukę czy może w bardziej progresywną naukę; co summa summarum niejako przeciągle są zakotwiczone w sobie niczym sondująca liryka w urwanym echu samego życia czy może raczej w piosence First Lady of Song - niezapomnianej Elli Jane Fitzgerald: I'm trying to forget you, but try as I may, You're still my every thought, Dear, every day.../ Choć staram się, jak mogę, zapomnieć o tobie, Co dzień w moich myślach pojawiasz się kOCHANIE znowu...

W garderobie u zaszufladkowanego dramaturga...

saroyanPewnego dnia o zmierzchu świata Williama Saroyana – amerykańskiego pisarza i nowelisty ormiańskiego pochodzenia a także pulitzerowskiego laureata i szlachetnie zobligowanego w scenariuszu filmowym oscarowego zwycięscy to w dużej mierze powieść autobiograficzna w nastroju refleksyjna choć daleka od zazwyczaj niesłusznie przypisywanej temu zadumanemu słowu jakiejś tam dominującej pesymistycznej nuty; w którą niejako przenosi nas sam podmiot liryczny osadzając wątki czasoprzestrzenne w realiach nowojorskiego świata artystycznego ździebko większej już połowy minionego stulecia; gdzie także przyjeżdża weń niejaki Yep Muscat – wtedy starzejący się dramaturg – w zasadzie melduje się pod hotelowym kluczem na pertraktacje z kimś, kto chce, żebym napisał sztukę, a poza tym jedną małą rzecz mają [mu - przyp. aut.] nadać w telewizji; który wyciągnąwszy się na łóżku w hotelu i przymknąwszy zaraz oczy darmo-widzi pod sumiennymi powiekami jak łąka usiana makami wróciła, jakby oczy czekały, aż je zamknie, by jeszcze raz spojrzeć na łąkę. Mocny, narkotyczny zapach maków uderzył mu w nozdrza i mógłby przysiąc, że naprawdę słyszał, jak dziewczynki mówią i śmieją się – ale nie dawno temu [a namacalnie – przyp. aut.] T e r a z; a za nimi głośno śmiejącymi się może i w sam nos przemyka w szeregu rozbieganych literek tamto a więc sprzed lat wspomnienie Archie’go Percha co w liście i po sukcesie Yepa z prawdziwym uznaniem wcale nie zaprzecza że jego wyczyn literacko-wydawniczy nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia i że nie jestem dumny, iż byłem jednym z Twoich najbliższych kolegów przez dobrych parę lat w Emerson, a potem przez pół semestru w Tech, gdzie obaj nauczyliśmy się pisać na maszynie. B a r d z o się tym przejąłem. Yep, stary draniu, jeżeli Ty potrafisz pisać, to i ja mogę. Czy zechciałbyś przeczytać załączone trzy przykłady mojej sztuki pisania listów [handlowych – przyp. aut.]; nie tylko że wnikliwie czyta ale i tamten familiarny „Stary [nie inaczej jak ormiański – przyp. aut.] Nochal” wręcz próbuje zainteresować nimi potencjalnych przedsiębiorców a potem to i nawet wydawców książkowych acz nowszymi i do tego prawdziwymi nowelkami Archie’go; a w teraźniejszości nowojorskiego realu Yepa a więc przy kolacji w chińskiej restauracyjce w Chinatown poznaje on wielbicielkę swojej twórczości - córkę znanego choć nieżyjącego już pisarza - co nadal jest największym z wszystkich pisarzy, którzy posługiwali się językiem jidysz; o którym córka nie bez kozery mówi że zawsze wiedziałam, że był to człowiek niezwykły – może wielki. A na pewno szalony że gdyby ożenił się z kimkolwiek innym, a nie z moją matką, jestem pewna, że jego życie byłoby straszne. Miał lat prawie osiemdziesiąt, jak umarł, wie pan – człowiek, który gdyby nie matka, umarłby mając lat trzydzieści pięć albo zwariował lub popełnił samobójstwo. Prawdę mówiąc, kiedy pan przed chwilą podszedł do stołu, byłam zdumiona, że jest pan tak uderzająco podobny do mego ojca w młodym wieku; tamtego ojca co zresztą dziwacznie zwykł w możliwie najserdeczniejszym czy jakoś naturalnie w natychmiast zużytym jak oddech tonie upominać raczkujących pisarzy-interlokutorów zabawnym na odchodne a jednak prawdziwym pożegnaniem: Mój chłopcze, jeśli chcesz być pisarzem, nigdy więcej tu nie przychodź. Gdybyśmy przypadkiem spotkali się na ulicy, proszę się do mnie nie odzywać – tylko skinąć głową i uśmiechać się, tak samo jak ja to zrobię. Jeśli ma pan pisać, musimy być uprzejmymi dla siebie i dumnymi wrogami. A jeżeli nie interesuje pana pisanie [a i owszem – przyp. aut.] niech pan przychodzi, kiedy tylko pan chce; a więc nie przechodzi i znowu przychodzi że z oczu Yepowi wcale nie schodzi następna gdzieś tam retrospekcja w rozpartym pod boki czy wciąż śmiejącym się wyrazie własnej córeczki Rosey którą zawsze na spacerze trzymał za rękę a była to mała rączka, jak jej matki, tylko mniejsza [choć – przyp. aut.] Po drodze rączka sama mówiła. Na przykład nagle poczuł mocny uścisk dłoni dziewczynki i zobaczył, że nadchodzi bardzo szykowna kobieta. Gdy kobieta zbliżała się do nich, rączka szybko i wiele razy ściskała jego dłoń. Mocno ją przytrzymywał, aż uścisk zelżał. Ale po krótkiej chwili znów poczuł nagły uścisk, rozejrzał się i zobaczył ptaszka na drzewku. Dziewczynka przystanęła, by obserwować ptaszka. Jeżeli się poruszył na gałęzi, rączka znów szybko ściskała dłoń ojca. Jeśli zaświergotał, rączka ściskała wiele razy – jeżeli zaśpiewał, rączka też śpiewała; czy znacznie już doroślejsze zjadliwe od jeść zatem teraźniejsze wspomnienie o wspólnej ormiańskiej kolacji z synem Vanem i dorosłą już Rosey po zwycięstwie baseballowych „Dryblerów” nad prawie zawsze górującymi „Jankesami”; gdzie restaurator nie ten sam Archie opowiada słuchaczom historię swego a jednak typowego amerykańskiego sukcesu; u zarania którego to jego armeński ojciec mówi mu przykładnie że chce byś pojechał do Ameryki, Arszag. Arszag to moje prawdziwe imię. Chcę, byś był porządnym chłopcem, ciężko pracował, oszczędzał pieniądze, nauczył się dobrego zawodu i dobrze żył. Ojciec dał wszystkie pieniądze, jakie zaoszczędził w ciągu dwudziestu lat i wysłał mnie do Ameryki; a tam to rzecz jasna pracowałem w winnicach, nosiłem ciężkie paki kupcom no i uprawiałem sport [nie inaczej jak – przyp. aut.] Zapaśnictwo; po czym stopniowo jego daleka ormiańska rodzina przyjeżdża za nim w ślad a on także już może wtedy założyć własną rodzinę i wraz z żoną w końcu zakupić piękną winnicę [gdzie – przyp. aut.] alikant, malaga i cesarskie to jest życie dla mnie – wszyscy są zdrowi, silni i szczęśliwi. Koniec z zapaśnictwem. Tylko słońce, dobre jedzenie, dobra woda i mnóstwo przyjaciół; po wyznaniach których tudzież sytej kolacji nasz Yep zabiera swoje dzieci do prawdziwego amerykańskiego teatru czyli na broadwayowski wodewil co jest teatralnym widowiskiem na które składa się siedem czy osiem różnych numerów. W pierwszym zazwyczaj występują akrobaci albo tresowane zwierzęta. Jest on uważany za najgorszą część programu. Drugi numer to najczęściej duet śpiewno-taneczny. Czasem śpiewa i tańczy para małżeńska. Po drugim numerze zjawia się śpiewak – całkiem dobry. Albo ktoś grający dobrze na fortepianie lub skrzypcach. Ale może to być brzuchomówca lub magik. Czwartym numerem bywa skecz lub sztuczka. Na przykład klasa szkolna, w której dorośli zachowują się jak mali chłopcy i dziewczynki. To zawsze bawi publiczność; dopiero w piątym numerze na scenie zjawia się po kolei cała mieszczańska rodzina z mężem i żoną na czele co wspólnie śpiewają i tańczą dopóki nie wyszła ośmioletnia dziewczynka. Potem jeszcze jeden syn, lat około sześciu, i czteroletnia córeczka i znowu syn, trzy latka, a wreszcie niemowlę w wózku, popychanym przez wielkiego psa. Był to najlepszy numer programu, bo chłopcy świetnie śpiewali i tańczyli, a dziewczynki były bardzo ładne i figlarne; na koniec na słusznie rozbawioną scenę wstępuje klown w workowatym ubraniu w aureoli wydawanych pisków i niejasnych acz zabawnych tąpnięć a po nim w siódmym numerze stary mężczyzna zabawia się z tresowaną foką; a może ten ostatni "wolny" czy raczej już "nieobecny" numer wodewilu to najlepiej jest przenieść na sąsiednie deski swej długiej rozmowy z drugą czyli nie inaczej jak bliższą siebie połówką; którą to rozmowę Yep przeprowadza po spektaklu z Laurą gdzie między słowami teraz jest [również - przyp. aut.] potem gdzie w takim właśnie podarunku można dostać [jedynie - przyp. aut.] m i ł o ś ć  a takie niby już nie na niby Nic Więcej niekiedy dalekie jak najdalsza czy znowu bliskie niczym gwiazda jest zawsze rozpisane na czynniki pierwsze w zero jedynkowych stymulacjach zawsze niecodziennej codzienności; jak również istnieje wiele sposobów zdobycia rzeczy, na jakie nie mamy ochoty, albo uzyskania tego lub owego, bo nie wiemy albo nie możemy się zdecydować, czego właściwie chcemy, ale jedynym sposobem zdobycia tego, na czym naprawdę nam zależy, jest iść po to i wziąć. Być może, ty niczego naprawdę nie chcesz. W tej sytuacji jest większość ludzi i to też ma swój [długofalowy – przyp. aut.] sens; bowiem to z takiej czy jeszcze bardziej prozaicznej codzienności pisze się trafione w sedno scenariusze gdzie pomyślał [Yep – przyp. aut.] mamy fabułę, mamy akcję, postaci, miejsce i czas akcji, atmosferę, nastrój, punkt kulminacyjny i nic więcej z tym wszystkim już nie dam rady zrobić. Rzecz nie jest dobra i nie jest zła, w ogóle nic nadzwyczajnego, ale nie mam innej sztuki [ponad to – przyp. aut.] i muszę rano wcześnie wstać; a przechodząc na drugą czy tamtą już stronę szerokiej jak sen ulicy kocham zmarłych, szczególnie. Ale nie tak jak nie narodzonych – dzieci Rosey, Vana i w ogóle. Kocham niespodziankę, jaką będą ich twarze, oczy i wyciągnięte rączki. Kocham też nie-narodzone [z myślnikiem – przyp. aut.] dzieci, które nigdy nie przyjdą na świat, Laury, Rosey, Vana i inne – dzieci całej rodziny. Kocham je więcej niż te, które się narodzą. Kocham cały ich nieznany, stracony ród, nie różni się on od szczepu, który ujrzał światło dzienne, tylko nie ma twarzy i nawiedza mnie w [proroczych - przyp. aut.] snach; po czym taki właśnie czy może i nowo-narodzony Yep napisze w ciągu kolejnych sześciu dni swą nową sztukę. Ktoś w tej sztuce powiedział: „Myślałem, że umarłem, ale był to, zdaje się, ktoś inny” i przestał wspominać usianą makami łąkę w Kalifornii; poetycka i metaforyczna powieść Saroyana to chwilowo ciepły jak ormiański chlebek a jednak siwiejąco czerstwy rozrachunek z samym sobą i swoim bezprzykładnym we wszechświecie życiem skądinąd zawsze bogatym w kardiologiczne znaki i retoryczne hiperbole; w które pewnego dnia o zmierzchu świata posępna śmierć przyjdzie i osiądzie w tobie, a kiedy wstaniesz, by się przejść, będziesz tak ponury jak śmierć, ale jeśli szczęście ci sprzyja, jedynie tyle się zmieni, że twoja radość będzie większa, a miłość mocniejsza…

Samuraj bez wyrazu...

endoSzaleniec? Shūsaku Endō – japońskiego powieściopisarza i płodnego publicysty telewizyjnego to dramatyczna próba szukania w człowieczeństwie człowieka wspólnego mianownika nad zmiennymi licznikami powiewających między nami a nawet kulturami nośnych ekwiwalentów światopoglądowych; gdzie w takim zwłaszcza intelektualnym zamyśle autor powieści przenosi nas w japońskie realia notorycznych narodzin i śmierci do tamtej powojennej współczesności uciekającej coraz większej połowie ubiegłego stulecia; w zasadzie prującej pomimo niezwyciężonych fal na rączym a więc cudnie białym, francuskim statku pasażerskim „Vietnam” do portu w Jokohamie; gdzie na tajemniczego przybysza zza dalekich południowych mórz czekają sceptyczny jak zawsze Takamori i jego młodsza siostra - osobliwie piękna Tomoe – niejako do żywego przepojona ciekawością acz ze stosownym do wieku czy może raczej feministycznym nastawieniem do nijakości męskiego rodu; którego niektóre zbyt wyrośnięte szczepy uparcie czy znowu oszczędnie podróżują w ładowniach statku, w miejscach niezajętych przez ładunek [gdzie – przyp. aut.] mieszczą się rzędy brezentowych koi, niby półki na kokony. Tu sypiają jeden przy drugim półnadzy kulisi i tragarze chińscy, którzy jadą na zarobek z Singapuru i Makao; a wśród nich kolebie się bardzo wysoki mężczyzna o wyglądzie zapaśnika niejaki Gaston Bonaparte któremu biała smuga światła wlewająca się przez okrągłe okienko do ładowni padała na plecy [gdy - przyp. aut.] Wyciągnął rękę do Takamoriego, a z całej jego postaci biła wprost radość. Twarz miał tak spaloną słońcem, że nie sposób było poznać czy to biały, czy mieszkaniec Dalekiego Wschodu. Długa, zupełnie końska twarz. Duży też miał nos, nawet usta, ukazujące w szerokim uśmiechu dziąsła, które też całkiem przypominały pysk konia; choć jak sam potem wyznaje że jego rodzina miała się wywodzić w prostej linii od syna zrodzonego ze związku Napoleona ze słynną Marią Walewską; w co zwłaszcza trudno jest uwierzyć podejrzliwej Tomoe gdy podczas wspólnego posiłku ukradkiem zerknęła na twarz gościa. To sękate straszydło o twarzy konia! Maniery przy stole godne hipopotama napychającego paszczę jedzeniem. Otwiera wielką paszczę i pcha w nią jedzenie ze stołu, niemal mu ślina cieknie. Doszukać się w Gastonie Napoleona, choćby jednego rysu, cechy charakteru, choćby niewyraźnego śladu, byłoby trudniej niż znaleźć rybę na drzewie; bowiem w wyobrażeniu jeszcze młodej acz szczęśliwie idealistycznej dziewczyny niejako opalizująco skrzy się książkowe marzenie o młodym Francuzie, którego powita w domu. Tym bardziej, że miał to być potomek [samego – przyp. aut.] cesarza Napoleona. Mogła zatem oczekiwać emanowania z niego siły i męskości, przy tym powinien być wytworny a tu pod każdym względem zero, zero, zero. Ta tępa twarz bez przebłysku inteligencji! Jeśli chciałoby się koniecznie znaleźć w tej twarzy podobieństwo do aktora, to można powiedzieć, że przypomina komika Fernandela z nosem jak kartofel. Było zupełną niemożliwością dopatrzyć się w wyglądzie tego mężczyzny dojrzałych, twardych rysów, które wywołałyby u Tomoe bicie serca; zwłaszcza a może nawet wtedy gdy wraz z bratem Takamorim i Gastonem [Gasu-sanem – przyp. aut.] znaleźli się w prawdziwych opałach w zakamarkach tokijskiej dzielnicy mętnego półświatka; gdzie jedynie przyjacielski Gasu-san wychodzi naprzeciw miejscowym chuliganom-chojrakom szukającym raczej taniej a przez to koguciej rozrywki gdzie również widzowie zebrani wokół, wstrzymując oddech, patrzyli na ten dziwny widok. Bez wątpienia odczucia tłumu były podzielone: w połowie żal im było cierpiącego Gastona, w połowie czuli radość, właściwą Japończykom radość, jak wtedy, gdy mały Rikidozan [w jap. slangu – zapaśnik – przyp. aut.] pokonał wielkich braci Sharp [japoński koncern elektroniki użytkowej - przyp. aut.]; bowiem okładany Gaston z twarzą ukrytą w dłoniach płakał jak wielka krowa, gdy ją bije gospodarz. Tępa, flegmatyczna krowa płacze łzami, gdy ją męczyć niesprawiedliwie. W długiej twarzy [w grymasie – przyp. aut.] pełno było tego czarnego krowiego smutku; niedługo potem Gasu-san skrycie opuszcza przytulne schronienie pod dachem Takamoriego i udaje się w podróż za jeden uśmiech po obrzeżach tokijskiego życia może też magicznie wracając do środowiska męt społecznych dzielnicy Sanya – Casby [z wł. - slangowo dzielnica o złej sławie – przyp. aut.] stolicznego Tokio; gdzie najpierw poznaje starego Choteja byłego dyrektora szkoły a obecnie stymulującego wróżbity co zarabia na swe utrzymanie wróżeniem ze spracowanych dłoni w tym także pisaniem listów miłosnych za kobiety żalące się  mu na wszelakie sposoby nad przeciwnościami zawiewającego im losu; który to właśnie Chotej dobrze wie mieszkając w swej ruderze co w dzisiejszej Japonii zostało bezpowrotnie utracone. Wiara! Wiara i zaufanie! Politycy, intelektualiści, wszyscy są bardziej podejrzliwi i nieufni niż lisy i borsuki. Politycy nie wierzą w ideały, intelektualiści nie wierzą w człowieka. Smutne. Tylko ludzie, którzy są na dole, ci jeszcze ufają człowiekowi. Kobiety, które tu wczoraj pana przyprowadziły, na przemian sprzedają swoje ciała, to okradają ludzi, ale są z gruntu dobre i życzliwe, chociaż głupie. One mają to, co się nazywa szczerym sercem. Szczerego, oddanego serca nie znajdzie pan w Japonii wśród polityków i intelektualistów; a nowy Mistrz naszego Gastona naucza go jak właściwie wróżyć z niewieściej ręki patrząc bardziej na chcącego poznać swoją przyszłość a jeszcze głębiej a może i bezpruderyjnie potem zaglądając we własne rozgrzebane nisze doświadczanej intuicji, prostej dedukcji czy ogniskowanej psychologii; choć sam Gaston równie nagle co i jeszcze bardziej niespodziewanie się niejako gubi swemu wróżącemu opiekunowi i w zapyziałej dzielnicy to nocuje pod sekundującymi mu mostami to znowu tam właśnie zaprzyjaźnia się ze skundlonym psem którego nomen omen nazwie nie inaczej jak Napoleonem; gdzie w końcu czy również poznaje tyle samo gangstera co i zdecydowanie stetryczałego gruźlika Endo-sana wciąż zaraźliwie prątkującego wokół siebie osobisto-rodzinną żądzą zemsty za powojenną śmierć swego brata-zbrodniarza wojennego spowodowaną przez spisek jego umundurowanych kolegów po równie nieludzkim wojennym fachu; który to Endo-san wcale nie bezinteresownie zabiera go naiwnego Gastona ze sobą nakłaniając do złego a i do wspólnego poszukiwania jeszcze żyjących „zabójców” rodzonego brata; wciąga do tamtej więc dawno już przebrzmiałej wendetty od której porywczo umyślnie a i więcej niż z obrzydzeniem stroni nasz Gasu-san przy tym nic nie robiąc sobie z ogłuszających oskarżeń gangstera że zgrywasz dobrego. Czy w dzisiejszym świecie istnieje dobra wola i tym podobne rzeczy? Miłość, ufność, to wszystko wygodne słówka, więc się ludzie nimi posługują…Ja w takie rzeczy nie wierzę; po czym zdecydowana rękojeść gangsterskiego pistoletu wściekle-tępo jak stado pędzących imadeł spada na skroń ufnego Gastona a on pod ścianą zakręcił się jak bąk i runął na ziemię niby wielki pień; więc znowu ranny cudzoziemiec trafia pod opiekę na komendę policji skąd otępiałego biedaka zabiera do siebie rodzina Takamoriego wciąż nie mogąc się nadziwić temu dziwakowi co jedynie siedzi w oknie i wpatruje się w nieprzeliczone światełka gwiazd tak jasne na czarnym nocnym niebie; jako że Takamori nigdy nie spotkał człowieka o tak czystym sercu jak Gaston. Podobnie jak gwiazdy małymi światełkami chcą rozjaśnić nocne niebo, tak on, rozpaczliwie, ze wszystkich sił, chce bronić ludzi czystością swego serca. Patrząc na Gastona, który podnosi wzrok ku świetlistej srebrnej rzece Mlecznej Drogi, nie wiedzieć czemu, przypominał sobie Opowieść o zbieraczu bambusów [gdzie – przyp. aut.] Świetlana Księżniczka przybyła z księżycowego świata. A może i Gaston przybył na ziemię ze świata gwiazd; a jeśli nawet nie wprost ani stamtąd to i tak ten Gaston, który dotąd był dla niej [Tomoe – przyp. aut.] nikim, który budził tylko politowanie i pogardliwy uśmiech, nagle stał się w jej oczach mężczyzną obdarzonym dziwną siłą. Wydał się jej, kobiecie, tym niezłomnym, który nie drgnie nawet, choćby z niego pasy darto. Tomoe, w głębi serca pogardzając mężczyznami, po raz pierwszy, odkąd stała się dziewczyną, odczuła coś takiego; nieporadnie również czuje, jak różne znaczenie mają dwa słowa: baka – głupi, po prostu głupi i o-baka-san – głupiec, idiota, niesamowity głupiec, szaleniec; taki człowiek, który szczerze kocha innych ludzi, który szczerze ludziom wierzy, choć oszukiwany, choć zdradzony, wciąż czuwa, aby nie zgasło w nim światełko ufności i miłości. Taki człowiek w [zawsze – przyp. aut.] obecnym świecie uważany jest za głupiego. A on nie jest głupi…on jest [po prostu - przyp. aut.] szaleńcem; znowu jadącym na spotkanie tego samego co zwykle i do tego pociągiem na północ do miasta prefekturalnego Yamagaty; gdzie rzecz jasna chce przestrzec może i pogodzić emerytowanego wojskowego obecnie policjanta Kobayashiego Ihei z zapiekle mściwym i fanatycznym Endo-sanem co uparcie widzi w strachliwym już starcu jedynie tamtego kata swego rodzonego brata; gdzie wreszcie czy nieuchronnie dochodzi do ponurej konfrontacji w czasie której chwilowo wygrywa chciwość Endo-sana nad prawem zemsty ale i przebiegłość stróża prawa z Yamagaty nad poddaniem się wiadomemu przeznaczeniu; jako że ten sam Kobayashi wciąż dysponując jeszcze trzecią częścią sztabek srebra - zrabowanych w czasie ostatniej wojny z banku na jednej z dużych wysp na Pacyfiku - czy to z niemego tchórzostwa czy może prędzej z powodu ściśle określonych wyrzutów sumienia ukrywa je przed sobą a i swoją rodziną na terenie pobliskiego Wielkiego Bagna; gdzie już tam na miejscu po fiasku macanych poszukiwań a i w aurze spolegliwej mgły czy zwłaszcza przeraźliwego ziąbu płynącego z wnętrza bagnistego jeziora ci zapiekli wobec siebie przeciwnicy skaczą sobie do wypiętych gardeł suchej nienawiści; acz postronny Gaston prawdopodobnie śmiertelnie już ranny w głowę od ciosu siermiężnego kobayashowego szpadla wciąż osłania ciałem i jakby charczeniem znad wody jeziora tego samego Endo-sana; wręcz ratuje go przed tępymi uderzeniami Kobayashiego co osłupiały i przerażony patrzył na Gastona. Trwoga gnała go do ucieczki. Odwrócił się i szybko jak szczur popędził ku [uciekającej – przyp. aut.] drodze; jako że to jedynie Gaston zniknął – szeptał w duszy Takamori – ale tak miało być, bo to był człowiek, który musiał zginąć. Jak bohaterka opowiadania o Zbieraczu Bambusów przyszedł z nieba i do nieba wrócił. To nie fantazja, takie było przeznaczenie Gastona; może też kiedyś znowu jakiś tam czy mniej podobny On przyjdzie z dalekiej a więc jasno-księżycowej krainy do nas gdyż i w dzisiejszym świecie między ludźmi [za bardzo – przyp. aut.] pachnie śmiercią; poetycka czy mesjańska powieść Endo w najogólniejszym zarysie przypomina mi choćby wcześniejsze zaludnione przesłanie zawarte w „Idiocie” Fiodora Dostojewskiego; gdzie w żywej jak akapit karykaturze księcia Myszkina i późniejszej tak samo metaforycznej zadumie nad postacią naszego Gasu-sana jawi się śmiertelna tragedia zrujnowanego acz czystego człowieczeństwa; gdzie potem to sama czy prawdziwa prostota króluje sobie w patetycznym bezkrólewiu a zmysłowe dobro i lekka jak piórko ufność ucieka ze śmiechu co usypia (na) niewiele wart…

Ptaki wyolbrzymianych cieni...

hill3Albatros Susan Hill – angielskiej powieściopisarki, nowelistki i krytyka literackiego a także co istotne autorki serii poczytnych książek dla najmłodszych to osobliwy zbiór przejmujących do cna opowiadań psychologiczno-obyczajowych; o natrętnie „uciekającym” w siebie nieludzkim wyobcowaniu może i o nabytej nieumiejętności przystosowania się człowieka do czasem zbyt arbitralnych wzajemnych relacji międzyludzkich; a więc w tytułowo sygnowanym opowiadaniu młody Duncan Pike wciąż pozostaje pod zbyt dominującym wpływem swej niepełnosprawnej jak również samotnie wychowującej go matki-wdowy Hildy; w tym coraz bardziej mętniejącym czy i spolegliwym przyzwyczajeniu co jednak pozwala mu tęsknić za morzem ponieważ obserwował je, spacerował brzegiem i rozmyślał, jak by to było, gdyby mógł jak inni mężczyźni wypłynąć wczesnym rankiem. Wspominał Cragga, który mówił o liniowcach wielkich jak kościół, przemierzających morza świata. I innych takich rzeczach. A jednak nie śmiał podejść zbyt blisko, tam gdzie woda wznosiła się w zimie wysoko i wściekle, gdzie fala rozbijała się hucząc i wznosząc obłoki wodnego pyłu; wtedy odchodził przerażony; w tym odruchowym przestrachu uważnie podbijanym przez matkę niczym zapamiętale żonglowana piłeczka co opadając tam gdzie trzeba aż do znudzenia powtarza że ty byś sobie nie dał rady na morzu, nie wiedziałbyś, jak sobie radzić, nie będziesz pływał. To bardzo niebezpieczne miejsce. Jakby morze było jakimś niebezpiecznym psem, którego nie wolno głaskać. A przecież ona urodziła się nad morzem, tyle wiedział, w innym mieście, dalej na wybrzeżu. I tam mieszkała; zresztą nad tym samym morzem które okiełznuje w swej rybackiej łodzi szyper Ted Flint proponujący Duncanowi popłynięcie z sobą na kutrze w siną dal co już na samą myśl przeraża chłopca wszak nigdy nie byłem na morzu, nie znam się na niczym, nie gada on ze mną, dlaczego proponuje mi, żebym popłynął? A przecież Duncan nie wyczuwał wrogości u Teda Flinta, nie miał przy nim poczucia zagrożenia. Było to dla niego całkowitą zagadką; a raczej przelotną łami-główką co w zachodząc w głowę zawsze pragnie jedynie znaleźć się u siebie: z impetem wpadł do domu i stanął we frontowym pokoju, obok wysokiej dębowej komody, dyszał i drżał, oddech i krew, niczym fale, rozpierały cienkie ścianki jego klatki piersiowej; wsparł się rękami o komodę i płakał – bo uciekł od morza; było mu niedobrze ze wstydu za siebie i dlatego że matka [znowu karcąco – przyp. aut.] odezwała się do niego; jako że i ona nie przyjmowała u siebie nikogo z tą samą wyniosłą dumą wypowiadając posłuszeństwo naturalnym potrzebom jakiejkolwiek relacyjności – Niech sobie idą, nie otwieraj drzwi, nie bierz tego, nie, nie, nie są nam potrzebne, poradzimy sobie. I nauczyła go [Duncana – przyp. aut.] radzić sobie z domem, opiekować się nią, a potem, kiedy skończył szkołę, załatwiła mu pracę we Dworze; gdzie pracowity chłopak czasem zastanawia się co dzieje się w głowie matki, kiedy tak siedzi cały dzień w swoim fotelu na kółkach z białą szydełkową robótką. Nie potrafił przyrównać jej do innych ani do siebie, do swoich niejasnych myśli uczuć podczas naprawiania hamaka albo kopania w dworskim ogrodzie, nie wiedział nic o innych ludziach; a to właśnie nie umyka prawie ojcowskiej uwadze Teda Flinta co  łagodzi strachliwe wzburzenie chłopięcego morza swą znowu dyndającą czy napiętą żyłką ciepłej zanęty: Poradzisz sobie na łodzi, mówię ci, zaufaj sobie chociaż trochę. Ja cię nauczę; choć tak naprawdę to wściekłe morze występnie poucza naszego Duncana i utwierdza go w strachu kiedy ten to właśnie Ted Flint w łodzi ratunkowej - po uderzeniu w bok tonącego trawlera - straciwszy grunt pod nogami, przelatuje przez burtę, ale nim wpadł do morza, został przygnieciony do boku tamtej łodzi. Złapali go wciągnęli na pokład łodzi ratowniczej. Zmarł w drodze powrotnej do Heype, pośród uratowanych ludzi z trawlera; a teraz leży sobie na marach pod prześcieradłem zimnym jak skostniała w bezruchu błyszcząco wyłysiała biel - tak czy inaczej - którego włosy i szorstka skóra były takie same jak przedtem, z wyjątkiem gipsu i bandaża oraz ciemnego sińca tuż pod okiem. Przecież to cały on jest tutaj, pomyślał [Duncan – przyp. aut.], i wyobraził sobie mózg, serce i płuca ciasno zbite w klatce piersiowej, czerwoną krew, gęstą i nieruchomą. Kiedy szedł tutaj wyobrażał sobie coś [znacznie bardziej – przyp. aut.] przezroczystego, coś tak ulotnego jak [zrazu topiący się – przyp. aut.] śnieg, coś co nazwano zwłokami a tutaj był po prostu mężczyzna, Ted Flint, wielki i ciężki [niczym zmurszała leżanina – przyp. aut.] można było wyciągnąć rękę i dotknąć go, a skóra i włosy byłyby w dotyku takie same, jak jego własne; choć również na pogrzebie z kindersztubą dobrze wie że inaczej to już nigdy nie będzie że wszystkie ciała nie są tym samym ciałem. Inny jest rodzaj ciała dla ludzi, inny dla bestii, inny dla ryb i inny dla ptaków co właśnie otaczają go coraz ciemniejszym kordonem rozdartego koncentrycznie krakania iż postanawia zrobić coś naprawdę i do tego niezwykle strasznego; po kolejnym wieczornym utyskiwaniu nad sobą Duncan podaje swej matce zwielokrotnione środki usypiające i nazbyt wiele dokłada drzewek do rozpalonego ogniska domowego; po czym niepewnie zawozi w wózku nieprzytomną matkę nad sam skraj falochronu nad wzburzone morze gdzie nieco jeszcze wahał się, czekał. Nadchodziła fala, mącąc powierzchnię wody, wznosząc się i pędząc w kierunku kamieni. Podnosiła się i przewaliła, a kiedy opadała, Duncan lekko pchnął fotel do przodu. Ześliznął się natychmiast, przeleciał przez krawędź i zniknął. Odgłos spadania zginął w syku i mlaskaniu fal. Nie chciał niczego słyszeć i zaraz uciekł w szczerym popłochu do swej dalekiej samotni a i nieopodal tamtej podziurawionej łodzi nad bagnistą tutaj w zakolu rzekę; gdzie po niecnym czasie wreszcie znaleziono go a on wychodząc z ruderowatego spichlerza jedynie postawił kołnierz kurtki, nie chcąc, żeby światło padało na jego twarz. Kiedy odjeżdżali, szum silnika samochodowego sprawił, że w głowie zaczęło mu dzwonić. Nie odwieźli go do Heype; bowiem i wtedy czy też może na dobre dla niego zaczęła się w przyrodzie odwilż; w opowiadaniu Człowiek-słoń młodym Wiliamem opiekuje się charyzmatyczna niania Fawcett co pochodziła z szanowanej protestanckiej rodziny i miewała humory. Pod jej zbyt obfitymi piersiami kryło się serce przepełnione nieufnością, szczególnie wobec mężczyzn i republiki Eire [Irlandia - przyp. aut.]; a dla tak młodego czy równie chłonnego umysłu jedynym pewnikiem, jedyną prawdą w którą wierzył był świat odbierany za pośrednictwem niani Fawcett. Wszędzie indziej rozpościerało się terytorium obcych ludzi. Przestrzeń, po której stąpał w towarzystwie matki, ojca i babki z Cadogan Square, była jakaś niematerialna. Czuł, że w tej atmosferze nie mógłby dłużej wytrzymać; a humorzasta niania ciągle powtarzała mu że nie jest zwykłą służącą czy mierną posługaczką a jej profesja to prawdziwe życiowe powołanie w zasadzie zawód bez którego nie ostałoby się Zjednoczone Królestwo; choć przede wszystkim chłopak dowiaduje się że winnymi wszelkich nieszczęść w tym również wszystkich kłopotów wrażliwych kobiet są najsampierw niepoprawni a potem dopiero źli mężczyźni; po czym William pragnie już jedynie zmienić płeć, szybko wydorośleć lub w jakiś inny sposób uciec od ciężaru męskiej winy choćby poprzez zjednanie sobie przychylności tych zawsze uważnie lustrujących go oczu naszej czującej inaczej niani; acz na co dzień nie znajdował w nich cienia pochwały. Czasem tylko wyrażały aprobatę, kiedy pamiętał o dobrych manierach lub potrafił się oprzeć jakiejś pokusie. Zastanawiał się nad sposobem zaskarbienia sobie łask niani i odkrycia jakiegoś namacalnego dowodu jej uznania. Ale spojrzenie niani Fawcett prześlizgiwało się po nim zawsze szybko, pogrążając go w rozpaczy. Pozostawały tylko momenty jej przychylnej łaskawości, jakaś godzina czy dzień, których czepiał się kurczowo ucząc się żyć tymi krótkimi chwilami. Były one jak kamienie umożliwiające przejście w ciemnej rzece humorów niani choćby suchą czy potem znowu tęsknie kulejącą nogą; zresztą dziecięcym przeskakiwaniem dopóty dopóki niania Fawcett na spacerze z nim Williamem nie poznaje swego nowego przyjaciela i to akurat tego samego dnia w którym po raz pierwszy od przeszło czterdziestu lat spuszczono wodę z Okrągłego Stawu; gdzie oni nie raz siedzieli obok siebie niedaleko pustej estrady. Niania Fawcett raz po raz dotykała ręką loków wysuwających się spod granatowego kapelusza. Po chwili William podszedł bliżej. Fakt, że przyjacielem niani był mężczyzna, powiększył jeszcze poczucie obcości. Wszystko, co chłopiec wiedział o świecie i ludziach, nagle okazało się kłamstwem, jeśli gardząca mężczyznami niania Fawcett publicznie okazywała sympatię jednemu z nich, potakując i uśmiechając się na zielonej ławce; jako że ten nie inaczej jak obcy mężczyzna wyglądał nad wyraz nietypowo jakby przed chwilą włożył cudze ubranie, a zazwyczaj nosił coś całkiem innego; także jego twarz, kształt głowy i ruchliwe policzki jakby nie pasowały do całej reszty. Przypominał postać z zabawy w „szalonych ludzi”, w której grający przesuwają rząd głów kolejno próbując znaleźć dla nich odpowiedni tułów, choć żaden jakoś nie pasuje. Coś w wyrazie twarzy mężczyzny stale się zmieniało, jak gdyby nakładał wciąż inną maskę, bawił się nią przez chwilę, a potem przybierał nową, uśmiechał się, wykrzykiwał, marszczył, ściągał usta w miękką wąską linię; pewnego razu miast codziennej zabawy w parku i potem swych melancholijnych chwil nad błotnistym dla niego stawem William wraz z nianią udają się na prawdziwe przyjęcie dla dzieci; gdzie w pobliskim wszystkiemu hotelu niania Fawcett oddaje go w ręce swego nowego przyjaciela co łypnął przerażająco okiem, nieoczekiwany grymas wykrzywił jego ruchliwą twarz, rumieniec na chwilę zabarwił policzki, i wreszcie szeroki uśmiech rozjaśnił oblicze mężczyzny nadając mu całkiem nowy [bardziej ludzki – przyp. aut.] wyraz. William był ciekaw, czy twarz przyjaciela zmienia się także w czasie snu; po czym taki "wesołek" zaprowadza go - zaniepokojonego Williama - w nieznane środowisko ludzkie do obcych mu dzieci i dorosłych choć zawsze przecież na świąteczne przedstawienie; do tych rozlicznych zabaw i przedstawień które dopóki zdystansowane nie budzą w nim strachu dopóty na wodzirejskiej scenie nie pojawia się tamten człowiek-słoń; a w pokoju bawialnym nie rozlega się skoczna muzyka z nowej płyty w rytm której chybotliwie drepczący człowiek-słoń pewnie pociąga za sobą korowód trzymających się pojedynczo za ręce dzieci; po czym w tańcu podnosił je kolejno i sadzał sobie na wielkie ramiona a one prawdziwie zachwycone dotykały rękami sufitu i zawadiacko huśtały wiszący nad nimi żyrandol; podczas gdy przestraszony już nie na żarty William stał w ciemnościach i opierał się o ścianę modląc się, aby nikt go nie zauważył. Gdy jednak korowód zbliżył się nieco – spostrzeżono go, kobieta w bladoliliowej sukni zagdakała i chwyciła chłopca za rękę ciągnąc go do grupy dzieci i zmuszając do dreptania w rytm muzyki raz na jednej raz na drugiej nodze. Potem nagle poczuł za sobą człowieka-słonia, jakaś siła unosiła go w powietrze, czyjeś ręce mocno chwyciły pod pachy, uniemożliwiając jakikolwiek opór a on wtedy jeszcze mocniej marzył o powrocie na ziemię w niewidoczność swego ledwie pewnego kąta; zerkającego zza najniższego do tego stopnia ostatniego schodka że po zamknięciu przedstawienia wciąż bał się że człowiek-słoń biegnie za nim że gdzieś się potem ukrywa że i inni także go gonią w zawsze zawistnej zmowie milczenia; w swym dalszym a jakże lękliwym czy raczej zaradnym pośpiechu trafiając w końcu do jakiegoś otwartego pomieszczenia gdzie w półmrocznej sypialni z przewrotną lampą świecącą nad dużą toaletką a i w samym lustrze widzi to niechciane odbicie człowieka-słonia z rękami, które obejmowały głowę. Chłopiec stał oniemiały i ze zgrozą patrzył, jak ręce podnoszą wysoko szarą głowę, a potem kładą ją na kolanach; jako że faktycznie William ma przed sobą dwa obrazy – [wyrastającą – przyp. aut.] twarz mężczyzny i spoczywającą na jego kolanach głowę słonia oraz ich odbicie w lustrze. Czuł się otoczony przez straszne twarze. Chłopiec zaszlochał, zasłonił ręką oczy i zaczął szukać klamki. Drzwi nie ustąpiły jednak, coś pchnęło go do tyłu i do pokoju weszła niania Fawcett co teraz zaraz widzi go nieporadnego Williama w aureoli zanoszącego się zdradziecko śmiechu mężczyzny; aczkolwiek w zupełnych już ciemnościach czyli pod swoimi czy nawet więcej niż akurat bo świeżo nakrochmalonymi prześcieradłami wreszcie może zrozumiał że od tego dnia w którym spuszczono wodę z Okrągłego Stawu, wszystko się nagle zmieniło i nigdy już nie będzie tak jak kiedyś. Czuł strach i zatęsknił do dawnych [sobie samemu wierzących – przyp. aut.] dni, kiedy niania Fawcett gardziła wszystkimi mężczyznami; traumatyczne opowiadania Hill rzucają to samo co zwykle delikatne i kruche a więc poniekąd estradowe spojrzenie na wyludnione audytorium każdego nadwrażliwie dorastającego "ja"; gdzie jego jeszcze dziecięca wiara i proste w założeniach marzenia to nie moje obeznane wejrzenie na świat w notorycznie otwartym ruchu kinetycznym gdzie również moje dorośle jakoś powykręcane doświadczenie życiowe wcale nie buduje jego nie-kończącej się własnej oby prostszej historii...